Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 20.09.2017 Gdynia , Gdynskie Centrum Filmowe . Rezyser Joanna Kos - Krauze podczas konferencji po pokazie filmu " Ptaki spiewaja w Kigali " , podczas trzeciego dnia 42 . Festiwalu Polskich Filmow Fabularnych . Fot. Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl20.09.2017 Gdynia , ...

Od poniedziałku 27 kwietnia do czwartku 30 kwietnia Onet publikuje serię tekstów Magdaleny Rigamonti o Joannie Krauze de Lendorff (wcześniej Kos-Krauze), z których wyłania się obraz przemocowego postępowania, manipulowania, a także po prostu oszukiwania ludzi przez reżyserkę. Publikując artykuły, Onet łamie postanowienie sądu, który zakazał Rigamonti pisania o tym na zasadzie tzw. zabezpieczenia powództwa.

Jednosobowo, jednego dnia, bez uzasadnienia

OKO.press poznało¹ to kuriozalne postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie. Wydała je 9 kwietnia 2026 jednoosobowo sędzia Kamila Grajewska, po rozpoznaniu tego samego dnia na posiedzeniu niejawnym wniosku o wydanie zabezpieczenia.

Postanowienie jest dwuzdaniowe. Sędzia Grajewska "udzieliła powódce (czyli Krauze de Lendorff) zabezpieczenia roszczenia niemajątkowego poprzez zobowiązanie Magdaleny Rigamonti do

powstrzymania się od rozpowszechniania informacji w jakiejkolwiek formie wskazujących na dopuszczenie się przez Joannę Krauze de Lendorff mobingu, znęcania się psychicznego i fizycznego, na czas jednego roku od dnia wydania postanowienia".

Decyzja sądu to odpowiedź na wniosek Krauze de Lendorff o zabezpieczenie, złożony przez reżyserkę w marcu 2026 roku razem z pozwem przeciwko Magdalenie Rigamonti i Axel Springer Polska (wydawcy Onetu) o ochronę dóbr osobistych. Rigamonti rzekomo naruszyła je w lutym 2026 w wywiadzie z Kamilą Dobrach, szefową Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF). Zabezpieczenie co do zasady ma chronić prawa osoby, która o nie występuje, na czas procesu.

Rigamonti pytała Dorbach o przypadki mobbingu stosowane przez Krauze wobec pracowników PISF. Warto dodać, że – jak informuje Rigamonti – Krauze wiedziała już od jesieni 2025, że dziennikarka pracuje nad dużym tekstem o niej.

Jak sędzia Grajewska uzasadniła swą decyzję? Odpowiedź brzmi: wcale.

W drugim zdaniu postanowienia stwierdziła po prostu, że postanowiła

„odstąpić od uzasadnienia podzielając argumentację zawartą w pozwie”.

Sędzia nie wzięła pod uwagę kodeksu postępowania cywilnego, który stanowi, że „w sprawach o ochronę dóbr osobistych zabezpieczenie polegające na zakazie publikacji może być udzielone tylko wtedy, gdy nie sprzeciwia się temu ważny interes publiczny" (więcej o tym – dalej).

Sąd podkreśla, że sędzia Grajewska została wyznaczona przez SLPS (System Losowego Przydziału Spraw).

OKO.press zauważa, że

pani Grajewska jest neo-sędzią,

której nominację (jeszcze pod nazwiskiem Spalińska) do stołecznego Sądu Okręgowego dała w 2019 roku nielegalna neo-KRS. A prezydent Andrzej Duda na to wyższe stanowisko sądowe powołał ją w 2021 roku.

Grajewska podpisywała listy poparcia dla kandydatów do neo-KRS. Za rządów PiS pracowała na delegacji w resorcie ministra Zbigniewa Ziobry. Była zastępcą dyrektora departamentu legislacyjnego ustroju sądów, który wyznaczał kierunek ostatecznej rozprawy z sądami planowanej przez Ziobrę.

Przeczytaj także:

Rigamonti zatrzęsła wizerunkiem Krauze

W opublikowanym 27 kwietnia tekście „Ja, film, furia” Rigamonti przytacza relacje świadków – współpracowników i współpracowniczek Joanny Krauze de Lendorff – głównie z pracy w latach 2013-2015 nad filmem „Ptaki śpiewają w Kigali”.

Przygotowywała go wspólnie z Krzysztofem Krauzem (wcześniej zrobili m.in. słynny „Dług” i „Papuszę”), ale kończyła już sama po śmierci męża w grudniu 2014 roku. Film kręcono w Rwandzie.

W reportażu Rigamonti szczególnie wstrząsająca jest historia Gilberta Sezirahigi, mężczyzny ocalałego z ludobójstwa, który miał paść ofiarą mobbingu oraz przemocy ze strony reżyserki.

„Zaczęła krzyczeć, że czegoś wcześniej nie załatwiłem, oskarżyła mnie o kradzież. Powiedziała, że do niczego się nie nadaję i że mam wypier*****. Prosiłem, żeby się uspokoiła, ale ona coraz bardziej krzyczała. Uklęknąłem przed nią, rozpłakałem się. W końcu się położyłem. A ona krzyczała i kopała” – mówi Gilbert Sezirahigi Magdalenie Rigamonti.

Inny Rwandyjczyk opowiada, jak reżyserka miała wymuszać na nim czynności seksualne. Kilka osób relacjonuje, jak Krauze de Lendorff kazała im pracować ponad siły, bez chwili odpoczynku i nie płaciła za wykonaną pracę.

W drugim tekście Różne rzeczy można mówić” Rigamonti opisuje konfabulacje Krauze de Lendorff na swój temat, np. że skończyła polonistykę i hebraistykę (nie ma studiów wyższych), że jest Żydówką, a nawet że… była w Mossadzie. Zapytana, dlaczego to wszystko robi odpowiada – jak w tytule reportażu.

Rigamonti opisuje też, jak Krauze załatwiła pracę swemu obecnemu mężowi Igorowi Sławomirowi de Lendorff, wcześniej znanemu jako Igor Dzierzęcki, potem jako Lendorf (przez jedno f i bez arystokratycznego de). Reżyserce udało się zatrudnić go w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej (PISF) kierowanym przez Kamilę Dorbach, gdzie Krauze miała silną pozycję ekspertki. Pracę stracił, gdy wyszło na jaw, że był skazany za nękanie poprzedniej żony.

Opublikowany w środę 29 kwietnia „Dług Joanny Kos-Krauze” opisuje manipulacje i szantaż emocjonalny, w tym groźby, które miały być stosowane przez reżyserkę przy pożyczaniu pieniędzy i rozliczaniu się ze znajomymi i współpracowniczkami. Kilka takich spraw znalazło finał w sądzie i reżyserka musiała zwracać ludziom pieniądze. Mowa też w tekście o niejasnościach przy zbiórkach na leczenie chorego na nowotwór męża Krzysztofa Krauze.

Wszystkie trzy teksty są udokumentowane dziesiątkami wypowiedzi, prawie wszystkimi pod nazwiskiem.

„Przez ostatnie pół roku dotarłam do wielu poszkodowanych przez reżyserkę. Do współpracowników oskarżanych przez nią o złodziejstwo. Do ludzi, którym groziła, że ich zniszczy, szantażując i manipulując. Są wśród nich tacy, którzy po współpracy z nią potrzebowali pomocy psychiatry i psychoterapeuty” – pisze Rigamonti.

Kos-Krauze nie odpowiada na konkretne pytania wysłane jej przez dziennikarkę, ale pisze: „Niezależnie od powyższego jednoznacznie zaprzeczam, aby zawarte w opisywanych pytaniach sytuacje miały miejsce i były oparte na prawdzie”.

Sąd zakazuje w ciemno, Onet go nie słucha

Sąd wydał postanowienie o udzieleniu tzw. zabezpieczenia w odpowiedzi na pozew Joanny Krauze z 6 marca 2026. Reżyserka – reprezentowana przez mec. Bartosza Lewandowskiego – domaga się od Rigamonti i od Axel Springer Polska (wydawcy Onetu) sążnistych przeprosin i sprostowań za naruszenie swoich dóbr osobistych podczas wspomnianego już wywiadu w „Onet rano” z Kamilą Dorbach z 12 lutego 2026 roku. Stawianie zarzutu o treść pytań jest kuriozalnym pomysłem, ale można się domyślać, że

chodziło o ruch wyprzedzający dużą publikację szykowaną przez Rigamonti, o której Krauze wiedziala od autorki.

Adwokat reżyserki, Bartosz Lewandowski, to obrońca zbiegłych na Węgry polityków PiS, Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego. W lutym 2026 roku wyszło też na jaw, że brał udział w przygotowywaniu projektu prezydenta Karola Nawrockiego dotyczącego „naprawy sądów”, który przewiduje 5 a nawet 10 lat więzienia za „uporczywe kwestionowanie legalności” takich organów jak TK, neo-KRS czy uprawnień prezydenta do powoływania neo-sędziów itd.

Udzielając zabezpieczenia, sędzia Grajewska nie znała treści publikacji Rigamonti. Jak mówi nam redaktor naczelny Onetu, Bartosz Węglarczyk: – Sąd podjął taką decyzję wyłącznie na podstawie twierdzeń pani Joanny, nie znając tekstu Onetu, bo w momencie wydania decyzji tekst jeszcze nie powstał. Sąd nie dał nam szansy na przedstawienie naszych racji – o decyzji dowiedzieliśmy się z e-maila prawnika pani reżyser.

Redakcja Onetu zdecydowała się na dziennikarskie nieposłuszeństwo

i publikację kolejnych odcinków opowieści o Krauze de Lendorff. Węglarczyk w rozmowie z OKO.press odwołuje się do pryncypiów: – Jako dziennikarze nie możemy zgodzić się z łamaniem Konstytucji, która daje nam wolność słowa.

Konstytucja w art. 54 stwierdza, że „1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” oraz „2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”.

Zabezpieczenia jako cenzura prewencyjna

Prawnicy od pewnego już czasu zwracają uwagę, że rozpowszechniająca się praktyka zabezpieczeń sądowych wobec mediów zaczyna przypominać cenzurę prewencyjną. Ten argument podnosi Węglarczyk: – Jeżeli zgodzilibyśmy się, że są okoliczności, w których można zakazać jakiejś publikacji, to nasza rola jako wolnych mediów się kończy. Wracamy do cenzury z czasów PRL – mówi naczelny Onetu.

Takich argumentów używają nawet sądy. W 2017 roku krakowski Sąd Apelacyjny oddalił żądanie zatrzymania publikacji książki argumentując, że „mamy do czynienia z wnioskiem zmierzającym do zakazu wyrażania poglądów i rozpowszechniania informacji, a zatem należy mieć na uwadze art. 54.2 Konstytucji (cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane) (...) zakaz publikacji orzekany w postępowaniu zabezpieczającym jest cenzurą”.

Zdaniem krakowskiego sądu „orzeczenie o zabezpieczeniu nie może dotyczyć zakazu wyrażania i rozpowszechniania poglądów, jeżeli te poglądy nie zostały jeszcze wyrażone i rozpowszechnione”.

Instytucja zabezpieczenia została stworzona jako forma ochrony interesów ludzi krzywdzonych przez nieuczciwego kontrahenta czy dłużnika. Komornik zajmował mu odpowiednią część majątku bez jego wiedzy, aby ograniczyć straty powoda, na wypadek gdyby dłużnik chciał ukryć swój majątek.

Stosowany wobec mediów staje się własną karykaturą.

Jak mówi OKO.press mec. Krzysztof Pluta, prawnik od blisko 30 lat broniący w sądach mediów (w tym „Polityki” i OKO.press), zabezpieczenie w sprawie Rigamonti mogło być wynikiem niedoskonałego prawa, które daje możliwość sądowi podjęcia decyzji wymierzonej w medium zaocznie. – Sędzia podjął decyzję nie o zakazie publikacji artykułu, bo on jeszcze nie powstał, ale pewnych ściśle określonych treści, które miały być istotą podejmowanej w nim krytyki. Rzecz w tym, że w ten sposób unicestwił w całości planowaną publikację podejmowaną w ważnym interesie publicznym, a tego wyraźnie zabraniają przepisy prawa.

Pluta powołuje się na art. 755 § 2 k.p.c. , który stanowi, że: „W sprawach o ochronę dóbr osobistych

zabezpieczenie polegające na zakazie publikacji może być udzielone tylko wtedy, gdy nie sprzeciwia się temu ważny interes publiczny".

W postępowaniu o udzielenie zabezpieczenia problem polega na tym, że skoro z zasady nie bierze w nim udziału dłużnik (wydawca prasy), to nie ma kto wytłumaczyć sędziemu, na czym w danej sprawie ma polegać interes publiczny".

Krauze de Lendorff rzuca podejrzenia

We wtorek, 28 kwietnia, Krauze de Lendorff opublikowała oświadczenie „w związku z szeregiem artykułów na portalu Onet, które zarzucają Sądowi Okręgowemu w Warszawie oraz p. Krauze de Lendorff stosowanie »cenzury« wobec mediów, a także wprowadzają w błąd opinię publiczną”. Reżyserka podkreśla, że redakcja nie zaskarżyła postanowienia sądu, ale „ostentacyjnie złamała sądowy zakaz, okazując lekceważenie wobec porządku prawnego RP”.

Stwierdza, że w tekście Rigamonti są „liczne nieprawdziwe informacje i pomówienia”, ale ich nie wymienia.

Podręcznikowym przykładem insynuacji jest fragment: „Autorka [Rigamonti] funkcjonuje w ścisłych relacjach zawodowych i instytucjonalnych oraz bliskich relacjach z Producentami. (...) artykuł powstał nie jako niezależna analiza, ale na zamówienie środowiska (...) zarówno autorka jak i ja wiemy, kto stoi za tą manipulacją”.

Pytamy Magdalenę Rigamonti, jak odbiera tę obronę przez atak. Dziennikarka odpowiada, że jej zadaniem jest ustalanie faktow a nie komentowanie tego, co mówi pani Krauze de Lendorff.

– Najlepiej jej postępowanie komentują bohaterowie moich tekstów – mówi Rigamonti.

Bartosz Węglarczyk: – Każdy ma prawo bronić się tak jak lubi i potrafi. Oświadczenie jest atakiem na autorkę tekstu, innych argumentów brak. Tymczasem wiele osób ze środowiska filmowego zwraca się z podziękowaniem, że ktoś wreszcie napisał prawdę. Ludzie dorzucają kolejne informacje. Nie słyszałem ani jednego głosu w obronie pani Krauze de Lendorff.

Jak dowiaduje się OKO.press, wbrew temu, co pisze Krauze de Lendorff,

Onet zaskarżył zabezpieczenie sądu zakazujące mu pisania o reżyserce.

Sprawa trafi więc do Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który zdecyduje, czy utrzymać, czy uchylić zabezpieczenie.

– Mamy długą tradycję sporów sądowych z panem Lewandowskim. Pewnie znowu spotkamy się w sądzie. Będziemy się bronić, odwołując się do konstytucyjnego prawa wolności słowa i troski o interes publiczny – mówi nam Węglarczyk.

Prawda o Krauze de Lendorff w interesie publicznym

Wolność słowa nie jest wartością absolutną i ma konstytucyjne ograniczenia. Art. 47 stwierdza, że „Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym”. Zapis ma m.in. chronić prawa osób, które mogą być pokrzywdzone przez media.

Jak mówi OKO.press mec. Krzysztof Pluta,

sądy starają się wyważać racje obu wartości konstytucyjnych.

Żadna z nich nie jest przeważająca, wszystko zależy od okoliczności sprawy.

Sądy dążą do rzeczowej oceny tego, na ile ważkie i uzasadnione są zarzuty postawiane przez dziennikarzy, biorąc też pod uwagę pozycję opisywanej osoby. Uzasadniona krytyka medialna osoby zajmującej funkcje publiczne i mającej wpływ na życie publiczne leży bowiem w interesie społecznym, m.in. dlatego, że takie osoby mają wpływ na życie innych ludzi, a ich zachowania mogą powodować negatywne skutki dla wielu ludzi i zaburzać funkcjonowanie instytucji publicznych.

Joanna Krauze de Lendorff pełni odpowiedzialne funkcje publiczne. Jak pisze Rigamonti, "tylko w ostatnim [2025] roku zasiadała w polskiej komisji oscarowej, była ekspertką PISF, decydującą o przyznawaniu publicznych pieniędzy na produkcje fabularne, reprezentowała Ministerstwo Kultury w gremium wybierającym dyrektora państwowej firmy realizującej filmy. Zasiadała w Społecznej Radzie Kultury, organie doradczym prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Brała udział w festiwalach, w 2018 r.

pojechała nawet do... Korei Północnej, by tam być jedyną jurorką z Unii Europejskiej".

Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka media są „publicznym strażnikiem”, a nie petentem, który musi prosić o zgodę na krytykę. Sędziowie, którzy sami domagają się niezależności, powinni więc pierwsi stać na straży niezależności mediów, a nie dostarczać narzędzi do ich uciszania – komentuje w Onecie Bartosz Pilitowski, socjolog prawa i szef Fundacji Court Watch Polska, która monitoruje działanie sądów.

Powołuje się m.in. na sprawę RTBF kontra Belgia, w której ETPCz ukarał sądy za blokowanie publikacji śledczego materiału telewizji publicznej, odwołując się do fundamentalnego art. 10 Konwencji o Prawach Człowieka z 1950 r, który gwarantuje każdej i każdemu z nas prawo do wolności wyrażania opinii.

1. Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Niniejszy przepis nie wyklucza prawa Państw do poddania procedurze zezwoleń przedsiębiorstw radiowych, telewizyjnych lub kinematograficznych.

2. Korzystanie z tych wolności pociągających za sobą obowiązki i odpowiedzialność może podlegać takim wymogom formalnym, warunkom, ograniczeniom i sankcjom, jakie są przewidziane przez ustawę i niezbędne w społeczeństwie demokratycznym w interesie bezpieczeństwa państwowego, integralności terytorialnej lub bezpieczeństwa publicznego ze względu na konieczność zapobieżenia zakłóceniu porządku lub przestępstwu, z uwagi na ochronę zdrowia i moralności, ochronę dobrego imienia i praw innych osób oraz ze względu na zapobieżenie ujawnieniu informacji poufnych lub na zagwarantowanie powagi i bezstronności władzy sądowej.

SLAPP, czyli potężni zamykają usta krytykom

Pacyfikowanie mediów metodą „na zabezpieczenie” jest jedną z form SLAPP-a (Strategic Lawsuit Against Public Participation), czyli działania, które wykorzystuje wymiar sprawiedliwości („strategiczny pozew”) do uciszania niewygodnych krytyków i uniemożliwiania im „uczestnictwa w życiu publicznym”.

„SLAPP-y są inicjowane w celu pognębienia osoby bądź organizacji wypowiadającej się na tematy istotne publicznie. Inicjator SLAPP-u dysponuje zazwyczaj znacząco większą władzą ekonomiczną lub polityczną od osoby pozywanej" – pisały w listopadzie 2024 organizacje społeczne i media (w tym OKO.press). Jako społeczeństwo obywatelskie domagaliśmy się pełnego i szybkiego wprowadzenia zaleceń anty-SLAPP-owej dyrektywy UE.

Kiedy dziennikarz czy dziennikarka zada jakiejś osobie, firmie lub instytucji niewygodne pytanie lub napisze krytyczny tekst, dany podmiot, zamiast odnieść się do publikacji lub udzielić odpowiedzi na pytania, kieruje przeciwko dziennikarzowi pozew cywilny o naruszenie dóbr osobistych z kodeksu cywilnego lub oskarża go o zniesławienie z art. 212 kodeksu karnego.

Jak widzieliśmy na przykładzie Magdaleny Rigamonti,

pozywa się dziennikarzy nawet za samo zadanie pytań.

Ofiarą SLAPP-ów padają poza mediami aktywiści, np. ekologiczni, którym organy władzy czy wielkie firmy próbują zamknąć usta.

Celem SLAPP-ującego powoda często nie jest wygranie sprawy. Niekiedy jest jasne, że powód jest na przegranej pozycji, ale gra na uciszenie medium na dłuższy czas i ciągnący się latami kosztowny proces: a nuż brak środków wymusi na nich pójście na ugodę, a przy okazji zastraszy się inne media czy organizacje...

Sprytne narzędzie! Także OKO.press pada ofiarą SLAPP-ów. Ostatnio stosuje je wobec nas Polski Instytut Sztuki Filmowej, a de facto jego szefowa Kamila Dorbach (chociaż pozwy formalnie wystosował PISF).

PISF wzywa nas do „zaniechania bezprawnego naruszania dóbr osobistych PISF”, a także do czołobitnych przeprosin za serię tekstów poświęconych perypetiom poprzedniej dyrektorki PISF Karoliny Rozwód i jej zastępczyni, a obecnie następczyni, Kamili Dorbach. Pozwy dostali zarówno redaktorzy naczelni, jak i Piotr Pacewicz jako autor tekstów. Pozew przeciwko Pacewiczowi liczy 80 stron, plus kilkaset stron załączników.

Odmówiliśmy spełnienia żądań PISF, co zapewne oznacza

proces sądowy, w którym będziemy bronili prawdy, jaką podawaliśmy w naszych tekstach.

Jak pisaliśmy, „dla niedużej organizacji medialnej jak nasza wchodzenie w spór z instytucją publiczną, która ma do dyspozycji znaczne środki i wyspecjalizowaną w potyczkach z mediami kancelarię adwokacką, jest dużym wysiłkiem, ale widzimy to jako koszt dziennikarskiej misji”.

Kancelaria Hasik Rheims i Partnerzy, która broni dobrego imienia PISF i dyrektorki Dorbach, występowała na zlecenie PISF przeciwko mediom już za rządów PiS, kiedy dyrektorem PISF był Radosław Śmigulski. Gazeta Wyborcza jest od lat nękana pozwami od kierownictwa PISF – zarówno za rządów Radosława Śmigulskiego (2017–2024) jak i obecnie za kierownictwa Kamili Dorbach.

Stoimy po stronie Rigamonti i Onetu

Naruszenie orzeczenia sądu jest decyzją kontrowersyjną jak każde złamanie prawa. W tym jednak przypadku uważamy decyzję Onetu za uzasadnioną. Leży bowiem w interesie społecznym ukazanie postaci Joanny Kos-Krauze de Lendorff jako osoby, która wyrządza wiele krzywd, a zarazem potrafi skutecznie wpływać na istotne decyzje w dziedzinie kinematografii. Nie powstrzymało jej nawet wykluczenie decyzją sądu koleżeńskiego ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich.

Decyzja sądu, mimo zastrzeżeń do pochopnego udzielenia zabezpieczenia, obowiązuje, ale stoi w sprzeczności z konstytucyjnym prawem do wolności słowa, które daje dziennikarce prawo do ujawniania także negatywnych informacji o osobie, która ma wpływ na debatę publiczną, a także chętnie wypowiada się na temat standardów etycznych. Media mają prawo weryfikować, czy jest to spójne z faktycznym postępowaniem reżyserki. Takie prawo jest potwierdzone orzecznictwem sądów.

Dlatego jako OKO.press wyrażamy

solidarność z autorką artykułu i redakcją Onetu.

Uważamy, że media muszą walczyć o prawo do informowania o sprawach społecznie istotnych, a taką z pewnością są wiarygodne relacje o tym, jak wpływowa reżyserka podejmuje działania noszące znamiona mobbingu.

Determinacja mediów ma sens. W odpowiedzi na pytanie „Wyborczej” PISF poinformowal 29 kwietnia, że „Instytut obecnie nie prowadzi współpracy z Joanną Kos-Krauze de Lendorff i nie przewiduje jej kontynuacji w przyszłości”.

PS. Z mecenasem Bartłomiejem Lewandowskim chciałem porozmawiać o całej sprawie, w szczególności o wątku „sądowej cenzury prewencyjnej”. Był zajęty, obiecał, że oddzwoni, ale tego nie zrobił.

¹Szanowne Czytelniczki i Czytelników prosimy o docenienie, że nie używamy słowa „dotarło”.

Autorka i Autor dziękują Mariuszowi Jałoszewskiemu za pomoc w pisaniu tekstu.

Na zdjęciu Piotr Pacewicz
Piotr Pacewicz

Założyciel i redaktor naczelny OKO.press (2016-2024), od czerwca 2024 redaktor i prezes zarządu Fundacji Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Na zdjęciu Magdalena Chrzczonowicz
Magdalena Chrzczonowicz

Naczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.

Komentarze