Prawa autorskie: AFPAFP
01 czerwca 2022

Rosja zmyśla jak najęta, Ukraina robi to, co trzeba. O propagandzie w czasie wojny

Rosyjska kultura strategiczna zasadza się na imperializmie, militaryzmie i dezinformacji. Ukraina za to wzorowo odrobiła lekcję komunikacji strategicznej. Dlaczego rosyjskie reklamy turystyczne budzą grozę, a ukraińscy żołnierze fotografują się z kotkami - tłumaczy medioznawca, dr hab. Robert Rajczyk

Miłada Jędrysik, OKO.press: Chciałam porozmawiać o propagandzie wojennej Rosji i Ukrainy. Są rażąco inne. Rosja prowadzi „operację specjalną”, eliminuje „nazistów”. Wspierający wojsko obywatele i obywatelki ustawiają się w kształt litery Z, choreografią ciałami niepokojąco przypominając ten prawdziwy nazizm.

W ukraińskiej propagandzie wojnę z agresorem prowadzą ojcowie, mężowie, siostry - jest dużo ciepła i przygarniętych na frontach psów i kotów.

Dr hab. Robert Rajczyk*: Mamy tu do czynienia z dwoma typami komunikacji strategicznej. Łatwiej jest mówić o Rosji, bo ona nie przeżywa żadnego renesansu, jeżeli chodzi o komunikację. Widać w niej dziedzictwo trochę carskie, a przede wszystkim radzieckie. W końcu najsłynniejszy i najbardziej obrzydliwy fake news w historii jest dziełem rosyjskiej Ochrany.

Mówimy oczywiście o „Protokołach mędrców Syjonu”?

Które miały przykryć niebywałą wręcz klęskę w wojnie z Japonią w latach 1904-1905. Notabene carska Rosja myślała o Japonii bardzo podobnie jak współczesna putinowska Rosja o Ukrainie – że to będzie krótka, zwycięska kampania.

Rosyjska kultura strategiczna zasadza się na trzech elementach: na imperializmie, na militaryzmie i na dezinformacji. To wszystko się ze sobą przeplata.

Od samego początku, od kiedy możemy mówić o kulturze strategicznej, Rosjanie mieli poczucie wyższości wynikające z kompleksu niższości. Gdybyśmy dwa lata temu porozmawiali z takim zwykłym Rosjaninem na ulicy w Moskwie, czy w innym dużym rosyjskim mieście, to byśmy się dowiedzieli, że dla niego najważniejsze jest to, żeby świat Rosję szanował.

Kultura strategiczna to idee, wartości wynikające z historii, to także idee polityczne, program polityczny — np. założenie, że chcemy współpracować, budować lepszą wspólną przyszłość, integrować społeczeństwo. Rosyjska kultura strategiczna sprowadza się do poczucia wyjątkowości, do poczucia misji i to się przekłada na komunikację z otoczeniem.

Analizowałem ze swoimi studentami reklamy turystyczne różnych państw świata i powiem tak: o ile kanadyjskie, czy serbskie reklamy pokazują coś fajnego, sprzedają emocje, to rosyjskie sprzedają strach. To monumentalne filmy pokazujące ogromne połacie niezamieszkałej tundry, tajgi. Aż ciarki przechodzą. To piękna, dziewicza, dzika przyroda, ale oglądając taką 3-minutową reklamówkę, która ma nas zachęcić do tego, żeby biwakować w tajdze, można się przerazić i zniechęcić do wyjazdu.

A jak wygląda ukraińska komunikacja strategiczna?

Bardzo się zmieniła od 2014 roku. Przez 20 lat od ogłoszenia niepodległości Ukrainy nie było problemu z dostępem do rosyjskojęzycznych mediów na Krymie, dopiero osiem lat temu Ukraińcy zdali sobie sprawę, że to ma istotne znaczenie. I nastąpił zdecydowany zwrot. O ile w 2014 roku jeszcze był problem z jednoznaczną ukraińską tożsamością narodową, teraz jest ona wyraźna.

Ukraińcy zrozumieli, że są jednym narodem niezależnie od tego, czy mówią po rosyjsku, po krymsko-tatarsku, czy po ukraińsku.

Strona ukraińska wzorowo odrobiła lekcję komunikacji strategicznej, bo zaczęła ją instytucjonalizować. Mamy centrum zwalczania propagandy przy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy czy centrum komunikacji strategicznej przy ministerstwie kultury i polityki informacyjnej. Powstało ministerstwo polityki informacyjnej, od niedawna połączone z ministerstwem kultury. To ma swoje dobre strony, bo przekłada się również na działania z zakresu dyplomacji publicznej, czyli posługiwania się narzędziami soft power.

Ten resort, powstały w 2014 roku, prowadził szereg kampanii informacyjnych związanych z migracją wewnętrzną, czyli z relokowaniem i opieką nad Ukraińcami, którzy musieli uciekać z części Donbasu zajętej przez prorosyjskich separatystów albo z Krymu. To były kampanie czysto informacyjne, ale też piękne spoty reklamowe, które pokazuję moim studentom, demonstrujące, jak weterani wojenni mogą w życiu cywilnym na nowo wykorzystywać umiejętności nabyte w wojsku.

Władze ukraińskie zdały sobie sprawę, że brakuje w świecie ukraińskiego głosu, ukraińskiej wersji wydarzeń. Stworzyły więc telewizję Ukraine Tomorrow, UA TV, można ją oglądać po angielsku, rosyjsku i ukraińsku. Niedawno powstała też stacja telewizyjna, która nazywa się DOM, przeznaczona dla mieszkańców okupowanych terenów Donbasu i Krymu, podobnie jak stacja radiowa o tej samej nazwie. Chodziło o reintegrację kulturową i narodową tych ludzi.

Były też działania wolontariackie, jak informacyjne wojska Ukrainy — ochotnicy, którzy w sieci tropili rosyjską propagandę i rosyjskie fake newsy. Z tego, co widzę, działają również dziś. Mamy też organizacje międzyrządowe, jak stopfake.org, które pozyskiwały granty z Zachodu na przeciwdziałanie rosyjskiej dezinformacji.

Do tego wszystkie inicjatywy są w tej chwili są zintegrowane, mają spójny przekaz. Na przykład pięć kanałów telewizyjnych nadaje na wspólnej antenie.

Ale to też z powodu bombardowań wież przekaźnikowych.

Tak, to ma wymiar strategiczny — kiedy jedna telewizja przestanie nadawać, to natychmiast druga przejmuje jej zadania, ale też czysto praktyczny. Na przykład doradcy prezydenta Zełenskiego nie muszą się wypowiadać dla pięciu różnych kanałów telewizyjnych, tylko dla jednego.

Narracja ukraińska jest prowadzona w sposób wzorowy, szkoda, że w okolicznościach wojennych, szkoda, że w sytuacji, gdy za naszą wschodnią granicą po rosyjskiej agresji rozgrywa się tragedia.

Ale to, co robią Ukraińcy w mojej ocenie jest po prostu wybitne.

Komunikacja wojenna rządzi się jednak swoimi prawami. Na wojnie nie można mówić prawdy - jedne rzeczy się ukrywa, inne się wyolbrzymia, żeby podtrzymać morale narodu i zniszczyć morale przeciwnika. Dlatego Ukraińcy na przykład bardzo skrupulatnie ukrywają swoje straty. Jeśli widzimy jakieś zniszczone czołgi ukraińskie, to pokazuje je strona rosyjska - która zresztą też oczywiście swoimi stratami się nie chwali. Ale gdzie tu jest granica? Do jakiego stopnia komunikacja wojenna może być prowadzona w ten sposób, a w którym momencie staje się dezinformacją własnego społeczeństwa?

Propaganda wojenna ma funkcję mobilizacyjną - musi integrować ludzi do walki z wrogiem. Rosyjska propaganda jest dokładną antytezą ukraińskiej. Rosjanie wymyślają legendy, po prostu konfabulują na potęgę.

Cały świat się śmiał z zatrzymanych przez FSB rzekomych nazistów, który zamierzali dokonać zamachu na czołowego rosyjskiego propagandzistę Władimira Sołowiowa. W ich mieszkaniu znaleziono i portret Hitlera, i dosyć antyczną broń, ale też trzy płyty z grą SIMS, które zupełnie nie pasowały do innych znalezisk. Jest podejrzenie, że oficer FSB, który wydawał podwładnym polecenia, co ma zostać znalezione w kryjówce terrorystów, miał raczej na myśli karty SIM. Ktoś nie zrozumiał rozkazu.

Ta historia jest najlepszym dowodem, że cała rosyjska propaganda opiera się na nieprawdziwych narracjach.

Natomiast dosyć intensywnie oglądam ukraińskie programy informacyjne i w zasadzie nie jestem w stanie w ogóle znaleźć w nich jakichś nieprawdziwych informacji.

Może Ukraińcy zawyżają rosyjskie straty, ale to moim zdaniem w tej sytuacji nie jest nieetyczne. Również służy mobilizacji społecznej.

Jeśli chodzi w ogóle o komunikację strategiczną, to po zakończeniu tej wojny powstaną prace naukowe, które będą to analizować. Robiliśmy (ja oraz dr hab. Grażyna Piechota) z trójką ukraińskich naukowców badania przed wojną. Analizowaliśmy na przykład, jak aneksja Krymu była prezentowana w różnych kanałach telewizyjnych w zależności od tego, do którego z oligarchów należał dany kanał. Nasza teza była taka, że tak naprawdę stronniczość mediów zapewnia pluralizm medialny – bo możemy sobie włączyć kanał, który należał do Wiktora Miedwiedczuka i pokazywał stanowisko prorosyjskie, albo do Rinata Achmetowa czy Ihora Kołomojskiego. W każdym świat wyglądał trochę inaczej, w zależności od tego, z kim miał na pieńku dany oligarcha.

Ale czy w ten sposób odbiorca raczej nie utwierdza się w przekonaniu, że wszyscy kłamią?

Akurat w tej chwili to w ogóle straciło na znaczeniu i Ukraińcy radzą sobie w sposób absolutnie niebywały. Robią to, co powinni robić w sytuacji, w której się znaleźli.

Żołnierze ukraińscy są pokazywani w mediach społecznościowych, jako żywi ludzie: mają uczucia, smucą się, cieszą. Po prostu bronią swojej ojczyzny. Żeby wzbudzić sympatię do nich w mediach społecznościowych, pokazuje się ich z kotami i psami, wykorzystuje to, że zajęli się porzuconymi psami w wyzwolonych miejscowościach. Te rosyjskie przekazy, jak pan mówi, przerażają — ludzie ubrani na czarno układają się w litery, symbole, jakby to reżyserowała Leni Riefenstahl. Tam nie ma człowieka, jest tylko jednomyślny kolektyw.

Włączyłem parę razy 1 kanał rosyjskiej telewizji i przez kilka dni oglądałem główne wydanie wiadomości o 18:00 czasu moskiewskiego. Jeśli były tam doniesienia z frontu, to wyłącznie z Donbasu. Manipulacja była ewidentna, nie było żadnych zdjęć, które by dokumentowały jakiekolwiek „sukcesy”, czy wydarzenia na froncie. Żadnych rozbitych kolumn, a nawet spotkanie z rzekomymi jeńcami ukraińskimi też było ustawione gdzieś na Krymie.

Te manipulacje są zupełnie niefachowe — dlatego z jednej strony przerażają, z drugiej strony nie możemy zapominać, że ta propaganda jest skierowana do wewnątrz. Ona nie jest dla nas.

W przypadku aneksji Krymu mieliśmy dwie narracje. Ta wewnętrzna przebiegała pod hasłem „Krym jest nasz”, zewnętrzna podkreślała, że ludzie na Krymie, podobnie jak wcześniej w Kosowie, sami zdecydowali o swojej przyszłości. Osiem lat temu ta narracja przeznaczona na zewnątrz miała jakiś sens. W tej chwili ma sens tylko dla Rosjan. Powiem więcej, trochę się boję, że w tej chwili możemy mieć 120 mln Rosjan wściekłych na Zachód, bo to są ludzie, którzy naprawdę wierzą w to, co widzą w telewizji.

Może popełniam jakiś błąd poznawczy, bo nie patrzę na to z perspektywy przeciętnej Rosjanki, ale te narracje są tak bez sensu… Jak skomentował w OKO.press szef Instytutu Medycyny Weterynaryjnej SGGW, wścieklizna, z której jego instytut miał według rosyjskiej propagandy razem z Ukraińcami produkować broń biologiczną, zupełnie się do tego nie nadaje. „Musielibyśmy zrzucać lisy z samolotów”, żartował.

Tajemnica skuteczności rosyjskiej propagandy wynika właśnie z tej kultury strategicznej, od której zaczęliśmy rozmowę. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: nie potrafi pani pływać, nigdy pani nie była w wodzie, na basenie ani w morzu i nagle kilkadziesiąt osób, wszyscy z pani bliższej lub dalszej rodziny, jednym głosem mówią: wskakuj do tego basenu, dasz radę. W którymś momencie da się pani przekonać, żeby wskoczyć, bo uzna pani, że warto na polegać na rodzinie — w razie czego uratują, a w ogóle to nigdy nie byłam w tym basenie, więc skąd mam wiedzieć, czy się utopię, czy nie, muszę spróbować. To działa w ten sposób.

Ci ludzie są od urodzenia wychowywani w bardzo koherentnej, spójnej wizji świata, w oblężonej twierdzy. Są karmieni państwowotwórczymi mitami: Wielkiej Wojny Ojczyźnianej czy Gagarina, pierwszego człowieka w kosmosie. One się świetnie wpisują w dążenia imperialne, najpierw Rosji radzieckiej, potem Rosji putinowskiej, które używały argumentu militarnego do kształtowania swojej obecności na arenie międzynarodowej.

Teraz mamy coś, co się nazywa sharp power, czyli skrzyżowanie soft power z hard power. W przypadku Rosjan chodzi tu o wykorzystywanie do celów politycznych surowców energetycznych. Ostatni przykład tego zjawiska to zakręcony kurek z gazem dla Polski, Bułgarii, a teraz wstępującej do NATO Finlandii.

Komunikacja, która dociera do przeciętnego Rosjanina, jest spójna. Igrzyska olimpijskie w Soczi pokazały, że lot Gagarina nie był ostatnią rzeczą, z której Rosja może być dumna.

Przepłacili za ich organizację wielokrotnie, ale to nie miało znaczenia, ważne było, że wszyscy byli zachwyceni. Do tego mamy cały system edukacji. W tej chwili podręczniki rosyjskie mają za zadanie wymazać Ukrainę z historii. Jest mowa o tym, że powstała Ruś kijowska, ale potem już nie wolno stosować przymiotnika kijowska, tylko mówi się o Rusi. System edukacyjny to zresztą nie tylko kwestia podręczników i historii, ale też wychowania, organizacji młodzieżowych. Mamy tą słynną Junarmię, w której kilkunastoletnie dzieci biegają w mundurach. Junarmia ewidentnie kojarzy się z Hitlerjugend, to typowe totalitarne zagranie – organizujemy czas młodym ludziom, żeby myśleli tak, jak państwo chce, żeby myśleli.

Do tego mamy całą narrację historyczno-propagandowo-edukacyjną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. W Rosji nie ma rodziny, która nie straciłaby najbliższych podczas II wojny. Najistotniejszym elementem tej strategii jest jej koherentność. Byłem wiele razy w Moskwie. Wydawałoby się, że to metropolia, największe miasto Rosji, największego państwa na świecie. A moje rozmowy z Rosjanami, nawet osobami światłymi, należącymi do klasy średniej, wyjeżdżającymi za granicę, wyglądały mniej więcej tak, ja mówiłem: w 1939 roku napadliście na Polskę. Oni: nie napadliśmy, musieliśmy was chronić, bo wasz rząd dał ciała. Mówiłem: w Katyniu zabiliście 20 tys. polskich oficerów. Rosjanie: ale wyzwoliliśmy was od faszyzmu w 1945 roku, a wy potem przystąpiliście do NATO, jak można ludziom tak wbijać nóż w plecy.

Są wychowywani właśnie w takim duchu błędnej interpretacji historii. Nie tyle dowiadują się tego z telewizji, co od swoich rodziców, rodzin, dziadków. Ta wizja jest przekazywana z pokolenia na pokolenie i powoli staje się współczesną tradycją, która spaja społeczeństwo i czyni je podatnym na propagandę. My słusznie interpretujemy ją jako łopatologiczną, ale Rosjanie takiego przekazu potrzebują i będą w niego wierzyć.

Ukraińskie służby przechwytują rozmowy telefoniczne między żołnierzami a ich rodzinami. Nie pomaga świadectwo syna, który mówi matce, jak wygląda rzeczywistość, że rosyjskie wojska zachowują się jak bestie. Matka mówi: niemożliwe, bo walczycie z faszystami.

To owoc kilkudziesięciu lat propagandy, poza tym, jeśli chodzi o dezinformacyjne narracje, Rosjanie naprawdę są mistrzami. „Protokoły” niestety bardzo im się udały i dzięki temu imperium carskie przetrwało jeszcze kilkanaście lat.

Ja bym tylko dodała gwoli sprawiedliwości, że ci, którzy nie przesiąkli propagandą, mogą się zwyczajnie bać i nie wychylać.

To jak w przykładzie o pływaniu: mamy 30 osób, które mówią skacz, a jedna się boi zdroworozsądkowo wychylić, bo wie, że tamci ją zakrzyczą.

*dr hab. Robert Rajczyk wykłada na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Zajmuje się współczesną propagandą i dezinformacją oraz komunikowaniem międzynarodowym i międzykulturowym.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne