Psy i koty na wojnie w Ukrainie. Wojciech Tochman: Ocalając zwierzęta, ocalamy siebie [ROZMOWA]
— Ratowanie człowieczeństwa to także ratowanie swojej głowy, lek przeciw szaleństwu. Uratowanie psa z wojennej opresji daje poczucie sprawczości: nie jestem bezradny, wprawdzie nie mogę uratować kraju, ani żołnierza, który ginie w okopie, ale mogę ocalić inne życie – mówi Wojciech Tochman, autor książki „Delfiny i Belzebub” (Wydawnictwo Literackie).
Mateusz Demski: Zanim zaczniemy mówić o książce, proszę powiedzieć o Kropelce. Psinie uratowanej z grilla gdzieś w Azji.
Wojciech Tochman*: Wszystkie moje zwierzęta są skądś uratowane. Kropelkę przywiozłem z Indonezji. Sama mnie odnalazła. Weszła do ogrodu domu, w którym mieszkałem i gdzie kończyłem pisać książkę „Pianie kogutów, płacz psów”. Była szczenięciem, uciekała przed czymś lub przed kimś. Na szyi miała wrośnięty w skórę plastikowy sznurek. Zabrałem ją do Europy. Co to była za operacja! Badania, biurokracja, nerwy. Dwadzieścia godzin leciała w luku bagażowym, z przerwą na przesiadkę w Singapurze. Uratowana z grilla, bo na hinduskiej wyspie Bali psy są jedzone przy okazji ceremonii pogrzebowych jako rarytas. Szansa, że Kropelka mogłaby wylądować na ruszcie, była spora.
Mamy cztery inne psy i kotkę. Mieszkam w Grecji, więc zwierzęta są uratowane stąd, z greckich jezdni i krzaków. A ostatnio, już po napisaniu „Delfinów i Belzebuba”, przywiozłem z Ukrainy Drużkę. Znaleźli ją moi przyjaciele – ratownicy z organizacji Animal Rescue Kharkiv (ARK). W Drużkiwce koło Kostiantyniwki, gdzie prawie nie ma już ludzi, tylko zniszczenie i śmierć.

Komentarze