0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska /...

Aneta L. (imię zmienione)d, kilka lat temu wyprowadziła się z dużego miasta na granicę z Białorusią: „Zawsze kiedy mówiłam, że mieszkam na Podlasiu to wszyscy komentowali: „zazdroszczę”. Teraz pierwszy raz usłyszałam: „współczuję”.

Równiejsi+

„Serdecznie zapraszamy na Odpust Narodzenia NMP w naszym Sanktuarium 08.09.2021” napisało na FB Sanktuarium Matki Boskiej Kodeńskiej. Bogaty program od 07:30 rana do 19:00 wieczorem.

Sęk w tym, że ono leży przy samej granicy z Białorusią i jest objęte stanem wyjątkowym, na teren którego nie można wjeżdżać. Ale to najwyraźniej nie problem - po TT krąży wpis Sanktuarium sprzed kilku dni, który zbierał dużo negatywnych komentarzy, a którego już na stronie FB brak. Sanktuarium informowało w nim, że pielgrzymi, którzy chcą przyjechać na odpust, mają tylko zgłosić ten fakt komendantowi Straży Granicznej w Kodniu.

Dzwonimy do Sanktuarium udając pielgrzymów zaniepokojonych zakazami wjazdu do terenów objętych stanem W. „Nie będzie żadnych problemów, wpuszczą państwa. Nie trzeba tego nawet zgłaszać komendantowi straży, proszę tylko powiedzieć, że jedziecie do nas” - uspokaja miła pani w Domu Pielgrzyma przy Sanktuarium w Kodniu.

Do meczetu w Kruszynianach – również objętych stanem wyjątkowym - policja też wpuszczała, i to całe autobusy turystów przez 2,5 dnia jego obowiązywania, do południa w niedzielę 5 września. „Rano były jeszcze trzy wycieczki, a po południu już nic nie dotarło” - martwi się Dżemil Gembicki, opiekun meczetu w Kruszynianach.

Obcy mogą się dostać na obszar objęty stanem W nawet z błahych powodów. „Kolega robił małą libację. Dla przyjaciół, którzy przyjechali z zewnątrz musiał tylko uzyskać przepustkę od komendanta. Przez telefon. Tu się wszyscy znają” - tłumaczy nam A. mieszkający w okolicy Kuźnicy Białostockiej.

Gminny Ośrodek Kultury w Czeremsze – wioska na granicy - prowadzi finansowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Sportu warsztaty edukacyjne: filcowania, wyplatania ze słomy, kulinarne. „Zadzwoniłam do komendanta z pytaniem, czy dotychczasowi uczestnicy mogą nadal brać udział w zajęciach. Otrzymałam odpowiedź: nie ma problemu. Za pozwoleniem komendanta wystawiłam uczestnikom i prowadzącym stosowne zaświadczenia. Okazują je na kontrolach” – mówi Barbara Kuzub-Samosiuk, prowadząca ten projekt.

Tymczasem Bartłomiej Bublewicz, dziennikarz Onetu, który nadał relację z obszaru objętego stanem W szybko dostał dwa zarzuty, próbowano mu zabrać telefon, a jego operatorowi zarekwirowano karty pamięci.

Inny dziennikarz, który chciał odwiedzić w tym regionie bliskich krewnych usłyszał: „tylko jeśli będą mieli kłopoty zdrowotne”.

„Stan wyjątkowy to zasłona dymna, by się pozbyć stąd dziennikarzy i aktywistów” nie ma wątpliwości A. „Wojskowi mówią tutejszym, że trzeba było przyblokować »działaczy« i »lewactwo« z Warszawy, które robi »szum« i »lans«” - dodaje nasz rozmówca.

Przeczytaj także:

Do miejsca, gdzie w Usnarzu Górnym blokowani są uchodźcy w ogóle nie można teraz dojechać. Droga jest zastawiona samochodami, funkcjonariusze z długą bronią nikogo nie przepuszczają. Nawet miejscowych. „Pogranicznicy przy mnie poprosili rolnika o zaoranie ok. 200 m drogi prowadzącej do granicy” - opowiada nam lokalny mieszkaniec (patrz zdjęcie).

„Jeszcze 28 dni tego cyrku?”

W regionach Usnarza, Krynek, Kruszynian mundurowych jest pełno - punkty kontrolne są nie tylko na głównych drogach, nawet gdzieś na duktach leśnych. Sprawdzają nie tylko pojazdy, ale nawet grzybiarzy. „Widziałem też patrole WOT w cywilu” – twierdzi A.

„W drodze z Krynek miałem ze 12 kontroli. Policja, czasem żandarmeria, rzadko pogranicznicy. Męczące” – komentuje M. Jak większość naszych rozmówców chce zostać anonimowy. Wielu nawet nie pozwala podawać nazwy ich wsi - to często kilkanaście domów i zidentyfikowanie rozmówcy nie jest problemem.

”Nadal mamy rejestracje nietutejsze. Za każdym razem musimy się więc tłumaczyć. Stan wyjątkowy odciął nas od znajomych” – dodaje Aneta L. mieszkająca tuż przy strefie.

„Ja niby swój, ale auto na białostockich rejestracjach, więc co rusz mnie kontrolują” irytuje się Gembicki

Adam Wajrak, który mieszka pod objętą stanem wyjątkowym Białowieżą, nie może tam nadać listu. Musi 10 km rowerem przez las jechać do Hajnówki.

Exen – twitterowicz, który swoimi zdjęciami dzikiej przyrody przyciągnął ponad 21 tys. obserwujących, opisywał podróż do znajomej w wiosce 5 km poza obszarem objętym stanem W. „Na punkcie kontrolnym policjantka pyta, gdzie jadę, i stwierdza, że do znajomych to teraz nie można. Oczywiście wykłóciłem się i przejechałem. Rozumiem, że jeszcze 28 dni tego cyrku?”.

Majster remontujący dom przy granicy stanu W dojeżdżał dotychczas przez wieś leżącą już w strefie – tak było znacznie bliżej. Po wprowadzeniu stanu W patrol go zatrzymał i kazał jechać dookoła – kilkadziesiąt km dodatkowej drogi. Majster się zdenerwował. „Ich to gówno obchodziło. Zaczęli go straszyć, że będą sprawdzać, czy ma dowody zakupu na ten sprzęt” opowiada nam M.

Jednak sytuacje, gdy dochodzi do scysji z kontrolującymi są marginalne – większość naszych rozmówców przyznaje: mundurowi są bardzo uprzejmi.

Piotr Czaban, dziennikarz TVN - opisuje od tygodni sytuację na granicy - opublikował na TT mini-poradnik, jak odwiedzić rodziców w strefie stanu W. „Dzwonisz do SG - jedziesz - informujesz patrol - patrol dzwoni do dyżurnego - jedziesz do placówki SG po pisemną zgodę; jak patrol Cię nie zatrzyma i tak po nią jedziesz - zgoda jednorazowa; brak = mandat”.

Ci spoza strefy, którzy mają rejestracje miejscowe, znają jakiegoś pogranicznika, nie mają większych problemów z poruszaniem się po przygraniczu. „Codziennie podróżuję do sklepu w stanie W. Nie ma żadnego problemu” – deklaruje nam A..

Mundurowi chyba najbardziej skupiają uwagę na tablicach rejestracyjnych. „Wczoraj przypadkowo zamiast dowodu do kontroli podałem kartę do bankomatu. Policjant zerknął, oddał. »Proszę jechać.« Przy kolejnej kontroli już specjalnie, dla beki, dałem znowu kartę. Ta sama reakcja” – śmieje się M.

„Jak w stanie wojennym”

Notoryczne kontrole na drogach, w lasach, nocami, zwłaszcza przeprowadzane przez żołnierzy z długą bronią, stwarzają u wielu osób poczucie zagrożenia. Wojskowe nieoznakowane ciężarówki wożą na granicę zasieki z drutu kolczastego. Jeżdżą często. Tak często, że podczas deszczy zniszczyli szutrową drogę między Szudziałowem, a Jurowlanami. „Jest tak rozwalona, że niedługo nie będziemy mogli nią jeździć. A asfaltową dookoła mocno się nadkłada” – tłumaczy nam M. Obecność wojska jest silnie widoczna – ciężarówki majaczą gdzieś na horyzoncie, stoją na parkingach. Poczucie zagrożenia znacząco potęgują krążące nad głowami helikoptery – po kilka razy dziennie, częściej wieczorem, także nocami, nad lasami. „To budzi mój lęk. Ja się czuję jak w stanie wojennym” twierdzi Aneta L..

Na ulicach zrobiło się pusto, ludzie siedzą po domach. „Jakieś wojskowe auto z tuby nadawało, że jest stan wyjątkowy, by nie wychodzić i siedzieć w domu” – relacjonuje nam jeden ze świadków. Sezon grzybobrań w pełni, ale mało osób, zwłaszcza kobiet, rusza w lasy. Boją się. Tak samo Dżemil Gembicki tłumaczy brak odwiedzających cmentarz w Kruszynianach – strachem.

Ola Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej – organizacji, która pomogła już tysiącom uchodźców i migrantów – zaznacza: „Te dyskomforty to nic w porównaniu z dramatem uchodźców, którzy nadal są wywożeni za granicę”. „Wyrzucani do lasu, na bagna i tym samym skazywani na niemal pewną śmierć. To nie są działania państwa, to działania bandyckie, to przemoc i tortury” - piszą Aneta L. i jej partner w specjalnym oświadczeniu.

Trupi spokój

„Już ich w tu ogóle nie widuję” mówi M. o okolicach Usnarza Górnego. Wcześniej spotykał uchodźców, a w sklepie cały czas ludzie gadali, że ktoś ich widział, próbował karmić, dawał wody, u kogoś byli. „Teraz tego nie ma. Trupi spokój”, dodaje.

A jednak czasami udaje się im przebić przez gęsto rozstawionych mundurowych i pas przygraniczny. 6 września w Szymkach aktywiści natknęli się na grupę 10 uchodźców – w tym czterech kobiet i jednego 16-latka, w większości z Demokratycznej Republiki Konga. „Wszyscy byli w kiepskim stanie – głodni i przemarznięci, wymęczeni po wielogodzinnej wędrówce. Dwie osoby słaniały się z wycieńczenia. Niektórzy byli bez butów” - relacjonuje Chrzanowska. Opowiadali o torturach, o morderstwie rodziców na ich oczach, szykanach politycznych.

Mimo iż uchodźcy dzięki SIP uzyskali pełnomocników prawnych i przy świadkach prosili o ochronę międzynarodową, Straż Graniczna po raz kolejny dokonała nielegalnego push-backu – wypchnęli ich na Białoruś. Nawet kobietę, która była w tak fatalnym stanie, że traciła przytomność, zabrało ją pogotowie, a lekarz – jak ona twierdzi w smsach - zalecał operację!

Kolejnej nocy wrócili do Polski. Ponownie. Zmęczonych, głodnych, wyziębionych znów prawdopodobnie wypchnięto.

Wajrak obawia się, że z powodu zamknięcia terenu dla dziennikarzy i aktywistów oraz bez grzybiarzy w lasach dojdzie w końcu do tragedii. „W dzikich terenach, wyziębieni i głodni uchodźcy przemarzną, złamią nogę i ktoś nie dostanie pomocy, bo na czas nie zostanie zauważony” – prognozuje. W sobotę z okolic Usnarza Górnego śmigłowiec medyczny już kogoś zabierał. „Tutaj, jak miejscowy jest chory, to od razu wszyscy wiedzą. A teraz nic nie wyszło, więc pewno uchodźcę wywozili” – dywaguje M.

Aktywiści nadal działają w regionie, ale w wioskach przy granicy stanu wyjątkowego. Nawet nie próbują wjeżdżać na teren objęty stanem W - nie mają wątpliwości, że jako osoby niepożądane i znane już pogranicznikom nie mieliby takiej taryfy ulgowej jak pielgrzymi, czy miejscowi ze znajomościami w SG.

„Jest gorzej niż w czasie pandemii. Teraz nie ma nikogo”

Mieszkańcy pogranicza podzielili się. Ci, którzy nie żyją z turystyki i nie wspierają uchodźców, są generalnie zadowoleni ze stanu wyjątkowego. „Bo spokój i cisza” tłumaczy nam jeden. „Bo są za uszczelnieniem granicy” dodaje drugi.

Ci, którzy żyją z przyjezdnych, krytykują i wykpiwają stan wyjątkowy.

W Kruszynianach czy Białowieży turystyka to najważniejszy biznes. „Te tereny od lat przeznacza się pod agroturystykę, turystykę kulturową i przyrodniczą” zaznacza Kaja. Teraz władza go dobija. W Puszczy Białowieskiej jesień jest sezonem wysokim. „Ludzie przyjeżdżają na rykowiska, żubry, grzyby. Zamknięcie biznesów turystycznych mocno uderzy w ten region” – uważa Wajrak. „Przyrodnicy, emeryci i studenci pasjonaci, wycieczki szkolne... Oni najwięcej pieniędzy u nas zostawiają” – dodaje Sławomir Droń, który w Białowieskim Centrum Sportu ma ponad 200 rowerów na wynajem i knajpkę. „Jest gorzej niż w czasie pandemii. Teraz nie ma nikogo” – żali się Droń.

Nie chodzi tylko o turystów – sporo mieszkańców Białegostoku, Warszawy regularnie przyjeżdża tutaj, by kupować miód, jaja, grzyby, warzywa. Biorą też towar z przydrożnych sklepików: rosyjskie piwa, lokalny kwas chlebowy, podlaskie przysmaki.

Nawet turystyka poza strefą jest w śpiączce klinicznej. „Od czasu ogłoszenia stanu wyjątkowego nie mam żadnych nowych zgłoszeń" – twierdzi Iwona Wiśniewska, która w Kolonii Kuryły – 15 km od strefy objętej stanem W – prowadzi Agroturystykę Zielonej Doliny. Właściciele Domu Na Wschodzie – agroturystyki poza strefą W, ale w jej pobliżu na Instagramie pisali: „Mamy wolne pokoje i domek. We wrześniu pierwszy raz od 6 lat”. Zaznaczyli, że turystyka „umiera w całym regionie”. „Dlatego bardzo Was zachęcamy, jedźcie na Podlasie! Tu wiele ludzi potrzebuje normalnie żyć. Właściciele kwater, restauracji, przewodnicy turystyczni i inni nie są winni nieudolności rządu”.

„Po tym poście trochę się ruszyło” – mówi nam Joanna Jacel, która prowadzi tę agroturystykę.

Czemu tam turyści też nie przyjeżdżają? „Wystraszyli się” - uważa Aneta L. Białowieża i jej puszcza są główną atrakcją turystyczną w okolicy, więc ich zamknięcie torpeduje sens wyjazdu.

Do tego dochodzi syndrom „Campo di Fiori” – jak się tu bawić i cieszyć, gdy tuż obok rozgrywa się dramat ludzi, którzy marzną, głodują, są bici i szykanowani?

Białowieża na pewno straci – powtarzają rozmówcy jak mantrę.

Lokalnego biznesu turystycznego nie uspokoiły zapowiedzi premiera Morawieckiego, że do 8 września Rada Ministrów przyjmie regulacje w sprawie pomocy dla biznesu w strefie objętej stanem W 65 proc. rekompensaty z tytułu dochodu uzyskiwanego w poprzednich trzech miesiącach. Nie mamy informacji, aby to nastąpiło.

Małe gospodarstwa agroturystyczne - powszechna w tej okolicy forma dorabiania sobie przez rolników – według naszych rozmówców często nie rejestrują przychodów. Jak mają więc uzyskać rekompensatę? „Parafia utrzymuje się z datków turystów. Jak ja to udokumentuję?” – dodaje Dżemil Gembicki z meczetu.

„Strat wizerunkowych, jakie odczuje Podlasie, nie da się tak łatwo wycenić w złotówkach. To miejsce będzie się kojarzyło z niepokojami i wojskiem. To zaszkodzi puszczy” – prognozuje Droń.

O protestach branży można raczej zapomnieć. „Tu dominuje mentalność carskiej Rosji - na władzę nie mamy żadnego wpływu. Więc ludzie boją się odezwać, wychylić. „Tisze jediesz, dalsze budiesz” – tłumaczy nam Droń.

Choć są przedsiębiorcy, którzy nie powinni narzekać. W Dworku pod Lipami w Kruszynianach zakwaterowano mundurowych, a w Kuźnicy knajpa też pełna jest funkcjonariuszy.

Wajrak wymienia bardzo poważny plus stanu W - zakazano polowań w tej strefie. Choć z drugiej strony, drut żyletkowy zakładany przez Polaków to wielkie niebezpieczeństwo dla dzikich zwierząt. „Z zasiekami białoruskimi, z drutu kolczastego, dobrze sobie radziły migrujące wilki, rysie czy niedźwiedzie” – tłumaczy dziennikarz „GW".

„To przypomina mi bardziej Rosję, Tajlandię czy Birmę”

Andrzej Meller, reporter, który relacjonował konflikty m.in. w Osetii Południowej, Libii, Sri Lance, Afganistanie, rok temu wyprowadził się na Podlasie, 2 km od terenu objętego stanem W. „Wszędzie na wojnach dojeżdżałem, gdzie chciałem. A tu, w czasie pokoju, dziennikarze mają zakaz wstępu na jakiś obszar, bo wprowadzono stan wyjątkowy?! To mi przypomina bardziej Rosję, Tajlandię czy Birmę, niż jakieś państwo demokratyczne" – komentuje.

Śmieje się z paradoksu - uciekł od wojen do najspokojniejszego kawałka Polski. I tutaj wojna go dopadła – brał udział w koordynowaniu wywozu Polaków i Afgańczyków z Kabulu, a w okolicy pojawili się uchodźcy m.in. z Jemenu i Afganistanu. „Chyba przyciągam takie rzeczy”.

;
Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze