Amerykański prezydent zainaugurował Radę Pokoju na spotkaniu w Waszyngtonie. Emanował świetnym humorem, przechwalał się zakończeniem ośmiu wojen i okrutnie się męczył, czytając z kartki nazwiska przywódców, których do Rady zaprosił. A co z Iranem? Dowiemy się w ciągu 10 dni
W czasie, gdy Trump jest o krok od rozpętania nowej wojny z Iranem, co może zdestabilizować cały region Bliskiego Wschodu, amerykański prezydent zebrał w Waszyngtonie przedstawicieli kilkudziesięciu krajów. I starał się wszystkim pokazać, jak miłującym pokój jest człowiekiem. Czy to się udało?
Przypomnijmy pokrótce: Rada Pokoju to nowe ciało międzynarodowe wymyślone przez Trumpa i jego współpracowników i w pełni kontrolowane przez Donalda Trumpa. Pomysł pierwszy raz pojawił się w 2025 roku, przy okazji planu pokojowego dla Gazy. Według tego 20-punktowego planu Trumpa Rada Pokoju ma nadzorować transformację i odbudowę Gazy, przekształcenie jej w bezpieczne i samorządne miejsce, które będzie pokojowo współistniało z Izraelem.
I faktycznie Rada powołała m.in. technokratyczny komitet palestyński. A na jego czele stanął mało wcześniej znany palestyński polityk Ali Szaas, który był dziś obecny w Waszyngtonie.
Jednocześnie pomysł na Radę ewoluował. W statucie organizacji nie ma słowa o Gazie. Dokument jest napisany w taki sposób, jak gdyby Rada miała być nowym ciałem międzynarodowym do rozstrzygania wszelkich międzynarodowych sporów.
Jest jeden problem. Nie jest to ciało kolektywne, współtworzone przez różne państwa. Statut jest jasny: o wszystkim decyduje Trump. To on wybiera wszelkie grona decyzyjne, on zaprasza kolejne państwa, on sprawuje pieczę nad funduszami. I on ostatecznie wyznacza swojego ewentualnego następcę.
Trudno więc uznać, że na tej podstawie powstać może nowa, skuteczna instytucja międzynarodowa.
Jednocześnie, USA wciąż można uznać za najpotężniejszy kraj na świecie. A większość krajów na świecie nie ma ochoty z takim krajem zadzierać. Stąd, gdy prezydent USA zaprasza do takiego grona, wiele krajów się zgłasza. Choćby po to, by być jak najbliżej Trumpa, by łatwiej się z amerykańskim prezydentem rozmawiało o trudnych sprawach.
Wróćmy teraz do Waszyngtonu. Członkowie Rady Pokoju zebrali się w czwartek 19 lutego 2026 roku w budynku United States Institute of Peace, który od grudnia 2025 roku zyskał zaskakującego patrona – Donalda Trumpa. Sam prezydent twierdzi, że nie był to jego pomysł – że patrona wymyślił sekretarz stanu Marco Rubio. Ale gdy się dowiedział, było mu bardzo miło.
Wydarzenie miało łącznie trwać około półtorej godziny. I może trwałoby, gdy Trump trzymał się tekstu swojego przemówienia.
Każdy, kto widział przemówienie Trumpa, wie, że Trump czytający z kartki i Trump mówiący z głowy, to dwie różne osoby. Amerykański miał przygotowane przemówienie, które pełne było standardowych formułek na temat pokoju, pochwał dla jego współpracowników i opowieści o potrzebie pokoju w Strefie Gazy. I to przemówienie okrutnie go nudziło. Trump rzadko kiedy był w stanie przeczytać trzy zdania z rzędu, nie wdając się w najróżniejsze dygresje na swoje ulubione tematy.
A że ewidentnie był w świetnym humorze, to jego wystąpienie trwało przeszło 45 minut. Bardziej od Strefy Gazy interesowało go jednak to, że amerykański indeks giełdowy S&P zaliczył ostatnio rekordowe wyniki – oczywiście dzięki Trumpowi.
Chwalił się też kolejny raz zakończeniem ośmiu wojen. O tym, jak w rzeczywistości wyglądają jego zasługi w tym temacie, pisała dokładnie w OKO.press Paulina Pacuła. W sumie słabo to wypada.
Bez względu na fakty Trump jest przekonany, że jest wyjątkowym w historii świata aniołem pokoju i w dni lub godziny zakończył konflikty, które trwały ponad trzy dekady. Jednym z przykładów ma być konflikt Armenii i Azerbejdżanu. Trump zmusił obecnych na sali liderów obu krajów – Nikola Paszyniana i Ilhama Alijewa, by wstali, na dowód ich przyjaźni, po latach konfliktu.
Amerykański prezydent z całą pewnością jest rozczarowany inauguracyjnym składem Rady. Na dziś liczy ona 27 członków, nie ma w niej Rosji, Chin, żadnego znaczącego kraju europejskiego, Brazylii, Meksyku, Kanady, Indii. Są za to kraje o niewielkim wpływie na światowe sprawy, takie jak Kirgistan czy Paragwaj.
Na ten problem Trump odpowiadał w swoim stylu: twierdził, że jest to najbardziej prestiżowa rada w historii. A jeśli jakieś kraje nie przyjęły jeszcze zaproszenia, to na pewno to zrobią, choć na razie próbują z Trumpem pogrywać. Ale amerykański prezydent zapewniał dziś wszystkich: nie ze mną te numery.
Drugą rzeczą poza czytaniem tekstu przemówienia, jaka sprawiała Trumpowi trudność, było wyczytywanie imion i nazwisk liderów krajów-członków Rady. Choć w niektórych przypadkach twierdził, że sprawia mu to przyjemność. „Kocham wymawiać twoje imię” – mówił czule do Ilhama Alijewa. Prezydenta Uzbekistanu Szawkata Mirzojejewa obwołał jednak osobą z „najtrudniejszym nazwisku na świecie”.
Gdy doszedł do prezydenta Indonezji Prabowo Subianto, opowiedział wszystkim anegdotę, jak dowiedział się od niego, ile osób mieszka w Indonezji. Nie mógł uwierzyć mu, że ma do czynienia z ponad 200 mln osób (w rzeczywistości populacja Indonezji zbliża się do 300 mln).
Czego jeszcze dowiedzieliśmy się od Trumpa?
Trump próbował także podkreślić, że Rada Pokoju ma współpracować z ONZ, a nie być dla organizacji konkurencją. Jednocześnie musiał dodać, że ONZ nie wykorzystuje swojego potencjału, a Rada może go wypełnić. I po raz kolejny przypomniał wszystkim, jak podczas zeszłorocznego Zgromadzenia Ogólnego w ONZ podczas jego przemówienia nie działał teleprompter i zepsuły się schody ruchome, którymi jechał.
Powiedział też w kilku miejscach o Iranie i o pokoju na Bliskim Wschodzie. Wypowiedzi te były rozłożone w różnych miejscach jego chaotycznej mowy. Ale w kontekście tego, co dzieje się w stosunkach z Iranem, był to z pewnością jeden z najważniejszych tematów.
To też paradoks, który obnaża deklarowany sens Rady Pokoju.
Spróbujmy odtworzyć opowieść Trumpa o Iranie na Bliskim Wschodzie z dzisiejszego przemówienia:
Otóż wszyscy mówili Trumpowi, że pokój na Bliskim Wschodzie jest niemożliwy do osiągnięcia. Tymczasem nastał Trump, a wraz z nim pokój, co jest jego wielkim osiągnięciem. Niestety zagrożeniem dla tego pokoju jest Iran. Trump z Iranem rozmawia, ale liczy się jedna rzecz: by Iran nie posiadał broni atomowej. W zeszłym roku nad Bliskim Wschodem zebrały się czarne chmury, ale USA przyszło Bliskiemu Wschodowi z pomocą. Amerykanie całkowicie zniszczyli irański potencjał atomowy.
Amerykański prezydent twierdzi też, że obecne rozmowy z Iranem przebiegają dobrze. Ale jeśli Iran nie zgodzi się na to, co proponuje USA, to „staną się złe rzeczy”. Te złe rzeczy oznaczają oczywiście amerykański atak na Iran.
Jeśli czytając to, wydaje się wam, że ta opowieść nie jest w pełni spójna, to nie jesteście sami.
Od stycznia obserwujemy coraz większą koncentrację amerykańskich wojsk w okolicy Iranu, a w ostatnich kilku dniach koncentracja ta znacznie przyspieszyła. Eksperci od wojskowości są zgodni co do tego, że tak intensywna koncentracja oznacza gotowość do dużego ataku.
Trump powiedział dziś, że o tym, jak potoczą się sprawy, dowiemy się w ciągu mniej więcej dziesięciu dni.
Ostatecznie więc można podkreślić, że lider i pomysłodawca Rady Pokoju, osoba obsesyjnie pragnąca Pokojowej Nagrody Nobla (mówił o tym też dziś) podczas inauguracyjnego spotkania pokojowej organizacji, groził rozpoczęciem nowej wojny.
Poza kolejnym przedstawieniem, w którym Trump obsadził się w roli głównej, warto podkreślić też kilka konkretów w sprawie, w której Rada Pokoju faktycznie działa: potencjalna odbudowa Strefy Gazy.
Trump zadeklarował, że USA przekażą na ten cel 10 mld dolarów, a inne kraje zobowiązały się łącznie do przekazania 7 mld euro. Szef Narodowego Komitetu Administracji Gazy Ali Szaas przekazał, że organizacja zamierza stworzyć palestyńską policję, która docelowo ma zajmować się bezpieczeństwem w Strefie Gazy, a formacja ma liczyć 5 tys. osób.
Inny ważny członek zarządu Rady Pokoju, były dyplomata ONZ na Bliskim Wschodzie Bułgar Nikołaj Mładenow dodał, że w pierwszych godzinach od ogłoszenia naboru, do formacji zgłosiło się już 2 tys. osób. Mamy na razie jednak jedynie oficjalne deklaracje, nie znamy szczegółów.
Według informacji przekazanych na spotkaniu Rady, policja ta ma stosunkowo niedługo przejąć kontrolę nad przejściem granicznym w Rafah.
Wszystko to brzmi pozytywnie, jeśli faktycznie udałoby się implementować te zmiany na miejscu, jeśli zaakceptują je Palestyńczycy, a Izrael faktycznie wycofałby się z połowy Strefy, no i Hamas faktycznie by się rozbroił.
To jednak bardzo dużo gdybania. A na razie wciąż sytuacja na miejscu jest trudna – setki tysięcy osób mieszkają w prowizorycznych namiotach, izraelska armia kontroluje połowę Strefy, Hamas drugą połowę, w izraelskich atakach podczas teoretycznego zawieszenia broni zginęło już kilkaset osób, a implementacja drugiej części planu Trumpa stoi w miejscu. Jednocześnie sytuacja Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu jest coraz trudniejsza – Izrael krok po kroku dąży do aneksji, a kontrola życia codziennego Palestyńczyków postępuje.
Bez sprawiedliwego i bezpiecznego rozwiązania sytuacji wszystkich Palestyńczyków, trudno wyobrazić sobie, by wizje, jakie kolejny raz na slajdach swojej prezentacji rozwijał dziś Jared Kushner, miały szansę realizacji.
Stąd warto pozostać sceptycznym wobec jedynego na razie zadania, normalizacji sytuacji w Gazie, jakie stawia przed sobą oficjalnie Rada Pokoju.
Inne zadanie – jasne, choć niewypowiedziane – spełniono dziś perfekcyjnie. Donald Trump był dziś bardzo zadowolony z siebie i z wyrazów uznania, jakie przekazywali mu wszyscy liderzy i mówcy.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze