Europejska debata o ETS powinna być debatą o europejskiej polityce przemysłowej. Europejscy politycy nie są jednak do niej zdolni, bo są wybierani przez krajowych wyborców. Będziemy więc obserwować krajowe wyścigi na subsydia
ETS, czyli unijny handel emisjami, stał się nagle gorącym tematem debaty politycznej. Od kilku dni słyszymy, że Polska ma „wyjść z ETS”. „Jak Czarnek zostanie premierem, Polska wypowiada ETS. Wiecie, co się wtedy stanie? Od razu tania energia dla wszystkich Polaków” – przekaz największej partii opozycyjnej można streścić tym postem Patryka Jakiego.
Projekt uchwały sejmowej autorstwa Prawa i Sprawiedliwości jest sformułowany wcale zręcznie – wbrew medialnym harcom o „wyjściu” Polski z ETS wcale nie zawiera takiego postulatu.
„Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wzywa Radę Ministrów do:
Sejm Rzeczypospolitej Polskiej podkreśla konieczność prowadzenia polityki energetycznej zapewniającej bezpieczeństwo energetyczne państwa oraz stabilność cen energii”.
To najważniejszy fragment projektu uchwały, pod którym podpisała się kilkudziesięciu posłów klubu. Co ciekawe, nie ma wśród nich Krzysztofa Tchórzewskiego (byłego ministra energii w latach 2015-2019) ani Macieja Małeckiego (wiceministra aktywów 2019-2023), którzy z racji sprawowanych w przeszłości funkcji wiedzą dobrze, w jakim stopniu realne jest „zawieszenie ETS”. Choć oczywiście brak ich podpisów może być też przypadkiem.
PiS w uchwale domaga się więc podjęcia negocjacji unijnych, ale w mediach politycy tej partii opowiadają o „wyjściu Polski z ETS”.
Czy zawieszenie ETS ma jakieś szanse na realizację? Większość państw UE z różnych powodów wcale tego nie chce. M.in. z powodów budżetowych. ETS przynosi fiskusowi kilkadziesiąt mld euro dochodów, w Polsce to 15 mld zł. Czy politycy domagający się „wyjścia” mają pomysł jak zrekompensować ten ubytek w budżecie? Można oczywiście zwiększyć deficyt, czyli podnieść koszty obsługi długu publicznego. Można też podnieść podatki – jeśli tak, to które. Pomysłów nie ma.
Nie ma ich także w propozycji prezydenta Karola Nawrockiego, choć trzeba przyznać, że jest znacznie lepiej uzasadniona niż enigmatyczna uchwała PiS.
„Historia rozwoju Europy i jej sukcesu gospodarczego jest nierozerwalnie związana z siłą sektora przemysłowego. Przemysł chemiczny, metalurgiczny i maszynowy stanowiły fundament wzrostu całej gospodarki, były przestrzenią intensywnych prac badawczo-rozwojowych i źródłem innowacji o światowej skali, a zarazem filarem bezpieczeństwa naszej Wspólnoty. Bez silnego przemysłu Europa traci nie tylko konkurencyjność, lecz także zdolność do samodzielnego kształtowania swojej przyszłości.
Minęło 20 lat od wprowadzenia systemu EU ETS. To wystarczająco długi okres, aby dokonać twardej i bezkompromisowej oceny skuteczności tego instrumentu. Jesteśmy świadkami zjawiska, które historia zapamięta jako wielką deindustrializację Europy i ucieczkę przemysłu z naszego kontynentu (…) Dwadzieścia lat temu Unia Europejska była jednym z globalnych liderów produkcji przemysłowej. W 2005 roku udział UE w światowej wartości dodanej w przetwórstwie przemysłowym wynosił 25 proc., podczas gdy udział Chin zaledwie 9 procent.
Po dwóch dekadach funkcjonowania EU ETS znajdujemy się w zupełnie innym punkcie: udział UE spadł poniżej 17 proc., natomiast udział Chin wzrósł ponad trzykrotnie – do poziomu 28 procent. Dane te znajdują odzwierciedlenie również w poziomie całkowitych emisji. W ciągu 20 lat w UE27 ograniczono emisje CO₂ z około 3,7 miliarda ton o blisko 35 proc., do poziomu około 2,4 miliarda ton. W tym samym czasie emisje w Chinach wzrosły z 5,9 miliarda ton o około 110 proc., osiągając poziom 12,5 miliarda ton. Oznacza to, że Europa poniosła ogromne koszty gospodarcze i społeczne, podczas gdy globalne emisje wzrosły.
Produkcja nie znika – ona przenosi się poza Unię. A europejscy konsumenci są zmuszeni kupować pozaeuropejskie produkty, zamiast tworzyć miejsca pracy w lokalnej gospodarce. Jednym z głównych powodów erozji europejskiej bazy przemysłowej są dramatycznie wysokie koszty energii elektrycznej, ponad dwukrotnie wyższe niż w Chinach czy Stanach Zjednoczonych. Kluczowym czynnikiem jest koszt uprawnień do emisji CO₂. W realiach globalnej konkurencji oznacza to systemowe osłabienie europejskich przedsiębiorstw i utratę zdolności do konkurowania na rynkach światowych. Nie możemy dłużej biernie przyglądać się temu procesowi”.
To zestaw argumentów, który od dawna podnoszą unijni przeciwnicy polityki klimatycznej. Czy jednak rzeczywiście to ona jest odpowiedzialna za deindustrializację?
W interesującej książce „Behind the curve” amerykański ekonomista Robert Lawrence opisuje następującą prawidłowość, zresztą dobrze znaną ekonomistom.
„Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem zamożności zmiany w strukturze zatrudnienia przebiegają niemal wszędzie według podobnego schematu. Praca w rolnictwie ustępuje miejsca pracy w przemyśle, a następnie praca w przemyśle ustępuje miejsca pracy w usługach. W pierwszej fazie rośnie produktywność rolnictwa, potrzeba mniej pracowników na wsi, ceny żywności spadają. Ludzie migrują do miast, gdzie pracują w fabrykach. Ich dochody rosną, nakręcając popyt na produkty tych fabryk. Następnie to samo dzieje się w przemyśle: rośnie produktywność, miejsca pracy w fabrykach stopniowo znikają, ceny dóbr spadają, a wyższe realne dochody przesuwają popyt w stronę usług”.
„Spadający udział zatrudnienia w przemyśle jest cechą rosnącego dobrobytu, a nie jego wadą. Polityków, którzy chcą przywrócić ludzi do pracy w fabrykach, można by zapytać, dlaczego nie próbują przywrócić ich do pracy na roli” – pyta ironicznie publicysta „Bloomberga” Clive Crook.
Crook i Lawrence piszą o USA, gdzie udział przemysłu w PKB zaczął stopniowo spadać już w latach 60. Rzeczywiście, deindustrializacja przyspieszyła po wejściu Chin do WTO, gdy Państwo Środka stopniowo stawało się fabryką świata.
Chiny i liberalizacja handlu stały się w USA „dyżurnym hasłem do bicia”, a administracja Trumpa podjęła próbę przywrócenia przemysłu do USA przy pomocy zaporowych ceł.
Czy więc ETS i szerzej polityka klimatyczna jest rzeczywiście odpowiedzialny za wynoszenie się przemysłu z UE?
Na przykładzie USA widać, że deindustrializacja jest procesem o dużo bardziej złożonych przyczynach. Każda branża ma inne uwarunkowania. USA dzięki bogatym złożom gazu i ropy odbudowują przemysł chemiczny, nawozowy, petrochemię. USA od lat mają olbrzymi deficyt handlowy więc taryfy celne, którymi administracja obłożyła import, nie mają takiego znaczenia dla amerykańskiego eksportu w razie retorsji, bo surowce i produkty przemysłu chemicznego zawsze znajdą klienta.
UE uwikłana jest (częściowo z własnej winy) w sieć strukturalnych sprzeczności. W przeciwieństwie do USA, Unia wciąż ma nadwyżkę handlową, a eksport poza Unię jest kluczowy dla wielu gałęzi przemysłu i rolnictwa. Uwikłanie się w wojny handlowe jest znacznie bardziej ryzykowne dla unijnej gospodarki.
A jednocześnie Chiny, kraje arabskie, Turcja w ciągu ostatnich lat rozwinęły przemysł, powstały tam dziesiątki nowych rafinerii, hut i zakładów chemicznych. Korzystają z tańszej niż w UE siły roboczej i tańszej energii. I wchodzą na europejski rynek.
Europa jest importerem stali, nawozów, oleju napędowego, wielu produktów chemicznych. Nie jest w stanie zaspokoić swojego popytu przy pomocy tylko własnej produkcji, a jednocześnie protekcjonizm i związane z nim cła, są nie do przyjęcia dla wielu państw, które nie mają danej gałęzi przemysłu i nie zgadzają się na podwyżki cen towarów.
Doskonale to widać na przykładzie nawozów. Polska jest największym producentem nawozów w UE i domagała się wprowadzenia ceł, choć polscy rolnicy kupują to, co jest tańsze. Oburzenie polskich obywateli na politykę Moskwy nie obejmuje rosyjskich i białoruskich nawozów, które cieszyły się wielkim wzięciem do chwili obłożenia ich cłami w UE.
Jednocześnie kraje, które nie mają swojego przemysłu nawozowego – Włochy, Irlandia, Hiszpania, Portugalia i wiele innych, nie zgadzają się na nawozowy protekcjonizm, który uderza w ich rolnictwo. Pół roku po wprowadzeniu ceł na nawozy z całego świata Bruksela jest więc zmuszona po cichu je wycofywać.
Ale najlepszym przypadkiem sprzecznych celów UE są samochody elektryczne. Bruksela i większość państw UE chciałyby odejść od samochodów spalinowych. Wprowadzono zakaz rejestracji nowych spaliniaków od 2035 roku. Okazało się jednak, że europejski przemysł nie jest w stanie wyprodukować tanich, rodzinnych aut elektrycznych za ok. 20 tys. euro. Rośnie za to import tańszych „elektryków” z Chin.
Europejscy producenci aut podnieśli larum, UE wprowadziła więc 30 proc. cła na chińskie samochody, co oczywiście sprawiło, że są droższe. Ludzie będą ich kupować mniej, ale europejskie elektryki nie stają się dzięki temu tańsze. Przełom w 2035 roku staje się coraz bardziej mglisty.
Podobnie jest z wiatrakami. UE wciąż jest potentatem w produkcji turbin wiatrowych, które trafiają na rynki całego świata. Ale konkurencja z firmami z Chin staje się coraz bardziej mordercza, a udział europejskich firm w światowej sprzedaży turbin się kurczy. Francuski potentat energetyczny Engie w Europie korzysta z europejskich wiatraków, ale budując olbrzymią farmę w Egipcie, kupił wiatraki od chińskiego Goldwinda.
Chińskie wiatraki w UE to wciąż dla wielu krajów temat tabu. Ale powstają już pierwsze przyczółki – chiński Minyang chce zbudować fabrykę morskich turbin we włoskiej Apulii.
Komisja Europejska wciąż tkwi tymczasem w stereotypach UE jako dominującego eksportera „zielonych technologii”. W zeszłym roku na stronach KE ukazał się taki oto komunikat:
„Ceny emisji CO₂ zwiększają konkurencyjność Europy. Napędzają modernizację przemysłu i odblokowują inwestycje w czyste technologie. UE zbudowała silną globalną pozycję w energetyce wiatrowej, produkcji elektrolizerów i wdrażaniu pomp ciepła, a eksport zielonych technologii osiągnął 90 mld euro w 2024 roku”.
Zapytaliśmy więc o to, jaki eksport jest zaliczany do „eksportu zielonych technologii” oraz jaka była łączna wartość importu tych samych dóbr („zielonych technologii”) w 2024 roku?
Odpowiedź Brukseli była rozbrajająca. „Dziękujemy za kontakt oraz za zwrócenie uwagi na tę wartość na stronie internetowej. Rzeczywiście znalazła się ona w roboczej wersji artykułu (strona została już zaktualizowana). Na ten moment nie dysponujemy takimi danymi, które moglibyśmy udostępnić”.
Rosnące koszty energii mają znaczenie dla przemysłu. Zabranie przemysłowi darmowych uprawnień do emisji z uzasadnieniem „szybszej dekarbonizacji i wdrożenia nowych technologii” byłoby doktrynerskim pocałunkiem śmierci.
Ale gdyby dziś z dnia na dzień zlikwidować ETS, to nie rozwiązałoby to żadnego problemu europejskiego przemysłu ciężkiego – importowana stal, nawozy i inne produkty chemiczne nadal wpływałyby do UE. Z kolei cła na stal czy nawozy podnoszą koszty europejskich samochodów, czy produktów rolnych, trudniej je więc eksportować.
Dla wielu nadzieją są nowe niskoemisyjne technologie – zielona stal produkowana przy pomocy zielonego wodoru czy zielone nawozy. Ale żeby takie projekty były opłacalne, stal musi być tańsza od tej produkowanej przy pomocy gazu w krajach, gdzie błękitne paliwo jest tanie. Oczywiście można postawić „zieloną hutę”, wpompować tam pieniądze unijnych podatników, a potem dopłacać do jej produkcji przez kilka lat w nadziei, że technologia będzie za jakiś czas rentowna.
Mam ograniczoną wiarę w takie projekty, jeśli będzie za nim stał wyłącznie państwowy kapitał. A prywatny angażuje się niechętnie, a jeśli już to, spektakularnych sukcesów również nie widać. Upadek skandynawskiego Northvolta i kłopoty budowanych w Szwecji szwedzkich wodorowych hut stali jest memento dla inwestycji opartych tylko na „chciejstwie” i dotacjach.
Chiny prowadziły politykę przemysłową opartą na wspieraniu inwestycji zorientowanych na eksport i chronieniu swojego rynku, m.in. poprzez zmuszanie zagranicznych firm do wspólnych przedsięwzięć i transferu technologii. Miały jednak potężny atut w postaci olbrzymiego rynku i taniej siły roboczej.
Dziś UE takich atutów nie ma. Rynek będzie się kurczył z powodów demograficznych, a pracownikom trzeba zapłacić „godziwą” pensję. Nie ma też i nie będzie taniej energii, a regulacje środowiskowe są znacznie bardziej restrykcyjne niż w USA czy w Chinach. I takie będą, bo chcemy żyć w czystym środowisku.
W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że niemiecki BASF inwestuje 10 mld euro w Chinach, a zamyka instalacje w Niemczech.
Czym różni się polityka klimatyczna UE i Chin?
Chińczycy są o wiele bardziej elastyczni. Budują najwięcej źródeł odnawialnych na świecie, ale obok gigantycznych farm PV i wiatrowych na pustyniach powstają elektrownie węglowe do bilansowania produkcji z OZE. Priorytetem Pekinu jest elektryfikacja gospodarki, a dekarbonizacja jest „produktem ubocznym”. Autorytaryzm i dużo większe możliwości „inżynierii społecznej”, np. ograniczenia rejestracji spaliniaków w najbardziej zanieczyszczonych miastach, też mają swoje znaczenie. W Europie, a zwłaszcza w Polsce taka polityka napotka na olbrzymi opór społeczny.
W UE dekarbonizacja i elektryfikacja miały być równie ważne i mają być osiągane jednocześnie. Ale tak się nie dzieje – wysokie ceny prądu w UE absolutnie nie sprzyjają elektryfikacji.
Jeśli więc Europa będzie musiała rozstrzygnąć dylemat: „czy jakaś decyzja dekarbonizacyjna sprzyja elektryfikacji” lub czy „jakaś decyzja ważna dla elektryfikacji może być niekorzystna dla dekarbonizacji”, priorytetem powinna być elektryfikacja.
Ojciec chrzestny ETS, były szef Dyrekcji ds. Klimatu UE Jos Delbeke, w niedawno opublikowanym artykule także ostrożnie pisze, że system wymaga zmian. „Wyzwania Europy w transformacji niskoemisyjnej wydają się trojakie: przejście z gazu na energię elektryczną okazuje się trudniejsze, niż oczekiwano; przejście z produkcji energii elektrycznej opartej na gazie na OZE zajmie więcej czasu; a ceny energii elektrycznej pozostają wysokie, hamując dalszą elektryfikację (…).
Przy malejącym limicie emisji niektórzy analitycy oczekują wzrostu ceny emisji w UE nawet o 50-100 euro za tonę przed 2030 roku. W dalszej perspektywie może ona wzrosnąć do przedziału 250-400 euro za tonę do 2040 roku. Choć modele ekonometryczne mogą uznawać to za konieczne, prognozy te wydają się politycznie trudne do zaakceptowania.
Poza wysokimi poziomami cen prognozy te ukrywają również niepokojące założenia. Dominuje przekonanie, że znacznie wyższe ceny emisji automatycznie doprowadzą do istotnych redukcji emisji bez agresywnego zamykania instalacji. Doświadczenie pokazuje, że ma to miejsce tylko wtedy, gdy dostępne są technologie alternatywne w konkurencyjnych cenach i przy niskim ryzyku”.
Delbeke nie odpowiada na pytanie, czy takie technologie są dziś dostępne, ale można to między wierszami wyczytać.
Nie chcę być źle zrozumiany – nie domagam się, aby spokojnie patrzeć jak zamykane są europejskie huty czy zakłady chemiczne. Ale europejska polityka przemysłowa wymaga europejskiej perspektywy. Dziś, gdy jakaś duża firma ma problemy, rządy po prostu pompują w nią pieniądze, a Komisja Europejska, która teoretycznie stoi na straży zasad pomocy publicznej, boi się interweniować, żeby nie zaogniać konfliktów z państwami członkowskimi.
Ściganie się na dotacje jest najgorszym z możliwych rozwiązań, przede wszystkim dla Polski, bo nasz kraj nie wygra w tej dyscyplinie z Niemcami czy nawet potężnie zadłużoną Francją. W dokumentach nieprzeznaczonych dla opinii publicznej obecny rząd zdaje sobie z tego sprawę. „Rząd RP negatywnie ocenia uzależnienie dekarbonizacji przemysłu i utrzymania jego konkurencyjności od udzielania pomocy publicznej. Opieranie gospodarek UE na możliwościach udzielania pomocy publicznej dla przemysłu bezpośrednio prowadzi do wyścigu na subsydia pomiędzy państwami” – czytamy w jednym z rządowych dokumentów z 2025 roku.
Europejska perspektywa wymaga wyboru strategicznych branż, które chcemy wspierać, ale także wzmocnienia reguł pomocy publicznej, tak żeby uniknąć „wyścigu na subsydia”. Jaki jest sens pompowania pieniędzy w branże czy nawet konkretne zakłady, przestarzałe i pozbawione przyszłości?
Tymczasem na razie rządy państw UE gaszą każdy pożar pieniędzmi podatników.
Europejscy politycy nie są zdolni do europejskiej perspektywy, bo są wybierani przez krajowych wyborców. Tę perspektywę ma tylko Komisja Europejska, ale nie dysponuje mandatem politycznym, który umożliwiłby jej prowadzenie wspólnej polityki przemysłowej.
Na dłuższą metę rozwiązanie problemów polityki klimatycznej i światowego handlu wymaga globalnego porozumienia. Na to się jednak nie zanosi. WTO i klimatyczne porozumienie paryskie są praktycznie martwe, zamiast współpracy mamy globalną rywalizację i coraz więcej wojen. Czy to się zmieni?
Trudno w to dziś uwierzyć, przynajmniej dopóki głównymi mocarstwami (i nie tylko nimi) rządzą starsi panowie ogarnięci obsesjami przeszłości.
Tekst został opublikowany najpierw w portalu wysokienapiecie.pl.
Komentarze