0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Tomasz Pietrzyk / Agencja GazetaTomasz Pietrzyk / Ag...

Łomża, 26 sierpnia: 45 ratowników medycznych złożyło wymówienia (wszystkich pracowników zatrudnionych na umowę cywilnoprawną jest 58). Dyrektor Stacji, Sławomir Szajda nie kryje zdziwienia. Jego zdaniem sytuacja jest cały czas pod kontrolą. Prawdopodobnie pogotowie masowo ściąga pracowników z urlopów.

Kartuzy: Ratownicy medyczni z Powiatowego Centrum Zdrowia w Kartuzach złożyli wypowiedzenia umów o pracę. Łącznie decyzję taką podjęło aż 33 ratowników.

Wrocław: W mieście i okolicach nie działa kilka zespołów. Ok. 50 ratowników jest na zwolnieniu. 19 zrezygnowało z pracy.

Sulechów: 21 osób złożyło wypowiedzenia. Miasto zostanie bez zespołów pogotowia.

Chełm, 26 sierpnia: 32 z 74 ratowników zatrudnionych na kontrakcie przebywa na zwolnieniach, a z 40 ratowników na etacie - na zwolnieniach jest 12. To oznacza, że aktualnie pięć z 13 karetek nie ma obsady.

Wejherowo: 30 ratowników zapowiada złożenie wypowiedzeń.

Przeczytaj także:

Przemyśl: 3 pracowników Wojewódzkiej Stacji w Przemyślu zostało zwolnionych dyscyplinarnie, bo walczyli o wyższe wynagrodzenia.

Białystok: Pod koniec lipca do Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białymstoku wpłynęło ponad 130 wypowiedzeń umów cywilnoprawnych. Dyrektor idzie na zwarcie i zamierza zostawić pół województwa bez karetek. Rozpisano już kolejny – 3. konkurs, chętnych brak.

Brodnica, 27 sierpnia: Ratownicy medyczni domagają się wyznaczenia terminu spotkania w celu renegocjacji obowiązujących kontraktów.

Toruń: Ratownicy SOR i Stacji Ratownictw medycznego solidarnie zdecydowali się nie przystępować do konkursu - obiecana podwyżka (5-7 zł brutto za godzinę) pokrywa jedynie inflację, która nastąpiła w czasie trwania obecnego kontraktu. Toruń prosi o solidarność i nieprzystępowanie do konkursu.

Świebodzin: Ratownicy Medyczni ze Świebodzina proszą o solidarność i nieskładanie ofert/niepodejmowanie jakiegokolwiek stosunku pracy.

Gdańsk, 27 sierpnia: W dniu dzisiejszym po raz pierwszy dwa osobne SOR-y choć działające w jednej spółce pojednały się informując o dołączeniu do Ogólnopolskiego Protestu Ratowników Medycznych.

Warszawa: W dyrekcji pogotowia złożono list, pod którym podpisało się 368 osób. Ratownicy domagają się w nim poprawy warunków pracy i podjęcia dialogu.

Olsztyn: Dziś (16 sierpnia) dyżur dzienny na 9 Zespołów Ratownictwa Medycznego 5 w niepełnym składzie. Dyżur nocny - cztery zespoły z dziewięciu w niepełnym składzie. Poprzednie spotkania z dyrektorem oraz alarmowanie o pogarszającej się sytuacji nie przyniosły żadnych rozwiązań. W dniu 13.08 Dyrektor został pisemnie poinformowany o przyłączeniu się personelu medycznego z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego Olsztyn do Ogólnopolskiego Protestu Ratowników Medycznych.

Bydgoszcz, 31 sierpnia 2021: Wg wcześniejszych zapowiedzi zostały złożone 84 wypowiedzenia umów cywilnoprawnych Ratowników Medycznych w WSPR Bydgoszcz (100 proc. pracowników kontraktowych).

Ratownicy nie świadczą usług od 1 października 2021, co będzie wiązało się z paraliżem systemu ratownictwa medycznego na terenie powiatu bydgoskiego. Ratownicy mają poparcie dyrekcji. I po koleżeńsku, solidarnie nie składamy tam ofert ani nie przyjmujemy ofert stamtąd.

Coś pękło

To tylko niektóre z alarmujących informacji zamieszczonych w ostatnich dniach na stronach Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych, To nie z mojej karetki, Co w zdrowiu, Rynku Zdrowia czy na łamach Gazety Wyborczej. O co chodzi? Jakie są powody tych protestów?

Adam Piechnik, doświadczony ratownik z Warszawy: „Coś pękło. Ludzie mają dość”.

Znajomy ratownik z Wrocławia: „Jeśli chodzi o zmiany systemowe, to od naszej ostatniej rozmowy [ok. rok temu] nie zmieniło się absolutnie nic. A jeśli pytasz o coraz bardziej masowe akcje protestacyjne, to narosło zmęczenie, frustracja, złość, zniechęcenie, zdenerwowanie - żeby nie użyć słów powszechnie uznawanych za wulgarne”.

1 lipca 2021 zaczęły obowiązywać nowe przepisy dotyczące wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Ustawa ta forsowana na różne wszystkie sposoby przez Ministerstwo mimo protestów różnych grup zawodowych wprowadziła tylko chaos i zamieszanie. Obiecywano dużo, wyszło to, co zawsze.

Lekarze otrzymali żenującą podwyżkę w wysokości 19 zł miesięcznie. Pielęgniarki zaczęły rozważać odchodzenie na emeryturę w chwili, gdy okazało się, że te starsze, doświadczone, ale mające gorsze wykształcenie, dostaną mniej pieniędzy niż świeżo wypuszczone ze szkół, ale ze stopniem magistra.

Ratownicy też czuli, że nie czeka ich nic dobrego. Przed 1 lipca do niskiej pensji zasadniczej dostawali dodatek ministerialny w wysokości 1200 zł brutto, a wcześniej wielu z nich otrzymywało jeszcze niezły dodatek covidowy.

„Wydawało się, że po zmianach ratownicy dostaną 3 772 zł podstawy, do tego wspomniane 1200 zł plus tradycyjne dodatki za staż, dyżury nocne i świąteczne” - opowiada OKO.press Piotr Dymon, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych.

„Tymczasem ministerstwo umyło ręce i scedowało realizację ustawy na pracodawców. Skończyło się to tym, że pracodawcy dodali do wypłat tylko niezbędne minimum, do którego zmuszała ich ustawa. Efekt? Niektórzy z nas dostali po 1 lipca mniej niż przed regulacją płac. A przecież widzimy gołym okiem jak nasze pensje tracą na wartości z powodu inflacji”.

„To, co zrobił resort zdrowia, można nazwać majstersztykiem” – mówił niedawno portalowi abc.zdrowie Wojciech Rogalski, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego w Białymstoku.

„Są to osoby, które zarządzają ratownictwem w całej Polsce, ale liczą, że my sami rozwiążemy swoje problemy. Odesłali ratowników po podwyżki do dyrektorów szpitali. Dyrektorzy nie mają środków, więc idą do NFZ, który z kolei mówi, że nie ma aktów prawnych, które regulowałyby te podwyżki. Koło się zamyka. To typowy ping-pong” – wyjaśniał Rogalski.

Kolega ratownik z Wrocławia tłumaczy mi to jeszcze dobitniej: „Przedtem zarabiałem 2 770 zł netto. Ale do tego dostawałem od ministerstwa ten dedykowany dodatek – 1200 brutto, czyli 930 zł netto. Teraz jest tak, że według nich dostałem podwyżkę, tymczasem zabrali mi ten dodatek, a teoretycznie zmusili pracodawcę do jego wypłacania. Jeśli go dostanę (akurat w tej chwili nie pracuję jako ratownik), to będę miał co najwyżej wyższą pensję brutto. Czy to coś zmienia w mojej sytuacji? Nic".

Nie mamy żadnych przywilejów, żadnych zabezpieczeń

Ratownicy od dawna mają pod górkę. Tłumaczył mi to niespełna rok temu Adam Piechnik.

„My funkcjonujemy od 2006 roku na podstawie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Otóż reguluje ona wszystkie w zasadzie kwestie, natomiast nie daje nam statusu zawodu medycznego.

Nie jesteśmy jako tacy zawodem, jesteśmy »innym medycznym« [tak też ratownicy zostali zakwalifikowani w niedawnej ustawie regulującej płace w ochronie zdrowia]. W efekcie nie mamy samorządu zawodowego tak jak mają lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci.

W naszym gronie są entuzjaści, zapaleńcy z olbrzymią wiedzą, dobrze wykształceni. Są ludzie, którzy kończą magisterki, ba mamy ludzi z tytułami doktorskimi, natomiast nie mamy żadnego wpływu na kształt naszej pracy i na warunki jej wykonywania.

Nie mamy jako ratownicy medyczni żadnych przywilejów, żadnych zabezpieczeń. Tymczasem traktuje się nas jak służbę. W czasie epidemii politycy i urzędnicy państwowi mówią o nas bez przerwy jak o służbie, tymczasem ja jestem pracownikiem kontraktowym. Ja nawet etatu nie mam.

Ratownictwo powinno być podpięte pod jakiś resort – pod Ministerstwo Zdrowia albo pod MSW tak, jak Straż Pożarna.

Pracuję – jak mówiłem – 13 lat w pogotowiu. Przyjeżdżamy na miejsce wypadku samochodowego. Auta się zderzyły, jedno wywaliło w las. Jest za rowem melioracyjnym, na drzewie. W środku zakleszczony pacjent wykrwawia się, a ja – jeszcze nie stary, ale już trochę spracowany ratownik – podchodzę do krawędzi rowu melioracyjnego i się zastanawiam: »Przeskakiwać?«. A jak się poślizgnę i złamię nogę? To przez półtora miesiąca ja – kontraktowy nie będę zarabiał. Po prostu. I nikt nie będzie miał dla mnie żadnej litości.

Więc ilu z nas coraz częściej stając przed tym rowem melioracyjnym mówi: »Nie. To jest niebezpiecznie. Poczekam, aż strażacy rozetną auto i przeniosą kierowcę w bezpieczne miejsce«.

Jako medyk wiem, że będąc w tamtym miejscu zadziałam lepiej dla niego. A państwo stawia mnie w takiej sytuacji, że zaczynam myśleć o tym, co jest lepsze dla mnie.

A jeśli nie myślę, to skaczę. Szczęśliwie nic sobie nie złamałem. Siedzę już w samochodzie, zajmuję się kierowcą, a strażacy próbują ten wrak przeciąć. Formalnie powinno mnie tam nie być, bo to niebezpieczne. Tam powinny być służby, czyli strażacy. Ale tam jest pacjent krwawiący, można mu już zakładać wkłucie, można część rzeczy zrobić, zabezpieczyć…”.

My śmieci zbieramy w trzy osoby

Kolega ratownik z Wrocławia: „Ustawa na temat naszej pracy pochodzi z 2006 roku. To już 15 lat. I od 15 lat cały czas jest bałagan. Rozumiem ten bałagan na początku, ale to powinno iść w stronę porządku. Ponieważ tak nie jest, nawarstwiają się naleciałości z lat poprzednich”.

I dalej: „Mimo, że jesteśmy młodym zawodem, to całkiem spory odsetek stanowią ludzie, którzy zaczynali jeszcze w latach 90. jako sanitariusze. Jeżeli zostało im 2 czy 5 lat do emerytury, to nie będą już pyskować, tylko jak dyrektor da 25 zł brutto za godzinę pracy w karetce, to będą jeździć za te 25 zł. A jak da 24, to najwyżej wezmą jeden dyżur więcej w miesiącu”.

„Jest nas za mało i gdybyśmy wszyscy zaczęli pracować na 1 etat, to system pada. Każe się nam dla oszczędności jeździć w dwuosobowych zespołach, tymczasem to nie ma nic wspólnego z nowoczesną medycyną ratunkową. W dwie osoby nie da się udzielić właściwej pomocy pacjentowi w stanie ciężkim”.

„Mamy w kraju 1531 zespołów ratownictwa medycznego i jeżeli w każdej karetce zapewniono 3-osobową obsadę na umowie o pracę to potrzebujemy 25 261 ratowników, czyli brakuje nam ok. 10 tys.”.

26 sierpnia w sieci ukazał się następujący komentarz na temat ratowniczych protestów [zachowana pisownia]:

„Śmieciarz: My śmieci zbieramy w trzy osoby. A Ci Ratownicy w dwójkę ratują ludzkie życie. Jaka odpowiedzialność z ich strony, może ktoś to w końcu dostrzeże. żeby to ode mnie zależało dałbym im te parę groszy”.

Za dużo, za mało ratowników?

Piotr Dymon: „Od lat nam wmawiano, że ratowników jest za dużo i dlatego ludzie trzymali się miejsc pracy. Minister Zembala 8 lat temu napisał, że ratowników można puścić na oddziały, bo jest nadprodukcja, a mają mocne kręgosłupy i tam będą wyręczać pielęgniarki. To było takie krzywdzące w stosunku do naszego zawodu. Ale skończyło się na tym, że część ratowników uciekła z systemu, bo w szpitalach były dużo lepsze pieniądze i mniejsza odpowiedzialność”.

„O tym, że ratowników jest za mało, mówi się w Polsce głośno, bo oni składają wypowiedzenia. Ale nie wiem, czy pan wie jaka jest sytuacja na dyspozytorniach? Otóż w Polsce nie ma dyspozytorni, która by miała pełną obsadę, a są dyspozytornie, które nie mają w ogóle obsady. Mimo że pensje w dyspozytorniach są lepsze, jest coraz mniej chętnych do pracy.

Są dyżury takie, że powinno być 7-8 dyspozytorów, a jest 3, albo nie ma w ogóle. I z tym władza też nic nie robi. Bo wymyślono coś takiego jak zastępowalność, czyli jak nie ma dyspozytora w Gdańsku, to przyjmuje zgłoszenie następna wolna dyspozytornia. Tylko to się robi takie domino. I ja cały czas powtarzam, że za jakiś czas karetka nie pojedzie do pacjenta nawet nie dlatego, że nie będzie komu w niej pojechać, ale nie będzie komu tego zlecenia obsłużyć”.

2 kalafiory i 2 kg ziemniaków za godzinę ratowania ludzkiego życia

Ratownicy w Polsce pracują w bardzo różnych miejscach – głównie w pogotowiu ratunkowym i na szpitalnych SOR-ach, ale także m.in. w transporcie medycznym, na Izbach Przyjęć.

Część z nich zatrudniona jest na etatach, ale spora grupa (tak jak np. Adam Piechnik) na kontraktach.

Ci kontraktowi zarabiają wyjściowo lepiej, ale muszą sami za siebie płacić np. ZUS. Wielu wolałoby być na etacie, ale nie mają takiej możliwości. Stają do konkursów ogłaszanych np. przez stacje pogotowia, a te wybierają tych, którzy zgodzą się pracować za najniższe stawki.

Ratownik z Wrocławia: „Wszystko jest tak robione, żeby tych ludzi trzymać na krótkiej smyczy. Bo generalnie ścieżka wygląda tak, że kończy się ratownictwo medyczne, ma się 22-23 lata, otwiera własną działalność gospodarczą, nie płaci się podatku dochodowego, więc te przelewy są rzeczywiście imponujące. Przez moment…

Ponadto jak masz 23 lata, to możesz spokojnie zasuwać po 400 godzin w miesiącu bez bólu w plecach i teoretycznie bez szkody dla zdrowia. Ale w pewnym momencie pojawia się księgowa i mówi: ‘Tak nie może być, zaraz zje pana podatek, trzeba wziąć jakieś koszta. I ludzie biorą auta w leasing. I to nie są Passaty rocznik 98. Potem jedna druga, rzecz i szybko kończy się tym, że harują po 400 godz. w miesiącu głównie na opłaty”.

Michał Federowicz, ratownik z Warszawy na portalu abc.zdrowie: [Ratownicy] mają serdecznie dość pracy za 25 zł brutto, bo tyle dziś wynosi stawka za godzinę pracy w karetce pogotowia. Zdecydowana większość pracuje na umowach zlecenie albo ma własną działalność gospodarczą, więc po opłaceniu wszystkich podatków oraz ubezpieczenia zdrowotnego na rękę zarabiamy 9-11 zł netto za godzinę. Czy to jest adekwatna stawka dla specjalisty, który podejmuje decyzje o życiu ludzkim?”.

Informacja z Facebooka Komitetu Protestacyjnego Ratowników Medycznych:

„Godzina pracy ratownika medycznego, człowieka, od którego niejednokrotnie zależy czyjeś zdrowie a nawet życie - największa wartość, wydzierana ze szponów śmierci w pocie, deszczu, upale i mrozie, w kombinezonie i masce, 24 godziny na dobę, 365 dni w roku wyceniana - jest w przeliczeniu na... 2 kalafiory i 2 kg ziemniaków!!!”.

Gra nie idzie o ciężkie miliardy

Ratownicy zabiegają o to, by wyliczono tzw. dobokaretkę, czyli ile pieniędzy potrzeba na opłacenie ludzi pracujących przez jedną dobę w jednej karetce z uwzględnieniem wszystkich dodatków. I żeby ta kwota była przyzwoita, do przyjęcia dla zaniedbywanych od lat ratowników.

Ministerstwo zleciło wykonanie tego wyliczenia rządowej Agencji Oceny Technologii i Taryfikacji Medycznych.

Piotr Dymon: "19 sierpnia 2021 odbyło się pierwsze spotkanie zespołu ds. nowelizacji ustawy o ratownictwie medycznym a nazajutrz spotkanie z AOTMiT. Tłumaczyliśmy jakie składniki wpływają na wysokość pensji i jaką chcielibyśmy stawkę za dobokaretkę. I wiemy, że urzędnicy mają twardy orzech do zgryzienia. Wyliczenia miały być gotowe po tygodniu - jak dotąd cisza”.

„My chcemy jednego – żeby stawki etatowe i kontraktowe były ujednolicone w całym kraju. Niektórzy koledzy mówią, że to niesprawiedliwe, bo pewne zespoły jeżdżą mniej, inne więcej, ale taka jest specyfika tej pracy”.

„Zwracam uwagę, że gra nie idzie o jakieś ciężkie miliardy. To są kwoty rzędu maksymalnie rzędu 30 mln zł rocznie więcej. Gdybyśmy regularnie podnosili stawki za dobokaretkę od lat, nie byłoby tego, co teraz. POZ-ty, szpitale dostają stale coraz więcej, my przez 10 lat uzyskaliśmy 7-10 proc. podwyżki”.

„Jeżeli Ministerstwo Zdrowia czegoś z tym teraz nie zrobi, ratownictwa w tym kraju nie będzie”.

Na podwyżki nie ma, na nagrodę jest

Na razie wygląda na to, że władza bierze ratowników na przetrzymanie. 31 sierpnia 2021 rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz oświadczył w Polsat News: „Z Ministerstwem Zdrowia żadnego sporu zespołu protestacyjnego ratowników medycznych nie ma. Są pewne spory na linii ratownicy – pracodawcy” - dodał.

„Wiemy, że część pracodawców ma środki, żeby zagwarantować pewnego rodzaju podwyżki, ale tu musi paść deklaracja ze strony pracodawców” – ujawnił Andrusiewicz.

Piotr Dymon: „Okazuje się, że każdy dyrektor pogotowia czy szpitala ma skarbonkę – konto inwestycyjne, wkład własny, który jest w takiej wysokości, że mogliby te potrzeby finansowe na normalnych poziomach zabezpieczyć, ale nie chcą. Mówią, że nie ma pieniędzy na podwyżki dla ratowników, po czym przeprowadza się jakieś akcje promocyjne, jakieś remonty, które nie są w tym momencie priorytetem. Najgorsze jest, że w bilansie rocznym oni wykazują zysk i to nie wysokości 50-100 tys. zł, tylko kilku milionów. I to jest taki gwóźdź do trumny”.

„A już kompletnym dobiciem ratowników, szczególnie tych na Podlasiu, były nagrody dla dyrektorów [Zarząd Województwa Podlaskiego 8 lipca 2021 podjął uchwałę przyznającą nagrodę roczną za 2020 r. Bogdanowi Kalickiemu, dyrektorowi Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białymstoku w wysokości 51 tys. zł]".

"Rozumiem, ciężka praca w pandemii, ale w sytuacji, gdy pracownicy odchodzą z pracy, dawać dyrektorowi taką nagrodę, to jest pokazanie środkowego palca obydwu rąk tym ratownikom”.

Jedynym dyrektorem pogotowia w Polsce, który uznał roszczenia ratowników za zasadne i podjął stosowną decyzję, okazał się dr Andrzej Szmit z Gorzowa Wielkopolskiego.

Piotr Dymon: „Pan dyrektor Szmit stał się przez chwilę bohaterem ratowników w Polsce. Zaproponował stawkę 55 zł za godzinę, co w tym momencie przy wyrobieniu etatu daje 6 tys. 200 zł na rękę. On popsuł tym plan działania pozostałym dyrektorom. Były nawet jakieś glosy sprzeciwu, że nie konsultował tego.

Ale pan dyrektor Szmit powiedział, że musi mieć pracowników i nie pozwoli sobie na to, żeby karetki stanęły. Tymczasem niektórzy dyrektorzy albo ukrywają, że karetki nie jeżdżą, albo oficjalnie mówią, że w pewnych miejscach nie będą jeździły, bo muszą jeździć gdzie indziej [taka sytuacja ma np. miejsce w Białymstoku]. A to jest łamanie konstytucji o równym dostępie do świadczeń dla każdego Polaka”.

Ja was postraszę, a wy może się ugniecie

Zdarzają się też dyrektorzy pogotowia, którzy w tej dramatycznej sytuacji posuwają się do pokazowego zwalniania ratowników z pracy. Taka sytuacja zdarzyła się ostatnio w Przemyślu.

Dyrektor Rafał Kijanka zwolnił 3 związkowców, z czego 2 przewodniczących zarządu, ludzi, którzy są chronieni ustawowo z automatu.

Piotr Dymon: „Dziwię się takiemu podejściu, gdzie zwalniając pracowników z tak poważnego artykułu, jakim jest ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych (art. 52), nie przedstawia się na to żadnych dowodów. To jest na zasadzie »Ja was postraszę, a może wy się ugniecie«. Okazało się, że koledzy się nie ugięli”.

31 sierpnia w Rzeszowie odbyła się demonstracja w obronie wyrzuconych ratowników przed Urzędem Wojewódzkim i Urzędem Marszałkowskim. Miało miejsce spotkanie z przedstawicielami obu instytucji, ale konkretnych efektów nie osiągnięto. Rafał Kijanka jest na urlopie, a urzędnicy umywają ręce mówiąc, że nie mogą ręcznie sterować żadnym dyrektorem.

Ratownicy oddali sprawę do sądu pracy. Dyrektor zaś straszył prokuraturą, ale do dziś nie ma dowodów, że takie zawiadomienie złożył.

Może wreszcie rządzący otrzeźwieją

Jak to się wszystko zakończy? Jest pan optymistą? – pytam Piotra Dymona.

„Gdybym nie był optymistą i nie widział światełka w tunelu, to bym się tym nie zajmował. Związkowcem jestem od 16 lat, a od 5, czy 6, nie ma miesiąca, żebym nie był w Ministerstwie Zdrowia. Jestem niepoprawnym optymistą i zawsze widzę jakąś możliwość dialogu i dogadania się. Ale czy będą chcieli gadać?”

„No mamy dziś pewne narzędzia, które sprawią, że może wreszcie rządzący otrzeźwieją. Jeszcze nigdy ratownicy nie byli tak zdeterminowani jak teraz”.

Kolega ratownik z Wrocławia: „Jak to się potoczy dalej? Skończy się tym, że pożar na chwilę wygaśnie, ale to już nie będzie to samo, co wcześniej. Spadnie i liczebność ratowników, i ich jakość, bo ci najlepsi pójdą naprawdę sobie odpocząć albo udadzą się na urlopy wychowawcze. Część pójdzie do sektora prywatnego, jeszcze inni wyjadą z kraju".

- 11 września ogólnopolski protest wszystkich pracowników ochrony zdrowia w Warszawie? Będziesz na nim? – pytam.

„Oczywiście będę. Ale idę tam tylko po to, żebym jak się to wszystko zawali, miał czyste sumienie, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Ja w dobre zmiany już nie wierzę”.

;

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze