0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
20 września 2022

Rosja idzie na rympał i zwołuje „referenda" na terenach okupowanych. Czy to oznacza eskalację?

Na rozkaz Moskwy od najbliższego piątku do wtorku mają odbyć się "referenda" w sprawie przyłączenia okupowanych terytoriów Ukrainy do Rosji. Ale nie potwierdziły się doniesienia o wieczornym przemówieniu Władimira Putina

Wydrukuj

Kreml gwałtownie przyspieszył swoje plany przeprowadzenia "referendów" w sprawie przyłączenia do Federacji Rosyjskiej okupowanych ziemi Ukrainy - chodzi o obwód ługański oraz o okupowane części obwodu chersońskiego, donieckiego i zaporoskiego. Okupacyjna administracja wyznaczyła terminy "głosowania" już na najbliższy piątek 23 września - wszystko ma potrwać do wtorku.

Szczegóły techniczne dotyczące organizacji "referendów" w tak ekspresowym tempie nie zostały jeszcze w pełni przedstawione - choć na przykład "władze" Donieckiej Republiki Ludowej zapowiadają, że będą dowozić do urn także chętnych pozostających poza granicami "DRL". Demokratyczny świat nie ma żadnych wątpliwości, co do tego, że wyniki referendów zostaną sfałszowane zgodnie z dyspozycjami z Kremla.

Co więcej, o godz. 15:52 polskiego czasu Centralna Komisja Wyborcza Rosji ogłosiła, że organizuje punkty do głosowania również w Rosji. Formalnie po to, by mogli w nich wziąć udział ci mieszkańcy okupowanych terenów, którzy przebywają w Rosji. „Wielu ludzi, którzy są zmuszeni do opuszczenia terytorium Ukrainy, powinno mieć możliwość głosowania, a my pomożemy naszym kolegom stworzyć taką możliwość" - powiedział RIA Nowosti wiceprzewodniczący rosyjskiej Centralnej Komisji Wyborczej Nikołaj Bułajew.

We wtorek 20 września popołudniu pojawiły się informacje, że Władimir Putin zamierza wieczorem wystąpić z orędziem do Rosjan. Ostatecznie te doniesienia się nie potwierdziły.

Za to wiadomość o "referendach" była oczywiście czołówką telewizyjnych wieczornych "Wiesti". Przekonywały one, że formalne przejęcie donbaskich "republik" i terenów okupowanych to jedyny sposób na pokój i zatrzymanie ukraińskiego ostrzału (teraz propaganda zaczęła bardziej podkreślać, że ostrzał jest dotkliwy: otóż rosyjska obrona przeciwlotnicza nie jest w stanie zestrzelić wszystkich ukraińskich pocisków). Propaganda nie wyjaśniła, jak montowane pośpiesznie głosowanie ma załatwić to, czego nie zdołała załatwić armia Putina. Mówiła jednak, że nic ważnego nie zdarzy się raczej do końca miesiąca: formalności związane z ustalaniem wyników "referendów" zajmą około pięciu dni od końca głosowania, czyli od 27 września.

Tymczasem telewizyjna publicystyka nie kryje zachwytu ruchem Putina. Wezwania do obrócenia w perzynę zachodnich stolic zastąpiła dziś polemika z zachodnimi krytykami "referendów". Na przykład - wywodzi ekspert programu 60 minut - Teksas był w XIX wieku częścią Meksyku, ale zmienił swą przynależność i jest teraz częścią USA. Czyli referendum Putina jest całkiem w porządku. Ale nie aż tak w porządku, by nie trzeba było o tym przekonywać.

Zamiary organizacji "referendów" na okupowanych ziemiach Ukrainy były dotąd ogłaszane przez Rosję wielokrotnie i stale wykorzystywane w rosyjskiej propagandzie. Kolejne terminy były jednak przekładane, a operacja "referenda" nigdy nie została tak naprawdę uruchomiona. Tym razem machina poszła w ruch - i to z zaledwie trzydniowym wyprzedzeniem.

Męzczyzna i kobieta za lakierowanym stołem, na nim butelka wody i flagi
Przedstawiciele narodu - “izby publicznej” "Ługańskiej Republiki Ludowej" - apelują do swego "przywódcy" Leonida Pasecznika o natychmiastowe zorganizowanie referendum w sprawie przystąpienia do Federacji Rosyjskiej (taki sam wniosek złożyła w tym samym czasie “izba publiczna” z Doniecka). Tą sprawą zajmowali się co najmniej od maja i ciągle nie było jak tego referendum zrobić. Teraz sprawa zostanie załatwiona jeden dzień. Screen "Wiesti", 19.09.2022

Jak bardzo ekspresowy był to proces? Oto sekwencja zdarzeń na przykładzie "Donieckiej Republiki Ludowej":

  • godz. 09:21

Wkroczenie na terytorium Rosji to przestępstwo, które pozwala na użycie wszystkich sił samoobrony – powiedział wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew, mówiąc o przeprowadzeniu referendów w Donbasie w sprawie przystąpienia do Federacji Rosyjskiej. Miedwiediew zaznaczył, że zmiana władzy na Kremlu tego już nie odwróci: “Referenda w Donbasie całkowicie zmienią wektor rozwoju Rosji na dziesięciolecia, a transformacja geopolityczna na świecie stanie się nieodwracalna, po ich przeprowadzeniu żaden przyszły przywódca Rosji nie będzie w stanie cofnąć tych decyzji”.

  • Godz. 09:21

Eksperci z administracji republik ŁRL i DRL rozpoczęli aktywne badanie kwestii przygotowania referendum - powiedział szef DRL Denis Puszylin. „Od wczorajszego wieczoru specjaliści z administracji głów, specjaliści z aparatu parlamentów rozpoczęli już bardzo aktywne badanie zagadnień”.

  • Godz. 13:43

Referendum w sprawie przystąpienia do Rosji odbędzie się w DRL w dniach 23-27 września - poinformował Puszylin.

  • Godz. 13:53

Ustawa o referendum w sprawie przystąpienia do Federacji Rosyjskiej została przyjęta przez deputowanych Rady Ludowej DRL.

  • Godz. 13:59

Głosowanie w referendum w sprawie przystąpienia do Federacji Rosyjskiej w Donieckiej Republice Ludowej będzie mieszane, zgodnie z tekstem ustawy o referendum. DODAĆ: To znaczy, że przez większość czasu obywać się będzie poza lokalami wyborczymi. Na głosowanie w lokalu przewidziany jest jeden dzień, “żeby nie tworzyć masowego zgromadzenia ludzi"

  • Godz. 14:08

Obywatele DRL, w tym ci spoza republiki, mają prawo do udziału w referendum - mówi Puszylin

  • Godz. 14:18

Rada Ludowa Donieckiej Republiki Ludowej jednogłośnie przyjęła ustawę kryminalizującą próby udaremniania lub zniekształcania wyników referendum w sprawie przystąpienia do Federacji Rosyjskiej

  • Godz. 15:15

Głosowanie elektroniczne w referendum nie odbędzie się [wbrew temu, co podali 1,5 godziny wcześniej], biorąc pod uwagę krótki czas przygotowań, byłoby to trudne – powiedział Puszylin. I dodał: „Będzie to kilkudniowe głosowanie, oparte na konieczności przestrzegania środków bezpieczeństwa dla naszych obywateli. Do tej pory zdecydowaliśmy się nie uciekać do głosowania elektronicznego, ze względu na krótki czas przygotowania, wyposażenie techniczne, byłoby to trudne dla nas”

  • Godz. 15:18

Dla Donieckiej Republiki Ludowej (DRL) ważne jest, aby republika jak najszybciej przystąpiła do Federacji Rosyjskiej, powiedział Puszylin. „Proszę do prezydenta Władimira Putina , aby włączenie do Federacji Rosyjskiej nastąpiło jak najszybciej. To dla nas ważne” – powiedział Puszylin na antenie kanału Rossija 24.

  • Godz. 15:23

Ustawa o referendum w sprawie wejścia Donieckiej Republiki Ludowej do Federacji Rosyjskiej jest zgodna z konstytucją republiki - powiedział Puszylin na nadzwyczajnym posiedzeniu plenarnym Rady Ludowej republiki.

Dodał, że w głosowaniu do referendum w DRL pojawi się pytanie "Czy popierasz wejście DRL do Rosji jako podmiotu Federacji Rosyjskiej?" Według niego sprawa ta została już przyjęta przez parlament i poparta przez posłów.

  • Godz. 17:14

W Zaporożu "system mieszany" polega na tym, że władza odwiedzi mieszkańców z urną.

  • Godz. 17:24

Centralna Komisja Wyborcza "Donieckiej Republiki Ludowej" jednogłośnie zatwierdziła formularze dokumentów wymaganych do referendum w sprawie wejścia Republiki do Federacji Rosyjskiej.

Rosja chce za wszelką cenę utrzymać kontrolę

Tak błyskawiczna organizacja "referendów" to bardzo czytelna reakcja na ukraińskie postępy na froncie notowane od rozpoczęcia operacji kontrofensywnych w obwodzie chersońskim (od 29 sierpnia) i charkowskim (od 6 września). W obwodzie charkowskim w ciągu mniej więcej tygodnia Ukraińcy odbili do ok. 10 tysięcy kilometrów kwadratowych. Udało im się również znacząco naruszyć rosyjskie panowanie nad obwodem chersońskim.

Organizacja "referendów" to zarazem bardzo niepokojący ruch - jasno wskazujący na to, że putinowska Rosja może starać się za wszelką cenę utrzymać kontrolę nad tymi podbitymi ziemiami Ukrainy, z których nie wypędziły jeszcze Rosjan ukraińskie siły zbrojne.

Oficjalne uznanie przez Moskwę podbitych ukraińskich ziem za integralną część terytorium Federacji Rosyjskiej może być bowiem wstępem do kolejnych kroków eskalacyjnych w toczącej się wojnie:

  • Na poziomie stricte politycznym Rosja może to wykorzystać do formułowania nowych gróźb i nacisków zarówno pod adresem Ukrainy, jak i wspierających ją krajów. Zarówno takich, które rzeczywiście mogłyby zostać spełnione, jak i takich, które nie wykraczałyby poza blef.
  • Rosja może również uczynić z "przyłączenia" okupowanych ziem wstęp do zmiany propagandowej narracji o "operacji specjalnej" w opowieść o wymagającej wysiłku całego społeczeństwa "wojnie obronnej" - i następnie ogłoszenia powszechnej mobilizacji, co wydaje się obecnie jedyną możliwą metodą na znaczące zwiększenie potencjału rosyjskiej armii. Więcej o rosyjskich problemach z rezerwami pisaliśmy niedawno w OKO.Press.
  • Uznanie okupowanych ziem za część Federacji Rosyjskiej otwiera także Kremlowi drogę po ewentualne sięgnięcie po taktyczną broń jądrową zgodnie z rosyjską koncepcją "deeskalacji nuklearnej" oraz z doktryną wojskową tego kraju, która zakłada możliwość użycia broni nuklearnej w wojnie obronnej także przeciwko konwencjonalnym siłom przeciwnika.

W opublikowanej w niedzielę w OKO.press rozmowie, takie scenariusze szczegółowo analizował były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, generał Stanisław Koziej.

fragment rozmowy z gen. Stanisławem Koziejem opublikowanej w OKO.Press 18 września.

Gen. Stanisław Koziej: Możemy się zastanawiać nad przyszłymi ukraińskimi operacjami tylko pod tym warunkiem, że Rosja nie podejmie jakiejś radykalnej decyzji dla zmiany tej sytuacji. I dla wyrwania się z tego narożnika, do którego jest coraz bardziej zapędzana przez własne błędy i coraz bardziej się wzmagające aktywności ukraińskiej armii.

Witold Głowacki, OKO.press: Ma pan na myśli powszechną mobilizację lub tak zwane demonstracyjne uderzenie nuklearne?

Spodziewałbym się ze strony Rosji kroków o charakterze eskalacyjnym. Nie liczyłbym na to, na co liczy część analityków – że Rosjanie będą się starali za wszelką cenę przeczekać ten trudny okres jesienno-zimowy gromadząc jakieś tam odwody i dopiero wiosną przejdą do prób wznowienia swej ofensywy. Relatywnie mało prawdopodobne wydaje mi się także, to, by Rosja miała w tym okresie zacząć szukać jakiegoś porozumienia z Ukrainą. Znacznie bardziej prawdopodobne są opcje eskalacyjne. A to dlatego, że Putin wyznaje doktrynę eskalacyjnego modelu prowadzenia wojny.

Model ten polega na tym, że jeżeli masz jakieś kłopoty, to uciekasz z nich wyłącznie do przodu. Tak właśnie było do tej pory. Wojna według rosyjskich założeń rozpoczęła się jako operacja niskiej intensywności, która miała zakończyć się szybko i niemal bez realnej walki. Rosjanie mieli po prostu wjechać autostradami w Ukrainę. To się oczywiście kompletnie nie udało. Ale rosyjską reakcją było natychmiastowe eskalowanie konfliktu do poziomu wojny totalnej polegającej na atakowaniu wszystkiego, co się rusza oraz celów cywilnych i infrastrukturalnych na równi z wojskowymi. A kiedy i to nie zadziałało, bo główną siłą Ukrainy pozostawał narodowy opór, Rosja weszła na kolejny poziom eskalacji. I rozpoczęła wojnę zbrodniczą – z masowymi morderstwami, wywózkami i represjami wymierzonymi w ludność cywilną na podbitych i okupowanych terytoriach. Teraz też spodziewam się więc kolejnego kroku lub kroków Rosji właśnie w kierunku eskalacji konfliktu.

Jak ta eskalacja może wyglądać?

Pierwszym wariantem, który tu się nasuwa, może być otwarte włączenie Białorusi do wojny. Rzecz jasna Białoruś już w niej w sposób bierny uczestniczy udostępniając Rosji swoje terytorium, bazy wojskowe, przestrzeń powietrzną, a zapewne także siły specjalne. Sądzę jednak, że Putin ma na stole także i taką opcję, by wciągnąć Białoruś w pełnoskalową wojnę – przede wszystkim w celu przerwania łańcuchów dostaw sprzętu wojskowego i zaopatrzenia wiodących z Polski i Słowacji przez zachodnią Ukrainę. Zadaniem białoruskiej armii mogłoby więc być takie dywersyjne uderzenie w głąb zachodniej Ukrainy wzdłuż granicy z państwami NATO. Zarówno w celu osłabienia Ukrainy, jak i w celu podwyższenia poziomu ryzyka konfrontacji z NATO.

Bo musimy pamiętać, że to jest też jeden ze sposobów Putina na zaostrzanie tej wojny i zarazem powstrzymywanie zachodniej opinii publicznej przed angażowaniem się we wsparcie Ukrainy.

Drugi możliwy kierunek eskalacji to przekształcenie przez Kreml „operacji specjalnej” w operację wojenną czy wręcz wojnę obronną. Musiałoby się opierać o przekonanie jakoś Rosjan do przyjęcia zmiany tej dotychczasowej narracji, że Rosja prowadzi w Ukrainie operację specjalną na taką, że oto Rosja zmuszona jest prowadzić wojnę obronną .

„Wielką Wojnę Ojczyźnianą”?

Tak. Nową, drugą wojnę ojczyźnianą, czy putinowską wojnę ojczyźnianą. To by musiało oczywiście kosztować sporo wysiłku informacyjno-propagandowego. Ale jednym ze sposobów, który mógłby do tego Putinowi posłużyć, byłoby na przykład przeprowadzenie „referendów” na terenach okupowanych (nawet referendów częściowych, tylko na obecnie okupowanych częściach terytoriów obwodów donbaskich, chersońskiego i zaporoskiego, bez czekania z nimi na ostateczne zajęcia całych tych obwodów) – a następnie włączenie ich do Rosji. Wówczas wszelkie ataki na wojska rosyjskie na tych terenach byłyby traktowane jako ataki na terytorium Rosji. W związku z tym Putin mógłby Rosjanom powiedzieć: „Zwyciężyliśmy w tej operacji specjalnej, bo włączyliśmy te ziemie stare, nasze, ruskie do macierzy. Operacja specjalna się powiodła, właśnie taki był nasz cel. No ale teraz nas atakują, to musimy się bronić, prawda?”.

W związku z tym trzeba wprowadzić stan wojny, co z kolei pozwoliłoby Putinowi na dwa kolejne ruchy strategiczne. Pierwszym mogłoby być ogłoszenie powszechnej mobilizacji, czego w warunkach tej operacji specjalnej Putin nie chce, bo się boi niepokojów społecznych czy wręcz ogólnonarodowego oporu. No, ale gdyby to była nowa Wielka Wojna Ojczyźniana, to argumenty na rzecz tej powszechnej mobilizacji byłyby mocniejsze. I wtedy – po paru miesiącach – powiedzmy, że właśnie na wiosnę, mógłby zgromadzić na bazie tej mobilizacji jakieś nowe siły, które pozwoliłyby mu kontynuować wojnę agresywną w Ukrainie.

A ten drugi możliwy „ruch strategiczny” Putina po zamianie operacji specjalnej w Wielką Wojnę Ojczyźnianą na czym mógłby polegać?

Na tym, że w ramach tej wojny ojczyźnianej Putin mógłby powiedzieć Rosjanom: nadszedł ten moment, musimy użyć taktycznej broni atomowej. Musimy bronić swojego kraju i przystąpić do realizacji swojej doktryny tak zwanej „deeskalacji nuklearnej” – czyli zakończenia konfliktu konwencjonalnego przy pomocy taktycznej broni atomowej. Przypomnijmy, że najogólniej rzecz biorąc, ta doktryna zakłada, że w krytycznej sytuacji Rosja dokonuje ostrzegawczego uderzenia nuklearnego gdzieś w powietrzu, na morzu, czy na pustkowiu. Niekoniecznie po to, aby razić jakiekolwiek obiekty drugiej strony, ale po to, by dać jej jednoznaczny sygnał: jesteśmy na progu eskalacji – jedyne, co pozostało, to negocjacje pokojowe, ale to co już zdobyliśmy, zostaje przy nas. A gdyby to nie zadziałało, wówczas doktryna „deeskalacji nuklearnej” zakłada realne selektywne uderzenie nuklearne na jakiś wyłącznie wojskowy obiekt. Gdyby i to nie pokonało drugiej strony, nastąpiłyby uderzenia taktyczną bronią atomową już na ogólniejsze cele strategiczne.

Jeżeli Putin wszedłby na tę ścieżkę, byłoby jak go z niej sprowadzić?

To bardzo niebezpieczna doktryna, w stosunku do której Zachód nadal nie ma wypracowanej skutecznej odpowiedzi, jak reagować – i jak powstrzymywać Rosję przed próbą sięgnięcia do takiego szantażu. Bo przecież gdyby ta broń taktyczna została przez Rosję użyta, można się spodziewać, że w obliczu nuklearnej zagłady w Ukrainie wzięłyby górę jednak tendencje do kapitulacji. Dlatego właśnie obawiam się, że Putin ma jeszcze całkiem spore instrumentarium eskalacji. Powinniśmy spodziewać się wszystkiego, co najgorsze.

Co mógłby w takiej sytuacji zrobić Zachód?

Zachód naprawdę nadal nie ma dobrej odpowiedzi na rosyjską doktrynę użycia taktycznej broni atomowej. Przede wszystkim Rosja ma ogromną przewagę w tej broni. W Europie wygląda ona mniej więcej jak 10 do jednego: Rosjanie mają około 2000 różnych ładunków taktycznych małej mocy. A amerykańskich bomb atomowych, tak jak w jawnych źródłach można wyczytać, jest w Europie około 200, a nawet niektórzy mówią, że w odpowiedniej gotowości jedynie około 100. No więc jest to ogromna przewaga, która komplikuje możliwości jakiejś realnej odpowiedzi Zachodu na taką ewentualność. Pamiętajmy też, że w sytuacji wojny ukraińskiej dodatkową i może jeszcze ważniejszą komplikacją jest to, że Ukraina nie jest w NATO. I że taki atak nuklearny na Ukrainę nie byłby równoznaczny z atakiem nuklearnym na państwo NATO. To z kolei bardzo utrudniłoby podjęcie przez NATO kolektywnej decyzji (podejmowanej przecież na zasadzie konsensusu) o jakiejś adekwatnej odpowiedzi. Tymczasem takiej odpowiedzi brakuje nawet w sferze deklaratywnej. Na wielokrotne nuklearne pogróżki Putina nie padła dotąd ze strony NATO odpowiedź w rodzaju „my też mamy broń atomową”. Nie padło też zapewnienie o odwecie w postaci wprowadzenia totalnych sankcji tym razem obejmujących już wszystkie relacje gospodarcze czy zerwania wszelkich kontaktów międzynarodowych z Rosją, czy też zmasowanego wsparcia wojskowego Ukrainy. To może Putina ośmielać.

Widzi pan jakiś sposób na zmianę tego stanu rzeczy?

Wydaje mi się, że pewną metodą mogłoby być sięgnięcie po memorandum budapesztańskie, w którym potęgi atomowe – w tym oprócz Rosji Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – zagwarantowały Ukrainie bezpieczeństwo w zamian za zrzeczenie się broni nuklearnej, która została w tym kraju jako spadek po ZSRR. Przypomnienie Putinowi o tym akcie prawnym i zdecydowanej deklaracji dotrzymania zawartych w nim gwarancji w wypadku sięgnięcia po doktrynę „nuklearnej deeskalacji” mogłoby być tym przysłowiowym kubłem zimnej wody.

Wyobrazić sobie można również i taki - mniej drastyczny - scenariusz, w którym Kreml będzie zwlekał z oficjalnym uznaniem wyników "referendów" i posługiwał się tym jako kartą przetargową, mającą wymóc na Ukrainie ograniczenie działań kontrofensywnych, czy nawet czasowe - w obecnej sytuacji na frontach wojny w Ukrainie korzystne jedynie dla Rosji - zawieszenie broni.

Rosyjska, kontrolowana przez władze, agencja informacyjna RIA Nowosti opublikowała dziś wyniki "sondaży" dotyczących referendów i mających przygotowywać grunt przed spodziewanym sfałszowaniem ich wyników. Wejście Donieckiej Republiki Ludowej do Federacji Rosyjskiej popiera 94 procent mieszkańców tego samozwańczego parapaństwa, wejście Ługańskiej Republiki Ludowej - 94 procent, wynika z "badania" autorstwa Krymskiego Republikańskiego Instytutu Badań Politycznych i Socjologicznych (RIPSI). W obwodzie zaporoskim gotowych głosować za przyłączeniem do Rosji ma być 87 proc. aktywnych wyborczo mieszkańców, zaś w obwodzie chersońskim 80 procent.

Wyniki tych "sondaży" są całkowicie oderwane od realiów.

Na okupowanych ziemiach Ukrainy powszechne są postawy oporu, działają również zbrojne oddziały partyzanckie - stale operujące np. w otoczeniu Melitopola w obwodzie zaporoskim czy na terenie obwodu chersońskiego. Dla Moskwy to jednak żadna przeszkoda. Wyniki "referendów" będą takie, jak zadecyduje Kreml.

Rosyjska Duma Państwowa w błyskawicznym tempie zmieniła dziś natomiast niektóre przepisy kodeksu karnego - związane z prowadzeniem działań wojennych. Przewidują one karę więzienia za dobrowolne poddanie się oraz odmowę udziału w działaniach wojennych lub zbrojnych. W kodeksie pojawia się nowy artykuł – "dobrowolne poddanie się", za który przewidziano karę do 10 lat pozbawienia wolności. W przegłosowanych przez Dumę przepisach pojawiają się także terminy "mobilizacja" oraz "stan wojenny".

Decyzja o referendach musiała zapaść w poniedziałek - wtedy parlamenty "DRŁ" i "ŁRL" nagle zwróciły się o szybkie przeprowadzenie referendów, których organizacja jest tam wałkowana od maja i ciągle są z tym kłopoty. Stało się to po tym, jak propaganda Kremla uspokoiła sytuację i zapowiedziała, że Putin uderzy, jak będzie chciał, a sytuacja, choć poważna, jest pod kontrolą.

Udostępnij:

Agnieszka Jędrzejczyk

historyczka z wykształcenia. Od 1989 r. przez 22 lata redaktorka w Gazecie Wyborczej, potem przez 10 lat urzędniczka, m.in. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Od 2021 r. w OKO.press

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne