Gdy ropa i gaz przestały płynąć przez cieśninę Ormuz, a cena baryłki skoczyła w okolice 100 dolarów, do Rosji zaczęły spływać miliardy. „Wojna w Iranie to koło ratunkowe dla Putina” – oceniają międzynarodowe media i eksperci.
"Nasza prognoza jest bardzo jasna: Europa i Wielka Brytania będą błagać o rosyjskie zasoby energetyczne” – twierdzi Kirił Dmitriew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich, który negocjował z USA w sprawie wojny w Ukrainie.
W niedawnej rozmowie z RIA Nowosti (rosyjską państwową agencją informacyjną) Dmitriew ocenił też, że z powodu wojny na Bliskim Wschodzie cena ropy może wzrosnąć do 150-200 dolarów za baryłkę. Gdyby tak się stało, ropa byłaby nawet trzykrotnie droższa niż przed atakiem Izraela i USA na Iran. Według Dmitriewa, gdy Zachód ograniczył zależność od rosyjskiej energii po ataku na Ukrainę, „strzelił sobie w stopę”.
Buńczuczne deklaracje płynące z Kremla nie są niczym nowym. W tym przypadku wzmacnia je jednak konkretny i prawdziwy argument: pieniądze.
Liczba państw korzystających z rosyjskich paliw od pewnego czasu utrzymuje się na podobnym poziomie. Zarówno w 2025 r., jak i w pierwszym kwartale bieżącego roku ropę naftową drogą morską importowało 14 państw. Produkty rafinowane w poprzednim roku kupowało 41 państw, a obecnie – 42.
Mimo to, jak wskazuje Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA), Rosja zarabia dziś znacznie więcej. Wojna na Bliskim Wschodzie sprawiła, że w marcu eksport wzrósł o 16 proc. w porównaniu do lutego. Przede wszystkim Rosja sprzedaje surowce znacznie drożej.
W rezultacie w marcu jej przychody z eksportu paliw kopalnych wzrosły do 713 mln euro dziennie, czyli aż o 52 proc. miesiąc do miesiąca.
W największym stopniu odpowiada za to sprzedaż ropy naftowej, z której przychody wzrosły aż o 94 proc. (do 431 mln euro dziennie).
„Oprócz umożliwienia Rosji sprzedaży ropy drogą morską w obliczu kurczących się globalnych dostaw ropy, sytuacja ta [wojna] doprowadziła do gwałtownego wzrostu cen ropy Urals, które wzrosły prawie dwukrotnie w porównaniu z cenami odnotowanymi w okresie od grudnia 2025 r. do lutego 2026 r.” – wyjaśnia CREA.
Z kolei „The Guardian” przedstawił niedawno dane z wykonanej na zlecenie brytyjskiego dziennika analizy. Wykazała ona, że w pierwszym miesiącu wojny w Iranie 100 największych światowych firm naftowo-gazowych zarobiło ponad 30 mln dolarów na godzinę w postaci nadmiarowego zysku. W pierwszej dziesiątce firm z największym są dwie rosyjskie: czwarte miejsce zajmuje Gazprom, a dziewiąte Rosnieft.
„Trzy rosyjskie firmy – Gazprom, Rosnieft i Łukoil – mogą osiągnąć do końca roku szacowane nadmiarowe zyski w wysokości 23,9 mld dolarów” – podaje „The Guardian”. I podsumowuje wprost: wojna z Iranem „otworzyła skarbiec” Władimirowi Putinowi, który zyskał miliardy na finansowanie wojny w Ukrainie.
„Financial Times” na podstawie własnej analizy ogłosił Rosję „największym zwycięzcą konfliktu na Bliskim Wschodzie”. Podobne opinie pojawiają się też w innych zagranicznych mediach i ocenach ekspertów.
Wskazują one również na to, że „ratunek” dla Putina przyszedł w najlepszym możliwym momencie.
Analityczny portal „Vox” ocenia, że „narastający konflikt jest kołem ratunkowym dla rosyjskiego przywódcy”. I nie chodzi o same korzyści z droższych paliw, lecz również o dezintegrację sojuszu zachodniego i osłabienie sankcji. Najważniejszą decyzję na tym polu podjęły Stany Zjednoczone, które ostatnio po raz drugi wyłączyły spod sankcji – na kolejny miesiąc – sprzedaż rosyjskiej ropy już załadowanej na tankowce.
„Wszystko to wydarzyło się dokładnie wtedy, gdy rosyjski przywódca, który zmaga się z gospodarczymi zawirowaniami w kraju i utrzymującym się krwawym impasem na Ukrainie, najbardziej potrzebował wsparcia. Odpowiadając za około jedną trzecią dochodów rosyjskiego rządu, ropa i gaz są siłą napędową rosyjskiej gospodarki, a tym samym jej wysiłku wojennego na Ukrainie. Nie jest przypadkiem, że globalne ceny ropy rosły do rekordowych poziomów w latach 2000. – w tym samym czasie, gdy Putin konsolidował władzę” — komentuje „Vox”.
O kole ratunkowym nie tylko w postaci większych zysków pisze też „Forbes”. „Wojna w Iranie stała się dla Stanów Zjednoczonych obszarem intensywnego zaangażowania dyplomatycznego i militarnego oraz wyraźnie odciąga uwagę [USA] od konfliktu w Ukrainie. Pozwoliło to Rosji na większą swobodę w prowadzeniu działań militarnych przeciwko Ukrainie oraz bezterminowo opóźniło wszelkie poważne negocjacje rozejmowe prowadzone pod auspicjami Stanów Zjednoczonych, którym Rosja od lat się sprzeciwia” – pisze amerykański magazyn i portal biznesowy.
Kolejna korzyść to zaangażowanie w wojnę w Iranie wielu drogich precyzyjnie naprowadzanych pocisków i przechwytujących systemów obrony powietrznej. Im więcej zostanie ich zużytych na Bliskim Wschodzie, tym trudniej będzie przekazać broń Ukrainie w przyszłości – na przykład po zmianie władzy w USA.
Tymczasem cały świat zastanawia się, czy cena za baryłkę ropy Brent (stanowiącej globalny benchmark) faktycznie może wzrosnąć do 150–200 dolarów. Regularnie powtarzany wniosek z analiz w mediach i instytucjach analitycznych na całym świecie brzmi: nie wiadomo.
Nieprzewidywalna polityka Trumpa i jego nieustanne kłamstwa
sprawiają, że trudno przewidzieć, co przyniesie następny dzień wojny, nie wspominając już o kolejnych tygodniach i miesiącach. I tak gdy 7 kwietnia ogłoszono zawieszenie broni, cena ropy spadła ze 109 do 96 dolarów za baryłkę. A gdy dziesięć dni później, mimo zapewnień Trumpa o otwarciu Cieśniny Ormuz, rynek słusznie w to zwątpił, cena baryłki ropy rozpoczęła tygodniową wspinaczkę z poziomu 91 do 107 dolarów.
Na ten moment pewne jest więc jedno: im dłużej będzie trwał konflikt, im dłużej będzie zamknięta irańska cieśnina i im bardziej będą zagrożone dostawy paliwa, tym większe ryzyko, że prognoza ceny ropy na poziomie 150-200 dolarów stanie się rzeczywistością. Konsekwencje tego mogą być znaczące.
„Gdyby światowe ceny ropy przez dwa miesiące wynosiły średnio około 140 dolarów za baryłkę – wraz ze skutkami znaczącego zaostrzenia warunków na rynku finansowym, zwiększonych zakłóceń w łańcuchach dostaw oraz dalszego pogorszenia nastrojów – wystarczyłoby to, by część światowej gospodarki wprowadzić w łagodną recesję” – wynika z analizy Oxford Economics, uznanego w świecie instytutu ekonomicznego.
Wracając do punktu wyjścia dla tego artykułu – czy Europa faktycznie będzie błagać Rosję o jej surowce? Na razie wszystko wskazuje, że nie.
Do tej pory jedynymi krajami lobbującymi za złagodzeniem, zamrożeniem czy też wycofaniem się z sankcji na Rosję były Węgry i Słowacja. Oba te państwa miały w ostatnich miesiącach poważny problem, bo ataki Rosji uszkodziły rurociąg Przyjaźń, którym płynęła do nich rosyjska ropa.
Premierzy Węgier i Słowacji – Viktor Orbán i Robert Fico – blokowali więc unijną pożyczkę w wysokości 90 mld euro dla Ukrainy, dopóki ta nie naprawi rurociągu. Stało się tak w ostatnich dniach, dzięki czemu ropa znów płynie do tych państw, a pieniądze z pożyczki popłyną do Ukrainy. Do tego na Węgrzech nie rządzi już skrajnie prorosyjski Orbán, przez co wpływy Putina w UE zostały znacząco ograniczone.
Jakiemukolwiek poluzowaniu sankcji wyraźnie sprzeciwia się rząd Polski.
„Słyszę gdzieniegdzie głosy w związku z kryzysem energetycznym, w związku z wojną na Bliskim Wschodzie, że być może warto rozluźnić sankcje, może warto wrócić do takiego codziennego biznesu energetycznego z Rosją. Nie, nie ma o tym mowy. To jest kwestia bezpieczeństwa, to jest kwestia przetrwania całej wspólnoty Zachodu, Europy, polskiej wspólnoty transatlantyckiej i liczę tutaj nie tylko na zrozumienie, ale na pełną współpracę naszych partnerów” – mówił Tusk w połowie marca, gdy ogłaszał bilion złotych wydatków na inwestycje w polską energetykę.
Podobnie wypowiada się też Komisja Europejska i, co oczywiste, Ukraina.
„W obecnym kryzysie niektórzy twierdzą, że powinniśmy porzucić naszą długoterminową strategię, a nawet wrócić do rosyjskich paliw kopalnych. Byłby to strategiczny błąd. Uczyniłoby nas to bardziej zależnymi, bardziej podatnymi na zagrożenia i słabszymi. Dlatego powinniśmy trzymać się naszej długoterminowej strategii" – przekonywała w marcu Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej.
„Biorąc pod uwagę zmienność cenową, istnieje duża pokusa, by prowadzić z Rosją biznes po staremu. Ale to złe podejście, ponieważ im więcej ma ona pieniędzy, tym więcej będzie wysyłać dronów lub rakiet do Iranu albo tym częściej będą do nas strzelać” – mówił w rozmowie z „Politico” Oleksij Riabczyn, dyrektor ds. międzynarodowych Naftogazu, ukraińskiego czempiona paliwowego.
O ile zawieszenie sankcji jest mało prawdopodobne, o tyle rzeczą już mającą miejsce jest spowolnienie kolejnych kluczowych kroków. Do połowy kwietnia Komisja Europejska miała przedstawić propozycję stałego zakazu importu rosyjskiej ropy. Z powodu nasilającego się kryzysu energetycznego prezentację planu przesunięto jednak na bliżej nieokreślony termin.
Co prawda odnawiany co pół roku jednomyślną decyzją państw członkowskich zakaz importu rosyjskiej ropy do UE już istnieje, ale nie obejmuje Węgier i Słowacji. Możliwe jednak, że przesunięcie terminu publikacji projektu wyjdzie na dobre.
„Nowe przepisy, mimo że opóźnione, traktowane są jako element polityki energetycznej, a nie zagranicznej, co oznacza, że do ich przyjęcia wystarczy większość kwalifikowana. Bruksela liczy, że pozwoli to uniknąć przyszłych blokad i zamknąć istniejące luki” – tłumaczy Euronews.
Warto też pamiętać, że Unia Europejska zdecydowała o zakończeniu importu rosyjskiego gazu. Ten w stanie skroplonym (LNG) przestanie wpływać do europejskich portów do końca 2026 r., a ten przesyłany rurociągami – jesienią 2027 r. Choć na ten moment zmiana tych terminów nie podlega dyskusji, kolejne miesiące wojny na Bliskim Wschodzie mogą to zmienić. Nie wiadomo też, czym skończą się złożone w tej sprawie skargi ze strony Węgier i Słowacji.
Gaz płynący do Europy przez kolejne lata statkami i rurociągami z pewnością ucieszyłby Rosję, dla której UE wciąż pozostaje czołowym „klientem” – więcej za surowce energetyczne płacą jej jedynie Chiny, Indie i Turcja. Mimo wojny i sankcji, od grudnia 2022 do końca marca 2026 r. Unia była największym odbiorcą rosyjskiego gazu LNG (UE w tym czasie odpowiadała za 49 proc. rosyjskiego eksportu tego surowca) i tego wysyłanego gazociągami (33 proc.).
Ale przychody Rosji z paliw kopalnych mogą zmniejszyć nie tylko sankcje, odblokowanie cieśniny Ormuz czy zakończenie wojny na Bliskim Wschodzie. Nie można też zapominać o „komponencie ukraińskim”.
W ostatnich tygodniach Ukraina przeprowadziła szereg ataków dronowych na rosyjską infrastrukturę paliwową. Łącznie uderzyła w kilkanaście rafinerii i terminali eksportowych. Najbardziej bolesne okazały się ciosy wymierzone w bałtyckie porty Ust-Ługa i Primorsk, które wstrzymały eksport po pożarach i uszkodzeniach. To kluczowe terminale, obsługujące ok. 20 proc. rosyjskiego eksportu ropy. Z powodu ataków eksport z tych obiektów zmalał początkowo nawet o ok. 80 proc., a dziś wciąż jest ograniczony.
Jak odnotowuje w swej analizie agencja Reutera, w rezultacie produkcja rosyjskiej ropy w kwietniu może spaść o 300–400 tys. baryłek dziennie. Jeśli to się potwierdzi, będzie to najgwałtowniejszy miesięczny spadek rosyjskiej produkcji od sześciu lat, czyli od pandemii COVID-19.
Ale ważna jest też perspektywa długoterminowa. We wspomnianej wcześniej analizie „Forbes” ocenia, że
wojna w Ukrainie zaszkodzi Rosji w obszarach decydujących o względnej sile kraju.
W tym „zdolności do przyciągania inwestycji zagranicznych, zatrzymywania i przyciągania czołowych talentów naukowych, rozwijania światowej klasy systemu edukacji, zapewnienia dostępu do zaawansowanych technologii (w tym AI, zaawansowanych technologii obliczeniowych i rozwoju sektora kosmicznego) oraz zwalczania korupcji wśród urzędników.”
„Putin jest bezpośrednio odpowiedzialny za wprowadzenie Rosji w katastrofalną, wieloletnią wojnę na Ukrainie bez widocznego końca oraz za położenie fundamentów pod długoterminowy polityczny i naukowy upadek Rosji. Trudno uznać taki dorobek za powód do strachu, podziwu czy naśladowania” – podsumowuje „Forbes”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze