Prawa autorskie: Patryk Ogorzalek / Agencja Wyborcza.plPatryk Ogorzalek / A...
31 października 2022

Push-back Białorusina na granicy polsko-ukraińskiej. Dlaczego władza wciąż łamie prawo?

Push-backi to nie tylko rzeczywistość Podlasia, o czym ostatnio na własnej skórze przekonał się młody Białorusin w Medyce. Wiele wskazuje, że i ta sprawa skończy się w sądzie

Obywatel Białorusi, któremu polska Straż Graniczna uniemożliwiła złożenie wniosku o ochronę międzynarodową na przejściu granicznym w Medyce w ubiegłą sobotę 22 października, wjechał do Polski dwa dni później, w poniedziałek. W jego sprawie interweniowali aktywistki i aktywiści oraz politycy. Gdy więc mężczyzna stawił się na granicy w poniedziałek rano – usłyszeli zapewnienia, że wszystko odbędzie się tak, jak należy. Pisaliśmy o tym tu:

I owszem, ostatecznie wszystko odbyło się zgodnie z procedurami. Mężczyzna został wpuszczony do Polski, a jego wniosek o ochronę międzynarodową został przyjęty. Nie zmienia to jednak faktu, że w tej sytuacji mogło dojść do złamania prawa. Dokładnie tak, jak ma to miejsce na innych odcinkach polskiej granicy.

"To był ewidentny push-back" – mówi nam Marta Górczyńska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Obecnie Górczyńska pracuje wraz z Grupą Granica i zajmuje się m.in. pomocą prawną wypychanym przez polsko-białoruską granicę osobom migrującym z Bliskiego Wschodu i Afryki. Podkreśla jednak, że łamanie prawa ma miejsce nie tylko w lesie.

"Od wielu lat widzimy, że do push-backów dochodzi także na polskich przejściach granicznych. Najczęściej oczywiście na przejściu granicznym Brześć–Terespol, gdzie nie przyjmuje się wniosków o ochronę międzynarodową m.in. od osób o narodowości czeczeńskiej. Mamy te push-backi dobrze udokumentowane. Co więcej, w tych sprawach zapadają wyroki zarówno w sądach krajowych, jak i międzynarodowych instancjach" – wyjaśnia.

Dwadzieścia dwa push–backi na przejściu granicznym

Marta Górczyńska wie o przynajmniej 50 krajowych wyrokach, w których sądy orzekały, że nie dopuszczając do złożenia wniosku o ochronę międzynarodową na przejściu granicznym w Terespolu, Straż Graniczna łamie prawo. Jeśli chodzi zaś o sprawy w wyższych instancjach – to w ostatnim czasie Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał piąty już wyrok przeciw Polsce, nakazując jednocześnie wypłatę kilkudziesięciu tysięcy euro odszkodowania czeczeńskiej rodzinie, która w 2017 roku w Terespolu doświadczyła push-backu aż 22 razy.

Rozmawiamy z prawnikiem, który prowadził tę sprawę, Nikitą Matyushchenkovem. W 2017 roku Matyushchenkov pracował w Brześciu w organizacji pozarządowej Human Constanta. Dziś Human Constanta – jak wiele innych białoruskich NGO–sów – jest zdelegalizowana, a reżim Łukaszenki represjonuje jej członków i członkinie.

Jak wyglądały push-backi rodziny, której pomagał Matyushchenkov?

"Nie różniło się to wiele od sytuacji, w których znajdowali się inni Czeczeni ubiegający się o ochronę międzynarodową na przejściu Brześć–Terespol. Moi klienci do Terespola jechali z Brześcia pociągiem, potem czekali w wagonach, pilnowani do czasu, aż inni pasażerowie wysiądą i przejdą kontrolę paszportową" – naświetla sytuację Matyushchenkov.

"Następnie Straż Graniczna zapraszała do odprawy Czeczenów. Moi klienci prosili o ochronę międzynarodową. Kierowani więc byli na wywiad, gdzie ponownie zgłaszali chęć ubiegania się o ochronę międzynarodową. A tam dostawali odmowę i czekali w poczekalni dworcowej na powrót do Brześcia.

Czeczeni najczęściej słyszeli, że nie mogą wjechać do Polski, bo nie mają wizy. Strażnicy graniczni podważali też zasadność ubiegania się o ochronę międzynarodową. Sugerowali, że azylanci kłamią lub udawali, że prośby o ochronę nie słyszą".

„Nie będziemy ulegać presji”

Działanie Straży Granicznej w Terespolu zostało nie tylko udokumentowane w raportach organizacji pozarządowych. Interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Było to też wielokrotnie opisywane w polskich oraz zagranicznych mediach.

Organizacje pozarządowe mówią, że praktyka terespolskiego push-backu w białych rękawiczkach była stosowana jeszcze przed tzw. kryzysem migracyjnym 2015 roku, czyli za rządów Platformy Obywatelskiej. Z kolei już za rządów Prawa i Sprawiedliwości została wyciągnięta jako przykład wzorowej ochrony polskich i jednocześnie europejskich granic.

Gdy dziennikarze pisali o kryzysie humanitarnym na tej granicy w 2016 roku, a kamery telewizyjne pokazywały dzieci śpiące na drewnianych ławach w zatłoczonej poczekalni dworca w Brześciu, gdzie koczowało około 200 czeczeńskich rodzin, to Mariusz Błaszczak, szef MSW w rządzie Beaty Szydło, chełpił się, że „granica polska jest szczelna”.

"Nie będziemy ulegać presji tych, którzy chcą doprowadzić do kryzysu migracyjnego. Nasza polityka jest zupełnie inna" – mówił Błaszczak. Politykom opozycji, którzy wówczas interweniowali w Terespolu, zarzucał, że chcą otworzyć polską granicę na przemyt ludzi oraz przenieść na polski grunt kryzys, jaki rzekomo wywołuje obecność uchodźców i migrantów we Francji, Niemczech, czy Belgii. Te tony pojawiały się choćby w kampanii wyborczej 2015 roku. PiS rozgrywał wówczas politycznie strach polskiego społeczeństwa przed zamachami terrorystycznymi w krajach europejskich i tak, jak cała europejska prawica cynicznie wiązał je z pojawieniem się uchodźców z Syrii, a także innych krajów muzułmańskich.

Push-backi za setki tysięcy euro

I owszem, nasza polityka jest inna – tylko, że za taką politykę musimy płacić.

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie rodziny reprezentowanej przez Nikitę Matyushchenkova zapadł 13 października. ETPCz orzekł, że Polska złamała postanowienia konwencji genewskiej, m.in. uniemożliwiając rodzinie złożenie wniosku o ochronę międzynarodową, a także odsyłając ją do państwa, które nie jest bezpieczny, czyli do Białorusi. Co więcej, Trybunał nakazał polskiemu państwu wypłacenia odszkodowanie w wysokości 28 tysięcy euro, a także nakazał zwrócić poniesione przez rodzinę koszta, choćby takich jak bilety na pociąg relacji Brześć–Terespol.

Ale przed wyrokiem rodzinie udało się do Polski wjechać. Matyushchenkov zdobył dla nich interim, czyli środek zapobiegawczy ETPCz zakazujący wydalania osoby z kraju, dziś stosowany także na granicy polsko-białoruskiej.

Rodzina reprezentowana przez Matyushchenkova miała więc możliwość ubiegania się w Polsce o ochronę i ostatecznie jej nie uzyskała. Wyrok ETPCz pokazuje więc, że prawa międzynarodowego, takiego jak Konwencja Genewska należy przestrzegać. I to niezależnie od tego, czy osoby chcące ubiegać się o ochronę ostatecznie ją dostaną, czy nie. I nie w kompetencjach Straży Granicznej leży ocenianie zasadności wniosku.

Klienci Matyushchenkova nie są jedynymi osobami, którym Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał wypłacenie odszkodowanie.

  • W pierwszym wyroku dotyczącym push-backu w Terespolu zasądzono łącznie ponad 100 tysięcy euro odszkodowania. Ten wyrok zapadł w 2020 roku i dotyczył trzech osobnych spraw, w których wielokrotnie odmawiano Czeczenom prawa do złożenia wniosku o ochronę międzynarodową.
  • Z kolei w 2021 roku zapadł wyrok przyznający odszkodowania za push-back w Terespolu trzem Syryjczykom. Każdemu z nich ETPCz nakazał wypłacić po 10 tysięcy euro.
  • Na odszkodowania czekają także Czeczeni, w których to sprawach dwa osobne wyroki w czerwcu 2022 r. Trybunał zasądził wypłacenie kolejno: 30 tysięcy i 28 tysięcy euro odszkodowań.

W tych wyrokach państwo polskie odwołało się do Wielkiej Izby Trybunału i czeka na rozpatrzenie. Jednak, jak zwraca Matiuszczenko, w przypadku poprzednich wyroków Polska również się odwoływała, za każdym razem podnosząc te same argumenty. I za każdym razem TSUE odwołania oddalał.

"Nie spodziewam się więc, aby w tych dwóch sprawach było inaczej. Z kolei, jeśli chodzi o moich ostatnich klientów, to Polska takiego odwołania jeszcze nie złożyła" – mówi, choć spodziewa się, że taki wniosek do Wielkiej Izby Trybunału wpłynie.

"Ta sama linia w odwołaniach, świadczy o tym, że Polska tak naprawdę nie ma żadnych argumentów i po prostu opóźnia wypłacanie odszkodowań. Ja w każdym razie zrobię wszystko, aby moi klienci dostali należne im pieniądze" – obiecuje Matyushchenkov.

Wyroki sobie – a polityka sobie?

Wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, o których rozmawiamy z Martą Górczyńską i Nikitą Matyushchenkovem, zapadały w sprawie push-backów, do których dochodziło w 2017 roku. I mimo, że prawnicy wiedzą o kolejnych sprawach, które najpewniej skończą się tak samo, to polska polityka graniczna się nie zmienia. Najdobitniejszym przykładem są push-backi na Podlasiu. Co więcej, także w przypadku podlaskich push-backów sądy orzekają, że Straż Graniczna łamie prawo.

Marta Górczyńska zdaje sobie sprawę, że decyzje sądów niekoniecznie przekładają się na działanie państwa. Mimo to przekonuje, że te wyroki są ważne.

"Po pierwsze dokumentują nadużycia polskich władz i mogą posłużyć do pociągnięcia ich do odpowiedzialności. A po drugie pokazują, że władza kłamie, mówiąc, że wystarczy iść na przejście graniczne, by móc złożyć wniosek o azyl.

Przecież to, co spotkało obywatela Białorusi w Medyce, jest tylko kolejnym dowodem na to, że prawo nie jest przestrzegane także na przejściach granicznych" – puentuje.

I mimo że mężczyzna ostatecznie złożył wniosek o ochronę międzynarodową w Polsce, to wiemy, że planuje złożyć odwołanie od odmowy wjazdu wydanej przez Straż Graniczną. A to pierwszy krok, aby dochodzić sprawiedliwości w sądach i zaskarżyć push-back, którego doświadczył w Medyce.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne