0:00
04 kwietnia 2021

Spis powszechny na miarę Polski. Nasza władza wcale nie chce wiedzieć

Nie jest powszechnym spis, który celowo, świadomie przewiduje wymazanie ludzi i ich sytuacji społecznej i rodzinnej. Taki spis jest jeszcze jednym instrumentem reprodukowania dyskryminacji. Nie odzwierciedla jednak rzeczywistości - dla OKO.press pisze prof. Monika Płatek

Wydrukuj

1 kwietnia 2021 roku rozpoczął się Powszechny Spis Ludności. Kolejny. Potrwa do 30 września 2021 roku. Powstaje pytanie, czy spis powszechny służy odzwierciedleniu tego, co jest, czy wykreowaniu wizji wygodnej dla rządzących, wbrew temu, co jest i co jest powszechne?

Czy służy zebraniu danych statystycznych, czy wzmocnieniu państwa z apetytem na dyktat? Czy ma to być samo-spis, czy rodzaj auto donosu?

Ewentualna uwaga, że pytania w spisie z 2021 roku w zasadzie powtarzają te ze spisu z roku 2011 nie rozwiewają wątpliwości.

Polska w roku 2021 jest innym krajem niż ta z 2011. I nie tylko z racji pandemii. Żyjemy w innej rzeczywistości. W tamtej nie wieszano publicznie na szubienicach portretów europosłanek i europosłów, którzy sprzeciwiali się łamaniu praworządności w Polsce. Trybunał Konstytucyjny nie był atrapą.

Władza nie ściągała państwa w przepaść autorytaryzmu. Policja nie była kojarzona z państwem policyjnym.

Jawne obrażanie i prześladowania uchodźców, środowisk LGBT i kobiet nie było instrumentem sprawowania władzy. W tamtej rzeczywistości przestępstwa komputerowe i wyłudzanie danych nie były tak powszechne i tak skuteczne. Dane nie były wykradane z urzędów, które miały je chronić.

Po co GUS-owi nasz PESEL?

Spis dotyczy pobytu każdej osoby w danym dniu, danym miejscu. Nie musi to być miejsce stałego zamieszkania. Nie musi to więc oddawać rozkładu przestrzennego. Jeśli jednak chodzi o rozkład przestrzenny powstaje pytanie w jakim celu GUS wymaga podania – obok daty urodzenia, imion rodziców, także numeru PESEL?

Poprzednie spisy nie odbywały się w reżimie RODO. Ten obowiązuje od 25 maja 2018 roku, także władze. Zapewnienia, że nasze dane są bezpieczne i objęte tajemnicą nie wytrzymują próby faktów. Wycieki z systemów - równie chronionych - sądowych, rządowych, uczelnianych są faktem. Żyjemy w kraju, w którym Macierewicz wydał tajnych współpracowników Polski narażając ich bezpieczeństwo, życie i godność na szwank. Zaufanie do władzy, która notorycznie łamiąc Konstytucję upodabnia kraj do państwa autorytarnego i policyjnego nie poprawia tej wizji.

Nieudolność organizacyjna niemal każdego dnia wykazywana w sprawach nawet tak ważnych jak szczepienia przeciwko COVID-19 powstrzymują przed optymizmem, że nasze dane będą rzeczywiście służyły jedynie kwestiom organizacyjnym. I jeśli GUS grozi, że o ile się sama nie spiszę to zapuka do moich drzwi osoba spisująca, to znaczy, że wie, gdzie mieszkam i w jakich warunkach i z kim, więc dlaczego domaga się mimo to danych uznanych obecnie za wrażliwe? Ilość ostrzeżeń, że podanie adresu, daty i numeru pesel może się skończyć wziętymi na nasze nazwisko pożyczkami, które będziemy musieli spłacać nie poprawia poczucia bezpieczeństwa.

Dziś jesteśmy inni, bardziej świadomi swoich praw

I my dziś jesteśmy inni. Podzieleni jak nie byliśmy w 2011. Jeszcze bardziej nieufni i wobec władzy, i wobec siebie. I jednak – choć czasy teoretycznie temu nie służą – bardziej jesteśmy świadomi swoich praw, także praw człowieka. Jest w wielu z nas niezgoda na wykluczanie ludzi ze względu na posiadane cechy - identyfikację płciową, orientację psychoseksualną, wyznanie, pochodzenie etniczne i kulturowe.

Przeglądając pytania spisu staje się jasne, że nie o powszechność w nim chodzi, lecz o przykrojenie nas do pewnego – sztucznego – obrazu. Jest w nim miejsce tylko na jedno obywatelstwo, sztuczną, genderową binarność damsko-męską i związki heteroseksualne. Polska ma wyglądać na białą, katolicką, heteroseksualną, złożoną z samych Polaków.

Znika islam i Ślązacy. Unikamy wiedzy, ilu z nas ma już kilka obywatelstw. Dlaczego? Nie ma też w spisie miejsca na islam czy judaizm, podobnie jak nie ma w nim miejsca na Ślązaków czy Kaszubów. Że można dopisać? No właśnie. To najlepszy dowód na świadome unikanie kategorii, o której wiadomo, że jest, ale której istnienie chce się wyprzeć, zatrzeć, usunąć.

Nie ma tęczowych rodzin. Spis usuwa też ze statystyki dziesiątki tysięcy rodzin tęczowych. Pozostają w związkach małżeńskich zawartych za granicą lub w związkach partnerskich, czasami też zawartych za granicą. Są z dziećmi i bez. Dzieciom urodzonym w takich związkach, polskim obywatelkom i obywatelom odmawia się uznania. Mają być niewidoczni i poza prawem. Nie jest powszechnym spis, który celowo, świadomie przewiduje wymazanie ludzi i ich sytuacji społecznej i rodzinnej. Taki spis jest jeszcze jednym instrumentem reprodukowania dyskryminacji. Nie odzwierciedla jednak rzeczywistości.

386 mln zł pójdzie na spis, ale jak będą wydawane - nie wiemy

Tegoroczny spis reguluje Ustawa o narodowym spisie ludności i mieszkań w 2021 roku (Ustawa z 9 sierpnia 2019 r. Dz. U. z 2019 r. poz. 1775, z 2020 r. poz. 1493; dalej: Ustawa). Art. 42 Ustawy stanowi, że z naszych pieniędzy pójdzie na ten cel 386 mln zł. W roku 2019 już wydano 12 mln. Brak specyfikacji jak były, są i będą wydawane kwoty ściągnięte z naszych danin. Wiadomo, że część tych pieniędzy związanych z informacją na temat spisu zgarnął dom mediowy założony przez Orlen. Znów Obajtek... Firmy medialne z dłuższym stażem i doświadczeniem odpadły. Dlaczego?

Nie wiem kto w Głównym Urzędzie Statystycznym (GUS) odpowiada za system elektroniczny do samo-spisywania się. Faktem jest, że już pierwszego dnia system się zawiesił. Dlaczego?

Władza organizuje spisy ludności od dawna. GUS informuje, że najwcześniej, bo w 1749 roku spisywać zaczęli się Szwedzi. Na ziemiach polskich nastąpiło to w 1789. Szło o obłożenie ludzi podatkami; uprzywilejowanych: szlachtę i kler ze spisu więc wyłączono. Z mitologii biblijnych wiemy, że spisy miały miejsce i w starożytności.

Często robione były po to, by ustalić ilu można wcielić do armii, obciążyć podatkami lub użyć w innym celu. Spis może być również rzeczywiście podstawą wiedzy, o tym: ilu nas jest, jacy jesteśmy, jak się zmieniamy i jak inaczej w związku z tym czas prowadzić politykę społeczną.

W prezentacji wyników spisu powszechnego z 2011 roku podkreślono, że:

„Spis powszechny to ważny moment w życiu narodu, kiedy państwo pyta swoich mieszkańców »ilu nas jest«, »jacy jesteśmy«, »jak żyjemy« oraz o inne najistotniejsze informacje związane z funkcjonowaniem społeczeństwa. To portret kraju, ukazujący demograficzną, społeczną i ekonomiczną strukturę jego mieszkańców w określonym czasie”.

Po co ten spis? Bo bez niego GUS byłby bezradny

Jaki określono cel obecnego spisu? Ustawa nie zawiera ratio legis – wyraźnego określenia celu w jakim została wydana. Nie wystarczy domyślać się, że chodzi o działanie rutynowe, powtarzane co dekadę. Pozostaje więc tytuł ustawy. Ustawodawca może bowiem również zakładać, że cel zawarty jest w samym tytule Ustawy. Celem jest więc powszechny spis ludności i mieszkań.

Problem w tym, że spis ludności przykrojony jest do potrzeb propagandowych, a o stanie posiadania zasobów mieszkaniowych dowiadujemy się z niego niewiele.

Na stronie GUS-u w zakładce „o spisie” znajduje się natomiast podzakładka zatytułowana „co by było, gdyby spisu nie było?”. Tam jest wiele, po co ten spis. I wychodzi na to, że bez spisu GUS byłby w praktyce bezradny.

„Wiecie, że to właśnie w spisach powszechnych ludności i mieszkań, realizowanych co 10 lat, zbierane są informacje o miejscu zamieszkania (nie zameldowania), informacje o wieku danej osoby czy jej statusie na rynku pracy? Te podstawowe informacje na temat ludności stanowią dla Głównego Urzędu Statystycznego jedne z najważniejszych danych”.

GUS deklaruje, że jest częścią międzynarodowej społeczności statystyków. Jest dumny ze swoich osiągnięć krajowych otwartych na rozwój. GUS chce wiedzieć kim jesteśmy? Chce, by przeprowadzanie spisu wpłynęło korzystnie na postrzeganie Polski na arenie międzynarodowej jako kraju wiarygodnego, o dużym znaczeniu.

Tylko płeć męska i żeńska, nie ma miejsca na transpłciowość i niebinarność

W pierwszym pytaniu spisu o wrażliwe dane osobowe GUS wymaga podania imienia, nazwiska, daty urodzenia, numeru Pesel i zaznaczenia płci.

Osoba odpowiadająca ma jednak wyłącznie wybór między płcią męską i żeńską. To dotyczy również płci dzieci. Mogą być tylko binarne. Nie ma możliwości wskazania na transpłciowość i niebinarność. To nie podnosi wiarygodności i nie potwierdza otwartości na rozwój. Stwarza natomiast, wbrew faktom, świat sztuczny.

Polskie prawo, choć zacofane i niehumanitarne posiada procedury prawnego uzgodnienie płci. Uznaje więc istnienie osób transpłciowych. Dlaczego nie ma ich w spisie, skoro ten ma oddawać rzeczywistość?

Malta, Austria, Niemcy to przykłady państw, które również uznają niebinarność. I ta jest faktem. Jeśli więc rzeczywiście przeprowadzenie spisu miałoby wpływać korzystnie na postrzeganie Polski na arenie międzynarodowej jako kraju wiarygodnego, o dużym znaczeniu, dlaczego unikamy uwzględnienia tych danych?

Margot i jej sprawa lepiej niż niejeden podręcznik uświadomiła polskiemu społeczeństwu, na czym niebinarność polega, i że nie gryzie. Polscy naukowcy też mają w tym swój wkład. Wydana w 2021 roku przez PZWL pod redakcją Jolanty Słowikowskiej-Hilczer, „Andrologia” nie pozostawia wątpliwości – płeć to spektrum między męskością, a żeńskością, a nie sztywny, zgenderyzowany podział na mężczyzn i kobiety.

A gdzie się podziały związki osób tej samej płci?

Kolejne pytania spisu o sytuację rodzinną w niebyt spychają związki osób tej samej płci. Pytania dają wybór między małżeństwem a związkiem partnerskim. To nie jest tak, że w Polsce jest się w związku nieformalnym z wyboru. Wybór powstaje dopiero wtedy, gdy można wybrać między małżeństwem a partnerstwem. W sytuacji, gdy małżeństwo (niezgodnie z art. 18 Konstytucji) zagwarantowane jest wyłącznie dla par różnej płci, a związki partnerskie bez względu na płeć pozostają nieuregulowane, wyboru takiego brak. Worek ujęty w spisie w kategorii „partner/partnerka” tuszuje brak regulacji uznających związki partnerskie i małżeństwo dwóch osób bez względu na płeć.

Jeśli byłoby tak, że związki osób tej samej płci zagrażałyby polskiej rodzinie oznaczałoby, że bez względu na statystyczne dane ze spisu kondycja polskiej rodziny byłaby beznadziejnie krucha. W istocie jest inaczej.

Brak regulacji związków i małżeństw osób tej samej płci to zaledwie dowód na słabość władzy niezdolnej do rządzenia bez podpierania się dyskryminacją grup mniejszościowych.

Samobójstwa młodych

To ma swoje, także statystyczne skutki. I powinno statystyków zajmować. Jesteśmy państwem, w którym rośnie liczba samobójstw ludzi młodych. Pandemia to zaledwie część wyjaśnienia. Częstym powodem zadania sobie śmierci - zwłaszcza przez ludzi młodych - są prześladowania ze względu na przypisywaną im nieheteronormatywność.

To przekłada się na poziom odczuwanego dobrostanu, o który spis nie pyta. Zdrowie to nie tylko brak choroby. To życie w miejscu, w którym ma się poczucie bezpieczeństwa i zaufania, i do władzy i do innych ludzi. Polska w rankingu poziomu szczęścia w 2020 roku znów spadła i jest teraz na dalekim 43. miejscu (w 2019 była na 40). Nie jest przypadkiem, że w tegorocznym rankingu wszystkie państwa w pierwszej dziesiątce, uznają związki - i większość małżeństwa - par tej samej płci. Władza w tych państwach musi robić więcej dla jej utrzymania, niż tworzyć strefy wolne od LGBTQ, wzbudzać strach i nienawiść. Statystyków to powinno frapować.

Spis mógłby być doskonałym instrumentem, by zobaczyć, jak rozległy jest to problem. Władza, która o to nie pyta, nie chce wiedzieć. Tworzy papierowy, nieprawdziwy świat na obraz i podobieństwo swoich patriarchalnych potrzeb. Z powszechnością spisu i prawdziwością zawartych w nim danych niewiele ma to wspólnego.

Czy żyją w Polsce wyznawcy islamu i judaizmu?

Spis unika dostrzeżenie innych nominacji religijnych niż chrześcijańskie. Pomijanie wyznawców islamu i judaizmu obnaża brak woli do rozpoznania rzeczywistości, w której żyjemy. Odzwierciedla lęki, idiosynkrazje i fobie. Nie odzwierciedla rzeczywistości.

Nie inaczej jest, gdy rzecz dotyczy grup etnicznych. Spis zawiera wiele grup etnicznych. I dobrze. Pomija te jednak, o których wiemy, że są, maja język, kulturę, tradycję. Czy właśnie dlatego spotyka ich ze strony władzy ostracyzm? Tak jakby polski i polskość znów była krucha, słaba i musiała uciekać się dla przetrwania do podstępów.

To świadome, wyraźne, celowe pomijanie Kaszubów i Ślązaków w pytaniu o pochodzenie etniczne to tylko kolejny dowód na to, że statystyką można manipulować. Kiedy jednak robi to GUS zaufanie spada i do spisu, i do państwa. W tych warunkach nieco na kpinę zakrawa stwierdzenie GUS, który prezentując ankietę stwierdza, że spis daje rzetelną wiedzę na temat struktury wyznaniowej i etnicznej kraju.

Jak słusznie zauważyła na Facebooku prof. Magda Środa, nie da się zakończyć ankiety, bo gdy w rubryce podaje się zawód (z listy do wyboru) nauczyciel akademicki, a w rubryce dotyczącej firmy, która zatrudnia, że nie zajmuje się ona działalnością rolniczą, lecz badaniami naukowymi w zakresie nauk społecznych i humanistycznych (z listu do wyboru), to dostaje się uwagę, że ten zawód nie zgadza się z tym czym zajmuje się firma, która osobę zatrudnia. To uniemożliwia zakończenie ankiety.

Magdalena Środa spędziła nad ankietą godzinę. W rozumieniu projektujących ją biurokratów, nauczycielka akademicka nie może pracować w miejscu, które zajmuje się badaniami naukowymi.

Z kolei znajoma doktor socjologii, żonata z kobietą stwierdziła, że pomimo groźby kary sprawozdawać się nie może – bo spis jej nie przewiduje.

Co twierdzi GUS i o czym warto rozmawiać

Skąd w ankiecie wskazane tu problemy? Chciałam to wyjaśnić u źródła. Wielokrotnie dzwoniłam do rzeczniczki prasowej Prezesa GUS. Dostałam nawet smsa, że oddzwoni. Nie oddzwoniła.

Przejrzałam więc przedstawione przez GUS uzasadnienie, którego brak w Ustawie – czemu służy tegoroczny spis. Zawarte poniżej uwagi to zaledwie przyczynek do rozmowy, którą warto podjąć na temat rzeczywistego, także statystycznie, oblicza polskiego społeczeństwa.

GUS twierdzi: Statystyki przygotowywane przez GUS są wyznacznikami dla tworzenia budżetu jednostek samorządu terytorialnego.

Moja uwaga: Praktyka pokazała, że nie ilość osób w gminie, a jej bliskość do rządzącej partii politycznej wpływa na dotacje i jej wysokość.

GUS twierdzi: Narodowy Bank Polski określa na podstawie spisu sytuację w sferze stabilności finansowej kraju.

Moja uwaga: Rosnąca inflacja, spadek wartości złotego dowodzi, że nie ilość ludzi, ale nieudolność bądź świadomie podejmowana polityka lekceważenia interesów przedsiębiorców w okresie pandemii ma znaczenie dla stabilności finansowej lub jej braku.

GUS twierdzi: Ministerstwo Edukacji Narodowej kształtuje politykę w zakresie oświaty bazując na strukturze demograficznej ludności, liczbie i wieku dzieci.

Moja uwaga: Szkoła w małych miejscowościach ma znaczenie nie tylko edukacyjne dla dzieci, ale także kulturotwórcze dla lokalnej społeczności. Dramatyczna walka o utrzymanie szkoły w Bezwoli do której chodzi dużo dzieci, ale mimo to szkołę chcą zamknąć jest najlepszym dowodem na to, że nie liczba i wiek dzieci ma decydujące znaczenie. Szkoła w Bezwoli to miejsce, w którym realizuje się idea otwartej edukacji w duchu niedyskryminacji i szansy na rozwój duchowy i intelektualny i dzieci, i społeczności. Bo jest zróżnicowana kulturowo, religijnie, etnicznie. Doceniają to młodzi i dorośli mieszkańcy. I to właśnie władzę uwiera. Do szkoły w Bezwoli uczęszcza wiele dzieci z pobliskiego ośrodka dla uchodźców. Młodzi uczniowie więc nie wszyscy są blondynami z niebieskimi oczami i rodem od Piasta. Pomimo demograficznej potrzeby szkołę się zamyka.

GUS twierdzi: Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju planuje zagospodarowanie przestrzenne regionu, znając strukturę wiekową, zawodową, itp. ludności.

Moja uwaga: Struktura wiekowa i zawodowa ludności nie przekłada się na strukturę mieszkaniową. Spis generalnie niewiele nam daje wiedzy o 36 posiadłościach Obajtka. I o ludziach w kryzysie bezdomności, którzy unikają domów różnej opieki.

GUS twierdzi: Ministerstwo Zdrowia planuje środki na ochronę zdrowia w poszczególnych regionach Polski.

Moja uwaga: I bez spisu wiemy, że te środki są za małe. Wykształcenie lekarki/lekarza trwa lat 12, pielęgniarki/pielęgniarza około 6-8. Lekceważenie przez premiera Jarosława Kaczyńskiego protestu pielęgniarek w 2007 roku i zawołanie posłanki PiS Józefy Hryniewicz „niech jadą” dekadę później przyniosło efekty – wyjechali.

GUS twierdzi: Minister właściwy ds. budownictwa realizuje zadania państwa polegające na zaspokojeniu potrzeby mieszkalnictwa, co jest zapisane w Narodowym Programie Mieszkaniowym (NPM).

Moja uwaga: Ze spisu dowiadujemy się kto, gdzie mieszkał w dniu spisu. Nie dowiadujemy się, ile ma mieszkań. I bez spisu wiemy też, że PiS obiecał już w 2005 roku wybudowanie 3-4 mln mieszkań w ciągu 8 lat. Nie wybudował. Podobne obietnice złożyła premier Szydło zakładając, że stanie się to do roku 2030. Jednak biorąc pod uwagę, że rocznie nie przekracza się budowy ponad 200 000 mieszkań, i te plany są mało realne. Jednocześnie premier Morawiecki obiecał, że w 2019 roku zasadzimy 500 milionów drzew. Zasadzimy, a nie wytniemy. Tymczasem – wycinamy, niszczymy, skazujemy się na uduszenie smogiem.

Brak drzew i brak mieszkań w równym stopniu sprawia, że wielu, zwłaszcza młodych – bez względu, gdzie się samo-spiszą - planują z Polski wyjechać. I wcale nie będzie to śmieszne, gdy treść ankiety spisu powszechnego utwierdzi ich w tym zamiarze i przyspieszy wyjazd.

Udostępnij:

Monika Płatek

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, kierowniczka Zakładu Kryminologii na Wydziale Prawa i Administracji UW, ekspertka prawna Rady Europy i OBWE, członkini Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej. Była pełnomocniczka Rzecznika Praw Obywatelskich ds. ochrony praw ofiar przestępstw.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne