Wszyscy musimy grać w „gry społeczne”. Podstawowym założeniem tych gier jest: musimy sami się oszukać, żeby dać się okłamać w uczciwy sposób – mówi OKO.press dr hab. Michał Białek, badacz procesów podejmowania decyzji i psychologią moralności
Ewa Koza: Czego szukamy w informacji zwrotnej – interesuje nas czyjś punkt widzenia czy koncentrujemy się na potwierdzeniu własnych przekonań?
Dr hab. Michał Białek*: To jest w dużej mierze uzależnione od tego, co robimy. Jeśli jest to działanie, w którym chcemy być najlepsi, cel szukania informacji zwrotnej będzie inny niż wtedy, gdy sprawa dotyczy hobby albo jakiejś przysługi.
Nie zawsze zależy nam na obiektywnej informacji zwrotnej, bo nie zawsze naszym celem jest bycie najlepszym czy doskonalenie się w konkretnym działaniu. Jeśli celem jest to, żeby się rozwijać, deklarujemy, że chcemy dostać rzetelną informację zwrotną. Pozostaje pytanie, co robimy z obiektywnym feedbackiem, o który prosimy?
Żeby funkcjonować w społeczeństwie, musimy grać w „gry społeczne”. Na przykład pomagamy innym po to, żeby ludzie nas lubili, ale nie możemy tego powiedzieć wprost, bo nie dostaniemy benefitów społecznych, czyli tego, o co zabiegamy. Musimy więc pomagać w taki sposób, żeby inni myśleli, że robimy to z potrzeby serca. Przekazując środki na cele charytatywne, nie przyznamy, że robimy to, żeby odliczyć sobie tę kwotę od podatku, ta gra nie może być jawna.
Z feedbackiem jest podobnie. Ja muszę udawać, że chcę dostać uczciwy feedback, ty musisz udawać, że taki mi dajesz, i oboje musimy kłamać tak skutecznie – zarówno przed sobą, jak i przed innymi – żeby wszyscy myśleli, że gramy w uczciwą grę.
Okazało się, że osoby uciekające się do prospołecznych kłamstw – takich, których intencją jest oszczędzenie komuś przykrości – były oceniane jako bardziej moralne niż ludzie mówiący prawdę prosto w oczy – to wniosek z badania „Selektywna (nie)uczciwość. Wybieranie nadmiernie pozytywnych opinii tylko wtedy, gdy prawda boli”, opublikowanego w „British Journal of Social Psychology”, którego jesteś współautorem. Kogo poddaliście obserwacji?
Razem z dr hab. Katarzyną Cantarero badaliśmy sytuację, w której grupa ludzi była na konkursie gotowania. Były wśród nich osoby gotujące, osoby oceniające efekt kulinarny i osoby oceniające udzielany kucharkom feedback. Dwie kobiety – Amy i Kate – przygotowały potrawy, obie wyszły nieudane. Kate przedstawiono jako tę, którą krytyka mobilizuje do rozwoju, doskonalenia swoich umiejętności. Amy jako osobę wrażliwą, która źle znosi krytykę.
Każda z gotujących dostała informację zwrotną udzielaną według czterech różnych strategii:
Okazało się, że osoby, których feedback był dopasowany do odbiorcy, były oceniane jako bardziej moralne niż te, które mówiły prawdę. Co oczywiste, feedback udzielany według trzeciej strategii miał najgorszy odbiór. Zgodnie z nim ani nie mówimy prawdy, ani nie jesteśmy wrażliwi na warunki społeczne. Wprowadzenie tej kategorii było potrzebne do dopełnienia obrazu: prawda, fałsz, wrażliwi społecznie i niewrażliwi społecznie. Najciekawsza dynamika zaszła między trzema pozostałymi strategiami.
Okazuje się, że osoby zawsze mówiące prawdę prosto w oczy były oceniane niżej niż pozostałe dwie grupy, czyli kłamiące na skalę masową albo kłamiące wtedy, kiedy ich zdaniem jest to potrzebne. Wynika z tego, że troska o dobrostan drugiej osoby jest ważniejsza niż prawda obiektywna. To nie jest pierwsze badanie, które dowodzi, że
kłamcy mogą być postrzegani jako bardziej moralni niż osoby uczciwe.
Jednym z aspektów, który nas interesował, było to, że moralizujemy przewidywalność.
Co to znaczy?
Żeby współpracować z ludźmi, potrzebujemy rozumieć ich motywy i przewidzieć ich zachowania, a moralność jest produktem ubocznym zdolności rozumienia osób i ich motywów. Szukaliśmy przewidywalności w feedbacku. I okazuje się, że osoba, która dawała uczciwy feedback, była postrzegana jako najbardziej godna zaufania, ale nie najbardziej moralna. Prawda jest tylko narzędziem do budowania relacji społecznych opartych na zaufaniu.
Cenimy „prospołecznych kłamców”, ale „sami wolimy usłyszeć w ocenie bezlitosną prawdę” – to kolejny wniosek z badania. Zatrzymało mnie to, bo zwykle spotykam ludzi, którzy boją się prawdy o sobie, tym bardziej bezlitosnej.
Chcę usłyszeć komplement, ale chcę wierzyć, że będzie uczciwy. Deklaruję, że oczekuję rzetelnego feedbacku, ale nie chcę negatywnego, więc proszę o feedback uczciwy z nadzieją, że będzie pozytywny. Jeśli wiem, że coś mi nie poszło, z reguły w ogóle o niego nie pytam.
Fascynujące jest to, jak bardzo zaawansowana jest ta nasza gra – jak bardzo musimy oszukiwać i siebie, i wszystkich dookoła. Dobrze to widać w badaniu, w którym obserwowano reakcje dzieci na zupełnie nietrafione – skrajnie niedostosowane do etapu ich rozwoju – prezenty. Siedmiolatkowi podarowano na przykład grzechotkę.
Okazuje się, że im szybciej dziecko zacznie kłamać i powie: „Dziękuję, to bardzo fajny prezent”, tym uznawane jest za lepiej zsocjalizowane i bardziej inteligentne.
Ono rozumie intencje eksperymentatora – chciał mu dać prezent, żeby sprawić mu przyjemność, więc jeśli powie, że nie jest fajny, sprawi przykrość darczyńcy. Oczekujemy takich zachowań, a dzieci wyczuwają, że muszą kłamać. Już na bardzo wczesnym etapie rozwoju uczą się, że w ramach relacji społecznych, dbania o to, żeby były długofalowo satysfakcjonujące, muszą poświęcić prawdę – to istota socjalizacji.
Jakiś czas temu byłem na pokazie dinozaurów 3D z dziećmi. Był fatalny, nie podobał się ani dzieciom, ani rodzicom, ale wszyscy siedzieliśmy do końca. Dzieci nie chciały wyjść i powiedzieć nam, dorosłym, że im się nie podobało, żeby nie sprawić nam przykrości. Rodzice też nie chcieli przyznać, że pokaz jest żenujący. Spojrzeniami – my dorośli – pytaliśmy się wzajemnie: „Co my tu robimy?”, ale graliśmy w społeczną grę i obejrzeliśmy cały pokaz, a po wyjściu wszyscy wszystkich zapewniali, że było super. To moment, w którym złamanie konwencji psuje przedsięwzięcie wspólnego wyjścia i miłego spędzenia czasu. Więc dzieci okłamywały nas, a my okłamywaliśmy dzieci.
Ciekawe wyniki pokazało badanie „Lying to appear honest” („Kłamać, żeby wydać się uczciwym” – przyp. red.), w którym uczestnicy rzucali kostką i dostawali tyle pieniędzy, ile oczek wyrzucili. Co istotne, kostka była oszukana – w taki sposób, że wypadały bardzo wysokie wypłaty. Podejrzanie wysokie.
Obserwujący sprawdzali, co gracze zrobią z tą sytuacją. Okazało się, że część z nich zaniżyła swój wynik. To idealnie pokazuje, o co nam chodzi. A chodzi o to, żeby ludzie nam wierzyli. Żebyśmy mieli wizerunek prawdomównych, a nie o to, żeby mówić prawdę. Prawda jest tylko środkiem do osiągnięcia tego, żeby inni uważali nas za wiarygodnych.
Uczestnicy bali się, że jeśli powiedzą, że wyrzucili same szóstki, i dostaną maksymalną wypłatę, osoby oceniające będą ich podejrzewały o kłamstwo. Starając się uniknąć wrażenia nieuczciwości, woleli skłamać, żeby wyglądać na uczciwych.
Znoszenie negatywnego feedbacku jest bardzo trudne – i dla osoby, która go dostaje, i dla tej, która go przekazuje. Jeśli powiem znajomemu, że nie nadaje się do pracy na stanowisku, o które się ubiega, a on powie: „Okej, może faktycznie tak jest” i zmieni ścieżkę kariery, to do końca życia będzie się zastanawiał, co by było, gdyby mi nie uwierzył? Zniechęcenie kogoś nie daje mu informacji zwrotnej, nie daje satysfakcji. Nie ma pewności, że porada była trafna, nikt na tym nie skorzysta – ani on, ani ja, ani tym bardziej nasza relacja.
Ale w relacji uczeń-nauczyciel albo student-wykładowca nie można bazować wyłącznie na pozytywnym feedbacku.
To się bardzo zmieniło. Jeszcze 20 lat temu co czwarty student na Harvardzie miał ocenę A, obecnie ma ją ponad 50 proc. studiujących. Niechęć do krzywdzenia innych, ranienia ich uczuć i robienia im nieprzyjemności powoduje, że ludzie powstrzymują się przed dawaniem negatywnego feedbacku, również w procesie edukacji. W Polsce studenci dostają dziś czwórki i piątki zdecydowanie częściej niż dwie czy trzy dekady temu.
Dobrostan psychiczny dzieciaków i młodzieży coraz mocniej dominuje obiektywny feedback. Balans między dobrostanem osoby, której coś komunikujemy, a rzetelną informacją zwrotną przesuwa się na korzyść stanu emocjonalnego. Koncentrujemy się na tym, żeby kogoś nie skrzywdzić, żeby nie było mu przykro, żeby był zadowolony.
Tak, ale jak ktoś zrobi dziesięć błędów ortograficznych w pięciu zdaniach, to dostanie konkretną ocenę.
Dlatego system szkolny jest dla dzieci tak trudny. Szkoła jest odpowiedzialna za ich złe samopoczucie. Dzieci nie radzą sobie z negatywnym feedbackiem, z informacją, że słabo im idzie. Młody człowiek chce myśleć o sobie jako o osobie unikatowej, a jest ustawiany w rankingu: ty zdobyłeś 40 punktów, a ty 45 – ty jesteś lepszy, ty gorszy. To bardzo nienaturalna psychologicznie sytuacja.
Przez to, że szóstka stała się standardową oceną, cała masa dzieci ma dziś średnią 4,75 i czerwony pasek. Ten nie jest już niczym wyjątkowym. W klasie mojego dziecka wszyscy mieli czerwony pasek, cała piąta klasa. Lubimy chwalić dzieci, lubimy je podkręcać, powtarzać, że są wyjątkowe. Na początku dajemy im opisowy feedback, żeby nie zniechęcić trudną informacją zwrotną. I o ile możemy od tego uciec, robimy to. Staramy się, świadomie lub nieświadomie, tak konstruować informację zwrotną, żeby im coraz bardziej lukrować.
Jakie mogą być długofalowe konsekwencje tego, że dziecko w piątej klasie dostaje zakłamany feedback?
Trudno o jednoznaczne wnioski, ale subiektywna ocena jakości życia wśród młodzieży jest dziś fatalna. Coraz więcej młodych osób zgłasza problemy ze zdrowiem psychicznym. Wydawałoby się, że robimy, co możemy, że żyją w coraz bogatszym społeczeństwie i mogą sobie pozwolić na coraz więcej, a okazuje się, że są nieszczęśliwi.
To, że młodzi ludzie nie są konfrontowani z negatywną informacją zwrotną, wbrew pozorom nie pozwala im nabrać odporności psychicznej. Każdy w końcu kiedyś zderzy się z rzeczywistością. Widzę to wśród doktorantów, którzy byli świetni w szkole, świetni na studiach. Gdy były jasne reguły gry, bardzo dobrze sobie radzili, ale przychodzi kariera naukowa i – zamiast spełniać wymogi szkolne – trzeba sobie wyznaczać cele.
Nagle okazuje się, że dostają mnóstwo negatywnych feedbacków – ich artykuły są odrzucane, nie dostają grantu, promotor mówi, że nie jest najlepiej, a oni nie są na to psychicznie gotowi.
W naszym badaniu wyraźnie widać, że ludzie cenią sobie przekazywanie zawyżonego feedbacku osobom, które uznają za wrażliwe, słabo znoszące krytykę. Może nie tyle chcą lukrowania, ile unikania podcinania skrzydeł tym, którzy ich zdaniem sobie z tym nie poradzą. Pytanie, jak bardzo trafna jest ocena, kto jak zniesie krytykę? I czy to nie prowadzi do profilaktycznego okłamywania? Gdy opisywaliśmy osobę jako tę, która źle sobie radzi z krytyką, natężenie nadmiernie pozytywnego feedbacku wyraźnie rosło. Oceniający dbali, żeby jej nie zniechęcić, żeby nie było jej przykro, żeby się nie poddała, co długofalowo szkodzi. Jeśli ktoś jest relatywnie słaby, to może lepiej dla niego i dla wszystkich dookoła, żeby zajął się czymś, w czym może być dobry.
Dr Cantarero przeprowadziła więcej badań w tym obszarze. Jedna z obserwacji dotyczyła kobiety, która wybiera się na randkę i pyta koleżankę, czy ładnie wygląda. A widać wyraźnie, że nie wybrała korzystnego dla siebie stroju. Okazało się, że feedback był uzależniony od tego, czy miała czas, żeby wrócić i się przebrać. Ludzie czują, kiedy mogą dać komuś uczciwy feedback. Są gotowi go dać, ale tylko wtedy, gdy uważają, że będzie użyteczny i że osoba sobie z nim poradzi.
Jeśli koleżance, która idzie na randkę i nie ma już czasu na przebranie, powiem, że wygląda brzydko, zaszkodzę wszystkim – jej, sobie i naszej relacji. Ta prawda będzie pod każdym względem bezużyteczna. Bo prawda nie jest tym, o co chodzi w komunikacji, ona sama w sobie nie jest wartością, wartością jest użyteczna informacja. Prawdziwe informacje najczęściej są użyteczne, ale są sytuacje, w których prawda jest mniej użyteczna niż kłamstwo.
Jak babcia ugotuje ci obiad, musisz powiedzieć, że jest pyszny, choć nie zawsze taki jest. Babcia wie, że to nie jest uczciwy feedback, a my wiemy, że nie zapytała: „Smakowało ci?” po to, żeby dostać prawdziwą informację. To rytuał, podobny do zwyczajowego „Dzień dobry”. Dzień wcale nie musi być dobry, ale takiego sobie wzajemnie życzymy, a „pyszny obiad” u babci to zaawansowana forma „Dzień dobry”.
Jest sporo memów pokazujących, jak ktoś pyta: „Wyglądam grubo?”. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie odpowie: „Tak, wyglądasz grubo”, nie po to jest to pytanie. Na tym polega społeczna gra. Żeby relacje międzyludzkie były satysfakcjonujące, musimy zmniejszyć tarcie.
Myślę, że dużo trudniej odnaleźć się w tym osobom neuroatypowym.
Tak, widzę to w swoim otoczeniu. Osoby w spektrum autyzmu nie łapią wielopoziomowych gier społecznych. Dla większości z nas gry są dostępne automatycznie, tymczasem osoba neuroatypowa musi wejść w hipotetyczne myślenie: „Co by było, gdyby…?”, „Dlaczego ktoś coś zrobił?”. Racjonalizując czyjeś intuicyjne działanie, osoba w spektrum zwykle nie trafia w prawdziwe intencje, bo te nie są racjonalne. W jej odbiorze może być tak, że babcia naprawdę jest ciekawa, czy zupa jest smaczna, a darczyńca chce wiedzieć, czy prezent jest trafiony. Nie czując gier społecznych, podając rzetelne informacje zwrotne, osoba neuroatypowa może mieć trudność z utrzymywaniem satysfakcjonujących relacji.
Zapytałam o szczerość w grupie około 300 osób. O to, jak ją postrzegają, z kim mogą sobie na nią pozwolić – nie było żadnej reakcji. Dopytywałam w mniejszej, wtedy pojawił się jeden jedyny komentarz: „Wiesz, Ewa, myślę, że sami ze sobą często nie jesteśmy szczerzy – karmimy się fantazjami i pozorami – a co dopiero z kimś. Sama mogę na palcach jednej ręki policzyć osoby, z którymi mogę być szczera i wiem, że to działa w dwie strony. To trudny temat, boimy się szczerości, nie chcemy jej słuchać, bo często jest bolesna”. Nie widzę w tym gotowości do słuchania bezlitosnej prawdy. Chodzi o to, że ona napisała, co naprawdę myśli, a w waszym badaniu były deklaracje?
Ona też coś zadeklarowała. Możesz strategicznie znać prawdopodobieństwo tego, że ktoś cię okłamie i wybrać osobę, którą zapytasz o informację zwrotną. Wiesz, że ktoś jest łagodny, ktoś inny surowy, ktoś bardziej lukruje, a ktoś unika lukru. Szukając feedbacku, niekoniecznie robisz to superobiektywnie.
Wszyscy boimy się informacji zwrotnej. Dużo zależy od tego, czy uważam, że mam zasoby, żeby się poprawić albo zmienić, i czy tego chcę. Mogę zapytać żonę, czy jestem dobrym mężem, czy mnie kocha, czy jestem dobrym ojcem? To obszary, w których każdy chce być okłamywany, ewentualnie dostać zawyżony feedback. Boimy się, bo wokół tego zbudowana jest nasza samoocena. Dostać negatywny feedback w tym zakresie jest dużo trudniej niż – jak w naszym badaniu – usłyszeć, że potrawa, którą przyrządziłem, nie wygląda tak, jak powinna.
Ciekawym doświadczeniem był dla mnie pierwszy wykład, który wygłosiłem w Wielkiej Brytanii. Usłyszałem: „That's interesting” (interesujące – przyp. red.). Pomyślałem: „Fajnie, zainteresowałem ich”.
Nie wiedziałem, że ten komunikat tak naprawdę oznacza: „Daj spokój, przestań o tym gadać”.
Anglicy grają w tę samą grę, tyle że u nich jest już mocniej zadomowiona. Nam od dziecka mówiono prawdę prosto w oczy. Jesteśmy bardziej przyzwyczajeni do negatywnego feedbacku. Często słyszę od obcokrajowców, że w Polsce niełatwo występować, bo tu jest dużo krytyki, dużo negatywnych komentarzy, a jak jest dobrze, jest cisza.
Pokolenia i społeczności, które stworzyły sobie kulturę mówienia: „Okej, to interesujące”, prawdopodobnie są mniej gotowe na bezlitosną prawdę. Jeśli już się pojawia, musi być zawoalowana, subtelna, żeby ktoś mógł ją wyczytać między słowami.
Szczerość zwykle utożsamiana jest z czymś brutalnym, jakby prawdziwej myśli nie można było ubrać w kulturalne słowa.
Informacja, treść, komunikat są negatywne, gdy rozmija się z moim wyobrażeniem o sobie. Dlatego to jest trudna, brutalna prawda. Nie musi być wredna, chamska czy obraźliwa, może być bardzo ładnie podana, ale ciągle sprawia mi duży dyskomfort, ponieważ między moim wyobrażonym ja, moim myśleniem o sobie, a tym, co dostaję, jest rozdźwięk. Więc albo jestem gorszy niż o sobie myślałem, albo osoba, która daje mi feedback, jest niemiła i chce mi zrobić krzywdę. Jedno i drugie jest czymś, czego nikt nie wyczekuje. Brutalną prawdą jest ta, która zmienia w negatywny sposób moje wyobrażenie o rzeczywistości.
Jako członek różnych komisji – magisterskich, awansowych, grantowych czy rekrutacyjnych – często jestem w sytuacji, w której trzeba odmówić awansu czy odrzucić wielu dobrych kandydatów. Wiem, że ci ludzie się stresują i że stresują się przeze mnie. Konieczność dania obiektywnego feedbacku, słabych ocen, odrzucenia kogoś albo wybrania jednej osoby z dwudziestu chętnych, jest dla mnie trudna. Dlatego znaczna część feedbacków jest anonimizowana zapisami: „Komisja postanowiła”, „Komisja oceniła”. Przedstawia się decyzję zbiorową – nie wiadomo, kto był ekspertem, kto recenzentem. Nikt nie chce być tym, kto komuś powiedział, że jest do niczego. Nikt nie chce czuć się odpowiedzialny za negatywną informację zwrotną.
Przeskoczyliśmy od notorycznego krytykowania do zagłaskiwania. Myślę, że żadna z tych opcji nie jest na dłuższą metę korzystna.
Też to tak odbieram. Jest duży nacisk na dbanie o najsłabszych, najwrażliwszych, o tych, którzy sobie nie poradzą z niezawyżoną informacją zwrotną. To szlachetna intencja. Chronimy, dajemy czas i szansę na rozwój tym, których moglibyśmy zahamować przedwczesną krytyką.
Pozostaje pytanie, czy większe korzyści odniosą osoby odporne na krytykę, które dostaną obiektywny feedback, czy większe szkody wyrządzimy tym, które są wrażliwe, dając im feedback negatywny? Nie jesteśmy w stanie tego zmierzyć, musimy więc balansować pomiędzy potencjalnymi korzyściami a potencjalnymi stratami – minimalizować straty albo maksymalizować korzyści.
Pojawiły się social media, a wraz z nimi łatwiejsze grupy odniesienia i parametryzacja wszystkiego. Kiedyś albo ktoś był lubiany w klasie, albo nie – to było do pewnego stopnia subiektywne. Dziś widać dokładnie, czyje posty dostają 200, czyje 20, a czyje tylko 2 lajki. Każdy widzi, jak ludzie reagują na jego zdjęcia. Wszystko jest mierzalne.
To też ciągły, nierzadko negatywny feedback dotyczący naszych działań i pozycji społecznej.
Nie wiemy, czy głaszcząc młodych po główkach przyczyniamy się do tego, że nisko oceniają jakość życia. Może gdybyśmy tego nie robili, byłoby jeszcze gorzej?
Jako wykładowcy chcemy, żeby wszyscy studenci byli zadowoleni, żeby przyjemnie się studiowało, żeby była dobra atmosfera. Zależy nam, żeby nie podcinać skrzydeł młodym ludziom, co kiedyś było normą. Patrząc wstecz, mam poczucie, że wówczas zadaniem nauczyciela było pokazać, że nie jesteś tak dobry, jak o sobie myślisz. Teraz jest odwrotnie. Koncentrujemy się na motywowaniu, stawianiu dobrych ocen na zachętę, unikaniu trudnej prawdy i przekonywaniu, że wszyscy dadzą sobie radę.
Dzięki temu mamy dziś znaczną liczbę w miarę kompetentnych osób, prawdopodobnie kosztem tego, że ci, którzy mogliby być wybitni w danej dziedzinie, nigdy tacy nie będą, bo im też oszczędziliśmy negatywnego feedbacku – takiego, który pozwoliłby im się bardziej rozwijać. Tyle że nie zawsze oczekujemy, że wszyscy będą najlepsi. Ludzie nie potrzebują być najlepsi we wszystkim, za co się biorą.
Dr hab. Michał Białek – profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Wyższej Szkoły Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu. Prowadzi badania nad procesami podejmowania decyzji i psychologią moralności. Kieruje kilkoma projektami badawczymi finansowanymi przez Narodowe Centrum Nauki, a jego prace koncentrują się na wpływie języka obcego na rozumowanie moralne oraz mechanizmach stojących za wyborami jednostek i grup. Odbył staże naukowe na University of Waterloo w Kanadzie oraz na University of Plymouth w Wielkiej Brytanii. Jest autorem ponad 100 publikacji naukowych i laureatem nagrody Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych naukowców.
Ekonomistka, psycholożka biznesu, redaktorka – związana z mediami od 2013 roku. Pisze o aspektach zdrowotnych i społecznych, z naciskiem na prawa człowieka, zdrowie psychiczne osób małoletnich i wszelkie przejawy przemocy w relacjach skośnych – zarówno prywatnych, jak i zawodowych. Autorka książki "Dobrze wychowani. Jak wytresowano milenialsów".
Ekonomistka, psycholożka biznesu, redaktorka – związana z mediami od 2013 roku. Pisze o aspektach zdrowotnych i społecznych, z naciskiem na prawa człowieka, zdrowie psychiczne osób małoletnich i wszelkie przejawy przemocy w relacjach skośnych – zarówno prywatnych, jak i zawodowych. Autorka książki "Dobrze wychowani. Jak wytresowano milenialsów".
Komentarze