W islamofobicznych wyobrażeniach islam to antyteza wszystkiego, czym jesteśmy i czym chcemy być. Dla konserwatystów to żywioł, który może zniszczyć tradycję, dla liberałów siła, która zniszczy postęp – mówi prof. Monika Bobako
Wokół dyskusji, często tak burzliwej, o Gazie i Izraelu, dużo dyskutuje się o antysemityzmie. Podjęliśmy tę rozmowę także na łamach OKO.press. Głośnym echem odbiła się rozmowa Hanki Grupińskiej z prof. Jackiem Leociakiem, w której badacz Zagłady dał wyraz swoim wątpliwością wobec definicji antysemityzmu dającej zbyt dużą możliwość zrównywania jej z krytyką Izraela:
Filozofka z UAM, prof. Monika Bobako pokazywała, jak oskarżenie o antysemityzm stało się narzędziem uciszania poparcia dla sprawy palestyńskiej:
A Kacper Max Lubiewski tłumaczył, dlaczego jako Żyd mimo lewicowych poglądów i zrozumienia dla palestyńskich racji, kiedy słyszy na propalestyńskich demonstracjach hasła domagające się zniszczenia Izraela, nie widzi tam miejsca dla siebie.
A przecież największą grupą społeczną i religijną, jaką dotyka dziś taka wynaturzona wrogość, podparta kłamstwami i negatywnymi stereotypami, są dziś w Europie wyznawcy islamu. I uprzedzenia wobec islamu odgrywają również ważną rolę w tym, jak opisuje się wydarzenia w Gazie.
Anton Ambroziak zapytał o rasizm i uprzedzenia wobec wyznawców islamu i nie tylko Margaret Ohię-Nowak, badaczkę z UMCS:
O islamofobii rozmawiamy dziś ponownie z profesor Bobako, badaczką tego zagadnienia. Pytamy ją o korzenie współczesnej islamofobii, o to, jak kryzys uchodźczy 2015 roku zmienił postrzeganie wyznawców islamu w Polsce i dlaczego Joanna Rajkowska nie mogła postawić w Poznaniu minaretu. A także o islamofobii jako technice władzy w Izraelu.
Hanka Grupińska: Dwa miesiące temu rozmawiałyśmy w OKO.press o antysemityzmie. A co z islamofobią? Czy to druga strona lustra?
Monika Bobako*: Pojęcie islamofobii weszło do debaty publicznej i badań społecznych dopiero w latach 90. I co ciekawe, pojawiło się po raz pierwszy w raporcie dotyczącym antysemityzmu przygotowanym przez The Runnymede Trust, brytyjski think tank, badający rasizm i inne formy dyskryminacji. Badacze, obserwując zjawiska towarzyszące antysemityzmowi, zidentyfikowali równoległy wzorzec wrogości wobec muzułmanów i nazwali go islamofobią.
Termin szybko wszedł do szerszego obiegu, chociaż nie jest całkiem precyzyjny. Nadmiernie skupia się na religii, a nie na kojarzonych z nią ludziach, natomiast „fobia” błędnie sugeruje, że sednem problemu są psychologiczne reakcje, a nie strukturalna dyskryminacja i rasizm.
Porozmawiajmy o samym zjawisku.
To jest jeszcze inna historia. I można ją przedstawić w różnych zbliżeniach. Najbardziej szeroka perspektywa to ta, która pokazuje stosunek Europy czy Zachodu do świata islamu, a dokładniej postrzeganie tego świata jako czegoś obcego, gorszego i wrogiego.
Kiedy się pojawia takie postrzeganie?
Potoczna mądrość mówi, że już podczas krucjat i odsieczy wiedeńskiej postrzegano islam jako obcą, wrogą cywilizację.
Badacze dowodzą jednak, że średniowiecze nie znało opozycji „Europa–islam”, a Wiedeń był starciem imperiów, a nie religii.
Wizja dawnych konfliktów jako „zderzenia cywilizacji” to późniejsza konstrukcja, która zaciera istotny fakt, że islam jest częścią historii Europy — od średniowiecznej Iberii, przez Bałkany, po tatarską obecność w Polsce i powojenne migracje do Europy Zachodniej. Aż do XVIII wieku to świat islamu często przewyższał Europę pod względem nauki, kultury i rozwoju. Kiedy europejskie biblioteki liczyły co najwyżej kilkaset woluminów, w Bagdadzie były ich setki tysięcy.
Dopiero nowożytne przyspieszenie Europy — rewolucja naukowa, przemysłowa i ekspansja kolonialna — stworzyło poczucie jej cywilizacyjnej wyższości. Na tym tle ukształtował się opisany przez Edwarda Saida „orientalizm”: sposób myślenia, który przedstawiał „Orient” jako monolityczną, nieracjonalną i niezdolną do samorządności przestrzeń, wymagającą europejskiego przewodnictwa. Orientalizm opierał się na uproszczeniach i generalizacjach, które ignorują różnorodność społeczeństw Azji i Afryki, ale zarazem uzasadniał dominację i służył budowaniu zachodniej tożsamości. Choć ma korzenie w epoce kolonialnej, orientalizm nadal kształtuje zachodnie wyobrażenia o społeczeństwach muzułmańskich — i pozostaje podstawą współczesnej islamofobii.
Popatrzmy na bliższy plan. Czy narodziny współczesnej islamofobii to lata 80. i 90.?
To właśnie w tym okresie pojawiają się zjawiska później nazywane islamofobią. Po zimnej wojnie rozsypuje się dotychczasowy porządek: znika podział na Wschód i Zachód, ZSRR upada, Europa się jednoczy, a w Polsce transformacja zmienia język opisu rzeczywistości. W całej Europie hasła społeczne przestają być poważnie traktowane, dominuje wiara w liberalną demokrację i tzw. obiektywne prawa rynku. Jednocześnie na Zachodzie narastają konflikty, które coraz częściej tłumaczy się niekompatybilną kulturą mniejszości etnicznych z tzw. wartościami zachodnimi. Nie wini się społecznych nierówności. Im bardziej Europa jednoczy się pod wspólnym sztandarem, tym bardziej ci, którzy mają korzenie poza kontynentem, należą do obcej cywilizacji. Dotyczy to przede wszystkim muzułmanów.
Jednoczymy się także wobec spadku po Zagładzie — zgodni, że to wspólne dziedzictwo Europy, o którym musimy pamiętać.
Tak, narracja, która skupia się na Zagładzie i w jej upamiętnianiu znajduje normatywną bazę dla liberalnej demokracji, jest częścią tego procesu zjednoczenia Europy. Rozwija się równolegle z dyskursem, według którego muzułmanie to obcy a islam to zagrożenie.
Więc jesteśmy w zachodniej Europie lat 90. i mamy wiele sąsiadek w hidżabach i sąsiadów w kufi.
To dotyczy głównie dawnych metropolii kolonialnych, które w XX wieku zaczęły przyjmować migrantów z muzułmańskich regionów – Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, a także Niemców z ich tureckimi gastarbeiterami. Początkowo migrantów postrzegano jako Algierczyków, Pakistańczyków czy Turków. Lecz w kolejnych pokoleniach etniczne identyfikacje słabły i stawało się jasne, że oni wciąż nie są traktowani jako pełnoprawni obywatele krajów, w których się urodzili. Dyskurs o „tożsamości kulturowej” zaczął definiować ich przede wszystkim poprzez religię, co sprawiło, że bardzo zróżnicowana populacja została sklejona w jedną kategorię: „muzułmanie w Europie”. Stało się tak zarówno z powodu narastającej islamofobii, która była wspólnym doświadczeniem potomków migrantów, jak i z powodu ich własnych poszukiwań tożsamościowych. Odrzucani jako nie-do-końca-Europejczycy, a z drugiej strony niemogący w pełni identyfikować się z krajami przodków, zaczęli odnajdować własną tożsamość w islamie.
Budowanie oblicza/tożsamości innego=obcego=wroga zawsze odbywa się na uproszczeniach. Kilkadziesiąt lat wcześniej Niemcy zamykali w gettach wszystkich, których oni uznawali za Żydów. I to naznaczenie było tak silne i trwałe, że wielu przez kolejne dziesięciolecia przyznawało, że ich żydostwo, wspólnotowość z innymi jest konsekwencją Zagłady. Gdyby nie Holokaust, najpewniej mielibyśmy inną tożsamość– mówili.
Hanna Arendt pisała, że jeśli ludzie są atakowani jako Żydzi, bronią się jako Żydzi. W przypadku muzułmanów pewnie mamy do czynienia z podobnym mechanizmem. Ilustracją może być historia kontrowersji wokół hidżabu we Francji. Dziewczyny, które w 1989 roku zaczęły przychodzić do szkoły w chustach, naruszając tym samym obowiązującą zasadę świeckości instytucji publicznych, budowały właśnie swoją nową tożsamość oporu. Wiele z nich pochodziło ze świeckich rodzin! Więc komunikat, który te dziewczyny wysyłały francuskiej większości, był jasny: wasza obietnica równego obywatelstwa jest fikcją, dyskryminujecie nas za to, że jesteśmy inne.
Więc tak, jesteśmy inne, pogódźcie się z tym. Islam to nasze dziedzictwo.
To jest rok 1989, a potem są kolejne fale hidżabowych protestów: lata 90. i 2000.
Kobiecy strój staje się polem walki o tożsamość francuskiego społeczeństwa i wyzwala obecną tam islamofobię. Sprawa odżywa cyklicznie. W ostatniej dekadzie zastanawiano się publicznie, czy kobieta może wejść na basen lub plażę w burkini, w kompletnym stroju pływackim. W 2016 roku świat obiegły fotografie pokazujące, jak policja zmusza kobietę do zdjęcia takiego stroju.
Gdyby to był tylko dowód na przekonanie o inności. Ale z tego rozumienia wynika stemplowanie tych ludzi znakiem gorszości.
W przypadku hidżabu i burkini islamofobia skrywa się pod maską postępu i emancypacji.
Strój muzułmanek to oznaka inności, ale także jakiegoś nieucywilizowania, którego Francja nie zamierza tolerować, bo oficjalnie chodzi przecież o wyzwolenie kobiet. Naturalnie, jest tu element pogardy. Jest to część systemu, który dyskryminuje muzułmańskie mniejszości w wielu sferach życia: w dostępie do pracy, mieszkań, edukacji, w kontaktach ze służbami itd.
W ostatnich dekadach na pierwszy plan wysuwa się jeszcze coś – kojarzenie muzułmanów z przemocą. Świat islamu przestaje być tylko egzotyczny czy zacofany; staje się przede wszystkim zagrożeniem, wrogiem, zaczyna występować w roli do niedawna pełnionej przez Związek Radziecki. Tę narrację wzmacniały koncepcje „zderzenia cywilizacji”, popularyzowane m.in. przez Bernarda Lewisa i Samuela Huntingtona. Atak na World Trade Centre z 11 września 2001 roku ostatecznie ugruntował te wyobrażenia. Pojęcie „terroryzmu islamskiego” weszło na stałe do politycznego języka, a zwykli muzułmanie — oraz wszyscy, których łączono z islamem — zaczęli być postrzegani jako potencjalne zagrożenie.
Byli tylko inni, gorsi, ale teraz są niebezpieczni: są przyczółkiem barbarzyńskiej cywilizacji i zagrażają naszemu porządkowi.
Tak, i to zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Migranci i uchodźcy z krajów muzułmańskich stali się najeźdźcami, którzy wypełniają ukryty plan zdominowania Zachodu przez islam. Kraje ich pochodzenia natomiast to siedliska fundamentalizmu islamskiego, którego celem jest zniszczenie zachodniego stylu życia. Takie myślenie usprawiedliwiało interwencję w Afganistanie czy Iraku oraz ograniczanie praw obywatelskich na Zachodzie pod pretekstem walki z terroryzmem. Paradoks polega na tym, że wzmożony nadzór dotknął nie tylko społeczności muzułmańskie, lecz wszystkich obywateli, choć skala zagrożenia, jak pokazywały raporty Amnesty International, była nieproporcjonalna do zastosowanych środków. Ironicznym zdaje się fakt, że Zachód przyczynił się do wzmocnienia islamskich ruchów fundamentalistycznych, ponieważ wspierał je w czasach zimnej wojny jako przeciwwagę dla lewicy związanej z ZSRR. Przykładem jest Osama bin Laden, niegdyś sojusznik w walce przeciw Sowietom.
Dzisiaj głównym kontekstem, w którym uruchamiany jest islamofobiczny dyskurs „zderzenia cywilizacji”, jest Izrael/Palestyna. Dyskurs ten pozwala przedstawić Izrael jako maleńką wysepkę zachodnich wartości otoczoną przez wrogi i irracjonalny świat islamu. Taka opowieść wymazuje co najmniej trzy rzeczy. Po pierwsze, rzeczywiste przyczyny walki Palestyńczyków, tkwiące w długiej historii ucisku i przemocy, których doświadczają ze strony Izraela. Po drugie fakt, że od dawna walka ta jest niewygodna dla kolejnych przywódców arabskich krajów w regionie. Po trzecie, zamazuje fakt, że Izrael naruszając w skrajny sposób prawo międzynarodowe i prawa człowieka, zdecydowanie podważa, a nie kultywuje tzw. zachodnie wartości.
Na przykładzie Izraela bardzo dobrze widać, że islamofobia to technologia władzy, narzędzie, które pozwala definiować wroga i uzasadniać prowadzoną wobec niego politykę.
Zapytałam prof. Daniego Bar-Tala, Izraelczyka, psychologa społecznego, o rasizm w Izraelu. „Rasizm, islamofobia jak najbardziej! Mamy tego tutaj pod dostatkiem. Uczymy się od końca XIX wieku. Żydowscy osiedleńcy w Palestynie przywieźli z Europy to rasistowskie patrzenie na Arabów. Ben-Gurion w 1948 roku wprowadził militarny reżim wobec nich i przekonał Żydów do twierdzenia, że Arabowie w Izraelu muszą być oceniani według zasady: co oni mogą zrobić, a nie co zrobili. 7 października 2023 roku rasizm wzmocnił się tutaj wielokrotnie. Atak Hamasu był i jest porównywany z Holokaustem, a więc Palestyńczycy to terroryści, naziści – każdy z nich: w Gazie i na Zachodnim Brzegu, a z każdego dziecka wyrośnie morderca Żydów. Według rozmaitych badań między 80 a 85% Żydów izraelskich nienawidzi Palestyńczyków. Zaledwie 10% Żydów jest otwartych na dialog pokojowy. Ostatnio zapytano Izraelczyków, jaki procent człowieczeństwa [humanity] mają Palestyńczycy. 47% badanych wyraziło przekonanie, że Palestyńczycy mają mniej niż 50% człowieczeństwa. 37% uznało, że Palestyńczycy mają mniej niż 10% człowieczeństwa. A zatem 84% Izraelczyków bardzo nisko oceniła człowieczeństwo Palestyńczyków”.
Skomentujesz jakoś, proszę?
Rasizm wymierzony w Arabów, muzułmanów czy ludzi Orientu od początku był częścią projektu syjonistycznego, choć zawsze byli Izraelczycy, którzy temu rasizmowi się sprzeciwiali. Teodor Herzl wyobrażał sobie państwo żydowskie w Palestynie jako „część europejskiego muru obronnego w Azji, forpocztę cywilizacji przeciw barbarzyństwu”. Ben Gurion głosił, że Izraelczycy nie mogą stać się Arabami, bo arabskość, „duch Lewantu”, były dla niego oznaką niższości.
Antyarabski rasizm i islamofobia nie są więc wynalazkami skrajnej prawicy, która doszła do głosu w ostatnich latach w Izraelu. Co więcej, ofiarami tego rasizmu są nie tylko Arabowie. Uderzył on także w mizrahijczyków, arabskich Żydów, którzy w wyniku napięć politycznych spowodowanych przez powstanie Izraela musieli emigrować ze swojego ojczystego Iraku, Maroka czy Syrii. W Izraelu okazywało się, że są „czarni”, a ich żydowsko-arabska tożsamość jest na cenzurowanym. Zdominowane przez aszkenazyjczyków społeczeństwo oczekiwało, że oczyszczą się z tej niepożądanej arabskości, że się „ucywilizują”. Antyarabskie uprzedzenia stały się źródłem ich dyskryminacji i wykluczenia.
W rasizmie i islamofobii opisywanych przez Bar-Tala jest jakiś paradoks: Izrael mający być dla Żydów schronieniem przed europejskim rasizmem, który definiował ich jako obcą i niebezpieczną rasę „orientalną”, powtarza schematy tego rasistowskiego myślenia wobec innych grup. Arabowie, szczególnie Palestyńczycy, są w tym myśleniu osobną, niepełnowartościową kategorią antropologiczną, „ludzkimi zwierzętami”. Taka dehumanizacja ułatwia dokonywanie masakr, niszczenie podstaw egzystencji Palestyńczyków.
Judith Butler powiada, że tak łatwo tej zbrodni dokonywać i jej nie widzieć, bo Palestyńczycy istnieją w zbiorowej świadomości tylko jako ci, którzy atakują żydowskie życie. Więc Izraelczycy bronią życia – nie zabijają ludzi, nie popełniają zbrodni. Są przekonani o swoim prawie do ziemi i usuwają przeszkody. Palestyńczycy nie istnieją jako ludzie, istnieją jako wyobrażone zagrożenie.
Problem polega na tym, że tego typu wyobrażenia nie są wyłącznie domeną skrajnie prawicowej polityki, ale okazują się głęboko wrośnięte w europejską, w tym także żydowską, kulturę intelektualną. Butler przywołuje filozofa Emanuela Levinasa, który stworzył słynną koncepcję etyki mówiącą o zobowiązaniach moralnych pojawiających się, kiedy spotykamy twarz Innego. Rzecz w tym, że dla Levinasa Palestyńczyk nie ma twarzy, jest „wrogiem”, który „nie ma racji”. I ogólnie rzecz biorąc Palestyńczycy – to wschodnie hordy.
Myślę jednak, że w tej eskalacji przemocy wobec Palestyńczyków jest jeszcze coś więcej. W swojej książce „Ostateczne rozwiązania. Ludobójcy i ich dzieło” Konstanty Gebert opisuje myślenie tureckich urzędników, którzy byli odpowiedzialni za zagładę Ormian. W kontekście toczących się od lat masakr i pogromów ci urzędnicy otwarcie mówili: po tym wszystkim, co zrobiliśmy Ormianom, oni tak nas nienawidzą, że musimy ich zabić. Po prostu stali się zbyt wielkim zagrożeniem, jedynym rozwiązaniem jest eksterminacja. Być może ludobójstwo w Gazie to efekt podobnej spirali rasizmu.
Twoja książka „Islamofobia jako technologia władzy” otwiera się przywołaniem niedokonanego projektu „Minaret” Joanny Rajkowskiej z 2009 roku. Piszesz, że to poznańskie zamieszanie zmobilizowało cię do zajmowania się tematem islamofobii. Co się tak naprawdę wtedy w Poznaniu wydarzyło?
Joanna została poproszona przez władze miejskie, żeby zrobić interwencję artystyczną w przestrzeni miasta; Warszawa ma Palmę, Poznań też chciał mieć coś równie ikonicznego. Joanna wymyśliła projekt przekształcenia nieużywanego komina w minaret, którego wzorem był minaret meczetu z Dżeninu, miasta na okupowanym Zachodnim Brzegu.
Czy ten pomysł był zaskakujący dla mieszkańców?
W tamtym czasie islam pojawiał się w polskiej debacie publicznej tylko epizodycznie, najczęściej w islamofobicznym opakowaniu, przy okazji wydarzeń takich jak 11 września. Wtedy na przykład Gazeta Wyborcza publikowała antymuzułmański hejt Oriany Fallaci. Ale zasadniczo islam to były jakieś sprawy z Zachodu, u nas abstrakcyjne. Prawie 90% ludzi w Polsce nigdy nie miało okazji rozmawiać z muzułmaninem. Więc ten minaret to było coś niezrozumiałego.
Sprzeciw był natychmiastowy. Uderzyło mnie, że płynął zarówno ze strony konserwatywnej, jak i progresywnej. Dorota Grobelna, poznańska kuratorka projektu, była zasypywana krytyką ze strony koleżanek feministek, które mówiły: patrz, co islam robi kobietom, przecież to jest barbaria, popatrz na LGBTQ w krajach arabskich! A z drugiej strony były głosy, które mówiły: to zamach na naszą tożsamość katolicką, narodową. Zdumiewający był ten sojusz, który zawiązał się przeciw projektowi.
I do dzisiaj ten sojusz nieźle się trzyma.
Opisywałam odmiany islamofobii: konserwatywną i progresywistyczną. Islam oznaczał zło dla różnych stron, chociaż z innych powodów. Wtedy jednak cała dyskusja dotyczyła fantomów, chodziło o instalację artystyczną a właściwie dopiero jej zapowiedź, w kraju ze śladową liczbą wyznawców islamu.
Był jednak konkret: minaret miał powstać w Poznaniu na drodze między katedrą a synagogą.
To właśnie zaczęło działać jako kolejny argument przeciw.
Do czego się odwoływał?
Odpowiem ci anegdotą. Była jakaś konferencja, jakieś publiczne spotkanie w Poznaniu, na którym pojawił się temat minaretu. Wystąpił Lech Raczak, reżyser, dawny dyrektor Teatru Ósmego Dnia. I głosem pełnym emocji powiedział, że to jest niedopuszczalne, by w tym miejscu, gdzie była dzielnica żydowska, stawiać minaret, że to jest zamach na historię żydowską. Odpowiedziałam wtedy, że właśnie ze względu na to, czego w Europie doświadczyli Żydzi, powinien tu być minaret, bo jego obecność obok zniszczonej synagogi mogłaby pokazać, że czegoś się jednak nauczyliśmy z żydowskiej historii. Na przykład tego, że nieakceptowalne jest dyskryminowanie, obsadzanie jakiejś grupy w roli obcego, jej wymazywanie.
Jak ta historia się skończyła?
Minaret nie powstał. Były działania artystyczne wokół projektu: wystawa na Malcie, dyskusje. W końcu Rajkowska ogłosiła pogrzeb minaretu. Kilka lat później zorientowaliśmy się, że wszystkie te minaretowe kontrowersje i przepychanki stanowiły preludium tego, co z nieporównywalnie większą siłą miało wybuchnąć w 2015 roku.
Co się wtedy wydarzyło?
Kryzys migracyjny. To był moment, w którym islamofobia po raz pierwszy na poważnie wkroczyła do polskiej sfery publicznej. Wcześniej mieliśmy niechęć do Arabów, pojedyncze protesty przeciwko meczetowi, niszowe portale straszące „zagrożeniem islamskim”, ale to były jednak marginalia, nawet jeśli skutecznie dokuczały naszej mikroskopijnej mniejszości muzułmańskiej.
Wszystko zmieniło się, gdy do Europy zaczęli masowo uciekać Syryjczycy, a Unia zaproponowała relokację niewielkiej grupy uchodźców do państw członkowskich, w tym do Polski. Mowa była o ok. 7 tysiącach osób — liczbie symbolicznej w skali tego kraju. Jednak temat trafił w sam środek kampanii wyborczej i natychmiast został przetworzony na polityczne paliwo. PiS błyskawicznie zrozumiał, że strach działa, a PO nie miała ani języka, ani odwagi, by się temu przeciwstawić.
Kilka miesięcy wystarczyło, żeby społeczne nastroje radykalnie się zmieniły.
Z kraju, w którym trzy czwarte obywateli deklarowało chęć pomocy uchodźcom, staliśmy się społeczeństwem karmionym wizjami „kalifatu nad Wisłą”.
Media, portale, posłowie i komentatorzy prześcigali się w historiach o rzekomych gwałtach, zamachach i tłumach muzułmanów przewracających autobusy. Tamta panika moralna ukształtowała polskie myślenie o uchodźcach i muzułmanach na kolejne lata.
Migracja polska po wejściu do Unii Europejskiej liczyła dwa miliony ludzi. Ale to my, biali, a my nie jesteśmy zagrożeniem.
Cóż, Brytyjczycy w końcu uznali, że i my jesteśmy zagrożeniem, „kwestia polska” to był przecież jeden z ważnych czynników Brexitu. Ale tak, w naszym rozumieniu polska migracja to zupełnie inne zjawisko niż muzułmańska. Internet tu szalał. Nie mieliśmy jeszcze w tamtym czasie tak dużej wiedzy na temat manipulacji w sieci. Dopiero później pojawiły się badania, pokazujące jak wielką rolę w antyuchodźczej histerii odegrały fake newsy, boty, fałszywe konta w mediach społecznościowych. Wiele z nich miało zresztą rosyjskie powiązania.
A chciałabyś to teraz jakoś połączyć z tym, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej?
Islamofobia to jest istotny element antymigranckiego dyskursu dotyczącego granicy, ale w ostatnich latach nastąpiły tu pewne przesunięcia. We wrześniu 2021 roku ministrowie PiS, Błaszczak i Kamiński, przedstawili oparty na sfabrykowanych dowodach spektakl oszczerstw wymierzonych w zatrzymanych na granicy migrantów, którzy mieli być islamskimi terrorystami i dewiantami seksualnymi. Dzisiaj, w kolejnym roku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, takie islamofobiczne uzasadnienia pushbacków czy zawieszania prawa do azylu nie są aż tak bardzo potrzebne. Strach przed Rosją wystarcza, żeby różne naruszenia jawiły się jako akceptowalne.
Przypisujemy tę politykę islamofobicznego strachu PiS-owi, ale od 2023 mamy rządy około PO i sytuacja jest taka sama.
W 2015 roku islamofobia weszła na polityczne salony i już tam pozostała. W 2023 roku po raz kolejny pojawiła się w kampanii wyborczej. Tym razem to Donald Tusk straszył wyborców tysiącami muzułmanów, których PiS wpuścił do Polski mimo swojej antyimigranckiej retoryki.
Czy da się znaleźć więcej powodów niechęci i strachu wobec muzułmanów? Poza przekonaniem, że islam to obcość i terroryzm?
W islamofobicznych wyobrażeniach islam to antyteza wszystkiego, czym jesteśmy i czym chcemy być. Oba człony tej dychotomii islam-Zachód to „puste znaczące”, takie pudełka, do których wsadza się różne treści w zależności od zapotrzebowania. Dla konserwatystów Zachód to chrześcijaństwo, tradycja, dziedzictwo narodowe, a islam to żywioł, który może to wszystko zniszczyć, zresztą w tandemie z lewactwem i ideologią woke. Dla liberałów z kolei Zachód to postęp, prawa człowieka, równość płci, wolność seksualność, świeckość, demokracja a islam jest przeciwieństwem tego wszystkiego: religijnym obskurantyzmem, uciskiem kobiet, homofobią, autorytaryzmem, presją niezmodernizowanej wspólnotowości.
Jest i nie jest?
Trochę tak, trochę nie. Podobnie, jak nie da się jednoznacznie opisać Europy. Masz w niej mizoginię, rasizm, historię kilku ludobójstw i autorytarnej władzy. Dla niektórych „zachodnie wartości” to prawa człowieka i liberalna demokracja. Ale przecież one powstały i do dziś rozwijają się przy nieustannej kontrze ze strony rdzennego zachodniego reakcjonizmu, religijnego fundamentalizmu, darwinizmu społecznego.
Problemem całej tej dyskusji jest to, że operujemy hasłami islam, świat islamu zapominając, że one dotyczą prawie dwóch miliardów ludzi żyjących w różnych częściach świata, w różnych kulturach, systemach politycznych, warunkach ekonomicznych, mówiących różnymi językami, etc. Wyjaśnianie jakichkolwiek ludzkich zachowań i dążeń przez odwołanie do uogólnionego islamu jest socjologicznym nonsensem, czymś, co po prostu jest częścią islamofobii. To islamofobia wyciąga ze złożonej społecznej rzeczywistości pewnej ogromnej grupy ludzi jeden czynnik, religię, i zaczyna tę rzeczywistość interpretować jako zdeterminowaną przez ten właśnie czynnik. Stąd wyobrażenie, że muzułmanie wszędzie są z grubsza tacy sami, że mają jakiś „gen” muzułmańskości, który kieruje ich działaniem i myśleniem.
Jaką rolę odgrywa w tym Koran?
Islamofobiczne myślenie zakłada, że właśnie z niego da się wydedukować sens tej muzułmańskości. Nigdy nie spotkałam tylu samozwańczych znawców Koranu, co wśród zapiekłych islamofobów, którzy z pamięci potrafią przywoływać fragmenty o biciu żon czy walce z niewiernymi po to, żeby uzasadnić tezę, że nie możemy przyjmować muzułmańskich migrantów. To jest trochę tak, jakbyś chciała wyjaśniać naturę dzisiejszych chrześcijan cytatami z Biblii.
Czy myślisz, że nowy burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani jest jakimś papierkiem lakmusowym dla świata na obecność islamofobii?
Część reakcji na jego sukces wyborczy to był festiwal islamofobicznych uprzedzeń, także w Polsce. I widać w nich było to myślenie w kategoriach „muzułmańskiego genu”: Mamdani może ma nowoczesną fasadę, ale pewnie jako burmistrz będzie myślał i robił to, co mu ten gen dyktuje. Obawiam się, że sam wybór Mamdaniego nie oznacza, że islamofobia w Stanach słabnie.
Ale struktury się zmieniają, bo zmienia się nasze myślenie. Niemożliwe z czasem staje się możliwe. Następują rzeczy nie do wyobrażenia wcześniej – czarny prezydent Ameryki, Palestynki w Knessecie, Mamdani, muzułmanin, burmistrzem Nowego Jorku. Naturalnie nie są to zmiany trwałe, ale ich obecność, choćby chwilowa, oswaja z możliwością radykalnej przemiany. Więc może za kilka lat Palestyńczyk albo Palestynka będzie przewodziła państwu, w którym mieszkają Palestyńczycy i Żydzi?
Być może tak będzie. Zauważ jednak, że prezydentura Obamy, która pod jakimś względem była oczywiście przełomem, wcale nie oznaczała, że w Stanach skończył się rasizm. Czasami wiele się zmienia, żeby wszystko zostało po staremu.
Inaczej rozumiem. Wierzę, że się zmienia, i czasem – na lepsze. A potem na gorsze, a potem na jeszcze lepsze. Wierzę w progres niezależnie od regresów. Mordowania, zagłady, ludobójstwo, a równolegle coraz więcej dobra w świecie. Tak wierzę. Podam ci przykład na zmianę, która się już zdążyła utrwalić. Kiedy przyjechałam do kibucu Lochamej Hagettaot w 1988, wszyscy kibucnicy byli biali jak ściana. A młodzi nie wiązali się z Żydami sefardyjskimi – to by było nie do pomyślenia! Dzisiaj w tym kibucu mieszka wielu niebiałych. Konwencja została złamana wiele razy i utrwaliła się nowa. Dzisiaj już nikogo sefardyjski zięć nie brzydzi.
Wierzę, że tam dokonała się zmiana. Ale zobacz, że jej kontekstem jest pogłębiający się rasizm wobec Palestyńczyków. Nie wiem, jak w tej sytuacji mówić o progresie.
Środowisko okołożydowskie w Polsce najczęściej milczało w sprawie ludobójstwa w Gazie przez niemal dwa lata, w ostatnich miesiącach czasem zauważa cierpienie gazańskich cywilów, ale skupia się przede wszystkim na cierpieniu Żydów w diasporze i na potępianiu postaw antyizraelskich, antyludobójczych, propalestyńskich, które to postawy są przez nich nazywane antysemickimi. Aż tak bardzo rozpoznaje swoje cierpienie, że przyrównuje atmosferę października 2025 do atmosfery marca 68; broni także ideologii syjonizmu. Czy to jest jakieś odwrócenie znaczeń? Czy można w tym znaleźć logikę?
Problem polega na tym, że jeśli próbujemy na poważnie zmierzyć się z ludobójstwem w Gazie, musimy także zmierzyć się z rozpadem naszych dotychczasowych schematów postrzegania rzeczywistości i interpretowania historii. To jest bardzo trudne zadanie, zarówno w wymiarze psychologicznym, jak i intelektualnym, bo zahacza o nasze pozycje moralne i tożsamościowe. Myślę, że ta środowiskowa reakcja, o której mówisz, jest reakcją obronną, próbą nieprzyjmowania do wiadomości, że Gaza coś zmienia i to w sposób zasadniczy. Cały dramat tej sytuacji tkwi w tym, że w obliczu wydarzeń w Gazie nie da się zachować status quo ante, bo każde dzisiejsze powtórzenie starych schematów ma już nowy, niechciany sens i prowadzi do jakiegoś dziwacznego odwracania znaczeń.
Weźmy ten Marzec 68. Przywoływany jest po to, żeby napiętnować propalestyńskie protesty przeciw działaniom Izraela oraz przesunąć uwagę z Gazy na rzekome niewłaściwe intencje, które motywują protestujących. Chodzi także o wskazanie, że te protesty i ich intencje wpisują się w długą historię antyżydowskich postaw w Polsce, z którą się słusznie przecież rozliczamy.
Ale zło lat 67-68 nie polegało na tym, że potępiano wtedy Izrael za wojnę sześciodniową, bo to było tylko zajęcie stanowiska politycznego. Zło polegało na tym, że przeprowadzono antysemicką nagonkę, która wielu Żydów zmusiła do opuszczenia kraju, a pozostałym skutecznie zburzyła poczucie bezpieczeństwa. Fakt, że tę nagonkę maskowano dyskursem, który przez wszystkie przypadki odmieniał słowo syjonizm, jest tutaj przygodną historyczną okolicznością. Sama nagonka była natomiast już dobrze ugruntowana w polskiej tradycji.
Więc to odwracanie znaczeń, które się wiąże z przywoływaniem Marca w kontekście Gazy, polega na tym, że wtedy antysemityzm był sednem problemu a dyskurs o Izraelu i syjonizmie zasłoną dymną, dzisiaj natomiast sednem problemu są działania Izraela a zasłoną dymną – dyskurs o tzw. nowym antysemityzmie, czyli rzekomym antysemityzmie tych, którzy upominają się o prawa Palestyńczyków.
Ile w oskarżeniu o tak zwany nowy antysemityzm jest islamofobii?
Rzucanie oskarżeń o antysemityzm, jeśli postawa jest antyizraelska, to przede wszystkim antypalestynizm a właściwie antypalestyński rasizm.
Jeżeli sprowadzamy krytykę Izraela do antysemityzmu, to znaczy, że Palestyńczycy, jako grupa poddana systemowej opresji tego państwa, nie mogą nawet opisać swojej egzystencjalnej sytuacji.
Każdy ich protest można zdyskredytować jako moralnie niedopuszczalny, a więc wykluczyć z „cywilizowanej” debaty. To samo dotyczy ich sojuszników.
Myślę, że trzeba wyraźnie powtarzać, że cała koncepcja nowego antysemityzmu jest ufundowana na tym, że odmawiamy Palestyńczykom podmiotowości, na antypalestyńskim rasizmie. I częścią tego zjawiska jest oczywiście islamofobia.
Ten rasizm i islamofobia ujawniają się dziś w sposób, który był wcześniej zupełnie nie do przewidzenia. Według mnie są one przesłanką postawy odwracania uwagi od anihilacji Gazy i wzywania, byśmy tutaj w Polsce skupili się wyłącznie na rozliczeniach z naszą własną historią — z polskim antysemityzmem i współudziałem części społeczeństwa w Holokauście.
A przecież samego Holokaustu nie da się oddzielić od strukturalnego procesu odczłowieczania: był on bezprecedensowym, zorganizowanym projektem eksterminacji europejskich Żydów, poprzedzonym odbieraniem im podmiotowości przez lata. Dzisiejsza Gaza — choć bardzo odmienna od nazistowskiego ludobójstwa — również ukazuje, jak działa logika odpodmiotowiania: całe społeczności przedstawia się jako zbędne, podejrzane, winne własnej śmierci, a ich cierpienie spychane jest poza granice moralnej wrażliwości Zachodu. Co więcej, oba te ludobójstwa stanowią część jednej sekwencji historycznej: gdyby nie Holokaust nie byłoby Gazy, zbrodnie w Gazie uzasadniane są przez odwołanie do Holokaustu.
Myślę, że odmowa dostrzeżenia tego, że te dwa ludobójstwa łączy coś istotnego wynika z faktu, że nie uznajemy Palestyńczyków za równych nam ludzi a ich historii za równie ważną; że nie rozumiemy, że ona także rzutuje na naszą historię. To nieuznanie palestyńskiego człowieczeństwa w konsekwencji podważa nasze własne rozliczenia z antysemityzmem. Bo jeśli owe rozliczenia mają prowadzić do wymazania Palestyńczyków jako podmiotu moralnego, to w imię jakich wartości — i jakiej historii — te rozliczenia prowadzimy?
Także polskie rozliczenia z antysemityzmem to długi, niedokończony proces, który oznacza, że jako społeczeństwo musimy pozbyć się wybielonego autowizerunku, zrewidować wizję własnej historii, odrzucić tożsamość niewinnych ofiar, dostrzec doświadczenie Żydów. Wszystko to jest trudne, wymaga odbudowania siebie na zupełnie nowych fundamentach. Ale antysemityzm to nie jedyny wykluczający mechanizm, który kształtował europejskie i polskie postawy. To również orientalizm, zakorzeniona w nim islamofobia i rasizm wymierzony w ludzi niebiałych. Rozliczenie się z nimi także wymaga przebudowy tożsamości, zrewidowania wizji historii i własnego stosunku do innych – muzułmanów, Arabów, niebiałych. Przekonanie, że możemy rozliczyć się z antysemityzmem, ale darować sobie rozliczenia z islamofobią i innymi rasizmami, to podstawowe nieporozumienie.
„Musimy wyjść z gabinetu krzywych luster, a żeby to zrobić, potrzebujemy nowych kategorii, nowego myślenia”. To jest twoje zdanie z poprzedniej naszej rozmowy o antysemityzmie. Więc ja ciebie teraz pytam, czy masz klucz, którym otworzymy arsenał nowości intelektualnych? Albo może podsuniesz jakiś wytrych, jeżeli będziemy się włamywać?
W filozofii nowość polega na tym, że odnawiamy starocie. Robimy to w odpowiedzi na nowe wyzwania i przy użyciu nowych narzędzi. Dla mnie takim pojęciem do odnowienia jest uniwersalizm.
A możesz je zdefiniować?
Uniwersalizm to bezwarunkowe respektowanie w ludziach ich ludzkiej podmiotowości, bez względu na dzielące ich różnice. Bez tak rozumianego uniwersalizmu nie da się mówić o sprawiedliwości. Ale sprawa jest skomplikowana, bo hasło uniwersalizmu zostało poważnie skompromitowane uwikłaniem w przemocowe i dominacyjne przedsięwzięcia. Europejska ekspansja kolonialna była przecież realizowana z myślą o upowszechnianiu uniwersalnego przesłania chrześcijaństwa oraz rzekomo uniwersalnych, ludzkich standardów, których depozytariuszami mieli być Europejczycy. Męska dominacja opierała się na przekonaniu, że doświadczenie i punkt widzenia mężczyzn wyraża uniwersalną prawdę ludzkiej egzystencji. Wszystko to wiązało się z podporządkowaniem i eksploatacją natury, nieuznawaniem praw zwierząt. W rzeczywistości był to raczej pseudouniwersalizm, ale tamte rzeczy ciągle rzucają cień na pojęcie uniwersalizmu.
Ale ty nie proponujesz przecież pseudouniwersalizmu.
Oczywiście, że nie. Ale nie jest łatwo uwolnić się od tamtej historii. Kilka miesięcy temu na konferencji w Szwecji mówiłam o tym, że zarówno antysemityzm, jak i islamofobia i antypalestyński rasizm są wyrazem odrzucenia uniwersalizmu, zanegowania ludzkiej podmiotowości pewnych grup. Osobą, która najmocniej mnie zaatakowała, była Palestynka, której uniwersalizm kojarzył się z europejską supremacją i związanym z nią roszczeniem do jedynie słusznej wizji rzeczywistości.
Trochę to zrozumiałe. Palestyńczycy nie mają swojego państwa, zabierana jest im ziemia, są mordowani od dziesiątek lat. Więc najpewniej ten uniwersalizm jakoś jej zagraża.
No właśnie nie. Tym, co jej zagraża, nie jest uniwersalizm, ale raczej partykularyzm tych, którzy dominują, bo mają za sobą przemysł zbrojeniowy, potęgę gospodarczą i aktualną hegemonię polityczną. Bez odzyskania uniwersalizmu tej hegemonii nie da się wywrócić. Dramat polega na tym, że zawłaszczyła ona słuszne krytyki pseudouniwersalizmu po to, aby nas trzymać z daleka od prawdziwie uniwersalistycznego myślenia. Teraz wszyscy w rytm hasła „bądź sobą, pij coca-colę” celebrujemy nasze tożsamości i różnice. Jeśli nie uda nam się wskrzesić idei uniwersalizmu i związanych z nią pojęć emancypacji i sprawiedliwości, czeka nas jeszcze więcej pogardy dla słabszych, trybalizmu i polityki siły.
*Monika Bobako: filozofka, profesor UAM, absolwentka UAM oraz Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie. Jest autorką książek: Islamofobia jako technologia władzy. Studium z antropologii politycznej oraz Demokracja wobec różnicy. Multikulturalizm i feminizm w perspektywie polityki uznania. Interesuje się kwestiami rasy i rasizmu, w tym islamofobii i antysemityzmu, także w powiązaniu z historią konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W 2018 roku za książkę Islamofobia jako technologia władzy. Studium z antropologii politycznej otrzymała nagrodę im. Jana Długosza oraz nominacją do nagrody im. Tadeusza Kotarbińskiego. Jej obecny projekt badawczy finansowany przez Narodowe Centrum Nauki zatytułowany jest Genealogie peryferyjnej białości. Polskie tożsamości w perspektywie teorii urasawiania.
Pisarka. Za swoje ważne książki między innymi uważa: „Ciągle po kole”, „Najtrudniej jest spotkać Lilit”, „Odczytanie Listy”, „Opowieści żydowskie”. Przez wiele lat zajmowała się historią Zagłady i kulturą współczesnego Izraela. W Indiach przez kolejne lata przyglądała się losom Tybetańczyków na uchodźstwie. Od nich uczyła się, jak zło dobrem nakrywać. I napisała najważniejszą (tymczasem, dla siebie) książkę „Dalekowysoko. Tybetańczycy bez ziemi”.
Pisarka. Za swoje ważne książki między innymi uważa: „Ciągle po kole”, „Najtrudniej jest spotkać Lilit”, „Odczytanie Listy”, „Opowieści żydowskie”. Przez wiele lat zajmowała się historią Zagłady i kulturą współczesnego Izraela. W Indiach przez kolejne lata przyglądała się losom Tybetańczyków na uchodźstwie. Od nich uczyła się, jak zło dobrem nakrywać. I napisała najważniejszą (tymczasem, dla siebie) książkę „Dalekowysoko. Tybetańczycy bez ziemi”.
Komentarze