Prawdopodobnie to rosyjski pocisk Ch-101 spadł w Polsce nad ranem 30 lipca. Nie został zestrzelony, ponieważ uderzył w ziemię, zanim został zidentyfikowany. Spadł na pole uprawne, kilkaset metrów od budynków mieszkalnych w Tarnawie-Kolonii w woj. lubelskim.
Incydent miał miejsce w trakcie intensywnego rosyjskiego ostrzału Ukrainy. Tarnawa-Kolonia znajduje się ok. 90 km od ukraińskiej granicy z Polską. Najbardziej prawdopodobna wersja mówi, że rakieta zboczyła z kursu i o godz. 3.40 znalazła się w polskiej przestrzeni powietrznej.
Pocisk Ch-101 to strategiczny pocisk manewrujący powietrze–ziemia o zasięgu do 3,5 tysiąca kilometrów. Właśnie takie rakiety spadły tej nocy m.in. na Kijów. Ta, która naruszyła polską przestrzeń powietrzną, uderzając w ziemię wybuchła. Zostawiła po sobie krater o średnicy około dziesięciu metrów. W trakcie lotu była eskortowana przez polski myśliwiec.
„Nie było bezpośredniego zagrożenia dla ludzi” – zapewniał kilka godzin później premier Donald Tusk. – „Nie mamy też żadnych powodów, żeby sądzić, że celem była Polska”.
Jak poinformowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych RP:
„Środki radiolokacyjne systemu obrony powietrznej kraju obserwowały aktywność co najmniej kilkunastu pocisków operujących nad zachodnią Ukrainą, które ze względu na kierunek lotu mogły stanowić potencjalne zagrożenie dla polskiej przestrzeni powietrznej. O godz. 3.40 (…) wykryto niezidentyfikowany obiekt poruszający się w kierunku zachodnim. W celu jego rozpoznania i przechwycenia w rejon skierowano dyżurny myśliwiec F-16. O godz. 3.46, przed dokonaniem jednoznacznej identyfikacji, obiekt znikł ze wskazań systemów radiolokacyjnych”.
Premier Tusk i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz wyjaśniali, że rakieta nie została zestrzelona, ponieważ zanim została zidentyfikowana, spadła na ziemię.
Procedury obowiązujące w czasie pokoju nie pozwalają na zestrzelenie niczego przed identyfikacją.
Chodzi o to, by mieć pewność, że nie jest to na przykład cywilna awionetka, w której znajdują się ludzie. Zasady te zmieniają się w czasie wojny, wtedy reakcje wojska są dużo szybsze, jednak formalnie wciąż nie jesteśmy w takiej sytuacji. Według Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych RP identyfikacja nastąpiłaby za kilka sekund, jednak zanim to nastąpiło, pocisk uderzył w ziemię.
Polską przestrzeń powietrzną naruszył także drugi obiekt, ale ten po przelecenie pięciu kilometrów zawrócił i poleciał nad Ukrainę.
Prokuratura prowadzi śledztwo, aby precyzyjnie ustalić, jaki pocisk wybuchł na Lubelszczyźnie.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony potwierdziło 30 lipca rano przeprowadzenie zmasowanego ataku rakietowego na Ukrainę. W oficjalnych komunikatach nie odniosło się jednak do informacji o incydencie na terytorium Polski.
Główne wątpliwości, podnoszone w kraju po tym incydencie, dotyczą słabego informowania mieszkańców o zagrożeniu. Służby uruchomiły systemy alarmowe. Mieszkańcy siedemnastu powiatów w dwóch województwach zostali obudzeni o godz. 3.50 przez syreny. Kilkanaście minut później te same syreny odwołały alarm. Nie było jednak żadnych informacji o tym, co dokładnie się dzieje.
Do mieszkańców nie wysłano alertów RCB, nie było też komunikatów służb ani regionalnych władz.
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych RP szerszą informację zamieściło dopiero kilka godzin później.
Z perspektywy mieszkańca Lublina całą sytuację opisał dziennikarz portalu Jawny Lublin, Krzysztof Wiejak: "Alarm, jak tysiące mieszkańców Lublina, budzi mnie nad ranem. Odruchowo sięgam po telefon – jest 3.50.
Zaczynam szukać informacji na temat powodów głośnych syren. Na lokalnych portalach cisza, to samo w mediach społecznościowych urzędów.
Dzwonię na 112, dowiaduję się, że jest ogłoszony alarm powietrzny, ale po szczegóły mam dzwonić pod nr 987, do Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego. Więc dzwonię. Na połączenie czekam dobrych kilka minut, w międzyczasie wciąż sprawdzam internet. Widzę, że nie tylko ja. W serwisie X o godz. 4.11 portal lublin112.pl, dla którego wypadki i zdarzenia to chleb powszedni, zaczepia Lubelski Urząd Wojewódzki: »W Lublinie przed godz. 4:00 zawyły syreny. @LUWLublin może jakiś komunikat?«.
W końcu pod numerem 987 odbiera jakiś mężczyzna. Przedstawiam się, że jestem dziennikarzem. Słyszę, że pan po drugiej stronie telefonu nie jest upoważniony do udzielania informacji i odsyła mnie do rzecznika prasowego wojewody. Mówię, że w takim razie proszę o informację o przyczynie wycia syren jako zaniepokojony mieszkaniec, że mam prawo wiedzieć, co się dzieje i jak się zachować. Odpowiedź jest ta sama".
Jak tłumaczył później podczas specjalnej konferencji prasowej minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński, było to działanie zgodne z ustalonymi procedurami. Według nich w przypadku tzw. zagrożenia nagłego (jak wtedy, gdy rakieta niespodziewanie wlatuje w polską przestrzeń powietrzną)
najszybszą metodą alarmowania są właśnie syreny alarmowe. Także w nocy lepiej docierają one do śpiących ludzi niż sms-y.
Jednak, jak zauważyła w rozmowie z OKO.press Monika Miłowska, prezeska Fundacji To Proste i przewodnicząca Biura Sieci Mapuj Pomoc:
„Z naszej obowiązującej strategii wynika jasno, że użycie syren wymaga wyjaśnienia. Nawet jeśli użyte były krótko. Każde zdarzenie, które może wpłynąć na bezpieczeństwo ludności, niesie ryzyko dezinformacji i buduje niepokój społeczny, musi zostać odpowiednio zaadresowane. Brak wiarygodnej i spójnej informacji opartej na faktach rodzi domysły i jest paliwem dla plotek i dezinformacji”.
Ostatecznie premier Donald Tusk stwierdził, że procedury muszą zostać uzupełnione.
„SMS-y trzeba wykorzystywać nie tylko do informowania, że jest zagrożenie. Musimy wprowadzić zasadę, że po odwołaniu zagrożenia trzeba wysłać do ludzi wiadomości uspokajające” – podkreślił.
Przedstawiciele rządu zaznaczali także, że każda taka sytuacja pokazuje nowe potrzeby. Procedury regularnie są dostosowywane tak, by pozwalały lepiej komunikować mieszkańcom, co się dzieje.
Na przyszłość podpowiadamy, co robić, jeśli usłyszymy syreny alarmowe lub komunikaty o zagrożeniu – i nie będą to ćwiczenia:
Wskazówki przygotowano na podstawie rządowego Poradnika Bezpieczeństwa.
Bezpieczeństwo
Donald Tusk
co robić jak wyją syreny
dlaczego wyją syreny
Lubelszczyzna
rosyjska rakieta
rosyjski pocisk
syreny alarmowe
Tarnawa Kolonia
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Komentarze