Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Bartosz Banka / Agencja Wyborcza.plfot. Bartosz Banka /...

„Szaleńcy z Ministerstwa Klimatu uznali pszczoły za zagrożenie” – napisał na X poseł PiS Krzysztof Ciecióra. „Ludzie Tuska chcą systemowego niszczenia pszczelarstwa” – to poseł Michał Woś (PiS). Rafał Mekler z Konfederacji w podobnym tonie: „Kolejny wróg środowiska – tym razem pszczoły”.

Wpolityce.pl publikuje artykuł pod tytułem „Pszczelarstwo na celowniku Henning-Kloski” i cytuje posła PiS Pawła Sałka, który podczas posiedzenia sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa mówił: „Zaczynam obserwować potworny atak, który powoli zaczyna nabierać rozpędu, na pszczelarzy, pszczołę miodną i generalnie ten sektor produkcji”.

„Koledzy z PSL i Polski 2050 – z terrorystami się nie negocjuje. Minister Hennig-Kloska do dymisji” – napisał Ciecióra na X.

O co chodzi?

W Ministerstwie Klimatu i Środowiska (MKiŚ) trwają prace nad Krajowym Planem Odbudowy Zasobów Przyrodniczych. Część tego dokumentu dotyczy zapylaczy (można ją znaleźć TUTAJ). Planu działania w sprawie wymierających dzikich owadów zapylających wymaga od nas Unia Europejska. Według rozporządzenia Nature Restoration Law (NRL, rozporządzenie w sprawie odbudowy zasobów przyrodniczych) państwa członkowskie mają „zwiększać różnorodność gatunków owadów zapylających oraz odwracać trend spadkowy populacji owadów zapylających najpóźniej do 2030 roku”.

Przeczytaj także:

„W ostatnich dziesięcioleciach na terenie Unii dramatycznie spadła liczebność populacji owadów zapylających – spadek liczebności odnotowano w przypadku co trzeciego gatunku pszczół i motyli, a co dziesiąty z ich gatunków znajduje się na skraju wyginięcia. Owady zapylające są niezbędne do funkcjonowania ekosystemów lądowych oraz utrzymania dobrostanu człowieka i bezpieczeństwa żywnościowego ze względu na to, że zapylają rośliny dziko rosnące i uprawne” – czytamy w rozporządzeniu.

Projekt części Planu dotyczącej zapylaczy został opublikowany w kwietniu na stronach MKiŚ. Prawica odnalazła w projekcie zapis o „ograniczeniu negatywnego wpływu hodowli pszczoły miodnej na populacje dzikich zapylaczy” i z niego rozpętała aferę, oskarżając MKiŚ o atak na pszczelarstwo.

A jak jest naprawdę? OKO.press pyta przyrodnika Mikołaja Siemaszkę, członka Zespołu ds. Owadów Zapylających przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska, który pracuje nad Planem.

Katarzyna Kojzar, OKO.press: Ministerstwo Klimatu i Środowiska zaplanowało zamach na pszczelarstwo w Polsce?

Mikołaj Siemaszko: Absolutnie nie. To bardzo ciekawe, ale też smutne i oburzające, że osób, które kręcą tę naprawdę nieuzasadnioną aferę, nie interesuje dobrostan pszczół i pszczelarzy. Wychodzi na to, że w ogóle nie przeczytali całości dokumentu – ponieważ czytając całość, mając przynajmniej podstawową wiedzę o kwestiach związanych z pszczołami, zdaliby sobie sprawę z tego, że dokument służy wszystkim owadom zapylającym.

W całej tej sprawie nie chodzi jednak o pszczoły – chodzi o dyskredytowanie ministerstwa i zdobywanie poparcia na nieprawdziwych, ale dobrze sprzedających się informacjach.

Warto tutaj zwrócić uwagę na to, że dokument, w którym znalazły się zapisy dotyczące pszczół, nie jest ustawą. Jest planem, ma wskazywać pewne kierunki. A na pewno żadnym z tych kierunków nie jest niszczenie polskiego pszczelarstwa.

Zespół do spraw owadów

Wyjaśnijmy: mowa o opracowywanym przez zespół ekspertów Krajowym Planie Odbudowy Zasobów Przyrodniczych, którego część dotycząca zapylaczy właśnie przeszła prekonsultacje. Pan jest jednym z ekspertów w zespole zajmującym się zapylaczami.

Początkowo pracowaliśmy w szerokim zespole do spraw bioróżnorodności. Z czasem wyodrębniła się z niego grupa zajmująca się zapylaczami, do której dołączyły osoby mocno czujące ten temat. Od razu zaznaczę, bo widziałem komentarze o tym, że trzeba „usunąć ekspertów ze stołków” – nie ma żadnych stołków. Pracujemy wolontariacko.

Zespół został tak zbudowany, żeby każda z grup organizmów miała swojego eksperta – mamy więc ekspertów od motyli, od chrząszczy, od muchówek, od gatunków inwazyjnych. Mamy też pszczelarzy profesjonalnych i amatorów. W zespole jest m.in. Anna Gajda, kierowniczka Pracowni Chorób Owadów Użytkowych Instytutu Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie i pszczelarka. W zespole są też osoby z parków narodowych i Lasów Państwowych, ale również osoby, które społecznie zajmują się pszczołami. Mieliśmy podczas prac spotkanie z pszczelarzem miejskim, z przedstawicielem bartników. Przekrój ekspertów jest naprawdę szeroki.

Nasz zespół nie jest negatywnie nastawiony do pszczoły miodnej – mamy świadomość, jak ważnym jest zapylaczem gospodarczym.

Co ciekawe, w kontekście ataków na ministrę Hennig-Kloskę i wiceministra Dorożałę – żadne z nich nie pracowało nad tym dokumentem. Oni są twarzami Ministerstwa, firmują wszystko, co resort publikuje, ale nie spotykali się z naszym zespołem. Kwestie związane z NRL to zadania konkretnych dyrektorów departamentów.

Negatywny wpływ na dzikie zapylacze

Ten „sporny” podpunkt, o który rozpętała się cała afera, jest zatytułowany „ograniczenie negatywnego wpływu hodowli pszczoły miodnej na populację dzikich zapylaczy”. Na czym polega ten negatywny wpływ?

To są co najmniej dwa problemy. Pierwszy dotyczy konkurencji o pokarm. Pszczoła miodna jest tak zwaną generalistką, pszczołą, która korzysta z dużej liczby gatunków roślin. Lata też na duże odległości, średnio około 3 kilometry od ula – zdarza się, że jest to nawet 5 czy 7 km. Jeśli znajduje dobre miejsce, z dużą ilością pożywienia, to wszystko tam zbiera.

Dzikie zapylacze, na przykład pszczoły samotnice, są o wiele mniejsze niż pszczoła miodna, więc latają na mniejsze odległości. To często jest kilkadziesiąt metrów do kilkuset maksymalnie. Jeśli dzikie pszczoły w danym miejscu funkcjonują i przylecą w to samo miejsce większe i silniejsze pszczoły miodne, zabiorą im cały dostęp do pokarmu. Wtedy te dzikie pszczoły umierają z głodu.

Dochodzi też do przenoszenia patogenów chorobotwórczych. Te patogeny, które atakują pszczoły miodne, też mogą atakować dzikie zapylacze. Jeśli pszczelarz stwierdzi, że dana rodzina choruje na konkretną chorobę, może wprowadzić leki. Dzikich pszczół nikt nie będzie leczył.

W ten sposób doprowadzamy do spadku liczebności dzikich zapylaczy.

Nikt nie wie, ile jest pasiek

Jednym z rozwiązań, jakie proponujecie, jest rejestr pasiek. To znaczy, że dziś nie wiemy nawet, ile w Polsce jest uli?

Z założenia pszczelarz, który chce swoje pszczoły leczyć, ma obowiązek zarejestrować się u lekarza weterynarii.

Ale jest mnóstwo pasiek, które nie są nigdzie rejestrowane. Fundacja Kwietna zbierała informacje w różnych miastach w Polsce w kontekście pasiek na dachach instytucji i okazywało się, że wiele z pasiek w Warszawie czy w Poznaniu nie jest zarejestrowanych, nie ma ich w żadnych wykazach.

Jeśli ktoś ma ogromną firmę i zajmuje się pszczelarstwem miejskim, to te leki, które podaje w zarejestrowanej pasiece, może podawać też w niezarejestrowanej. Wolna amerykanka.

Co istotne, od kilku lat naukowcy podnoszą temat tak zwanego przepszczelenia. Mamy za dużo pszczół miodnych w Polsce. Jest to pokłosie, niestety, m.in. promowania pszczoły miodnej jako gatunku, który wymiera w Polsce, mimo że pszczoła miodna nigdzie na świecie nie wymiera. Wymierają dzikie zapylacze, a przez lata mylących kampanii, ludzie myślą, że jak założą pasiekę, to ratują planetę.

Również urzędy marszałkowskie i wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i gospodarki wodnej wciąż żyją w takim przeświadczeniu, że wspieranie pszczoły miodnej to jest wspieranie wszystkich zapylaczy, więc mamy dofinansowania na zakup sprzętu pszczelarskiego czy sadzenie roślin miododajnych. Zrobiłem analizę w różnych WFOŚiGW. Okazywało się, że te rośliny miododajne to nierzadko są gatunki obce, w tym inwazyjne, które też wpływają negatywnie na nasz ekosystem.

Koniec z ulami na dachach

Przez lata instytucje publiczne czy przedsiębiorstwa chwaliły się instalowaniem uli na dachach lub przy swoich siedzibach. Ule stoją na przykład przy krakowskiej spalarni śmieci, jako dowód na to, że spalarnia jest inwestycją ekologiczną. Ten trend już się skończył?

To tak zwany beewashing, czyli greenwashing z wykorzystaniem pszczół. Ten trend wygasa, ale wciąż wiele instytucji na dachach swoich budynków ma ule. W Krajowym Planie Odbudowy Zasobów Przyrodniczych proponujemy ich demontaż.

Chcielibyśmy, żeby instytucje państwowe miały świadomość tego, że pszczoła miodna na ich dachach żadną pomocą ekosystemową nie jest.

Dlaczego?

Właśnie przez przepszczelenie. Mamy badania naukowe, prowadziła je m.in. wspomniana już Anna Gajda, które wskazują województwa, w których pszczół miodnych jest za dużo [Według danych z 2021 roku średnia dla całej Polski to 6,4 rodzin pszczelich na 1 km kwadratowy, podczas gdy dopuszczalne napszczelenie wynosi 5 rodzin/km2. Najwięcej pszczół było wtedy w Małopolsce – 12,5 rodzin na km2 – od aut.]

Jeśli słyszymy od pszczelarzy, że pszczoły głodują, to wynika właśnie z tego, że jest ich za dużo w jednym miejscu.

To tak, jakbyśmy mieli w jednym miejscu 10 domów i osiedlowy sklepik, który dostarcza towar dla mieszkańców. I nagle obok rośnie deweloperskie osiedle, mieszkańców jest kilkunastokrotnie więcej, więc sklepik nie wyrabia. To duże uproszczenie, ale mniej więcej tak to działa. Wprowadzając te pszczoły, kolejne ule, dochodzi do tego, że pszczoły miodne z różnych pasiek mają ze sobą kontakt, przenoszą na siebie choroby i muszą konkurować ze sobą o pożywienie.

Pszczoły w miastach

Poza tym pszczoła miodna w miastach ma się kiepsko, bo to nie jest jej naturalne miejsce występowania. Pszczelarze miejscy mówią o tym, że warto stawiać pasieki w miastach, ponieważ jest tu dużo parków, użytków zielonych, przez co pszczoły mają więcej pożywienia niż np. na rolniczych monokulturach.

Problem w tym, że nie ma potrzeby, żeby pszczoła miodna zapylała w miastach, bo żyje tutaj bardzo dużo owadów zapylających.

Mamy niespełna 500 gatunków dzikich pszczół – w niektórych miastach podczas inwentaryzacji okazywało się, że występuje połowa z nich. Więc to też nie jest tak, że jakby usunąć czy zmniejszyć ilość pszczół miodnych na dachach budynków, to nagle przestaną owocować drzewa i krzewy, bo nie będzie miał ich kto zapylać. Nie ma takiego zagrożenia. Ograniczenie dla miejskich pasiek już działało kilkanaście lat temu i wtedy miasta czy miasteczka były enklawami dla dzikich zapylaczy.

Powiedział pan wcześniej, że ten dokument tak naprawdę służy też pszczołom miodnym. Na jakiej zasadzie?

Chodzi między innymi o to, żeby ograniczyć chemizację rolnictwa do minimum. Żeby wspierać rolników finansowo za utrzymywanie miejsc, gdzie zapylacze mogą gniazdować. Rozmawiamy z PKP, żeby utrzymywać roślinność rodzimą wzdłuż tzw. infrastruktury liniowej, czyli wzdłuż nasypów kolejowych i żeby zwalczać gatunki inwazyjne. Takie gatunki, jak chociażby nawłoć kanadyjska, tworzą monokulturę.

Jeśli pszczoła miodna, jako generalistka, zacznie latać na nawłoć kanadyjską czy robinię akacjową, ale będzie omijać rodzime rośliny, to te rodzime będą gorzej zapylone. Co to spowoduje? To, że gatunki inwazyjne wygenerują więcej nasion i będą zajmować kolejne obszary.

Dlatego rozmawiamy również z Generalną Dyrekcją Dróg i Autostrad, żeby tworząc różne inwestycje, w tym te tzw. MOP-y, czyli miejsca obsługi podróżnych, sadziła roślinność rodzimą, kwitnącą, pożyteczną dla owadów zapylających. Do tego samego namawiamy Lasy Państwowe.

Dzika przestrzeń dla dzikich owadów

Co jeszcze rekomendujecie w Planie?

Ograniczenie pszczół miodnych w rezerwatach i parkach narodowych, gdzie nie są potrzebne do funkcjonowania ekosystemów. Miejsca, które są faktycznie cenne przyrodniczo, trzeba oddać gatunkom dzikim, a nie hodowlanym.

Rozumiem w związku z tym oburzenie osób, które mają pasieki wędrowne i przywożą pszczoły do parku narodowego, bo potem miód z etykietą, na której widać jakąś znaną i lubianą nazwę parku narodowego, doliny rzeki czy rezerwatu dobrze się sprzedaje. To nie jest żaden zarzut w ich stronę – ale chcielibyśmy, żeby to była jednak dzika przestrzeń, dla dzikich owadów, które wymierają przez konkurencję o pokarm i presję związaną z patogenami.

„Ograniczanie” pszczół, czyli ich zabicie?

Jeśli ktokolwiek się tego podejmie, wątpię, że będzie to polegało na zabijaniu pszczół. Raczej to będzie naturalne „wyciszanie”. Jeśli rodzina zachoruje i umrze, to nie będzie odtwarzana – osobiście tak to widzę, a tak naprawdę to pomysł jest tak bardzo wstępny, że był jeszcze przedmiotem rozmów. Warto tu zaznaczyć, że sami pszczelarze „eksterminują” pszczoły i to zgodnie z prawem. Gdy dana pasieka zaatakowana jest przez zgnilca amerykańskiego, nierzadko lekarz weterynarii nakazuje spalenie pasieki. Skąd ta choroba? Między innymi przez zbyt duże zagęszczenie pszczół miodnych czy słabe zdrowie pszczół.

Dlatego podkreślam, że tworzony dokument w MKiŚ ma na celu zadbanie również o dobrostan pszczół miodnych, o ich zdrowie i dostęp do pokarmu.

A także o edukację pszczelarzy, aby takie sytuacje spalania rodzin pszczelich ograniczyć do minimum.

Polskie rasy pszczół

W zapisach jest punkt dotyczący ograniczenia sprowadzania obcych genetycznie matek pszczelich. On też był wyciągany przez polityków prawicy i z oburzeniem opisywany jako ingerencja w pracę pszczelarzy. O co chodzi?

W Polsce mamy stwierdzone dwie rodzime rasy pszczoły miodnej. Jest to pszczoła kampinoska i pszczoła augustowska. Są to rasy, które występują tu, od kiedy człowiek jest na terenach obecnej Europy.

Lata temu zaczęło się pojawiać coraz więcej pszczół z innych części Europy. Pszczelarze przestali hodować te nasze rodzime rasy na rzecz ras, które są mniej agresywne, dostarczają więcej miodu, są większe objętościowo – jest ich w ulu więcej niż w przypadku pszczoły kampinoskiej czy augustowskiej. To wynikało przede wszystkim z chęci maksymalizacji zysków przy tym samym nakładzie pracy.

Przez to, że pszczoła augustowska i kampinoska były rzadko wybierane jako rasa do utrzymywania w ulu, to praktycznie wyginęły. Żyją tylko w pasiekach zachowawczych.

My chcemy promować to, co naturalnie w Polsce występowało – zachęcać pszczelarzy, żeby jednak sięgali po nasze rodzime rasy.

Co dalej się stanie z tym projektem? Jest wciąż na bardzo wstępnym etapie.

Dokument i tak musi powstać w związku z NRL. Ciężko stwierdzić, jak będzie się zmieniał i w którym kierunku. Bardzo dużo zależy od kierownictwa Ministerstwa. Nikt się nie spodziewał, że temat, który z każdej perspektywy wydawał się dobry dla zapylaczy i nas wszystkich, spowoduje takie nagromadzenie negatywnych emocji. I brak chęci zrozumienia, o co tak naprawdę chodzi.

W dokumencie piszemy dużo o edukacji, pokazywaniu ludziom dobrych praktyk, o tym, że zapylacze to nie tylko pszczoła miodna. Wydaje mi się, że ci, którzy próbują wywołać aferę wokół pszczół, pokazują, jakie są braki w wiedzy i jak ta edukacja jest potrzebna. Powinna być w tym Planie na pierwszym miejscu.

Na zdjęciu Katarzyna Kojzar
Katarzyna Kojzar

Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.

Komentarze