Prawa autorskie: Jedrzej Nowicki / Agencja GazetaJedrzej Nowicki / Ag...
18 października 2020

Przemoc przeciwko kwiatom. Dokąd prowadzi państwowy terror w Białorusi? Analizujemy sytuację

Groźba, że białoruski reżim zdecyduje się strzelać do manifestantów ostrą amunicją, staje się realna. W sierpniu OMON powstrzymały kobiety – dzisiaj milicja przekroczyła już wszystkie granice i ma oficjalne przyzwolenie na użycie broni

Kolejne dowody bestialskich działań, kolejne trudne do wyobrażenia liczby poszkodowanych i kolejne historie zwyczajnych ludzi, którzy bez winy stali się ofiarami systemu. To codzienność w Białorusi. W tym tygodniu mówi się o historii Maksima Choroszyna, współwłaściciela mińskiej kwiaciarni, który wraz z żoną rozdawał kwiaty kobietom maszerującym w cotygodniowych pochodach.

Maksim został zatrzymany przez milicję 13 października rano, a już po kilku godzinach pobytu na komendzie musiał zostać zabrany przez karetkę do lokalnego szpitala. Nagranie, na którym utrwalona jest interwencja, jest wstrząsające, podobnie jak lista obrażeń, które w ciągu kilku godzin zadano mężczyźnie.

„Pobili [mnie] najpierw przy aucie, później na komisariacie. Połamany nos, wstrząs mózgu, obrzęk narządów wewnętrznych, ramię” – opisywał Maksim, kiedy odzyskał pełną świadomość. W poranek po zatrzymaniu miał nie poznać żony, która wspominała jeszcze, że mężczyzna ma obrzęk moszny – obrażenia charakterystyczne dla pobić kojarzonych z tymi w pierwszych dniach po wyborach prezydenckich.

Historia Maksima nie jest odosobniona, została nagłośniona przez media dzięki szybkiej reakcji jego przyjaciela. Z wywiadu z ekspertką Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Olgą Salomatovą, która spędziła na miejscu półtora miesiąca, jednoznacznie wynika, że strategia stosowana przez funkcjonariuszy została odgórnie zaplanowana i przećwiczona.

Terror zatem wciąż trwa – przykład Maksima i obrażenia, które odniósł pokazują, że te same metody, które stosowano bezpośrednio po 9 sierpnia, stosowane są też dzisiaj.

Każdy dzień uczczony marszem

Od początku sierpnia zmienia się, a raczej zwiększa się, tylko zakres osób zagrożonych represjami i przemocą. Drugi tydzień października pokazał dobitnie, że o ile pierwszy marsz kobiet, który odbył się 14 sierpnia, wstrzymał na chwilę uniesione do uderzeń ręce OMON-owców, to dzisiaj nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać ich od przemocy.

Na początku tygodnia pisaliśmy o rozpędzanym granatami hukowo-błyskowymi i gazem łzawiącym marszu emerytów i emerytek, którzy uznawani byli dotychczas za żelazny elektorat Łukaszenki. Ostatecznie według białoruskiego MSW zatrzymano tego dnia 186 osób.

We wtorek, 13 października, nauczyciele i nauczycielki zdecydowali, że będą świętować swój dzień na marszu przeciwko przemocy i represjom. Już następnego dnia Białorusinki obchodziły Dzień Matki i również przeszły ulicami białoruskich miast, by okazać sprzeciw metodom stosowanym przez reżimowe władze. Wreszcie w czwartek główną ulicą Mińska próbowali przemaszerować niepełnosprawni.

Próbowali, bo nawet ich marsz spotkał się z przemocą funkcjonariuszy OMON-u, nawet w trakcie marszu niepełnosprawnych doszło do zatrzymań.

Białorusini żyją dzisiaj w atmosferze ciągłego terroru – nie ma miejsca, w którym czuliby się bezpiecznie, nie ma grupy społecznej, która czułaby się niezagrożona.

Strach wszystkich Białorusinów

Jak na ironię dotyczy to wszystkich Białorusinów, również tych, którzy są funkcjonariuszami resortów siłowych, czy zwykłymi aparatczykami. Pisaliśmy o zdewastowaniu samochodu Dmitrija Bałaby, szefa mińskiego OMON-u. W ciągu ostatniego tygodnia spłonęła również jego dacza (dom letni) – te wydarzenia muszą oddziaływać na wyobraźnię szeregowych funkcjonariuszy.

Wrażenie przerażenia i niepewności wśród funkcjonariuszy potęgują kolejne telewizyjne zapewnienia o braku strachu wygłaszane przez milicjantów OMON-u zmienionym głosem i ze skrzętnie zakrytą kominiarką twarzą.

W mediach społecznościowych pojawia się zresztą coraz więcej doniesień, że milicjanci wypierają swoją winę i uważają się za tych, którzy byli łagodniejsi od innych, za tych, którzy pozwalali uciekać, lub nie zatrzymywali tak brutalnie jak inni.

Oczywiste jest jednak, że ktoś tych zatrzymań i pobić dokonuje, a ich bilans jest zatrważający. Raport utworzony przez Mediazonę - który podsumowuje i w przystępny sposób obrazuje rodzaje udokumentowanych obrażeń odniesionych przez demonstrujących w pierwszych dniach powyborczych protestów - zdecydowanie potwierdza, że ponad połowa obrażeń została zadana już po zatrzymaniu – na komendzie bądź w więzieniu.

Atak na adwokatów

Nie tylko OMON-owcy nie wahają się przed zatrzymywaniem każdego, kto wejdzie im w drogę. Cały system sprawiedliwości, niespełniający przecież demokratycznych standardów od lat, konsekwentnie wykracza poza wszelkie pozory praworządności. W więzieniach przebywają artyści, lekarze, akademicy, sportowcy, a od jakiegoś czasu nawet adwokaci.

W czwartek białoruskie władze przekroczyły kolejną granicę – odebrano bowiem licencje adwokackie Aleksandrowi Pylczence, obrońcy Wiktara Babaryki i Marii Kalesnikowej, oraz Julii Lewanczuk, adwokatce Maksima Choroszyna, którego historia jest opisywana powyżej.

Argumenty, którymi kierowało się Ministerstwo Sprawiedliwości wydając takie decyzje, są absurdalne – Lewanczuk zarzucono, że miała prywatną korespondencję z niewłaściwą osobą, a Pylczance, że podzielił się z portalem tut.by informacjami, którymi nie powinien był się dzielić, czyli zakresem możliwości prokuratora generalnego w sprawie oskarżenia funkcjonariuszy za wykroczenia zarejestrowane na wideo w dniach 9-13 sierpnia.

A adwokaci już teraz spełniający funkcję ostatniej instancji uzyskania informacji o zatrzymanych, będą teraz bardzo potrzebni wszystkim oczekującym na procesy więźniom politycznym. A spraw przybywa, również tych karnych – białoruskie MSW podało, że rozpoczęto ich już ponad 400. Przez dwa miesiące protestów zatrzymano blisko 15 tysięcy osób, do nich należy dodać jeszcze prawie dwa tysiące zatrzymanych przed wyborami, o czym informowaliśmy w przedwyborczych artykułach.

Niestety zaczynają też zapadać wyroki w tych motywowanych politycznie sprawach – wspominaliśmy już o paru kilkuletnich wyrokach, które dostali młodzi mężczyźni za udział w protestach. W tym tygodniu padło kolejne takie przygnębiające rozstrzygnięcie – dwa lata więzienia otrzymał mężczyzna, który zawinił wyłącznie tym, że nie chciał się dobrowolnie dać zakuć w kajdanki.

Możliwa ostra amunicja

Dzisiaj resztki spokoju odbiera Białorusinom pytanie, które zadawali sobie dwa miesiące temu – czy milicja zacznie do nich strzelać ostrą amunicją? Różnica polega na tym, że teraz nikt nie ma już wątpliwości, że funkcjonariusze OMON-u będą zdolni do tego, żeby oddać strzały.

Pytanie dotyczy bardziej tego, czy deklaracje, które złożył w państwowej telewizji Nikolaj Karpenkow, szef Departamentu do Spraw Walki z Przestępczością Zorganizowaną - który wsławił się własnoręcznym rozbiciem szyb w kawiarni i bezczelnym zatrzymaniem oznakowanej dziennikarki - są blefem, czy realną zapowiedzią. Karpenkow powiedział między innymi, że „oczywiście, w humanitarny sposób, użyją broni, w tym palnej” wobec protestujących, którym zarzucił bycie „opłacanymi przez Cichanouską” i „funkcjonowanie na zasadach zorganizowanych grup przestępczych lat 90.”.

Nie jest jasne, czy pierwsze strzały ostrą amunicją (po tych oddanych między 9-12 sierpnia) już nie padły – wieczorem 13 października doszło do próby zatrzymania kilkunastoletniego chłopaka, który zdecydował się uciec milicji. Jeden z funkcjonariuszy otworzył w jego kierunku ogień, nie jest tylko pewne, czy strzelał ostrą amunicją. Jak twierdzi tut.by, wiele wskazuje na to, że strzelał ślepymi nabojami, ale pewności co do tego nie ma nikt. Pewne jest tylko to, że od razu mierzył w plecy uciekającego chłopaka.

Wypowiedzi przedstawicieli białoruskich mają stworzyć opowieść o radykalizacji protestów. Mówią o niej Karpienkow i Bałaba, o możliwych prowokacjach wspomina też szef KGB Iwan Tertel. Na potwierdzenie swoich słów uciekają się do mało prawdopodobnych wybiegów retorycznych.

Białoruskie MSW opublikowało również film, na którym rzekomo udokumentowana jest próba obrzucenia komisariatu koktajlem Mołotowa. Wideo jednak szybko zostało zweryfikowane przez internautów – rzucający musiał znajdować się już na ogrodzonym terenie jednostki, by kamera mogła go uchwycić.

Nie zmienia to jednak faktu, że nowa narracja może być próbą przygotowania gruntu do pokazowych morderstw – inaczej nie można ich nazwać. OMON nie otworzy ognia do tłumu, bo ten jest zbyt duży, by milicja mogła go powstrzymać, OMON-owcy się tego tłumu boją, zawsze atakują, gdy ludzie się rozchodzą, albo gdy zostaje ich niewielu. Jeśli dojdzie do strzelania ostrą amunicją, będą to raczej morderstwa przypominające to z Brześcia, z 10 sierpnia, które opisywaliśmy dokładniej w wywiadzie z Olgą Salomatovą: strzały w tył głowy, w podwórkach, do uciekających protestujących lub przypadkowych przechodniów.

Co dalej – ucieczka?

W sytuacji utrzymania terroru lub jego zaostrzenia wielu spodziewa się, że Białorusini będą masowo opuszczać kraj. Jest to częściowo błędne przypuszczenie, bo znacząca większość chce zostać na miejscu, by walczyć do końca o wolność. Aktywiści i zwykli ludzie od miesięcy funkcjonują w realiach stanu wyjątkowego, z dnia na dzień i właśnie dlatego nie są skłonni wycofywać się ze swoich zmagań.

Migrantów jednak nie brakuje. W ciągu dwóch miesięcy kilka tysięcy osób wyjechało z Białorusi do sąsiednich krajów. Łączną ich liczbę trudno oszacować, bo wyjeżdżali na różnych etapach protestów, z różnych powodów i przede wszystkim różnymi trybami.

Po wyproszeniu z kraju kilkudziesięciu polskich i litewskich dyplomatów większość państw Unii Europejskiej oraz część innych krajów wspierających demokratyczne dążenia Białorusinów wycofała z Białorusi swoich konsuli, by zasygnalizować Łukaszence jednolitą pozycję Zachodu wobec jego totalitarnych metod. Mimo że tak zdecydowana reakcja na poziomie międzynarodowej dyplomacji ucieszyła Białorusinów, to jednak stworzyła też praktyczne problemy.

Chwilowo zawieszone jest przyjmowanie wniosków wizowych w polskich konsulatach, podobnie jak w placówkach w kilku innych państw. Jeszcze nie wiadomo, kiedy znowu będzie będzie można zgłaszać takie wnioski.

Sytuację dodatkowo komplikują zaostrzające się reguły związane z pandemią COVID-19. Białoruś, podobnie jak Polska, zmaga się z rosnącą w zastraszającym tempie drugą falą zachorowań, a ich konsekwencje uderzą nie tylko w zdewastowany system zdrowia, ale także w gospodarkę, która już teraz jest w stanie agonalnym. Białorusinów czeka prawdopodobnie bardzo ciężka zima, przed którą trudno będzie im uciec.

Co dalej – drugi Kirgistan?

Wspominaliśmy już w poprzednim artykule dotyczącym sytuacji w Białorusi, że w odpowiedzi na narastające represje ze strony białoruskich władz wobec Białorusinów, Swiatłana Cichanouska zapowiedziała, że jeśli do 25 października Łukaszenka nie odejdzie od władzy, nie ustanie przemoc na ulicach i nie uwolnieni zostaną więźniowie polityczni,

to 26 października rozpocznie się ogólnokrajowy strajk, zablokowane zostaną wszystkie drogi i wstrzymana będzie sprzedaż w sklepach państwowych.

Trudno przewidzieć, jak powiedzie się plan liderki opozycji – spełnienie jej deklaracji będzie dla niej kolejnym sprawdzianem sprawczości. Jeszcze ani razu tak stanowczo nie nawoływała do oporu wobec władzy, ale była też niejako uwiązana ograniczeniami białoruskiego, upolitycznionego prawa. Od kiedy jest poza prawem, to znaczy od kiedy jest poszukiwana listem gończym, może pozwolić sobie na więcej, a jakie będą tego efekty, zobaczyć będzie można w najbliższych dniach.

Cichanouska, podobnie jak inni przedstawiciele opozycji, rozumie, że w obecnej sytuacji nie powinni dogadywać się z Łukaszenką. Dla nich, jak i dla znaczącej większości Białorusinów, jedyną opcją jest dzisiaj odsunięcie dyktatora od władzy.

Drugiego Kirgistanu w Białorusi nie będzie – Łukaszenka pokazał już dobitnie, że w odróżnieniu od Suronbaja Dżinbekowa nie boi się przelać krwi narodu, którym chce rządzić. Białorusini z kolei pokazali, że zrobią wszystko co w ich mocy, by nie zmieniać władzy przemocą.

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne