"Po zapoznaniu się z opinią Rady Przejrzystości negatywnie opiniuję „Program wsparcia leczenia niepłodności metodą naprotechnologii” - takie opinie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji dostały wszystkie (trzy) projekty naprotechnologii. Po zmianie prawa przez PiS będą one wiążące. Programy in vitro mają pozytywne oceny

Posłowie opozycji i niezależne media alarmują, że wprowadzenie przez PiS prawo zablokuje finansowanie in vitro przez samorządy. OKO.press, które pierwsze opisało takie zagrożenie, zwraca uwagę, że rzecz jest jednak trudna do przeprowadzenia, a doraźny efekt zmiany prawa może być wręcz odwrotny. Do tej pory bowiem programy in vitro dostawały od  Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji opinie pozytywne, ale

wszystkie (trzy) samorządowe programy naprotechnologii zostały ocenione negatywnie. Zgodnie z nowymi przepisami będą mogły być kontynuowane tylko do końca 2019 roku.

Negatywne opinie otrzymały m.in.:

  • program dla województwa mazowieckiego (2016-2018);
  • program dla Białegostoku (nie podano dat);
  • program dla województwa podkarpackiego (2014-2016).

Autorzy wszystkich opinii wskazują, że

nie przedstawiono naukowych dowodów na skuteczność naprotechnologii, a we wniosku cytowane są jedynie „badania o wątpliwej metodzie analitycznej”. Same projekty zostały też opisane byle jak, bez „mierników efektywności”, czy dokładnego określenia „grupy docelowej”.

Mimo takich opinii programy są kontynuowane a Podkarpackie przedstawia się jako „pionier Naprotechnologii w Polsce” (zobacz relację z konferencji z udziałem władz województwa i księży).

Krytycy naprotechnologii wskazują przede wszystkim, że badania nie potwierdzają skuteczności tej metody. Takich badań było zresztą ledwie kilka, w odróżnieniu od ponad 30 tys. badań nad in vitro. Z punktu widzenia nauk medycznych nie jest uprawnione przedstawianie naprotechnologii jako „medycznej alternatywy dla in vitro”.

W województwie mazowieckim taki program został wdrożony z inicjatywy wojewody Zdzisława Sipiery, powołanego przez Beatę Szydło. Na jego realizację przeznaczono 300 tys. zł, mimo że w ocenie wniosku wojewody przez AOTMiT zaznaczono, że: „Główną przesłanką za negatywną opinią Prezesa Agencji jest fakt, że

naprotoechnologia nie stanowi opcji terapeutycznej dla osób borykających się z problemem niepłodności, zwłaszcza w przypadkach, gdy niepłodność ta jest związana ze zmianami fizjologicznymi w obrębie narządów rodnych kobiety lub niepłodnością męską.

Naprotechnologia jako metoda opierająca się na naturalnej regulacji poczęcia może stanowić metodę wspomagająca rozród u par, u których wykluczono niepłodność związaną z czynnikami fizjologicznymi”.

Takie stanowisko Agencji oznacza, że przyszłość programów leczenia niepłodności metodą naprotechnologii jest zagrożona, nawet jeśli przemawia za nią katolicka etyka seksualna.

  • Przeczytaj więcej o naprotechnologii

    Naprotechnologia (nazwa pochodzi od angielskiego Natural Procreation Technology) to metoda opracowana w latach 70. przez amerykańskiego lekarza Thomasa Hilgersa. Jej założenia miały być zgodne z dyrektywami papieża Pawła VI zawartego w encyklice „Humanae Vitae” o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego.

    Najważniejszym elementem metody jest model Creightona, czyli system obserwacji cyklu menstruacyjnego, który polega na obserwacji śluzu pochwowego oraz rejestrowaniu wyników w specjalnym zeszycie przy pomocy kolorowych naklejek. Czerwone są dla dni krwawienia, białe dla owulacji, zielone dla pozostałych.

    Aby obserwacja cyklu menstruacyjnego według modelu Creightona była prawdziwie naprotechnologiczna, pacjentów uczyć muszą instruktorzy, którzy ukończyli dwutygodniowy kurs NaProTECHNOLOGY®. To zastrzeżony znak towarowy należący do założonego przez Hilgersa Instytutu Pawła VI. Szkolenia na instruktora prowadzone są tylko w USA, Irlandii i Polsce.

    Instruktor nie musi być lekarzem. Prowadzi on parę małżonków przez pierwsze miesiące stosowania metody naprotechnologicznej. Dopiero po wypełnieniu zeszytu para trafia do lekarza-naprotechnologa, który interpretuje notatki, a następnie zleca badania znane także z tradycyjnej ginekologii, m.in – badania krwi, nasienia, stężenia hormonów, laparoskopię lub USG narządów rodnych.

    Naprotechnologia wykorzystuje szczególną metodę pozyskiwania do badań męskiego nasienia. Ponieważ Kościół katolicki zalicza masturbację do czynów grzesznych, naprotechnologowie wymagają, by sperma do badań pochodziła ze stosunku dopochwowego. Pacjenci kupują specjalną prezerwatywę z dołączoną igłą – przekłucie kondoma sprawia, że przestaje on pełnić rolę antykoncepcyjną. Zatrzymuje jednak dość nasienia do przeprowadzenia badań.

    Naprotechnolodzy zapewniają, że Hilgers opracował też własne metody chirurgiczne, polegające m.in. na zapobieganiu powstawania zrostów okołojajowodowych. Skuteczności tych zabiegów nie potwierdziły jednak żadne poważne badania.

    W Polsce działa kilka klinik naprotechnologicznych, m.in. w Lublinie, Warszawie i Gdańsku, w wielu miastach przyjmują naprotechnologiczni instruktorzy i lekarze.

Bat na in vitro? To nie takie proste

29 września 2017 głosami posłów PiS Sejm znowelizował  dwie ustawy: o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych oraz o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Kontrowersje budzą zapisy (art. 2 ustawy o dyscyplinie finansów publicznych) o karze finansowej dla samorządów, które prowadzą programy zdrowotne negatywnie ocenione przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji lub nie przedłożonych Agencji do oceny.

Do tej pory opinia Agencji nie była wiążąca – gminy samodzielnie podejmowały decyzję związaną z uruchomieniem i finansowaniem lokalnych programów takich jak leczenie niepłodności, refundacja szczepień czy profilaktyka raka.

W nowych przepisach negatywna ocena Agencji – bezpośrednio podległej ministrowi zdrowia – uniemożliwi ich rozpoczęcie pod groźbą kary finansowej za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Według parlamentarzystów PO ustawa wymierzona jest w lokalne programy in vitro. Także media przesądziły, że to już koniec z in vitro. Na szczęście „wojna z in vitro” nie byłaby taka łatwa.



Po pierwsze, programy in vitro już realizowane przez miasta nie zostaną zablokowane, bo prawo nie działa wstecz. Wprost stwierdza to ustawa o dyscyplinie finansów publicznych (art. 3). Nawet programy, które działają mimo negatywnej opinii Agencji, będą mogły być kontynuowane aż do 31 stycznia 2019 roku.

In vitro jest obecnie refundowane z budżetu miasta w Częstochowie i Łodzi (te miasta były pierwsze), a także Gdańsku, Poznaniu, Bydgoszczy i Warszawie (program przyjęto w czerwcu 2017).

Po drugie, do tej pory w latach 2016-2017 wszystkie lokalne programy in vitro uzyskały pozytywną opinię Agencji. Agencja, oceniając program, ocenia m.in. jego skuteczność i efektywność kosztową na podstawie dostępnych danych klinicznych i publikacji naukowych.

Po trzecie, prezesem Agencji jest Wojciech Matuszewicz, którego pięcioletnia kadencja upływa w lipcu 2020 roku. Oczywiście minister może odwołać go przed upływem kadencji, ale nie jest to takie proste. Może to zrobić w przypadku:

  • rażącego naruszenia przepisów prawa;
  • choroby;
  • rezygnacji;
  • skazania prawomocnym wyrokiem;
  • podjęcia dodatkowego zatrudnienia bez zgody ministra.
  • zwolnienie ze względu na „nienależyte wykonywanie obowiązków wynikających z ustawy lub statutu”.

Jedyny bardziej uznaniowy jest ten ostatni powód.

Upolitycznienie Agencji poprzez wstawienie przez PiS swojego prezesa faktycznie mogłoby doprowadzić do innej oceny programów in vitro. Ale taka operacja „przejęcia Agencji” jest politycznie ryzykowna, zwłaszcza, że naruszałaby zasady olbrzymiego „biznesu medycznego”, w który zaangażowane są wielkie firmy farmaceutyczne.



OKO.press zapytało ministerstwo zdrowia o przykłady programów samorządowych negatywnie ocenionych przez Agencję. Jednak rzeczniczka ministerstwa, Milena Kruszewska, odesłała nas właśnie do Agencji: „W obecnej konstrukcji prawnej, obowiązującej od sierpnia 2009 roku, czego nie zmieniamy,

AOTMiT w zakresie opiniowania programów jest niezależny od Ministerstwa Zdrowia.

W celu uzyskania odpowiedzi na poniższe pytanie sugeruję bezpośredni kontakt z AOTMiT”.

Kto ma manię na punkcie in vitro?

Minister Radziwiłł na antenie Trójki Polskiego Radia zapewniał, że z samorządowym finansowaniem in vitro nie ma żadnego problemu, bo do tej pory te programy polityki zdrowotnej oceniane były pozytywnie przez Agencję. I dodał: „Ci, którzy widzą perspektywę zablokowania lokalnych programów refundacji, są trochę za bardzo skoncentrowani, żeby nie powiedzieć, że mają jakąś manię na punkcie in vitro”.

Trudno uwierzyć w zapewnienia ministra, że samorządowe in vitro nie jest zagrożone, bo dotychczas, jeśli ktoś miał manię na punkcie in vitro, to właśnie on. Prowadzi od lat krucjatę przeciw tej metodzie, powtarzając wielokrotnie kłamstwa na jej temat, a także postaw Polek i Polaków.

Minister Radziwiłł posunął się do tego, że uznał, iż finansowanie in vitro z pieniędzy publicznych jest naruszeniem Konstytucji, bo cierpi na tym sumienie większości podatników.

Kościół katolicki potępia in vitro jako”wyrafinowaną aborcję”, a bezkarność „rodziców zabijających dzieci” budzi zdumienie polskiego Episkopatu. Kościół odmawia też sakramentu komunii parom szykującym się do in vitro, lub stosującym te metodę.


Dziennikarz i reporter. Laureat nagród: "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane i "Korony Równości 2019". Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!