Czy samorządowe programy refundacji in vitro są zagrożone przez zmiany w prawie wprowadzone przez PiS? Minister Radziwiłł zapewnia, że nie. Ale broni nowych przepisów, bo zablokują "wydawanie przez gminy pieniędzy na rzeczy bezsensowne". A za takie od lat uważa in vitro. OKO.press wyjaśnia, na ile minister mógłby zablokować procedurę, którą zwalcza

Dziś (29 września) głosami PiS Sejm znowelizował  dwie ustawy: o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych oraz o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Kontrowersje budzą zapisy o karaniu samorządów za prowadzenie programów zdrowotnych negatywnie ocenionych przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji lub nie przedłożonych Agencji do oceny.

Do tej pory opinia Agencji nie była wiążąca – gminy samodzielnie podejmowały decyzję związaną z uruchomieniem i finansowaniem lokalnych programów takich jak leczenie niepłodności, refundacja szczepień czy profilaktyka raka. W nowych przepisach negatywna ocena Agencji – bezpośrednio podległej ministrowi zdrowia – uniemożliwi ich rozpoczęcie pod groźbą kary finansowej za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Posłowie i posłanki PO alarmowali, że to może być próba zablokowania trwających lokalnych programów in vitro. Temat szybko podchwyciły media, które przesądziły, że to koniec ze znienawidzoną przez min. Konstantego Radziwiłła metodą leczenia niepłodności.

Na szczęście sprawa nie jest taka prosta. Zagrożone mogą być dopiero przyszłe programy, obecne są raczej bezpieczne. OKO.press wyjaśnia dlaczego.



Nie można przerwać programów trwających

Po pierwsze, programy in vitro już realizowane przez miasta nie zostaną zablokowane, bo prawo nie działa wstecz.  Wprost stwierdza to ustawa o dyscyplinie finansów publicznych (art. 3). Nawet programy, które działają mimo negatywnej opinii Agencji, będą mogły być kontynuowane aż do 31 stycznia 2019 r.

In vitro jest obecnie refundowane z budżetu miasta w Częstochowie i Łodzi (te miasta były pierwsze), a także Gdańsku, Poznaniu, Bydgoszczy i Warszawie (program przyjęto w czerwcu 2017).

Po drugie, do tej pory w latach 2016 – 2017 wszystkie lokalne programy in vitro uzyskały pozytywną opinię Agencji. Agencja, oceniając program, ocenia m.in. jego skuteczność i efektywność kosztową na podstawie dostępnych danych klinicznych i publikacji naukowych.

Po trzecie, prezesem Agencji jest Wojciech Matuszewicz, którego pięcioletnia kadencja upływa w lipcu 2020 r. Oczywiście minister może odwołać go przed upływem kadencji, ale nie jest to takie proste. Może to zrobić w przypadku:

  • rażącego naruszenia przepisów prawa;
  • choroby;
  • rezygnacji;
  • skazania prawomocnym wyrokiem;
  • podjęcia dodatkowego zatrudnienia bez zgody ministra.
  • zwolnienie ze względu na „nienależyte wykonywanie obowiązków wynikających z ustawy lub statutu”.

Jedyny bardziej uznaniowy jest ten ostatni powód.

Upolitycznienie Agencji poprzez wstawienie przez PiS swojego prezesa faktycznie mogłoby doprowadzić do innej oceny programów in vitro. Ale trzeba pamiętać, że programy zdrowotne zazwyczaj trwają dwa-trzy lata i nie mogą być przerwane. Dopiero ich kontynuacja mogła by być zagrożona gdyby Agencja zmieniła ocenę na negatywną.  Zagrożone byłyby też w takim przypadku miasta, które dopiero planują uruchomienie programu zdrowotnego.

Bliżej blokady byłaby… naprotechnologia

28 września 2017 w radiowej Trójce o nowe przepisy pytany był minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. W ich obronie argumentował, że sprawia one, że programy zdrowotne w samorządach zaczną być „rzeczywistym wsparciem publicznego systemu służby zdrowia”, a nie „wydawaniem pieniędzy na rzeczy bezsensowne”.


Zdarzało się i to wcale nierzadko, że przygotowany np. przez gminę program zdrowotny był negatywnie oceniony przez Agencję, a mimo to realizowany

Konstanty Radziwiłł, Trójka Polskie Radio - 28/09/2017

Trójka Polskie Radio

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta


półprawda. Tak było, ale nie często


Faktycznie są gminy, które uruchomiły program polityki zdrowotnej mimo negatywnej oceny Agencji. Ale wbrew temu co twierdzi minister, to na tyle rzadka sytuacja, że nie wymaga zmiany prawa pod hasłem „dyscypliny finansów publicznych”. Tym bardziej, że

największe dziury w budżecie przynoszą trzy samorządowe programy leczenia niepłodności popieraną przez Kościół metodą naprotechnologii. Każdy z nich został negatywnie oceniony przez Agencję jako całkowicie nieefektywny.

W województwie mazowieckim taki program został wdrożony z inicjatywy wojewody Zdzisława Sipiery, powołanego przez Beatę Szydło. W negatywnej ocenie wniosku wojewody przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji można przeczytać: „Główną przesłanką za negatywna opinią Prezesa Agencji jest fakt, że

naprotoechnologia nie stanowi opcji terapeutycznej dla osób borykających się z problemem niepłodności, zwłaszcza w przypadkach, gdy niepłodność ta jest związana ze zmianami fizjologicznymi w obrębie narządów rodnych kobiety lub niepłodnością męską.

Naprotechnologia jako metoda opierająca się na naturalnej regulacji poczęcia może stanowić metodę wspomagająca rozród u par, u których wykluczono niepłodność związana z czynnikami fizjologicznymi”.

  • Przeczytaj więcej o naprotechnologii

    Naprotechnologia (nazwa pochodzi od angielskiego Natural Procreation Technology) to metoda opracowana w latach 70. przez amerykańskiego lekarza Thomasa Hilgersa. Wyróżnia ją zgodność z katolicką nauką moralną.

    Najważniejszym elementem metody jest model Creightona, czyli system obserwacji cyklu menstruacyjnego, który polega na obserwacji śluzu pochwowego oraz rejestrowaniu wyników w specjalnym zeszycie przy pomocy kolorowych naklejek. Czerwone są dla dni krwawienia, białe dla owulacji, zielone dla pozostałych.

    Aby obserwacja cyklu menstruacyjnego według modelu Creightona była prawdziwie naprotechnologiczna, pacjentów uczyć muszą instruktorzy, którzy ukończyli dwutygodniowy kurs NaProTECHNOLOGY®. To zastrzeżony znak towarowy należący do założonego przez Hilgersa Instytutu Pawła VI. Szkolenia na instruktora prowadzone są tylko w USA, Irlandii i Polsce.

    Instruktor nie musi być lekarzem. Prowadzi on parę małżonków przez pierwsze miesiące stosowania metody naprotechnologicznej. Dopiero po wypełnieniu zeszytu para trafia do lekarza-naprotechnologa, który interpretuje notatki, a następnie zleca badania znane także z tradycyjnej ginekologii, m.in – badania krwi, nasienia, stężenia hormonów, laparoskopię lub USG narządów rodnych.

    Naprotechnologia wykorzystuje szczególną metodą pozyskiwania do badań męskiego nasienia. Ponieważ Kościół katolicki zalicza masturbację do czynów grzesznych, naprotechnologowie wymagają, by sperma do badań pochodziła ze stosunku dopochwowego. Pacjenci kupują specjalną prezerwatywę z dołączoną igłą – przekłucie kondoma sprawia, że przestaje on pełnić rolę antykoncepcyjną. Zatrzymuje jednak dość nasienia do przeprowadzenia badań.

    Naprotechnolodzy zapewniają, że Hilgers opracował też własne metody chirurgiczne, polegające m.in. na zapobieganiu powstawania zrostów okołojajowodowych. Skuteczności tych zabiegów nie potwierdziły jednak żadne poważne badania.

    W Polsce działa kilka klinik naprotechnologicznych, m.in. w Lublinie, Warszawie i Gdańsku, w wielu miastach przyjmują naprotechnologiczni instruktorzy i lekarze.



OKO.press zapytało też ministerstwo zdrowia o inne przykłady programów samorządowych, negatywnie ocenionych przez Agencję.  Jednak rzeczniczka ministerstwa, Milena Kruszewska, odesłała nas właśnie do Agencji: „W obecnej konstrukcji prawnej, obowiązującej od sierpnia 2009 roku, czego nie zmieniamy, AOTMiT w zakresie opiniowania programów jest niezależny od Ministerstwa Zdrowia. W celu uzyskania odpowiedzi na poniższe pytanie sugeruję bezpośredni kontakt z AOTMiT”.

Kto ma manię na punkcie in vitro?

Min. Radziwiłł zapewniał, że z samorządowym finansowaniem in vitro nie ma żadnego problemu, bo do tej pory te programy polityki zdrowotnej oceniane były pozytywnie przez Agencję. I dodał: „Ci, którzy widzą perspektywę zablokowania lokalnych programów refundacji, są trochę za bardzo skoncentrowani, żeby nie powiedzieć, że mają jakąś manię na punkcie in vitro”.

Trudno uwierzyć w zapewnienia ministra, że samorządowe in vitro nie jest zagrożone, bo dotychczas, jeśli ktoś miał manię na punkcie in vitro, to właśnie on. Prowadzi od lat krucjatę przeciw tej metodzie, powtarzając wielokrotnie kłamstwa na jej temat,  a także postaw Polek i Polaków.

Min. Radziwiłł posunął się do tego, że uznał, iż finansowanie in vitro z pieniędzy publicznych jest naruszeniem Konstytucji, bo cierpi na tym sumienie większości podatników.

Kościół katolicki potępia in vitro jako”wyrafinowaną aborcję”, a bezkarność „rodziców zabijających dzieci” budzi zdumienie polskiego Episkopatu. Kościół odmawia też sakramentu komunii parom szykującym się do in vitro, lub stosującym te metodę.


Dziennikarz i reporter. Laureat nagród: "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane i "Korony Równości 2019". Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!