0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga KucharskaIl. Iga Kucharska

Od 1 styczna obowiązują nowe przepisy Kodeksu karnego wykonawczego (Kkw), w tym art. 79 o zatrzymaniu i doprowadzeniu skazanego do aresztu śledczego.

1. Skazanego na karę pozbawienia wolności sąd poleca zatrzymać i doprowadzić do aresztu śledczego.

1a. W uzasadnionym wypadku, na wniosek skazanego, sąd może wezwać skazanego do stawienia się w wyznaczonym terminie w areszcie śledczym, położonym najbliżej miejsca jego stałego pobytu, wraz z dokumentem stwierdzającym tożsamość, jeżeli dotychczasowa postawa i zachowanie skazanego uzasadniają przypuszczenie, że skazany stawi się na wezwanie. Zarządzenie wymaga uzasadnienia.

2. Jeżeli w wypadku, o którym mowa w § 1a, skazany, mimo wezwania, nie stawił się w areszcie śledczym, sąd poleca go zatrzymać i doprowadzić. Kosztami zatrzymania i doprowadzenia sąd obciąża skazanego.

3. Przeniesienie skazanego z aresztu śledczego do właściwego zakładu karnego następuje po decyzji klasyfikacyjnej komisji penitencjarnej.

4. Jeżeli skazanym jest żołnierz, obowiązek zatrzymania i doprowadzenia spoczywa na właściwych organach wojskowych.

Na grupie dla osób, które mają coś wspólnego z więzieniami, pytam, kto chciałaby o tym porozmawiać. Kilka osób lajkuje, kilka nie wie, że coś się zmieniło, kilka się zgłasza.

Grzegorz pisze: „Witam, jest tak: Jedzie pani z rodziną do marketu i już pani z niego nie wyjdzie. Na oczach ludzi, dzieci, gleba, bransoletki, nawet pożegnać się nie ma jak, a u dzieci trauma i szok”.

Brat Grzegorza został zatrzymany w sklepie, jego kolega w kościele. „Nadmienię, że żadni z nich wielcy przestępcy, skazani np. za alimenty, a tak potraktowani. Od wieków było tak, że dostawało się wezwanie do zk. Nagle zmiana i nikt o tym nie powiadamia. Osiem dni po rozprawie brat już był w zk w Sieradzu. Zabierają bez wyznaczonego terminu. Trzeba siedzieć na walizce w domu i czekać. Bo lepiej z domu, jakby z kościoła mieli wziąć. Byłem w momencie zatrzymania brata, to tylko dzieci zabrałem, by nie patrzyły. Choć wyrok stosunkowo krótki, trzy miesiące, to samo przeżycie przerażające, nie do opisania. Bez żadnego info trzech policjantów i ręce na mur”.

Maks pisze do mnie, że czeka na doprowadzenie do więzienia i nie wie, kiedy to nastąpi. Śpi niespokojnie.

„Ogólnie raz już siedziałem. Pierwsza sprawa była z 2018 roku. Wtedy przychodził list do domu z datą i godziną, do której trzeba było się stawić. A teraz przyjdą, nie wiadomo kiedy, bo nie ma terminu, tylko informacja, że człowiek skazany. A idzie się na bramę zakładu karnego, to bez papierku nie przyjmą”.

Pytam, czy ze mną o tym porozmawia.

„A przyjedzie pani do mnie? Ja z Radomia?”.

„Przyjadę”.

„Wyjdę po panią na peron”.

W umówiony dzień wysiadam na stacji Radom Główny. Maks znika z messengera.

List gończy za Łukaszem

Na „więziennej” grupie pojawia się nowa wiadomość. Z profilowego zdjęcia patrzy facet z lekko „bokserskim” nosem i dziarą na przedramieniu. Przytula kilkuletnią dziewczynkę. Wygląda, że dobrze się bawią.

Łukasz, przedstawiciel handlowy z branży farmaceutycznej z Warszawy ma 31 lat. Zgadza się na rozmowę przez telefon.

– Wyrok był prawomocny 6 września zeszłego roku, czyli przed zmianą Kkw – zaczyna. „Wyrok” i każde słowo z „r” wymawia w wibrujący sposób. I pamięta każdą datę. W pierwszej instancji dostał rok i trzy miesiące oraz karę 6 tys. złotych.

– Pierwszy zarzut to niby oszustwo, a drugi podżeganie do usunięcia przez żonę ciąży, której nie było – twierdzi Łukasz.

Złożył apelację. W drugiej instancji sędzia uchylił pierwszy zarzut i rok kary. Pozostałych trzech miesięcy sąd nie chciał zamienić na prace społeczne ani grzywnę. Na rozprawie bezwzględnie żądał pozbawienia wolności.

Adwokat Łukasza napisał wnioski o odroczenie kary i sądowy dozór elektroniczny (SDE), tzw. opaskę. Dotarły do sądu 6 października 2022. 31 października przyszło dwóch policjantów po cywilnemu do ojca Łukasza. Twierdzili, że muszą jego syna pilnie przesłuchać. W domu była babcia. Aktualnego adresu wnuka nie podała.

Pięć dni później przyszło dwóch policjantów w mundurach. Tata Łukasza wyszedł z wanny, „Dwóch od was było już w tej samej sprawie”. Poszli. 15 listopada do Łukasza przyjechał dzielnicowy, zostawił kartkę, prosi o pilny kontakt. Łukasz był wtedy za granicą, zadzwonił po powrocie. Dzielnicowy nie odebrał. Oddzwonił trzy dni później z informacją, żeby się stawił na komendę na przesłuchanie w sprawie niepłaconych alimentów.

– Płacę miesiąc w miesiąc – zarzeka się Łukasz. – Chciałem się więc skontaktować z adwokatem, poprosiłem o sygnaturę akt. Dzielnicowy ich nie znał. Miał oddzwonić. Nie zadzwonił, temat ucichł.

15 stycznia 2023 roku Łukasz dostał pismo, że sąd, nie mogąc ustalić miejsca jego pobytu, 20 grudnia wystawił za nim list gończy.

– Przecież wiedzieli, gdzie mieszkam, a przyjechali tylko raz. Fakt, nie było mnie w domu, ale nie mam takiego obowiązku. Sam też nie zgłosiłem się do zakładu karnego, bo czekałem na rozpatrzenie wniosku o odroczenie i opaskę. Miałem stałą posadę, bardzo dobrą opinię od pracodawcy. Ale jak się dowiedziałem, że jestem poszukiwany, zrezygnowałem z pracy, żeby mnie tam nie złapali i się wstydu nie najeść. Z tego co wiem w 90 proc. przypadków sądy odrzucają wnioski o SDE, bo państwo ma z nas, więźniów zysk. Trzeba bezpłatnie odpracować 90 godzin na zakładzie karnym. Powinni dawać opaski, bo zakłady są przeludnione – twierdzi Łukasz.

Sprawdzam. Według danych Centralnej Służby Więziennictwa w maju 2023 roku średnie zaludnienie oddziałów wynosiło 92,9 proc., ale w rejonach warszawskim i katowickim już 94-96 proc. Na wykresie widać też, że od stycznia tego roku liczba osób osadzonych rośnie.

Rysunek: dwa kartoniki z sokiem pomarańczowym leżą na podłodze, na jednym z nich zamiast pomarańczy człowiek w masce. Na podłodze kałuża soku.
Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.press.

Może rząd się ogarnie

– Okazało się, że zostałem wpisany na listę jako poszukiwany przestępca, jakbym zabił – Łukasz wraca do tematu. – Była tam informacja, za co jestem skazany, data urodzenia, imiona rodziców i panieńskie nazwisko mamy. Już to było krępujące.

10 marca miało się odbyć posiedzenie sądu o wstrzymanie kary i SDE.

1 marca, o godzinie 20:00 dzwonek do drzwi. Pod domem dwa nieoznakowane radiowozy i walenie do drzwi: „Policja, otwierać!”. Policjanci złapali za klamkę.

– Drzwi się uchyliły, pies zaczął szczekać, wpadło pięciu funkcjonariuszy po cywilu. Nie wylegitymowali się, ale policjanta kryminalnego po twarzy poznasz – mówi Łukasz. – Zapytali tylko o imię i nazwisko, kazali zamknąć psa w pokoju i że idziemy. Chciałem się spakować. Oni, że nie. Chciałem zadzwonić po mamę, żeby klucze od mieszkania wzięła. Inaczej pies by zdechł. Nie pozwolili. Bez skarpetek wyprowadzili. Bałem się, czy mnie jakiś sąsiad nie widzi – wspomina Łukasz.

Zawieźli go na komendę, na dołek, do aresztu śledczego i w końcu do więzienia.

– Od kiedy dostałem informację o wystawieniu listu gończego, do zatrzymania minęło półtora miesiąca. To było takie życie, że jak ulicą jechała policja, to się bałem, że mnie zgarną. Jak szedłem do sklepu, to tylko blisko, w czapce, w dresie z kapturem. Albo jeździłem uberami zamawianymi na drugą stronę osiedla. Nie mogłem się z córką zobaczyć. Rodzice mi z psem wychodzili, byłem wylogowany za wszystkich Facebooków, messengerów, żeby nie namierzyli sygnału.

Nabawiłem się zaburzeń depresyjno-lękowych. W zk wpisali mi w karcie, że żyję w ciągłym strachu. Nic mi się nie chciało, miałem słaby apetyt, nie brałem udziału w zajęciach. Tylko leżałem.

Dostałem leki na wewnętrzny spokój i opanowanie. Dalej leczę się u psychiatry, choć wyszedłem z zk dwa miesiące temu.

Pytam Łukasza, jaki według niego był cel zmiany Kkw.

– Nie wiem, ale mam nadzieję, że rząd się ogarnie. Mam jeszcze jedną sprawę w toku, dostałem wyrok. Na opaskę się kwalifikuję, złożyłem papiery o odroczenie, ale nie wiem, czy jutro ktoś po mnie nie przyjdzie. Żyję w niepewności.

Bileciku nie ma, jest policja

Dzwonię do kilku sądów. Rzecznicy każą wysłać pytania mailem, ale nie odpisują. Tylko przewodnicząca wydziału karnego na południu Polski decyduje się porozmawiać. Zastrzega anonimowość.

– Generalnie to przyspiesza proces – zaczyna przewodnicząca. – Do zeszłego roku jak wyrok się uprawomocnił, szły wezwania do stawienia się w zakładzie karnym. Część się stawiała, część nie. Wszystko się przeciągało. Teraz od razu idzie nakaz doprowadzenia.

Zauważam, że wiele osób się tego nie spodziewa.

– Fakt, zmiana przepisów nie była zbyt nagłośniona i skazani są zaskoczeni. Zwłaszcza ci, którzy już wcześniej mieli do czynienia, że tak powiem. Czekają na przysłowiowy „bilecik”, a tu przychodzi policja. To jednak przyspiesza proces i gwarantuje nieuchronność kary.

– Trudno żyć, kiedy nie zna się dnia ani godziny?

– Skazani mogą złożyć wniosek o wysłanie przez sąd wezwania do stawienia się w zakładzie karnym – reflektuje się sędzia. – Fakt, że muszą wycelować w czas po uprawomocnieniu się wyroku, ale zanim sąd wyśle nakaz doprowadzenia. No i sąd może taki wniosek przyjąć tylko w uzasadnionym wypadku.

– A co, jeżeli policja nie zostaje skazanego?

– Sąd po miesiącu wydaje list gończy, który trafia do wszystkich służb mundurowych.

– Z tego co wiem, może też zdecydować o jego publikacji w prasie, radiu, telewizji i internecie.

– U nas do tej pory takiej praktyki nie było – kwituje przewodnicząca.

Słyszę skrzypnięcie drzwi. – Przepraszam, muszę kończyć, bo tu pan dyrektor…

Nie zdążyłam zapytać, kiedy można pisać wniosek o „bilecik”. Ale niespodziewanie dzwoni rzecznik sądu okręgowego we Wrocławiu.

– Gdy coś w rodzinie się dzieje – odpowiada sędzia Marek Poteralski. – Sąd może też uwzględnić powód zdrowotny, a nawet zawodowy. Z tym że to musi być udokumentowane – mówi sędzia i potwierdza, że nowe przepisy przyspieszyły drogę skazanych do więzień o 2-3 miesiące. – Nikt takimi statystykami się jednak nie zajmuje – mówi sędzia.

– Ani najwyraźniej informowaniem o zmianie przepisów, skoro ludzie są zaskoczeni.

– Jeśli ktoś się interesuje swoją sprawą, to przy ogłoszenia wyroku już wie o karze pozbawienia wolności – odpowiada Poteralski. – Sąd nakaz doprowadzenia wysyła pocztą. Czasami mijają 2-3 tygodnie, zanim jednostka go otrzyma. Policja ma pewnie kolejkę takich nakazów, więc skazany zyskuje trochę czasu. Może też sam zgłosić się na komisariat zgodnie z miejscem zamieszkania, ułatwić pracę policji i uniknąć zatrzymania w domu czy na ulicy – sugeruje sędzia.

Przeczytaj także:

Sandra: Z perspektywy dziewczyny

„Na widok policjantów tracę przytomność”– napisała Sandra z Wrocławia. Studiuje prawo, jej chłopak kończy odsiadkę. „Chętnie opowiem, jak to jest z perspektywy dziewczyny. Kiedy czeka się na ten dzień. Żeby zabrali”.

Dzwonię, Sandra nie odbiera. Odpisuje kilka dni później: „Przepraszam najmocniej, mam nawrót depresji. Ale chętnie się tym doświadczeniem podzielę”.

Nie muszę zadawać pytań, bo Sandra ma niezłą gadkę. – Mój Michał dostał rok i cztery miesiące. Założyli mu opaskę. W grudniu z kuratorką miał jakieś zacinki, coś do niej zapyskował. Dwa dni później przyjechali mu tę obrożę zdjąć. Mówię: „No to po Wigilii”. Bo to było dwa tygodnie przed świętami. I każdego dnia, jak tylko na klatce stuknęły drzwi, już nie spałam, robiłam kółka po domu. Wizjer miałam tak przekręcony, żeby się nie zamykał, bo jak się go odsłaniało, było słychać. Kazałam Michałowi wsiadać na innym piętrze do windy i czekać, aż sprawdzę klatkę.

Cały czas prałam i składałam mu ciuchy do torby. A on, jak je z tej torby przez te pięć miesięcy brał, to się tak na mnie patrzył. No ale lepiej być przygotowanym, nie? Miałam nasze zdjęcia wywołane i popakowane w torbie. Ale potem nie wzięli mu tej torby.

Bałam się wychodzić do pracy, mieliśmy jedne klucze, „Jak cię kurwa zamkną, to do domu nie wejdę”, mówiłam. Przestał jeździć do mamy. Sytuacja ucichła, jak przyszły święta. Smutne, niesmutne, we dwoje. Na Wielkanoc też zostaliśmy w domu, żurek był z kartonu.

Jak widziałam policję, to wymiotowałam, telepawki dostawałam. Każde pokazywanie dokumentów to było ryzyko, więc mój Michał bał się chodzić do lekarza. Pół roku ukrywania się, zanim zarobiliśmy na adwokata. Złożył wniosek o odroczenie kary. A potem mój Michał już nie chodził do pracy, bo się baliśmy, że tam go zgarną. Nie dało się nic planować, miałam na studiach zaliczać jedną sesję, drugą, totalnie coś innego w głowie.

Do 31 kwietnia nikt nie zapukał do drzwi, nie przyszło żadne zawiadomienie. Policja spisywała Michała kilka razy, ale nie pokazywał się w systemie. Ktoś nie zaznaczył, że jest poszukiwany.

Usiedli na Michała jak na Floyda w Ameryce

– 1 maja siedziałam na balkonie i gadałam o tym z koleżanką – opowiada dalej Sandra. – Nawet nie pomyślałam, że wredna sąsiadka może słuchać. W 2o minut była u mnie policja. Prawie przytomność straciłam. Już wiedziałam, że mi go zabiorą. Ale poczułam też trochę ulgę: „Lepiej niech już siedzi, niż dalej się tak męczyć”.

Chciałam tylko dać im dowód Michała, a policjantka wrzeszczy: „Co ty kurwa tu wyjeżdżasz!” i że mam niczego nie dotykać. Popchnęła mnie na ścianę, zaczęli przeszukiwać mieszkanie za tym dowodem. A mój Michał dostał, kurwa, szału. Policjant usiadł mu na klatce. Zaczęłam płakać, bo tego Floyda w Ameryce tak zabili.

Skuli Michała, ale rozerwał kajdanki. Całe łapy miał pocięte. Dostałam ataku padaczki. Trafiłam do szpitala, Michał też. Musieli go pozszywać po tych kajdankach. Chciał policjantów nagrywać, dostał od nich w karetce w twarz i ukradli mu telefon. Wiem, bo adwokat wnioskował o dostęp do rzeczy z zatrzymania. Telefonu nie było. Są policjanci i tak zwane psy.

Przez dwa lata, jak jesteśmy razem, nie spędziliśmy nocy bez siebie. Jesteśmy totalnie nierozłączni. Mamy do siebie jakiś taki instynkt zachowawczy. Więc czułam się, jakby on umarł, tym bardziej, że przez pierwsze dwa tygodnie nie mieliśmy kontaktu. Nie jesteśmy po ślubie, nikt mi nie chciał udzielić informacji.

Teraz to już przyzwyczaiłam się, ale pierwsze tygodnie po zamknięciu nie wstawałam nawet na siku.

To mi taką sieczkę z głowy zrobiło, że szok. Dostałam stresu pourazowego i stanów lękowych, tak stwierdzili mój psychiatra. Po dziś dzień jak widzę policję, to się telepię.

Gdyby były te bilety, to człowiek by dostał dwa tygodnie wcześniej list i by się nastawił. A tak żyliśmy pod wielkim znakiem zapytania. Michał mógł sam pójść na policję, ale nie chciał, bo złożył wniosek o odroczenie. Mój znajomy się zgłosił. Miał śmieszny wyrok, trzy miesiące i go puścili, bo nie było miejsca w zakładzie. Tym bardziej, że jest straszny niedobór ludzi w służbie więziennej. Wiem, bo się interesuję i śledzę. Myślałam, żeby tam pójść do pracy, jak skończę prawo. Siostra jest prokuratorem, mama kuratorem, więc zawsze w płaszczyźnie prawnej się obracałam i do prawa mnie ciągnęło.

Aktualnie mój Michał jest w ZK w Nysie. Składał o przedterminowe zwolnienie, bo ma umowę o pracę, miał. Mogą mu zarzucić porzucenie stanowiska pracy.

Dzwonię do niego i pytam: „Co robisz?”. „Siedzę. Siedzę stojąc, siedzę leżąc”. Nie rozumiałam, o co chodzi, jestem czasami taką blondynką mentalną. No, a on siedzi w pierdlu. Cieszę się, że jest w miarę bezpieczny. Choćby miał siedzieć do tak zwanego dzwonu czyli do końca, to niech już siedzi.

Dlaczego zrezygnowano z biletów? Myślę, to forma kary: zrazić ludzi do występków, że tak nazwę, karnych. Uważam to za skurwysyństwo, bo człowiek żyje w takiej niepewności, że głowa mała. A z drugiej strony, nie wolno mieć litości, wszystkie czyny zabronione, powinny być potępione. Tylko pytanie, czy aż w taki sposób?

Rysunek: mężczyzna w pomarańczowej bluzie z kapturem stoi przy oknie. Patrzy zza firanki na radiowóz policyjny na sygnale.
Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.press.

Żyję od terminu do terminu

Ping, nowa wiadomość na messengerze. Od Wojtka z Lublina.

„Witam, czekam na apelację i zastanawiam się, jak to teraz działa? Odbywałem już kary, nie ukrywam, ale jak były bilety. Teraz to jakaś paranoja. Nic nie można zaplanować. Czekać? Ukrywać się? Wcześniej przy warunkowym przedterminowym zwolnieniu brano pod uwagę, czy ktoś zgłosił się sam czy nie. Teraz nie ma na to szans, a policja ma więcej roboty. Kto zapłaci za te konwoje? Ministerstwo Sprawiedliwości porządek chce robić, ale to ich sposób na chory system, który stworzyli. Ktoś za drobne sprawy idzie w izolację, zamiast dostać opaskę lub prace społeczne. A utrzymanie człowieka w zk to 4 tys. zł miesięcznie. Jak poznam szczegóły swojego finału, to się odezwę. Jak zdążę”.

Wojtek odzywa się po trzech dniach:

„Witam. Nie przestaję o tym myśleć, bo się nie da. Mam zaburzenia osobowości, stany lękowe, depresję. Leczę się. Powodów jest kilka: dzieciństwo, sprawy rodzinne, alkohol, wyroki i teraz to doprowadzenie, więc kumulacja. Nerwowo reaguję na dzwonek, pukanie, domofon, wiele rzeczy mnie denerwuje. Kolega mi mówił, że u niego po wyroku przez pół roku nic się nie działo, a u innego po dwóch tygodniach już byli w domu – martwi się Wojtek, z zawodu kucharz, który od kilku lat pracuje jako DJ. Ma drugą żonę i dwóch małych synów.

Po tygodniu przysyła kolejne wiadomości:

„Witam. Mam nowy termin w sądzie. Dziś specjalnie nie byliśmy. Adwokat wzięła L4, aby to wszystko przedłużyć. Dopóki apelacja nie ruszy, nic mi nie grozi, a każdy tydzień z rodziną jest bezcenny. Dziewięć miesięcy trwało śledztwo do tej sprawy, byłem w areszcie praktycznie bez widzeń i telefonów. Od końca lutego jestem w domu, mogłem być na komunii syna. Wiem, że trzeba ponieść karę, więc nie narzekam, ale żyję od terminu do terminu.”

Aspirant gra i śpiewa

Próbuję się dowiedzieć u źródła. Z Komendy Głównej Policji dostaję w odpowiedzi głównie opis zmian w ustawie, informację, że funkcjonariusze mogą używać ściśle określonych środków przymusu bezpośredniego oraz broni palnej. – Jednocześnie informuję, że nie gromadzimy danych na temat liczby przypadków poszukiwania skazanych listem gończym, które mogą pozostawać w dyspozycji Ministerstwa Sprawiedliwości – odpowiada mailem insp. Mariusz Ciarka, rzecznik prasowy KGP.

Wysyłam pytania do Ministerstwa Sprawiedliwości i dzwonię na kilka posterunków policji. Nie odbierają albo odsyłają do rzeczników regionalnych. Jedynie oficer prasowy w jednej z bieszczadzkich komend słucha cierpliwie pytań.

– Niestety, sam nie realizuję doprowadzeń, więc mojego życia zmiana Kkw w znaczący sposób nie utrudniła. Ale na pewno teraz tych nakazów będzie więcej – przyznaje starszy aspirant.

Tłumaczy, że zazwyczaj zatrzymanie realizuje dwuosobowy patrol. Jeśli osoby skazanej nie ma w domu, policjanci jeżdżą do skutku. Jeśli osoba jest im znana, wiedzą, gdzie jej szukać. Zatrzymanych przywożą do komendy i konwojują zwykle do Leska, bo nie mają bliżej PDOZ-etu (pomieszczenie dla osób zatrzymanych, zwane dołkiem). Tam zatrzymanego przejmuje wydział konwojowy.

– Listów gończych chyba dużo nie było wydawanych – zastanawia się starszy aspirant. – Ale musiałbym rozpytać kolegów. Gdyby mi pani podała raz jeszcze swoją godność, to oddzwonię.

– Agnieszka Rodowicz. Jak Maryla.

– Super. A śpiewa pani? Pytam, bo ja gram na gitarze. Jak jest rok szkolny, to robię pogadanki dla dzieci o bezpieczeństwie. Od września będę im treści przekazywał grając i śpiewając. Planuję też występy rockowe, wieczorki w bieszczadzkich klubach, to zapraszam.

Po dwóch godzinach starszy aspirant oddzwania:

– Nie mieliśmy dużej ilości nakazów doprowadzenia.

Dopytuję jeszcze o „bransoletki”.

– Wcześniej zakładanie kajdanek było wskazane tylko, jeżeli osoba była agresywna. Teraz przy zatrzymaniu zawsze powinno się zakładać kajdanki. Z przodu, jeżeli względy bezpieczeństwa na to pozwalają albo z tyłu. Decydują policjanci. Z rękami skutymi z tyłu trudno się biega. A niestety zdarzało się, że zatrzymani… nooo, yyyy… uciekali. Więc zmieniły się przepisy – kończy starszy aspirant.

Taniej jak przyjadą i zabiorą człowieka?

Norbert ma 30 lat, mieszka w Łodzi, pracuje jako kasjer-sprzedawca w supermarkecie. Napisał: „Dzień dobry ja w sprawie reportażu. Czekałem na bilet… czekałem, przyjechała Psiarnia o 06:15”.

Norbert prosi mnie o pytania. Wysyłam.

„Z jednego zrezygnuję. Za co byłem w zk. Nie lubię takich pytań. Wyrok nie był wysoki. Rok prac społecznych.

Pytam Norberta, jakie prace społeczne można dostać.

„Miałem do odrobienia 30 godzin przez miesiąc na Aquaparku pod okiem ratowników. Albo pielenie i wszystko co z ogrodnictwem związane. Kazali się nie spieeeszyć, powoooli robić swoje. Tyle że słońce to nie jest mój przyjaciel. A jak patrzyłem na klientów Aquaparku, jak się pluskają, to mi żyłka chodziła. Niestety w robocie mamy też rotację grafikową i nie mogłem odrobić prac społecznych” – przyznaje Norbert i zgadza się na rozmowę telefoniczną.

Sąd zamienił mu prace społeczne na karę sześciu miesięcy pozbawienia wolności. Wyrok zapadł pod koniec czerwca zeszłego roku.

– Dostałem go pocztą. Spodziewałem się biletu w jedną stronę. Nic, a zaglądałem do skrzynki codziennie. I codziennie, godzina piąta rano już nie spałem. Panikowałem, jak widziałem auto pod bramą. W internecie pojawił się list gończy na mnie. Bardzo dziwne, bo sąd znał mój stały adres, nie ukrywałem się, nie unikałem policji. Bałem się ich, to fakt, bo znam koleżkę, którego z ulicy zgarnęli.

31 sierpnia o szóstej rano ktoś zapukał.

– Spałem akurat po popołudniówce, dziewczyna otworzyła. „Norbert, policja do ciebie”. Rzuciłem niekulturalnym, „O kurwa, jak to policja!?” Wolałbym dostać zawiadomienie i być gotowy, psychicznie i fizycznie się nastawić. Bo jak policja wbija o szóstej, człowiek się stresuje – opowiada Norbert. – Ja w płacz, dziewczyna w płacz, a raczej w histerię.

Policjanci pozwolili mu pożegnać się z dziewczyną i wypalić ostatniego papierosa. – Prosiłem, żeby nie zakładali kajdanek, żeby któryś z sąsiadów nie widział.

Zabrali jeszcze chłopaka dwie bramy ode mnie. Pewnie pod koniec miesiąca się biorą do roboty, żeby im się statystyki zgadzały.

– A jak pan myśli, czemu zrezygnowali z wezwań?

– Oszczędzają na papierze, bo przecież polska policja jest biedna. Ciągle o tym huczą. Może taniej im wyjdzie, jak przyjadą i zabiorą człowieka?

Adwokatka: Jest pole do nadużyć

Adwokatka Ewa Koper zamieściła na swoim blogu wpis: „Zatrzymanie i doprowadzenie zamiast „biletu„ do zakładu karnego”.

– Nie uważam, żeby to było zasadne – stwierdza adwokatka z Oświęcimia, kiedy pytam, jak widzi zmianę przepisów. – Nie wiadomo, kiedy doprowadzenie się odbędzie, co powoduje, że człowiek jest wyrywany ze swojego środowiska. Mam klienta, który się załapał na nowe przepisy. Składaliśmy wniosek o odroczenie wykonania kary z wnioskiem o wstrzymanie jej wykonania i o to, żeby sąd wysłał mu wezwanie, zamiast przysyłać po niego policję. To osoba w jesieni życia, mieszka w bloku. Grozi jej doprowadzenie na oczach rodziny, sąsiadów.

Jeżeli ktoś chce uciec przed wyrokiem, i tak to zrobi. W mojej ocenie przynajmniej jednorazowo „bilet" powinien być wysłany. Teraz muszę składać pismo do sądu i tłumaczyć, że zachodzi ten nadzwyczajny przypadek uzasadniający wysłanie wezwania. Dla mnie to nie jest wielkie utrudnienie, natomiast odwrócenie tej zasady mi się nie podoba. Moim zdaniem wpisuje się w ogólną politykę karania, coraz surowszą na przestrzeni ostatnich lat. Widać to po coraz wyższych karach, częstszych aresztach. Klient, o którym mówiłam, miał sprawę o oszustwo na kilkadziesiąt tys. zł. Został skazany na ponad 3 lata bezwzględnego pozbawienie wolności, czyli bez możliwości warunkowego zawieszenia wykonania kary. Wcześniej nie był karany. To w mojej ocenie bardzo surowy wyrok.

– A zakuwanie w kajdanki, także w miejscach publicznych?

– Nie znajduję dla tego wytłumaczenia – odpowiada adwokatka. – Mamy teraz dużą ochronę danych osobowych, a tu dochodzi do zatrzymania na oczach osób postronnych. Nie zawsze kary są wieloletnie, często tylko kilkumiesięczne. Ten czas szybko leci, osoba wraca do środowiska i ma przyklejoną łatkę, że nie wiadomo co nabroiła, skoro policja ją łapie np. pod kościołem. Dawniej rodzina mówiła, że ktoś wyjechał za granicę czy pracować. Wracał i niektórzy nawet nie wiedzieli, że był w zakładzie karnym. Trzeba ponieść karę, ale takie napiętnowanie to chyba zbyt dużo.

– A co pani myśli o listach gończych i ich upublicznianiu?

– List gończy ma być wydany, gdy miejsce pobytu skazanego nie jest znane. Pytanie, jak sąd będzie weryfikował kwestię tego pobytu. Człowiek skazany nie ma obowiązku przebywać 24 godziny w miejscu zamieszkania, bo chociażby musi coś jeść. Wychodzi na zakupy albo z innych powodów wyjeżdża na jakiś czas i policja go nie zastaje. Przepisy nie wymagają przeprowadzenia wywiadu, aby sprawdzić, czy skazany w danym miejscu przebywa. I to może być jakieś pole do nadużyć, a rozpowszechnienie w takim wypadku wizerunku z informacją o wyroku to według mnie nadmierna ingerencja w prywatność.

poszukiwani.policja.pl

Napisałam do Ministerstwa Sprawiedliwości, sześciu zakładów karnych i aresztów śledczych, oraz Centralnego Zarządu Służby Więziennej, by dowiedzieć się, jakie są efekty nowych przepisów. Odpisała tylko centrala, cytując obszernie ich brzmienie i dodając, że liczba osób oczekujących do stawienia się w areszcie śledczym maleje.

Potem potwierdził Areszt Śledczy Warszawa-Grochów: „zaobserwowano zwiększoną liczbę osób zatrzymanych i doprowadzanych do tutejszej jednostki penitencjarnej”.

Kończyłam już pisać tekst, gdy zadzwoniła starsza aspirant Anna Matys, rzecznik komendy policji powiatu szczecineckiego.

– Jesteśmy teraz obłożeni większą ilością listów gończych, bo bardzo rzadko ktoś się sam zgłasza. Może 1 proc. W takim przypadku skazany ponosi koszty związane z podróżą do zakładu karnego, a jak jest zatrzymany przez policję, to nie. Zmiana w przepisach polega też na tym, że gdy miejsce pobytu skazanego na karę pozbawienia wolności na terenie kraju nie jest znane, sąd wydaje postanowienie o poszukiwaniu go listem gończym. Daje to możliwość publikacji wizerunku osoby poszukiwanej przez wymiar sprawiedliwości.

– Trafia na stronę poszukiwani.policja.pl? – upewniam się.

– Tak, to idzie z automatu. Dlatego wśród osób poszukiwanych na przykład za rozbój i skazanych załóżmy na trzy lata więzienie, są też takie, które nie zapłaciły za mandat i zostało im to przeliczone na powiedzmy 15 dni aresztu. Kiedyś listy gończe były synonimem najpoważniejszych kategorii przestępstw.

Przyświecała temu idea, że przestępcy mieli być rozpoznawalni. Teraz to się trochę, hm, spłaszczyło.

– A czy dzięki temu policja szybciej znajduje poszukiwane osoby?

– Nie, nie ma to większego wpływu na nasze działania.

W ostatniej chwili odbieram jeszcze email z dwóch jednostek. Komisarz prasowy Barbara Salczyńska-Pyrchla z Białej Podlaskiej odpowiada, „że nie prowadzą statystyk, które odnosiłyby się do czasookresu, jaki mija od momentu wpłynięcia do jednostki listu gończego do jego realizacji.”

Komendant Powiatowy Policji w Miliczu, insp. Mariusz Tański informuje, „że ilość czynności związanych z poszukiwaniem osób na podstawie listów gończych jest większa o około 40 proc. w stosunku do okresu sprzed wprowadzenia zmian w Kkw”.

Do czasu publikacji reportażu na moje pytania nie odpowiedziało Ministerstwo Sprawiedliwości.

Personalia niektórych bohaterek i bohaterów reportażu zostały na ich prośbę zmienione.

;

Udostępnij:

Agnieszka Rodowicz

Reporterka, fotografka, studiowała filologię portugalską. Nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za reportaż o uchodźcach i migrantach w pandemii (2020), zdobyła też wyróżnienia Prix de la Photographie Paris 2016 i 2009.

Komentarze