Konflikt na Bliskim Wschodzie wciąż wpływa na stabilność dostaw i ceny ropy, a Europa może mieć problemy z napełnieniem magazynów gazu przed sezonem grzewczym. Na sytuacji korzysta Rosja, licząca petroruble
Największym wygranym konfliktu Izrael-USA-Iran będzie Rosja? Moskwa korzysta na blokadzie Cieśniny Ormuz i częściowo odbudowuje swoją pozycję na rynku ropy i produktów naftowych. Coraz więcej słychać o zwiększającym się rosyjskim eksporcie niemal we wszystkich kierunkach. Wpływy z handlu tym surowcem rosną między innymi przez brak alternatyw na rynkach Azji Południowo-Wschodniej. Tamtejsze kraje w ogromnym stopniu opierały się na transportach ropy przez Cieśninę Ormuz. Belgijska firma analityczna Kpler oceniła, że przesył ropy do tego regionu w kwietniu spadł o 30 proc. rok do roku.
Kraje próbują przeciwdziałać kryzysowi wzrostu kosztów życia. Filipiny na rok wprowadziły stan wyjątkowy w branży energetycznej i utworzyły komisję ds. kryzysu paliwowego i artykułów pierwszej potrzeby. Mimo to inflacja w kwietniu wzrosła do 7,2 proc. Tajlandia zamroziła ceny gazu używanego w gospodarstwach domowych do maja. Z kolei Indonezja postawiła na regulację cen oraz dotacje dla gospodarstw, przeznaczając na ten cel równowartość 22,4 mld dolarów. Podobne subsydia w Malezji pochłoną w ciągu roku 1,5 mld dolarów.
Państwa regionu mogą w tej sytuacji zwracać się w kierunku rosyjskiego surowca. Przed takim działaniem przestrzegała je szefowa unijnej dyplomacji, Kaja Kallas. Mimo to niektóre rządy wprost przyznają, że sięgają po dostawy z Rosji. Wśród nich jest Indonezja, która ogłosiła plan zakupu aż 150 mln baryłek z tamtego kierunku do końca 2026 roku.
Jak rosyjski przemysł naftowy korzysta na sytuacji? Przyjrzało się temu Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA). Podsumowanie ekspertów organizacji pokazuje, w jaki sposób Kreml korzysta na sytuacji. Co udało się ustalić?
Podsumowując: Rosja, mimo ukraińskich ataków na infrastrukturę przemysłową i dzięki zablokowaniu przepływu przez Cieśninę Ormuz, liczy petroruble, dzięki którym może ratować wciąż izolowaną gospodarkę i podtrzymywać ataki w Ukrainie. Skala zysków na pewno byłaby niższa, gdyby rynek nie był rozregulowany wojną na Bliskim Wschodzie. Popyt na rosyjskie dostawy widać po cenie pochodzącej stamtąd ropy Urals. osiągającej ceny około 100 dolarów za baryłkę – na podobnym poziomie, co ropa Brent i WTI.
To bezpośredni efekt wojny przeciwko Iranowi, która wciąż mocno odbija się na rynku surowców. Być może nie widzimy tego przy dystrybutorach – stacje paliw nadal muszą dostosowywać ceny do maksymalnych poziomów, wyznaczanych przez resort energii – ale sytuacja wciąż jest bardzo poważna. Mówi nam o tym dr Michał Paszkowski z Instytutu Europy Środkowej.
– Mamy bardzo niski poziom ruchu tankowców w Cieśninie Ormuz. Eksport ropy naftowej ograniczony jest zarówno przez Iran, Irak, jak i Arabię Saudyjską. Saudyjczycy, z uwagi na problemy w cieśninie, zwiększyli eksport surowca poprzez Morze Czerwone, tam jest rurociąg East-West, który umożliwia przekierowanie dużej części surowca. To 7 milionów baryłek dziennie, ale niestety te możliwości są już w pełni wykorzystane (braki w codziennej cyrkulacji ropy przez Cieśninę Ormuz wynoszą ok. 20 mln baryłek – przyp. aut.). Jest też duży problem z dostępnością produktów powstających na bazie ropy naftowej, jak benzyna, olej napędowy, paliwa lotnicze, półproduktów petrochemicznych i innych surowców – na przykład LPG – mówi nam ekspert.
Ceny ropy nadal utrzymują się na wysokim poziomie, regularnie przekraczając poziom 100 dolarów. Stawki są skorelowane z wypowiedziami Donalda Trumpa i sygnałami płynącymi z amerykańskiej administracji. Sugestie dotyczące możliwości szybkiego zakończenia wojny wpływają na spadki cen. Gdy Donald Trump ma gorszy nastrój i zapowiada wznowienie ataków na cele w Iranie, cena idzie do góry. Światowe media przyglądają się też praktykom graczy rynkowych, którzy mogą korzystać na tej sytuacji, spekulacyjnie grając na zyski ze spadków i wzrostów cen kontraktów terminowych. Rynek surowców działa jak każdy inny – to, że nabędzie się w nim udziały, nie znaczy, że trzeba fizycznie odebrać ropę.
A przecież nie tylko z ropą mamy problemy. Obserwatorzy coraz głośniej mówią o zagrożeniu dla stabilności dostaw gazu. Orlen, odpowiadający za nie na polskim rynku, uspokaja i zapewnia, że postawił na wystarczające zróżnicowanie kierunków, z których kupuje to paliwo. Owszem, do tej pory ściągaliśmy gaz skroplony tankowcami z Kataru, jednak możemy łatwo zwiększyć transporty z innych kierunków – twierdzą przedstawiciele koncernu. Coraz wyraźniej widać jednak, że niektóre kraje bez dostaw z Bliskiego Wschodu mogą mieć problemy z napełnieniem magazynów gazu przed sezonem grzewczym. Unijne wymogi mówią o poziomie 90 proc. wypełnienia, który państwa członkowskie muszą osiągnąć przed 1 listopada.
– W tej sytuacji rosną dostawy LNG do Europy z Rosji – to około 19 proc. rok do roku w okresie od stycznia do maja (największe dostawy płyną do Francji). To już naprawdę bardzo dużo. Pomimo tego Unia Europejska wprowadziła zakaz importu LNG z Rosji w ramach umów krótkoterminowych od 25 kwietnia, a pełny zakaz ma wejść od 1 stycznia 2027. Trudno będzie również przekonać Węgry i Słowację oraz inne państwa w Europie spoza UE (Bośnia i Hercegowina, Serbia) do porzucenia gazu ziemnego z Rosji transportowanego przez rurociąg TurkStream, czyli przez Turcję – mówi nam dr Paszkowski.
Z drugiej strony ceny kontraktów terminowych gazu z dostawą na jesień nie biją rekordów. Na razie więc nikt się na nie nie rzuca. Rynkowi gracze widocznie spodziewają się, że sytuacja w ciągu kilku miesięcy może się uspokoić.
Spokojnie wciąż nie jest w rosyjskich rafineriach i przy kluczowych elementach infrastruktury przesyłu surowca, które nękane są ukraińskimi atakami dronowymi. Jak mówi nam Michał Paszkowski, siły zbrojne broniącego się kraju coraz lepiej wiedzą, jak zaatakować, by bolało najbardziej.
– Widać, że po stronie ukraińskiej zmienił się sposób działania. Do tej pory atakowali głównie rafinerie, teraz zaczynają uderzać w kluczowe elementy eksportu, czyli terminale, magazyny. Celem nie jest zniszczenie całych zakładów, ale raczej uszkodzenie pewnych elementów, by blokować eksport surowców i paliw. Wszystko, żeby powodować trudności logistyczne po stronie Rosji. W takiej sytuacji rafineria też musi ograniczać przerób, bo przy uszkodzonej infrastrukturze nie może transportować swoich produktów dalej.
Pod koniec kwietnia Ukraińcy uderzyli w zbiorniki terminala Tuapse nad Morzem Czarnym, w maju ich bezzałogowcom udało się przedostać daleko w głąb Federacji Rosyjskiej, i sięgnąć celów oddalonych od granicy o 1,5-1,8 tys. kilometrów. Ich ataki dosięgnęły między innymi rafinerii w Permie na Uralu.
– Rosja przekierowuje więc transporty tam, gdzie się da: do Noworosyjska, trochę na porty dalekowschodnie, wciąż również do Tuapse. Tam jest rurociąg ESPO, który łączy się z terminalem Kozmino i Oceanem Spokojnym oraz Chinami kontynentalnymi (punkt w Mohe nad rzeką Amur). Rosja wykorzystuje też w większym zakresie transport kolejowy do Chin. Ataki też powodują ograniczenia, ale jednak porty bałtyckie, terminale Ust-Ługa, Primorsk, te nad Morzem Czarnym, są oczywiście ciągle wykorzystywane – wylicza dr Paszkowski.
– Rosną jednak koszty, bo choćby transport kolejowy do Chin jest nie tylko ograniczony logistycznie i wolumenowo, ale i kosztowo – zauważa specjalista.
Rosjanie w przyszłość patrzą jednak z dużym i rosnącym optymizmem.
"Nasza prognoza jest bardzo jasna: Europa i Wielka Brytania będą błagać o rosyjskie zasoby energetyczne” – mówił w kwietniu Kirił Dmitriew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich, który negocjował z USA w sprawie wojny w Ukrainie.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Komentarze