Z powodu wojny na Bliskim Wschodzie rośnie presja, by odejść od paliw kopalnych. „Jeżeli Donald Trump chciał, by Europejczycy kupowali więcej ropy i gazu, być może nie powinien bombardować Iranu” – komentują zagraniczne media
W ostatnich dniach Izrael zaatakował infrastrukturę gazową Iranu, odpowiadającą za ok. 3/4 krajowej produkcji tego surowca i kilka procent światowej.
W odwecie Irańczycy uderzyli w podobne instalacje w Katarze. Doprowadziło to do wyłączenia 17 proc. mocy u jednego z najważniejszych globalnych eksporterów gazu. Straty w przychodach oszacowano na ok. 20 miliardów dolarów rocznie.
„Energetyczny rozejm rozpada się” – stwierdził analityczny portal Vox, przedstawiając te wydarzenia jako złamanie „niepisanej umowy” na Bliskim Wschodzie. Efekty tego złamania rozlały się już poza obszar konfliktu. Państwowy koncern QatarEnergy stwierdził, że z powodu ataku (czyli „siły wyższej”) musi zawiesić kontrakty z Koreą Południową, Włochami, Belgią i Chinami. Zawieszenie może potrwać nawet do pięciu lat, bo i tyle może zająć naprawa zniszczonej infrastruktury.
Tymczasem portal wnp.pl informuje, że wstrzymane zostaną także dostawy do Polski, dla której Katar jest drugim dostawcą gazu po USA. „Na razie trudno powiedzieć, jak długo potrwa przerwa w dostawach LNG z Kataru” – ocenia portal. „Czy bez około 1,8 mld m3 gazu z Kataru sobie poradzimy? Tak, jednak każde kolejne zdarzenie losowe może uderzyć w bezpieczeństwo gazowe Polski” – dodaje.
W ten oto sposób wojna na Bliskim Wschodzie uderzyła w podstawy gospodarek, które w niej nie uczestniczą. Po raz kolejny w bardzo krótkim czasie.
Iran w odpowiedzi na rozpoczęte 28 lutego ataki Izraela i USA zamknął Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa ok. 20 proc. światowej ropy i gazu. Efekt?
„Wojna na Bliskim Wschodzie powoduje największe zakłócenia w dostawach w historii światowego rynku ropy” – poinformowała już 12 marca Międzynarodowa Agencja Energetyczna.
Z powodu blokady cieśniny koncerny z Zatoki Perskiej ograniczyły produkcję ropy o co najmniej 10 mln baryłek dziennie. W rezultacie w marcu światowa produkcja spadnie według MAE o 8 mln baryłek dziennie. Oznacza to spadek miesiąc do miesiąca o ok. 7-8 proc.
Zdaniem MAE w kwietniu podaż może wzrosnąć, bo producenci szukają alternatywnych tras dostawy surowca. Znaczący nadmiar ropy na rynku, który jeszcze niedawno prognozowano na trzeci kwartał tego roku, jest już jednak nierealny. Mimo to nadal prognozuje się, że na koniec 2026 r. światowa podaż ma być o 1,1 mln baryłek ropy dziennie wyższa niż rok wcześniej (czyli ok. 1 proc.). Wszystko zależy od tego, jak długo potrwa wojna na Bliskim Wschodzie i jakie jeszcze straty przyniesie.
Już teraz państwa z całego świata dostały jednak kolejny sygnał, że zależność od importu paliw kopalnych niesie poważne ryzyko niestabilności.
W ostatnich latach po całym świecie przemieszczają się fale sejsmiczne z kolejnych geopolitycznych trzęsień ziemi. Pierwszym takim wyraźnym sygnałem była pandemia COVID-19, w trakcie której koncerny paliwowe i energetyczne zanotowały ogromne straty (trudniej sprzedawać paliwo, gdy samochody stoją zaparkowane). Drugim była wojna w Ukrainie, która tym samym koncernom przyniosła największe w historii zyski (łatwiej sprzedawać paliwo, gdy rosyjska konkurencja odpada).
Trzeci sygnał odbieramy obecnie. W takich czasach trudno budować solidne fundamenty państwa z materiałów, do których dostęp zależy od skuteczności kilkuset tanich dronów.
„Financial Times” przedstawia to jako „déjà vu szoku energetycznego dla Europy”. Jednocześnie dodaje jasno: „europejskie gospodarki nie mogą sobie pozwolić na powtarzanie tego cyklu”.
„Nie można oczekiwać, że rządy będą zapewniać środki awaryjne za każdym razem, gdy pojawia się kryzys. Nie mają też możliwości, by to zrobić”
– analizuje redakcja „FT”. Wśród powodów wymienia m.in. spłacanie długów nagromadzonych podczas wcześniejszych kryzysów, rosnące wydatki na obronność i starzejące się społeczeństwa oraz fakt, że raz wprowadzone wsparcie finansowe jest później politycznie trudne do wycofania.
Dlatego według „FT” kluczowe jest poprawienie bezpieczeństwa energetycznego regionu. Oznacza to m.in. wzmocnienie inwestycji w energetykę słoneczną, wiatrową i jądrową przy jednoczesnym zwiększeniu odporności całego systemu. W tym drugim kontekście niezbędne są więc inwestycje w sieci energetyczne, magazyny i połączenia transgraniczne, co pomogłoby lepiej zarządzać niestabilnością odnawialnych źródeł energii. Szybsze pozyskiwanie pozwoleń umożliwiłoby z kolei szybszą realizację nowych projektów.
„Chociaż te inicjatywy wiążą się z kosztami początkowymi i pewnymi zakłóceniami, zmniejszyłyby potrzebę reaktywnych krótkoterminowych napraw i chroniłyby państwa przed powtarzającymi się wstrząsami oraz ciągłą utratą konkurencyjności. Bez poważnego rozszerzenia krajowych dostaw energii losy gospodarcze Wielkiej Brytanii i UE pozostaną niebezpiecznie powiązane z rozwojem w innych miejscach” – podsumowuje „Financial Times”.
Głos ten wybrzmiewa coraz wyraźniej również w Unii Europejskiej.
„Bez względu na to, jakie działania podejmiemy doraźnie, dopóki importujemy znaczną część paliw kopalnych z niestabilnych regionów, jesteśmy podatni na zagrożenia i zależni” – mówiła po wybuchu wojny w Iranie Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej.
Jednocześnie zwracała uwagę, że mamy źródła energii „wyhodowane lokalnie”, czyli OZE i atom. Ceny pozyskiwanej dzięki nim energii, w przeciwieństwie do tej z paliw kopalnych, utrzymują się na tym samym poziomie.
W poprzednim roku państwa UE dodały do sieci 80 GW mocy w odnawialnych źródłach.
To rekord, dzięki któremu państwa wspólnoty po raz pierwszy w historii wytworzyły więcej prądu z OZE niż paliw kopalnych. Mimo to wciąż aż sześć razy więcej „czystych” mocy czeka na pozwolenia na budowę i przyłączenia do sieci. To pokazuje, że OZE w Europie może być znacznie więcej – potrzeba jednak (najlepiej ogólnoeuropejskiego) systemu, który to wszystko zintegruje.
KE wyraźnie zmieniła też podejście do energetyki jądrowej. Von der Leyen przyznała wprost, że odwrót od tego „niezawodnego, przystępnego cenowo źródła energii o niskiej emisji CO2” było „strategicznym błędem”.
Zwolennikiem szybkiego odchodzenia od paliw kopalnych jest też nowy przewodniczący komisji ds. środowiska w Parlamencie Europejskim – Pierfrancesco Maran. Centrolewicowy polityk przekonuje nawet, że tak często krytykowany Europejski Zielony Ład to „umowa wolnościowa”. Twierdził tak już wcześniej, a po ataku na Iran w swym przekonaniu tylko się umocnił.
„Możemy mieć różne strategie – możemy dalej szukać gazu i ropy państwo po państwie, w coraz mniej stabilnym świecie, albo być znacznie bardziej autonomiczni” – mówi Maran, który wcześniej był radnym w dość progresywnym Mediolanie, w rozmowie z „Politico”.
Podobnie widzi to bułgarski minister środowiska, Julian Popow. „Żyjemy w geopolitycznie niestabilnym środowisku. Dlatego musimy zmniejszyć naszą zależność od importowanych paliw kopalnych. To znaczy, czy chcemy być petro-państwem, petro-unią czy petro-kontynentem bez zasobów petro-ropy?" – pyta retorycznie Popow. „To totalnie absurdalne. Musimy przyspieszyć elektryfikację” – dodaje.
„Kraje UE mogą spierać się o krótkoterminowe rozwiązania wysokich cen energii, ale zgadzają się, że czysta energia jest najlepszym długoterminowym wyborem” – komentuje „Politico”.
I ocenia, że dążenia prezydenta USA do sprzedawania większej ilości paliw kopalnych UE zostały właśnie przez niego samego storpedowane: „Gdyby Donald Trump chciał, by Europejczycy kupowali więcej ropy i gazu, być może nie powinien bombardować Iranu” – podsumowuje portal.
Odnawialne źródła energii mają swoje wady, ale i oferują gigantyczną przewagę nad paliwami kopalnymi: nie wymagają ciągłych dostaw z całego świata. „Rezerwy ropy wystarczą na tygodnie, panele słoneczne – na dekady” – wyjaśnia Andrew Blakers, profesor inżynierii z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego.
„Gdy już masz swój panel słoneczny, słońce nie kosztuje. Ale gdy już masz swoją elektrownię gazową, musisz codziennie płacić za spalony w niej gaz. Za jednym zamachem ta wojna dramatycznie zwiększyła więc siłę i wpływ tych, którzy chcą pójść ścieżką fotowoltaiki” – dodaje Kingsmill Bond, analityk w think tanku energetycznym Ember.
Podobnie wypowiada się Tom Ellison, dyrektor z amerykańskiego Centrum dla Klimatu i Bezpieczeństwa. W analizie na „Sustainable Views” zwraca uwagę, że energetyka wiatrowa i słoneczna nie polega na „nieprzerwanie działających rurociągach, portach ani szlakach żeglugowych, które mogą zostać zablokowane, zablokowane lub dotknięte przez huragan”. „Nie ma Cieśniny Ormuz ani Prądu Północnego II dla czystej energii” – pisze Ellison.
I dodaje:
„To nie znaczy, że czysta energia jest wolna od ryzyka. Żaden system energetyczny nie jest.
Jednak wyzwania związane z czystą energią, w tym dominacja Chin w kluczowych łańcuchach dostaw materiałów i minerałów, są łatwiejsze do zarządzania niż wyzwania związane z paliwami kopalnymi."
Mówiąc inaczej: możliwe, że przyszłe konflikty w UE i poza nią zaburzą łańcuchy dostaw surowców krytycznych, opóźnią inwestycje w „czyste” technologie (od wiatraków po elektrownie jądrowe) i na inne sposoby utrudnią transformację. Jednak to, co zostanie zrealizowane, będzie służyć latami. A w przypadku paliw kopalnych jakiekolwiek zawirowania na globalnych rynkach będą odczuwalne niemal natychmiastowo.
I możliwe, że wolny rynek to zauważył.
Wartość rynkowa trzech chińskich firm wytwarzających akumulatory i magazyny energii wzrosła od początku wojny w Iranie o 70 mld dolarów. To CATL, Sungrow i BYD (produkuje znane już w Europie pojazdy elektryczne), których wartość wzrosła odpowiednio o 19, 19,4 i 21,9 proc.
Dla porównania akcje wielu ważnych koncernów paliwowych również wzrosły, ale mniej: BP o 15,2 proc., Shella o 8,3 proc., Chevrona o 8, a ExxonMobil o 4,7.
„Wzrost cen akcji firm z branży czystej energii przewyższa gigantów naftowych, ponieważ inwestorzy stawiają na przejście na odnawialne źródła energii” – komentuje „Financial Times” w analizie z 23 marca.
Wiadomo jedna, że rynki są zmienne, a przewaga procentowa w krótkim okresie nie przesądza o trwałym trendzie. Na wartość akcji wpływa zaś nie tylko wojna, lecz także stopy procentowe, spekulacje i wiele innych czynników. Mimo to nie brak głosów, że transformacji nie da się już powstrzymać.
„To całkowicie zmienia cały paradygmat energetyczny. Nawet jeśli wojna skończy się w przyszłym miesiącu… odwrotu już nie ma” – ocenia Neil Beveridge, ekspert z domu analitycznego Bernstein.
Co ważne, przyspieszanie transformacji jest dziś o wiele łatwiejsze niż jeszcze dekadę temu. Jeśli nie politycznie, to przynajmniej finansowo, bo odnawialne źródła energii i magazyny energii są z roku na rok coraz tańsze.
„To pierwszy kryzys naftowy i gazowy, w którym czyste alternatywy dla ropy i gazu są w pełni konkurencyjne cenowo... Patrząc na boom słoneczny, możemy spodziewać się, że to znacząco przyspieszy wdrażanie czystej energii – i że będzie to wpływ bardziej znaczący i trwały” – komentuje Isaac Levi, analityk z Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA).
Ale kolejny kryzys paliwowy wymaga nie tylko przyspieszenia wieloletniej transformacji, lecz również działań doraźnych.
Jeszcze w pierwszej połowie marca ponad 30 państw należących do Międzynarodowej Agencji Energetycznej zgodziło się na uwolnienie 426 mln baryłek ropy z posiadanych rezerw. To szóste tego typu działanie w historii, ale tym razem skala jest największa. Dla porównania: podczas napaści Rosji na Ukrainę uwolniono znacznie mniej, bo 183 mln baryłek.
Obecnie najwięcej rezerw – aż 172 mln baryłek ropy i produktów ropopochodnych – mają uwolnić Stany Zjednoczone. Kolejne na liście są Japonia (80 mln), Kanada (23,5 mln) i Korea Płd. (22,5 mln). Wkład Polski, która również jest członkiem MAE, to 7,5 mln baryłek.
Decyzja ta nie uspokoiła jednak inwestorów. Od tego czasu ceny ropy Brent, stanowiącej punkt odniesienia dla globalnych rynków, wzrosły o kilkanaście procent.
Eksperci zwracają przy tym uwagę, że uwolnienie ponad 400 mln baryłek pokryje jedynie około 20 dni utraty dostaw spowodowanych zakłóceniami w Cieśninie Ormuz. Co więcej, dotarcie na rynki zajmie tygodnie lub miesiące – a tempo ma równie duże znaczenie jak skala. O ile nie większe.
MAE zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest trudna. Dlatego w ostatnich dniach agencja przedstawiła też pakiet zaleceń po stronie popytowej. „Same środki po stronie podaży nie są w stanie w pełni zrekompensować skali zakłóceń” – tłumaczy Agencja.
Najwięcej uwagi poświęcono transportowi drogowemu, który odpowiada za ok. 45 proc. światowego zapotrzebowania na ropę. I tak MAE zaleca m.in.:
Do tego MAE zaleca ograniczanie lotów i zastępowanie ich mniej paliwożernymi alternatywami (np. kolej) oraz oszczędzanie gazu LPG w przemyśle.
Jeśli chodzi o rządy, MAE podkreśla, że mechanizmy wsparcia dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw powinny być dobrze zaplanowane. Wyjaśnia: „Doświadczenia z wcześniejszych kryzysów pokazują, że dobrze ukierunkowane mechanizmy wsparcia są skuteczniejsze i bardziej stabilne fiskalnie niż szeroko zakrojone subsydia”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze