Prawa autorskie: AFPAFP
13 listopada 2022

Skąd triumf skrajnej prawicy w Izraelu? „Żyjemy w wyparciu. Może największym na świecie"

Izraelska armia używa zwrotu „sterylna ulica", czyli ulica bez Palestyńczyków. Wszyscy mogą tędy chodzić – Francuzi, Kanadyjczycy, Polacy, Holendrzy. Wszyscy, poza Palestyńczykami

Na zdjęciu: Izraelscy ultraortodoksyjni osadnicy gromadzą się w nowopowstałej dzikiej placówce Ewiatar w pobliżu palestyńskiego miasta Nablus na okupowanym Zachodnim Brzegu, 28 czerwca 2021. Fot. Menahem Kahana /AFP

Beniamin Netanjahu triumfuje po wygranych wyborach do Knesetu. To jego piąte zwycięstwo w jego długiej politycznej karierze, co oznacza, że Bibi po raz szósty zostanie premierem Izraela. Tak 73-letni polityk wyznaczył kolejny polityczny rekord w 74-letniej historii tego kraju.

Jednak największą sensacją listopadowych wyborów jest rewelacyjny wynik radykalnej prawicy (Partii Religijnego Syjonizmu), której twarzą jest Itamar Ben Gwir, polityk wywodzący się z ekstremistycznego ugrupowania Kach, zaliczanego zarówno przez Stany Zjednoczone, jak i Unię Europejską, do organizacji terrorystycznych. Nawołuje do wypędzenia z Izraela wszystkich Arabów, którzy nie popierają idei państwa żydowskiego i jest ulubieńcem osadników, którzy rozbudują żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu.

Umocnienie radykalnej prawicy na izraelskiej scenie politycznej było głównym elementem strategii Beniamina Netanjahu, mającej zagwarantować mu powrót do władzy. Plan się powiódł. Pytanie, jaką cenę za ten polityczny manewr Bibiego będzie musiał zapłacić Izrael?

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Salon ze zdjęciem Barucha Goldsteina

Odpowiedzi na to pytanie dość szybko udzielił Itamar Ben Gwir, który po listopadowych wyborach do Knesetu jest liderem trzeciego najsilniejszego ugrupowania politycznego w Izraelu. Kilka dni po ogłoszeniu wyników głosowania, wygłosił w Jerozolimie żarliwą przemowę na cześć rabina Me’ira Kahanego, założyciela organizacji Kach, piewcy brutalnej antyarabskiej ideologii, która zakładała zakaz arabsko-żydowskich małżeństw i masowe wysiedlanie Palestyńczyków. „Myślę, że Kahanego cechowała przede wszystkim miłość. Miłość do Izraela, która nie idzie na żadne kompromisy” – mówił Ben Gvir.

Żeby lepiej zrozumieć znaczenie słów Ben Gvira, najlepiej wybrać się w okolice jego domu, który znajduje się w Kiryat Arba, osiedlu zbudowanym przez Izraelczyków na obrzeżach Hebronu. Nietrudno go odszukać. Prowadzą do niego izraelskie flagi i plakaty z uśmiechniętą twarzą Ben Gwira. Około stu metrów dalej położony jest park noszący imię rabina Me’ira Kahanego.

„Oto park, który nosi imię świętego” – odczytuje napis wygrawerowany po hebrajsku na tabliczce Nadav Weinman, były izraelski żołnierz, który dziś w szeregach organizacji Breaking the Silence (ang. przerwać milczenie) walczy z izraelską okupacją. Siadamy na ławce i Nadav opowiada o dwóch wydarzeniach, kluczowych dla zrozumienia historii Hebronu.

Pierwsze, to masakra z 1929 roku, kiedy Arabowie zabili tu 67 Żydów. Kolejne to masakra z roku 1994, do której doszło o poranku 25 lutego, kiedy świętowali jednocześnie Żydzi i Arabowie – jedni Purim, a drudzy Ramadan. Tysiące Palestyńczyków zgromadziło się tego dnia w Grocie Patriarchów w Hebronie, w której znajduje się meczet i synagoga. To bowiem miejsce święte zarówno dla żydów, jak i muzułmanów. Abraham, który pochował tu swoją żonę Sarę, jest wspólnym prorokiem dla wyznawców Judaizmu i Islamu. Tego dnia, lekarz z żydowskiego osiedla Kiryat Arba o imieniu Baruch Goldstein założył na siebie mundur, wziął karabin, udał się w kierunku meczetu w Grocie Patriarchów, poczekał aż muzułmanie uklękną do modlitwy i otworzył ogień. Zastrzelił 29 Palestyńczyków, rannych zostało ponad 150 osób. Został zabity, kiedy zmieniał kolejny magazynek. To była największa masakra w historii, której dokonał obywatel Izraela. Kilka kroków od ławki, na której siedzimy, znajduje się grób Barucha Goldsteina.

– Widzisz te kamienie? – pyta mnie Nadav. – W judaizmie jest tradycja zostawiania takich kamieni na grobie zmarłego przez odwiedzających na znak pamięci i szacunku. Rano możesz spotkać tu całe rodziny, przychodzą z dziećmi, żeby się pomodlić. Baruch Goldstain był członkiem organizacji Kach. Itamar Ben Gvir chwalił się, że zdjęcie Barucha Goldsteina wisi u niego w salonie.

Sterylna ulica

Po krwawej masakrze na Palestyńczykach, do której doszło o poranku 25 lutego w Grocie Patriarchów, w Hebronie wybuchły zamieszki. Izraelscy żołnierze zabili 12 protestujących Arabów. Z rąk Palestyńczyków zginęło 10 osadników. Potem armia izraelska, aby chronić osadników w Hebronie, wprowadziła godzinę policyjną. – Palestyńczycy przez dwa miesiące nie mogli wyjść z domu. Te ograniczenia nie obowiązywały izraelskich osadników, oni mogli chodzić swobodnie, gdzie i kiedy chcieli. A nam, żołnierzom powiedziano, że w ten sposób bronimy Izraela – opowiada Nadav.

Kiedy po dwóch miesiącach Palestyńczycy otworzyli drzwi i wyszli ze swoich domów, zdali sobie sprawę, że miasto zaczyna się rządzić nowymi prawami. Al-Shudada, główna ulica handlowa w drugim co do wielkości palestyńskim mieście na Zachodnim Brzegu, została zamknięta dla palestyńskich samochodów. W roku 2000 restrykcje poszły dalej – ulica została zamknięta także dla pieszych. Oczywiście Palestyńczyków.

Izraelska armia używa zwrotu „sterylna ulica", czyli ulica bez Palestyńczyków. Wszyscy mogą tędy chodzić – Francuzi, Kanadyjczycy, Polacy, Holendrzy. Wszyscy, poza Palestyńczykami.

– Wyobraź sobie, że jesteś Palestyńczykiem, który mieszka w starej części miasta i chcesz iść na muzułmański cmentarz, na pogrzeb swojego dziadka. Normalnie wystarczyłoby przejść przez ulicę, co zajęłoby ci 40 sekund, wolniejszym krokiem minutę. Teraz to niemożliwe. Musisz iść naokoło, przez wszystkie checkpointy, co zabierze ci kilka godzin. A teraz pomyśl, co w tych warunkach oznacza odprowadzenie dziecka do przedszkola, dostanie się do pracy. Dlatego, każdy, kto mógł, wyjechał. Zostały tylko najbiedniejsze rodziny – mówi Nadav.

W zapuszczonym budynku, wokół którego leżą sterty śmieci, znajdującym się w niegdyś najpiękniejszym miejscu Hebronu - głównej bramie prowadzącej do starej części miasta – została już tylko jedna rodzina. Matka z dzieckiem. Kobieta jest niepełnosprawna. Nie miała jak stąd uciec. Nadav pokazuje mi jej balkon, cały pokryty siatką. W ten sam sposób zabezpieczone są wszystkie balkony mieszkań, w których zostali Palestyńczycy. To zabezpieczenie przed osadnikami, którzy rzucają w nie kamieniami. Na ścianie budynku, w którym została samotna kobieta z dzieckiem, ktoś napisał sprayem „Kahaniści mieli rację”. Tu historia nie jest opowieścią o przeszłości, tu historia dyktuje opowieść o teraźniejszości i przyszłości.

Od 22 lat Palestyńczycy nie mogą chodzić po głównej ulicy w drugim co do wielkości palestyńskim mieście Zachodniego Brzegu. 1820 palestyńskich sklepów zostało zamkniętych. Czyli upadło ponad 70 procent palestyńskiego biznesu. Nie ma już tętniących niegdyś życiem targów z przyprawami, mięsem, warzywami, złotem. Wszystkie zostały zlikwidowane z tego samego powodu - leżały zbyt blisko osiedla izraelskiego.

– Ale tu nie chodzi o bezpieczeństwo, tylko o kontrolę – mówi Nadav. I dodaje, że gdyby był producentem z Hollywood i miał nakręcić film o zombie to wybrałby na plan filmowy ulicę Al Shudada.

Ma rację, Hebron to miasto widmo. Czasem przejdzie tędy bezdomny kot. Poza tym są żołnierze. I plakaty. Plakaty izraelskich osadników, rzecz jasna. Wiszą na opuszczonych domach, w których pozostały pojedyncze palestyńskie rodziny. Nikt nie odważy się ich tknąć, bo, jak tłumaczy mi Nadav, natychmiast zostałby zaatakowany przez osadników lub żołnierzy.

Poza tym w mieście została cisza. Martwa cisza.

"Nie chcemy, aby byli częścią naszego państwa"

W tym roku z rąk izraelskich żołnierzy zginęło ponad stu Palestyńczyków. Te liczby wzbudzają w Izraelu różne reakcje i refleksje. Według profesora Enfraima Inbara z Instytutu Strategii Bezpieczeństwa w Jerozolimie, pokazują, przed jak wieloma terrorystami z Autonomii Palestyńskiej muszą się bronić Izraelczycy. Uważa też, że te liczby pokazują, jaką mrzonką są oczekiwania ze strony społeczności międzynarodowej na osiągnięcie porozumienia izraelsko-palestyńskiego.

Profesor Inbar jest szefem prawicowego think-tanku, który reprezentuje stanowisko prawicowego izraelskiego rządu. Odrzuca ideę współistnienia dwóch niepodległych państw – izraelskiego i palestyńskiego. Wyklucza też propozycję, by Izrael stał się jednym państwem dwunarodowym.

– Naturalny instynkt podpowiada Izraelczykom, żeby izolować się od Palestyńczyków. Nie są z nich najlepsi sąsiedzi. Nie chcemy, aby byli częścią naszego państwa. Czemu mielibyśmy dzielić się z nimi naszą demokracją, naszym bogactwem? – mówi profesor Inbar i dodaje, że jedynym skutecznym rozwiązaniem jest strategia, którą Izraelczycy stosują od dwóch dekad, czyli „zarządzanie kryzysem”.

– Czyli na tyle, na ile to możliwe, wygaszać konflikt. Starać się, by liczba ofiar po obu stronach, była jak najniższa. Pomagać Palestyńczykom gospodarczo, bo przecież nie chcemy mieć głodnego sąsiada. Ale oni przecież nie są w stanie utworzyć państwa. Według Maksa Webera jedną z podstawowych cech nowoczesnego państwa jest monopol na użycie siły. A Palestyńczycy ponoszą w tej kwestii fiasko. Hamas przejął kontrolę nad jedną częścią palestyńskiego terytorium. Teraz widzimy milicję w Nablusie i Dżeninie. Palestyńczycy nie są w stanie kontrolować swojego terytorium. Nie wydaje mi się więc, żebyśmy byli blisko rozwiązania konfliktu – mówi profesor Inbar.

Odwrócenie ról

Symbolem izraelskiego „zarządzania kryzysem” jest mur bezpieczeństwa, długi na 250 kilometrów i wysoki na pięć metrów. „Wzmocniony mur stał się urzeczywistnieniem metaforycznego żelaznego muru, chroniącego Żydów przed wrogo nastawionymi arabskimi sąsiadami, o którym w 1923 roku mówił Ze’ew Żabotyński, ojciec duchowy izraelskiej prawicy” – pisze w swojej znakomitej książce „Bibi. Burzliwe życie i czasy Beniamina Netanjahu” Anszel Pfeffer, dziennikarz liberalnego, lewicowego dziennika "Haaretz". Pfeffer uważa, że nie da się zrozumieć współczesnego Izraela, nie znając historii Bibiego.

Dziennikarz tłumaczy, że polityczna historia Izraela od momentu powstania niepodległego państwa w 1948 roku dzieli się na dwie połówki. Pierwsza połowa należy do założycielskiej partii Ben Guriona - MAPAI, czyli Partii Robotników Ziemi Izraela, która przed niepodległością była organizacją syjonistyczną i zasadniczo zbudowała wszystkie elementy, z których składa się współczesny Izrael. Izraelska armia powstała na fundamentach ich milicji zwanej Hagana. Z partyjnych struktur odpowiedzialnych za gospodarkę, edukację, czy imigrację powstały poszczególne ministerstwa. Partia Pracy była u władzy przez pierwsze 30 lat po uzyskaniu niepodległości. Te trzy dekady ich rządów w ogromnej mierze uformowały Izrael jako państwo. Ale to była tylko pierwsza połowa historii.

Od samego początku w środowisku syjonistycznym istniały inne grupy – niektóre radykalnie prawicowe, inne radykalnie lewicowe, jeszcze inne religijne - które były w politycznej opozycji do Ben Guriona. Dopiero kiedy w 1977 roku Partia Pracy przegrała wybory i wygrał Likud, po raz pierwszy doszły do władzy. Wtedy nastąpiło odwrócenie ról - partia założycielska, która była u władzy przez pierwszą połowę istnienia niepodległego Izraela, została zastąpiona przez koalicję zbudowaną wokół Likudu – różnych prawicowych, religijnych partii, przez dekady będących poza mainstreamem, poza establishmentem.

Outsiderzy i elity

I tak od 45 lat krajem rządzi prawica. Mimo to Izrael często jest postrzegany przez pryzmat historii, gdzie nadrzędną rolę odegrała grupa Ben Guriona. Tyle że dzisiejszy Izrael taki nie jest. Dzisiejszy Izrael jest rezultatem zamiany, do której doszło ponad 40 lat temu. To już nie jest Izrael Ben Guriona i Goldy Meir.

– Beniamin Natanjahu jest trzecim pokoleniem liderów Izraela i bardzo różni się od swoich poprzedników, bowiem pochodzi z zupełnie innego środowiska. Środowiska outsiderów, którzy mieli poczucie, że nie są dopuszczani do władzy. I w ogromnej mierze mieli rację. Bo rzeczywiście tak było. Najczęściej jest tak, że kiedy jakaś partia obejmuje władzę, ma jakiś plan – nowe propozycje dotyczące gospodarki, czy polityki społecznej. W Izraelu było inaczej. Likud zasadniczo nie miał pomysłu na zmianę polityki, tylko triumfował, że wreszcie nadszedł ich czas – mówi Anszel Pfeffer i dodaje, że cała polityczna strategia Netanjahu i jego pomysł na utrzymanie koalicji polega na wzniecaniu tego uczucia, że on i jego koalicjanci są na słabszej pozycji. Na budowaniu poczucia, że choć to my reprezentujemy naród, to elita i establishment traktuje nas jak outsiderów. Dlatego musimy trzymać się razem. Bo jeśli się rozsypiemy, to prawdziwi reprezentanci narodu utracą władzę i zostaną zastąpienie przez grupę reprezentującą wąską elitę. I choć od dawno to już tak nie jest, to Netanjahu robi wszystko, co w jego mocy, by Izraelczycy tak się czuli.

Strategia ta, jak pokazały listopadowe wybory, nadal działa. Choć tym razem, Bibi musiał wykonać dodatkowy polityczny manewr. Być może bardziej ryzykowny niż wszystkie poprzednie. Tym razem, aby utrzymać się przy władzy, postanowił pozbawić centrum i lewicę możliwości koalicyjnych.

– Potrzebował kilku mandatów, które skutecznie zablokują utworzenie koalicji przeciwko niemu. Aby osiągnąć ten cel, nie tylko podsycał radykalne partie prawicowe do jeszcze bardziej radykalnego języka, ale – co nawet ważniejsze – zjednoczył je. Wcześniej mieliśmy 3-4 szalone ugrupowania na skrajnej prawicy, które nie były w stanie dostać się do Knesetu, bo było ich za dużo. Netanjahu w iście makiawelistycznym stylu zjednoczył je i wprowadził do parlamentu, wiedząc, że są zbyt skrajne, by dołączyć do centrum Jaira Lapida, czy lewicy, a tym bardziej do partii arabskich. Uczynił ze skrajnej prawicy nierozerwalną część swojego bloku – mówi Seth Franzman, dziennikarz polityczny „Jerusalem Post”.

W ten sposób Partia Religijnego Syjonizmu z Itamarem Ben Gwirem na czele, stała się trzecią największą siłą polityczną w Izraelu.

Maskarada głupców

Wynik listopadowych wyborów to wielki triumf izraelskiej prawicy, nie tylko tej tradycyjnej spod znaku Likudu, ale też tej skrajnej, którą tworzą polityczni spadkobiercy rabina Me’ira Kahanego. To także kolejny bolesny cios dla izraelskiej lewicy. Po raz pierwszy od 30 lat lewicowa partia Meretz nie weszła do Knessetu. Trudno o bardziej dobitny dowód na jej polityczne bankructwo.

Zdaniem izraelskiego dziennikarza Haaretz Gideona Levy’ego izraelska lewica poniosła nie tylko polityczne, ale także moralne fiasko.

- Mamy słonia w salonie i nikt na niego nie patrzy, nikt o nim nie mówi. W nadziei, że zniknie. On nie zniknie, a my będziemy kontynuować tę maskaradę głupców. Oszukując samych siebie, że wszystko jest w porządku. Że Izrael jest demokracją, podczas gdy 5 milionów ludzi w naszym kraju jest poddanych brutalnej tyranii izraelskich władz – tłumaczy dziennikarz.

Tym słoniem w salonie jest okupacja. Temat, który przestał interesować Izraelczyków, zarówno z prawej, jak i lewej strony. Dlaczego?

- Bo Izraelczycy żyją w wyparciu. Być może największym na świecie. Ludzie żyją sobie jakby nigdy nic, totalnie ignorując to, co dzieje się pół godziny od ich domu. Nie mówimy tu o zamorskich koloniach. Mówimy o kolonii za naszą miedzą. Ale nikt nie chce o tym myśleć, bo to bardzo trudne. Mamy do czynienia z prawdziwą zbrodnią. Zawiązała się więc koalicja mediów, obywateli, rządu, armii, służąca milczeniu w sprawie okupacji. Żyjemy w bańce, która jest bardzo wygodna – mówi Levy i dodaje, że Izrael utrzymując okupację terytoriów palestyńskich od 55 lat, nie może nazywać się demokracją. Dziennikarz nazywa swój kraj państwem apartheidu.

Misja religijna

Izraelską okupację widać jak na dłoni z balkonu Walida Shomaly’ego, który mieszka w Beit Sahour, palestyńskim miasteczku na Zachodnim Brzegu, położonym na wschód od Betlejem. Walid Shomaly jest palestyńskim intelektualistą i aktywistą. Każe mi spojrzeć w lewo.

– Widzisz, tu jest izraelskie osiedle Har Homa. Izraelczycy skonfiskowali ziemię należącą do mieszkańców Beit Sahour, żeby je zbudować. Tu, na samym dole, domy należą do Palestyńczyków, a tam wyżej na wzgórzu to już żydowskie osiedla. Har Homa jest częścią Jerozolimy, ale ja nie mam prawa wjazdu do miasta, muszę mieć specjalne pozwolenie.

Walid opowiada mi o tym, jak wzrost przemocy i agresji, szczególnie po stronie osadników, staje się coraz większym problemem dla Palestyńczyków. Szczególnie niebezpiecznie jest w północnej części Zachodniego Brzegu - w miastach takich jak Dżanin, czy Nablus.

- Gdybyś mnie spytała, czy pojechałbym do Dżaninu, zawahałbym się. Za nic nie pojechałbym tam po zmroku. O nie, na pewno nie. Niech tylko przytrafi się jakaś awaria auta i trzeba się będzie nagle zatrzymać, osadnicy pomyślą, że knujesz i mogą cię zastrzelić.

Rozmowę na balkonie przerywa nam głośna muzyka i jazgotliwa orkiestra klaksonów. Walid mówi, że to pewnie wesele, ale po chwili się poprawia, że najprawdopodobniej Izraelczycy wypuścili więźnia politycznego. Za każdym razem, kiedy na wolność wychodzi ktoś, kto długo siedział, na ulicy jest święto – są flagi i głośna muzyka.

Pytam Walida, co myśli o radykalizacji po stronie Palestyńczyków. – Jestem nią przerażony. Po pierwsze jestem osobą świecką, po drugie chrześcijaninem. Zastanawiam się, co będzie dalej. Bo to, co stało się z chrześcijanami w Iraku i Syrii napawa lękiem. Niestety dla wielu muzułmańskich Palestyńczyków walka o niepodległość, to nie jest nasza wspólna sprawa, lecz misja religijna, której celem jest wyzwolenie meczetu Al-Aksa spod izraelskiej okupacji. Mają religijną perspektywę. To budzi we mnie strach. A także sprawia, że tracę poczucie przynależności.

Z prawej strony balkonu Walida Shamaly rozciąga się izraelskie osiedle, ale jeśli spojrzeć w lewo widać minaret, a obok wieżę kościoła. Ale Beit Sahour to miasto w 70 procentach chrześcijańskie. Dlatego śpiew muezina splata się z dzwonami kościoła.

"Tu mam poczucie kontroli. Mamy policję, mamy armię"

Niedaleko stąd leży Ofra. To jedna z najstarszych osad izraelskich w Judei i Samarii. Powstała w 1975 roku. Założycielami była mała grupa ludzi. Wcześniej była tu baza jordańskiej armii. Dziś przypomina amerykańskie przedmieście - podobne do siebie domy z równo skoszoną trawą. Na przystanek, który znajduje się tuż przy bramie wjazdowej do Ofry, wyjeżdża po mnie Gerszon Herbst. Jego żona, przez długie lata była rzeczniczką izraelskich osadników. Urodził się w Nowym Jorku, w Izraelu mieszka od 1979 roku.

- Mnóstwo ludzi chce mieszkać w Ofrze, bo to jest bardzo przyjemne miejsce do życia. Jest tu cicho i bardzo bezpiecznie. Dzieci mogą sobie biegać wokół. W ogóle nie ma przestępstw. Raz, ale to było dawno temu, jakiś dzieciak ukradł słodycze ze sklepu spożywczego, i to był wielki skandal. Ale poza tym, możesz zostawić swoje rzeczy przed domem i nikt ich nie ukradnie. Ofrę zamieszkuje religijna wspólnota. Dla młodych, religijnych ludzi to miejsce ma mnóstwo zalet.

I rzeczywiście, Ofrę zamieszkują przede wszystkim młode izraelskie rodziny. Bardzo duże izraelskie rodziny, powyżej 5 dzieci, to tu norma.

Gershon: - Izrael sto, czy dwieście lat temu był zacofany i jałowy. Były tu pustynia i bagna. Dopiero kiedy Żydzi powrócili na te tereny, ziemia rozkwitła. Wiem, że to brzmi nieco mistycznie. A ja nie jestem mistycznym człowiekiem. Studiowałem nauki ścisłe. Fakty są jednak takie, że to miejsce rozkwitło. Stało się zielone. Pierwsi mieszkańcy Ofry wspominają, że kiedy się tu sprowadzili, panowała całkowita cisza. Nie było ptaków, bo nie było drzew. Dziś o poranku budzi mnie śpiew ptaków. Zobacz, jak jest tu zielono. Myślę, że to dlatego, że tu jesteśmy. Dlatego zachęcam, takich ludzi jak ja, żeby tu zamieszkali. Kiedy mieszkaliśmy w Ameryce, pojawiały się myśli o antysemityzmie.

Od kiedy mieszkam w Ofrze, nie mam takich obaw, choć przecież mamy wrogów dookoła. Tu jednak nie czuję się bezradny. Tu mam poczucie kontroli. Mamy policję, mamy armię.

Są wszyscy Ci młodzi mężczyźni, którzy się tu wychowali i będą nas bronić. Jak wyjdziesz tu po zmroku, widzisz takich osiłków i myślisz sobie – ok, to nasi ludzie. Nic nam nie grozi. Arabowie się radykalizują i nas nie lubią? Trudno, wolałbym, żeby było inaczej. Ale skoro nie jest to możliwe, cóż, nie jestem z tego powodu szczęśliwy. Ale nie boję się, bo wierzę w siłę Żydów. Dopóki jesteśmy zjednoczeni, żadne zagrożenie z zewnątrz mnie nie przerazi.

***

W 1983 roku znany izraelski pisarz Amos Oz napisał reportaż „Na ziemi Izraela”. W jednym z rozdziałów opisuje swoją wizytę w Ofrze i dyskusje, które toczył z jej mieszkańcami. Pytanie, które postawił im na koniec, wydaje się dziś, po listopadowych wyborach, które tak bardzo umocniły skrajną prawicę w tym kraju, nawet bardziej aktualne, niż przed 40 lat:

„Na koniec chciałbym postawić fundamentalne pytanie, za waszym śladem. Czy to możliwe, że ceną zdobycia wszystkich ziem Izraela będzie głębokie pęknięcie w narodzie? Tak wielkie, że ludzie pójdą do walki z poczuciem, że wbrew sobie idą oddać życie za sprawę, którą przynajmniej połowa narodu, w przeciwieństwie do was, widzi jako coś absolutnie nie do przyjęcia? I jeżeli ceną za utrzymanie całości ziem jest podział narodu na pół w kwestii życia i śmierci, to czy waszym zdaniem warto ją zapłacić?”.

Udostępnij:

Agata Kasprolewicz

Dziennikarka „Raportu o stanie świata Dariusza Rosiaka”. Autorka cyklu literackiego „Raport o książkach”. Wcześniej związana z redakcji publicystyki międzynarodowej Polskiego Radia. Laureatka nagrody Grand Press w 2017 roku w kategorii najlepszy reportaż radiowy. Nominowana w roku 2021 do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za cykl „Raport z przyszłości. Jedzenie”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne