Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Danil UsmanovFot. Danil Usmanov

Wzdłuż ulicy wiszą sfatygowane ukraińskie flagi. Dawno nikt ich nie zmieniał. Do wojny stąd daleko. Ze wsi na front pojechały trzy osoby. Większość mężczyzn ukrywa się przed wojskiem albo dawno wyjechała za granicę. Zostali ci, co wyjechać nie chcą lub nie mogą.

W tym Bohdan Kykyna, dyrektor ośrodka dla osób z niepełnosprawnością w zakarpackich Wilszanach.

Wieś leży w jednym z najbezpieczniejszych zakątków Ukrainy. Dookoła gęste karpackie lasy. Tu nie ma godziny policyjnej, alarm przeciwlotniczy słychać rzadko.

Kykyna wita nas – mnie i fotografa – z szeroko otwartymi ramionami i siatką z wódką, winem i papierosami. Dostajemy mieszkanie dla gości, w lodówce słonina i kiełbasy. We wsi jest jeden sklep, zapasy lepiej mieć swoje.

Nasza obecność niepokoi dyrektora. Dziennikarze przyjeżdżali tu wcześniej, głównie by dokumentować projekty zagranicznych sponsorów. Cyknęli parę zdjęć i w nogi. My zostajemy tydzień. Kykyna chodzi za nami jak cień. – Po co wam ta informacja? – irytuje się, gdy pytam praczkę, ile robi prania. – Żeby oddać ogrom pracy – odpowiadam cierpliwie. Proszku schodzi dziesięć kilo dziennie.

Kykyna zrośnięty jest z ośrodkiem od dziecka. Jego ojciec przepracował tu 44 lata: od kierowcy do wicedyrektora. Matka była pielęgniarką w psychuszce.

Bo Wilszany to wieś dwóch ośrodków: dla dzieci z niepełnosprawnością i dla psychicznie chorych. Dlaczego akurat Wilszany? Bo są na odludziu, w górach. W ZSRR lubiano zakładać takie placówki daleko od świata. We wsi była też infrastruktura, bo po budowniczych tamy na rzece Terebli zostały porządne bloki i kantyna.

Oficjalnie to dom dziecka, ale nie wszystkie dzieci są sierotami. Nie wszystkie są też dziećmi. Z 201 osób w ośrodku 150 jest pełnoletnich. Wszystkie mają jakąś niepełnosprawność, umysłową lub fizyczną, głównie trzeciego i czwartego stopnia. Są tu osoby z porażeniem mózgowym, upośledzeniem umysłowym, autyzmem i schizofrenią. Wiele od lat nie wstaje z łóżka.

Zdjęcie. Sala z łóżkami, na pierwszym planie mężczyzna w płaszczu, za nim kobieta w białym kitlu
Dyrektor Bohdan Kykyna odwiedza podopiecznych. Wilszany. Fot. Danil Usmanov.

Nasi mali Separatyści

– Przez tę cholerną wojnę, mam coraz więcej dzieci – narzeka dyrektor Kykyna zaciągając się papierosem.

Po 24 lutego 2022 roku do ośrodka w Wilszanach ewakuowano dzieci z Ługańska, Krzywego Rogu, Odessy i Kijowa. Unia Europejska gotowa była je wziąć, o ile przyjadą z nimi opiekunowie. Dlatego wyjechały tylko te osoby, które wymagały najmniej opieki. Cięższe przypadki zostały w Ukrainie.

Weronika chodzi w kółko po sali. Ma 29 lat, twierdzi, że pięć. – Schizofrenia – Rozkłada ręce Kykyna. Razem z nią mieszka dziesięć osób z Krzywego Rogu. Sala jest po remoncie, miała być do fizjoterapii. Ale zaczęła się inwazja, Kykyna położył tu ewakuowanych. Weronika już się uspokoiła, na początku rzucała się na salową.

– Wojna, ewakuacja, to nie działa dobrze nawet na zdrowych – mówi Kykyna.

W sali obok są ewakuowani z Ługańska. Kykyna mówi na nich pieszczotliwie „Separatyści”. Maksym i Misza, sześcioletnie bliźniaki, szaleją między łóżkami. – Nauczyli się już jeść łyżką, ale wciąż noszą pampersy. – Opowiada Olja Sandor, salowa. W tej samej sali leży Princessa. Cierpi na wrodzoną łamliwość kości. Olja drży o jej bezpieczeństwo, gdy chłopcy biegają po sali. Wcześniej pracowała jako kucharka w szkole. Wilszany cierpią na ścisk i brak personelu. W ośrodku pracują kobiety z okolicznych wsi. Bez szkół i przygotowania. W salach stoi łóżko przy łóżku.

Z osób ewakuowanych z terenów okupowanych lub objętych wojną ośrodek teoretycznie ma dochód. Trzy czwarte renty inwalidzkiej idzie na opłacenie utrzymania i opieki. Pytam, czy można za to zatrudnić dodatkowy personel.

– A skąd wziąć ten personel? Mam dwadzieścia sześć wakatów – mówi Kykyna.

W ośrodku są 142 miejsca pracy. Gdy odjąć kucharki, sprzątaczki i administrację, personelu, który pracuje z wychowankami, zostaje mało.

Braki kadrowe to główny problem ośrodka. Lekarz zagląda trzy razy na tydzień. Teoretycznie, bo w czasie naszego pobytu nie było go wcale. Fizjoterapeuty brak. Logopedka się zwolniła. W ośrodku jest gabinet dentystyczny, ale zabiegi trzeba robić pod pełną narkozą. Żaden dentysta nie chce się tego podjąć. Ginekolog przyjeżdża raz na rok. Psychiatra raz na tydzień, ale akurat odwołała dyżur. Dzieci przechodzą badania dwa razy do roku, dorośli raz.

W wypadkach nagłych Kykyna sam wiezie wychowanków do szpitala. Tak szybciej niż czekać na karetkę z miasta. A zdarzają się takie ataki padaczki, że liczy się każda chwila. Dlatego Kykyna właściwie nie pije. Zawsze musi być w stanie usiąść za kółkiem. Poważniejsze zabiegi robi za granicą, szuka na nie sponsorów.

Ihor Lakatos jako dziecko doznał rozległych poparzeń, zrosty na skórze utrudniały poruszanie się. Przeszedł kilka operacji, dziś pomaga w kawiarni. Eduard Hotra, z porażeniem mózgowym, leczony był w Stanach Zjednoczonych. Dziś chodzi z rolatorem.

Zdjęcie. Sala terapii zajęciowej, dwaj chłopcy przy warsztatach tkackich.
Warsztaty terapii zajęciowej. Wilszany. Fot. Danil Usmanov.
Chłopak w brązowym swetrze śpiewa do mikrofonu, za nim regał z instrumentami i ikoną.
Sala muzyczna. Przy mikrofonie Zoltan Pop, wychowanek ośrodka w Wilszanach. Fot. Danil Usmanov.

Plecy bolą od dźwigania dorosłych ciał

Ukraina ma najwyższą w Europie liczbę dzieci przebywających w instytucjach opiekuńczych i edukacyjnych. Według oficjalnych danych w 2016 roku były to 105 783 osoby, około 1,5 procent wszystkich dzieci w kraju. Tyle że to liczba bez sensu, bo obejmuje domy dziecka i poprawczaki, ale też szkoły z internatem, w tym sportowe i dla dzieci uzdolnionych muzycznie.

W 2017 roku Kijów ogłosił „Narodową strategię reformy instytucjonalnego systemu opieki i edukacji” inicjując proces deinstytucjonalizacji. System opieki ma być tak przebudowany, by opierał się na rodzinach biologicznych i zastępczych, a nie instytucjach-molochach, które zostały po ZSRR. Liczba dzieci w instytucjach ma spaść o 90 procent.

Reforma nie jest bezpośrednim warunkiem wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej, ale jest szczegółowo omawiana z Brukselą. Miała zakończyć się w 2026 roku, tylko że przyszła wojna. Zamiast reformować, trzeba było ratować.

Oddolna reforma w Wilszanach zaczęła się od razu po upadku ZSRR. Wcześniej sierociniec był ośrodkiem zamkniętym. Otworzył się w 1992 roku. Cztery lata później przyjechali tu Francuzi z organizacji Medical Aid Committee in Zakarpattya (CAMZ). Pomogli po powodzi, która zabrała magazyny i całe zapasy ośrodka. W 2002 roku wycofali się z Ukrainy. Ich dawne współpracownice otworzyły nowe CAMZ. To już organizacja ukraińska. Zajmuje się ośrodkiem i dostarcza pomoc na front.

– Od 15 lat obserwujemy tendencję spadkową – mówi mi Łesia Łewko, koordynatorka projektów w CAMZ, w ich biurze w Użgorodzie. – W ZSRR rodzice nie mieli wyjścia, dzieci po prostu im zabierano. Dziś do ośrodków trafiają dzieci starsze, gdy rodzice nie dają sobie rady z opieką.

Salowe w Wilszanach pracują na dwie zmiany: od szóstej do szóstej. Każda ma pod opieką jedną salę, średnio po piętnaście osób w każdej. Plecy bolą od dźwigania dorosłych ciał. Salowa to zawód kobiecy. – Wyobrażasz sobie, że jakiś mężczyzna będzie niańczył dzieci za dwieście euro miesięcznie? – pyta mnie w swoim gabinecie dyrektor Kykyna. Tyle wynosi pensja. Za nocny dyżur przysługuje dodatek. A mężczyzn i tak we wsi już nie ma.

Salowa Oksana Ryszko przyznaje, że czasem głowa jej pęka. Krzyki, wrzaski. Ktoś śmieje się do rozpuku, ktoś kiwa pod ścianą. Ktoś skacze jak na sprężynie. Ktoś inny co chwilę ściąga spodnie. Oksana biegnie go ubierać. – Co ja poradzę, że on się lubi obnażać – mówi skonsternowana.

– Na początku jest ciężko – przyznaje Olja, z sali dla ewakuowanych z Ługańska. Trzeba ponauczać się dzieci. Każde ma inne potrzeby, inaczej komunikuje. Albo nie komunikuje wcale. Trzeba odczytywać sygnały. – Niektóre dziewczyny odchodzą z pracy po dwóch dniach. Nie mogą znieść widoku cierpienia.

Przeczytaj także:

Kobieta w białym fartuchu uśmiecha się do dziewczynki, która się do niej przytula.
Edita Melojan i salowa Oksana Ryszko. Wilszany. Fot. Danil Usmanov.

Salowe na pańszczyźnie

Najmłodsze dzieci mieszkają nad gabinetem dyrekcji. To takie przedszkole, tylko radości w nim mało. W skrzydle są leżący pacjenci. W sumie jest trzynaście sal, średnio piętnaście osób w każdej. Na każdą salę przypada jedna salowa.

Olja ma sześć dyżurów w tygodniu. Pracuje tu ćwierć wieku, dłużej niż Kykyna. Pamięta poprzedniego dyrektora. – Miał gdzieś, czy moje dzieci są głodne i krowa wydojona. Po skończonej zmianie zamiast do domu jechaliśmy w pole.

Bo ośrodek dzierżawił osiemnaście hektarów w dolinie. Salowe uprawiały buraki, ziemniaki, kukurydzę. To wszystko gotowało się i dawało świniom, które trzymał ośrodek. Co sprawniejsi wychowankowie pomagali w chlewie. Dwie, trzy opiekunki zostawały we wsi, reszta jechała w pole. To dlatego dzieci przywiązywano do łóżek – całymi dniami były same.

– Nie mieliśmy wyboru – mówi Olja. – Dyrektor potrącał nam z pensji, gdy zbiory były słabe.

A potem do pracy przyszedł Kykyna. Pierwszą połowę życia przepracował jako księgowy w Chuście, to trzecie co do wielkości miasto na Zakarpaciu. Miał 39 lat, gdy w Wilszanach zmarł stary dyrektor. Kykyna zgłosił się do pracy.

– Miałem 141 świń, ale ani jednego szczelnego okna – Kykyna wspomina swoje początki na stanowisku. Podczas deszczu na parapetach kładło się szmaty, bo lało się na przegniłą podłogę. Kaloryfery były zatkane. Panował ziąb. Kykyna powiedział: Stop. – Mam być dyrektorem kołchozu czy domu dziecka? – Spytał w Wydziale Pomocy Społecznej. Urzędnicy zrobili wielkie oczy. Każdy ośrodek miał własne pole.

Kykyna wypowiedział dzierżawę, świnie zjedli. Salowe przestały odrabiać pańszczyznę.

Groby kopie, kto może

Kykynie podoba się pomysł reformy. – Idea jest zacna. Też jestem za tym, by dzieci mieszkały w rodzinach, w ostateczności zastępczych. Ale naszych wychowanków nikt nie weźmie. Bo raz, że są niepełnosprawni. A dwa, że dorośli – mówi dyrektor. Dlatego wystąpił o zmianę w statucie ośrodka. Teraz już oficjalnie mogą mieszkać w nim osoby do 35 roku życia. Starsze też, jeśli brak dla nich miejsc w domu pomocy społecznej.

– Tam miejsc brak, więc zostaną tu do końca życia – mówi Kykyna.

A życie w ośrodku bywa krótkie. W czasach ZSRR zmarłe dzieci chowano w nieoznaczonym miejscu w lesie. Kykyna postanowił to zmienić. Wieś była na nie. Słychać było głosy, że cmentarz za mały, że dla miejscowych nie starcza miejsca. Kykyna zwołał zebranie pod cerkwią.

– Czy te dzieci nie zasługują na normalny pogrzeb? – Spytał sąsiadów. – Mieszkają tu całe życie. Dzięki nim macie pracę.

Władze hromady wydzieliły mu kąt na końcu cmentarza. Dalej była już tylko hałda śmieci i rzeka. Chaszcze wykarczowano. Postawiono tablicę: Nie śmiecić. Dziś w równych rzędach wyrastają z ziemi identyczne nagrobki.

– Nie mamy budżetu na pochówek – narzeka Kykyna. Nagrobki robi zaprzyjaźniony kamieniarz, trumny zbijają palacze z kotłowni. – Dla naszych dzieci trudno kupić gotową trumnę, bo wiele z nich jest – Kykyna waży słowa – niewymiarowa. Przecież nie połamię ich po śmierci, by zmieścili się do trumny.

Grób kopie, kto może, Kykyna też kopał. Salowe sadzą kwiaty. Grobów jest dwadzieścia siedem, średnia wieku dwadzieścia dwa lata. To postęp, bo w ZSRR większość wychowanków umierała w dzieciństwie. Na co? Pytam Kykynę.

– Na brak opieki – odpowiada. – Te dzieci żyją siłą woli. Bez ludzkiego ciepła ta siła słabnie.

Z tym ciepłem jest krucho. Rodzice przyjeżdżają do jedenastu osób. Rodzice innych nie żyją, zrzekli się praw rodzicielskich lub zostali ich pozbawieni. Wielu wyjechało z powodu wojny. Dzwonią z zagranicy, na przykład do Wołodymyra, „Majdańca”, jak nazywa go Kykyna, bo chłopiec jest z Kijowa. Sześciolatek siedzi na sali przypięty do wózka. – Kochamy go, ale przy takim obłożeniu pracą, nie da się inaczej zapewnić mu bezpieczeństwa – tłumaczy salowa.

Wiele osób jest jednak w dobrej formie. Edita Melojan pracuje w kawiarni w ośrodku. Przeszła typową drogę: jako niemowlę trafiła do Domu Małego Dziecka w Swalawie. Stamtąd, po ukończeniu czwartego roku życia, dzieci rozsyłane są dalej. Dlaczego Edita trafiła do Wilszan, nie wiadomo. Sam Kykyna przyznaje: – Ma minimalne upośledzenie. Gdyby żyła z rodziną, byłoby niezauważalne. Jak dziecko trafi do nas, trudno mu wrócić do normalnego życia.

Dyrektor ostrzega jednak, że pozory mylą. W kawiarni pomaga Zoltan Pop. Elokwentny, towarzyski, żartuje, śpiewa. Chwali się, że zna wiele języków, ale jesienią, gdy nad dolinę schodzi gęsta mgła, robi się agresywny.

– Do szpitala psychiatrycznego odsyłamy tylko w ostateczności. Dzieciom zwykle się potem pogarsza – tłumaczy Kykyna.

Choć Edita ma 30 lat, a Zoltan 34, Kykyna uparcie mówi o nich „dzieci”. Obydwoje pochodzą z rodzin romskich.

Kobiety w białych fartuchach idą ścieżką niosąc wielki tobół.
Salowe dźwigają pranie. Wilszany. Fot. Danil Usmanov.

Skąd się biorą dzieci w sierocińcu?

– Na papierze reforma robi postępy – przyznaje Anastasiia Stepuła w kawiarni w Kijowie. Aromatyczna kawa, pokrojony owoc kaki na kryształowym talerzyku, widelczyk srebrny. Stepuła pracowała kiedyś w wiodącym magazynie modowym, ma syna w spektrum autyzmu. Dziś działa w Ukrainian Child Rights Network, to koalicja 33 ukraińskich organizacji zajmujących się prawami dziecka. Za oknem wyje syrena. To trzeci alarm przeciwlotniczy od rana. W nocy wyła pięć razy.

– Radzieckie sierocińce to były instytucje totalne. Dzieci nie miały ani krzty autonomii. Uważano je za niezdolne do życia w społeczeństwie, a niepełnosprawność za rzecz wstydliwą, wręcz zaraźliwą – mówi Stepuła. Przypomina mi się, co opowiadała salowa Olja. Jak jeszcze jeździli do pracy w polu, zatrzymywali się w sklepie w sąsiedniej wsi. Ludzie gadali, „O, wariaty przyjechały”. Kłótnia o cmentarz też pokazała, że ludzie we wsi nie chcieli wychowanków sierocińca na cmentarzu przy cerkwi.

Stepuła: – W ZSRR dzieciom zapewniano dach nad głową, jedzenie, leki. Ani rehabilitacji, ani rozrywki, ani nauki. W kraju nie ma usług dla osób z niepełnosprawnością, bo nigdy ich nie było.

Dlatego reforma jest wyzwaniem. Dla państwa, dla rodziców i dla instytucji. Te są szczególnie podejrzane. Stepuła ma wiele zastrzeżeń do całego systemu. Bo skąd biorą się dzieci w ośrodkach?

– Bywa, że opieka społeczna wymusza na rodzicach oddanie dziecka. Wystarczy, że rodzina jest uboga i wielodzietna. Urzędnicy mówią: Albo oddasz nam jedno dziecko, albo oddamy sprawę do sądu za zaniedbania rodzicielskie i zabierzemy wszystkie – twierdzi Stepuła. W rodzinach z niskim poziomem wykształcenia, też w rodzinach romskich, taki szantaż działa.

Wiele dzieci to sieroty społeczne. Rodzice nie zrzekli się praw, choć nie interesują się dzieckiem. Ośrodek fałszuje dokumenty, że rodzice przyjeżdżają w gości. Inaczej dziecko trafiłoby do adopcji.

Stepuła: – Instytucje muszą zapełnić łóżka. Jeśli dzieci nie ma, ośrodek można zamknąć, a wraz z nim znikną miejsca pracy. Dlatego pracownicy sabotują reformę.

Pytam w Ministerstwie Polityki Społecznej, Rodziny i Jedności Ukrainy, czy zdarzają się takie przypadki. Nie dostaję odpowiedzi. Ale na pytanie o postępy reformy już tak: Aż 91,2% sierot i dzieci pozbawionych pieczy rodzicielskiej opuściło już instytucje opiekuńcze, informuje ministerstwo. Tylko w 2025 roku, ponad 5,000 dzieci umieszczono w rodzinach i placówkach typu rodzinnego, 1143 trafiło do adopcji. Tylko że sieroty to mniejszość. Według danych z 2016 roku zaledwie osiem procent dzieci nie miało rodziców.

Stepuła zaleca ostrożność w interpretacji oficjalnych danych. Uważa, że pokusa mataczenia jest duża. Podaje przykłady: Hromada może zmienić nazwę dom dziecka na centrum usług edukacyjnych. Miejsce to samo, tylko nazwa nowa. Stepuła twierdzi, że zdarzało się, że pracownicy rejestrowali się jako rodziny zastępcze. W teorii przejmowali opiekę nad dziećmi, w praktyce dzieci nadal były w sierocińcu. Dlatego tak trudno wejść do środka z kamerą. Stepuła dziwi się, że nam się udało. Tym bardziej że właśnie wybił kolejny skandal.

Do sieci trafił materiał z ośrodka w obwodzie tarnopolskim. Na nagraniu widać rozwalające się meble, prysznice bez zasłonek, zero prywatności. W salach puste półki, za to u dyrekcji góry zabawek. W kanciapie personelu resztki jakiegoś rautu, na stole szampan i talerze z sałatkami.

Po każdym takim skandalu ośrodki dostają telefon z góry: „Uważać na media”.

W promieniach wschodzącego słońca opiekunka prowadzi grupę wychowanków na spacer.
Spacer z wychowankami. Wilszany. Fot. Danil Usmanov.

Proszę nie robić zdjęć z ulicy!

Wieś wygląda na wymarłą. Mieszka tu, teoretycznie, jakieś tysiąc osób, ale połowa domów wydaje się pusta. W oknach poruszają się firanki, kiedy idziemy drogą.

Większość salowych unika rozmów. – Mamy zakaz rozmów z wami – wysypuje się Maria, jedna z dwóch pielęgniarek. Natalia Mikułowa, która uczy ceramiki, pierwszego dnia opowiada mi całe swoje życie. Nazajutrz nabiera wątpliwości: – Nie powinnam się wypowiadać, nie chcę kłopotów.

Nadia, kierowniczka zaopatrzenia, zaprasza nas do domu w gości. W dzień wizyty zmienia zdanie.

– Tu naród jest prosty, ich nie ciągnie do gazet – tłumaczy swoje pracownice dyrektor. Twierdzi, że nic nikomu nie zabraniał. Ale ma uraz do prasy. Wyciąga z biurka słowacką gazetę. Autorka pisze, że w Wilszanach dzieci przywiązuje się rajstopami do łóżek. – Dziennikarze nie rozumieją niuansów – Złości się Kykyna. – Tu łatwo zrobić zdjęcie, które mnie kosztuje stanowisko, a ten ośrodek istnienie.

Szczególnie zawadza mu fotograf. Kiedy Danil fotografuje autobus, którym salowe wracają wieczorem do domów, Kykyna aż kipi. – Proszę nie robić zdjęć z ulicy! Co, jeśli któreś dziecko będzie stać gołe w oknie?

Mamy też zakaz wstępu do budynków w porze mycia. Prysznice są bez zasłonek, toalety się nie zamykają. – Muszę dbać o bezpieczeństwo salowych – tłumaczy Kykyna. Wielu wychowanków to potężne osoby, nieświadome swojej siły. Szukają bliskości. Nas też ciągle ktoś dotyka. Kykyna ostrzega: – Proszę mieć oczy dookoła głowy.

Trzy kobiety w kurtkach stoją na przystanku autobusowym. Dookoła las i góry.
Salowe czekają na wieczorny autobus do domu. Wilszany. Fot. Danil Usmanov.

Czas mierzony po zakarpacku

– Bez merytorycznego wsparcia reformę przeprowadzić trudno – mówi Łewko z CAMZ. Hromady zobowiązane są rozbudować sektor usług dla osób z niepełnosprawnością, ale brak im i doświadczenia i pieniędzy.

– System jest niedofinansowany, bo w Ukrainie pracowników opieki się nie ceni – mówi Stepuła.

Ratunkiem jest pomoc z zagranicy, ale i tu Stepuła jest krytyczna. Zagraniczni darczyńcy chcą efektów wymiernych, obejmują symboliczną adopcją dzieci albo inwestują w budynki. – Buduje się nawet dla rodzin zastępczych, jakby domów w Ukrainie było mało. Taniej jest budować w miejscach słabo zaludnionych. Ale tam dostęp do usług słaby. Wychodzi na to samo – podkreśla.

Dyrektor Kykyna jest tego samego zdania. – Co z tego, że zamknęli jakiś ośrodek, skoro dzieci trafiły do innego? U nas są dzieci z trzech ośrodków, które formalnie już nie istnieją. Reformować też trzeba mieć za co.

Dlatego Kykyna zaczął chodzić na żebry. Sponsor z Czech dał mu kotły ciepłownicze. W salach zrobiło się ciepło. – W Wydziale Opieki byli na nie – mówi Kykyna. – Urzędnikom nie podoba się, że szukam sponsorów, ale sami pieniędzy dać nie chcą.

Kykyna ma szczęście do sponsorów. W 2009 roku, CAMZ otwarło Parasolkę, to eksperymentalny ośrodek w miasteczku Tjacziw, 40 km od wsi. Wybrano 25 osób z Wilszan, tych bardziej samodzielnych. Mieszkają tu pod opieką pedagogów. Mają szklarnię, kury, krowę. Są lekcje pisania, czytania, rachunków. Rodzice z okolicy mogą dowozić dzieci.

– Dokładnie o to chodzi w reformie. O to, by taki człowiek mieszkał we własnym domu, ale dojeżdżał na zajęcia lub rehabilitację – mówi Łewko z CAMZ, organizacji, która kupiła budynek. Koszty użytkowania pokrywa państwo.

W Wilszanach też coś się zmienia. Kykyna zatrudnił cztery nauczycielki i pięć ergoterapeutek. Jedną z nich jest Natalia Mikulin. Kiedyś była pielęgniarką w psychuszce. Każdy rok liczył się tam za dwa, w wieku 54 lat przeszła na emeryturę, ale w domu było jej nudno. Dziś robi z wychowankami kubki z gliny, można je kupić w kawiarni, która działa w ośrodku, przy drodze. To jedyna kawiarnia we wsi. Czasem zajrzy jakiś samotny turysta, salowe zjedzą po pracy gofra z dżemem. Natalia się spieszy. W domu czeka ogród, kury i świnie. I mąż, który ukrywa się przed wojskiem.

Kawiarnia to nie jedyny projekt integracyjny Kykyny. Zbudował też cerkiew na terenie ośrodka. Ksiądz dojeżdża aż spod Użgorodu. Trudno było znaleźć chętnego. – U nas nie ma dochodów z chrzcin i ślubów. Są tylko pogrzeby – wyjaśnia Kykyna.

Na niedzielne nabożeństwo przychodzi parę kobiet ze wsi. Księdzu asystują Eduard i Bohdan, wychowankowie ośrodka. Tego ranka ksiądz dostał telefon, że jadą po niego z Terytorialnego Centrum Rekrutacji, odpowiedzialnego za pobór do wojska. Ksiądz pożegna się z wiernymi i schowa w żeńskim klasztorze w górach. – Nas, z Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego powołują za karę – mówi mi z wyrzutem.

Bo cerkiew należy do starego kościoła, który formalnie podlega Moskwie. – My z Rosją nie mamy nic wspólnego – twierdzi ksiądz. Nie podoba mu się, że Kijów miesza się w sprawy kościoła. Do Kijowa stąd zresztą daleko. Czas we wsi mierzy się „po zakarpacku”, czyli po środkowoeuropejsku, jest godzinę wcześniej niż w reszcie Ukrainy. W ośrodku wiszą dwa zegary. Przy każdym umówionym spotkaniu trzeba dopytać, według którego czasu.

Zdjęcie z cerkwi, kobiety w chustach modlą się przy świecach, w środku, młody mężczyzna w szatach liturgicznych asystuje przy mszy
Cerkiew przy ośrodku w Wilszanach. Do mszy asystują wychowankowie. Fot. Danil Usmanow.

Putin w naszą tamę nie uderzy

Dzieci są zakładnikami systemu opieki – twierdzi Anastasija Stepuła.

To nieprawda, bo w Wilszanach zakładnikami są wszyscy.

Wieś nigdy nie była bogata. Dolina jest wąska, ziemia jałowa. Mężczyźni pracowali przy wyrębie, Tereblą spławiali drewno. Budowa tamy położyła kres flisactwu. Wypas owiec na połoninach też się nie opłaca. Została praca za granicą, głównie w Czechach i na Słowacji.

Do niedawna mężczyźni regularnie wracali do domu. W 2022 roku przestali. Ukraina już by ich nie wypuściła. Kobiety stają przed wyborem: Jeśli chcą mieć rodzinę, muszą wyjechać do męża. Starszym salowym Kykyna rozdaje urlopy. Dwa miesiące, dwa i pół. Pojadą do męża, dorobią do pensji. – Jestem im wdzięczny, że w ogóle chcą tu pracować.

Nad ranem wyje syrena. W tym gęstym lesie, wśród buków i dębów, brzmi jak echo z innego świata. Wyrwani ze snu wychowankowie ustawiani są w szereg na korytarzu. Ci leżący nie mieliby szans. I tak nie ma gdzie się schować. Kykyna chce wierzyć, że pod tamą na Terebli dzieci są bezpieczne. – Putin nie uderzy w tamę, bo zalałoby Węgry, a Orban to jego przyjaciel.

Kykyna mówił to przed wyborami na Węgrzech. Długofalowo jest jednak pesymistą.

– Po wojnie trzeba będzie odbudować kraj. Z frontu wrócą tysiące żołnierzy z poranioną psychiką. Takie ośrodki jak nasz nie będą priorytetem. Musimy radzić sobie sami.

Najbliżej do wojny jest ze stróżówki. W środku tapczan, grzejnik elektryczny, czajnik i telewizor. Stróż Wasilij pali papierosy i ogląda wiadomości z frontu. Bramę zamyka tylko na noc. – Nikt stąd nie ucieknie – mówi. – Nie ma dokąd.

Autorem wszystkich zdjęć jest Danil Usmanov.

Na zdjęciu Emilia Sułek
Emilia Sułek

reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.

Komentarze