Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: In this photo released by an official website of the office of the Iranian supreme leader, Supreme Leader Ayatollah Ali Khamenei speaks in a meeting in Tehran, Iran, Tuesday, Feb. 17, Foto Urzędu Najwyższego Przywódcy/ APIn this photo releas...

Barak Ravid, izraelski dziennikarz amerykańskiego serwisu Axios, z bardzo dobrymi źródłami w Białym Domu pisze: „USA są coraz bliższe wojny z Iranem”.

Po drugiej rundzie rozmów między amerykańską i irańską delegacją 17 lutego 2026 w Genewie (pierwsza odbyła się w stolicy Omanu, Maskacie, 6 lutego), Irańczycy publicznie wysyłali pozytywne sygnały.

„Przedstawiono i poważnie przedyskutowano różne koncepcje. Ostatecznie doszliśmy do ogólnego porozumienia w sprawie zbioru zasad kierunkowych, na których będziemy odtąd opierać dalsze działania i rozpoczynać prace nad treścią ewentualnego porozumienia. Nie oznacza to szybkiego osiągnięcia zgody, ale przynajmniej ruszyliśmy z miejsca” – mówił tuż po spotkaniu w Genewie irańskiej telewizji państwowej irański minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi.

Jeśli czytając ten cytat, czytelnik nie odnajduje w nim zbyt wiele treści, to nic dziwnego. Faktycznie nie osiągnięto bowiem żadnych dokładnych ustaleń. Rozmowy odbywają się dotychczas na poziomie ustalania, o czym można rozmawiać.

Łatwo domyślić się, że nie jest to tempo, które satysfakcjonuje najważniejszą osobę w tym temacie: Donalda Trumpa.

Przeczytaj także:

Powtórka

Spójrzmy teraz na inny cytat z ministra Arakcziego.

„Myślę, że poruszamy się do przodu. Osiągnęliśmy lepsze zrozumienie i porozumienie na temat zasad i celów w negocjacjach”.

Data? 19 kwietnia 2025 roku. Miejsce: Rzym. Druga runda negocjacji, tak jak teraz, rok później w Genewie 17 lutego 2026.

Niemal rok temu widzieliśmy bardzo podobny cykl. Trump wrócił do władzy w styczniu 2025 roku i przypomniał sobie o Iranie. Rozpoczął z Irańczykami rozmowy na temat ich programu nuklearnego.

Przypomnijmy, że w 2018 roku Trump (za pierwszej swojej kadencji) wystąpił z porozumienia nuklearnego z Iranem, które wynegocjował m.in. Barack Obama (razem z koalicją Niemiec, Francji, Chin i Rosji, oraz UE). Trump twierdził, że umowa była jednostronna i dawała korzyści jedynie Iranowi, nie rozwiązywała kwestii irańskiego programu rakiet balistycznych czy wsparcia Iranu dla różnych sił regionalnych, jak Hamas czy Hezbollah.

Umowa z 2015 roku skutecznie ograniczała możliwość wzbogacania uranu przez Iran. Trump się wycofał, a przez niemal osiem lat od wyjścia USA z porozumienia ani administracja Trumpa, ani administracja Bidena, nie były w stanie zaproponować żadnego nowego i skutecznego rozwiązania.

Iran w trudnej sytuacji

Dziś jesteśmy jednak nie tylko w innej sytuacji niż w 2018 roku. Są też znaczące różnice w stosunku do stanu sprzed roku.

Wówczas mieliśmy do czynienia z pięcioma rundami rozmów. Też słyszeliśmy, że idą w dobrą stronę, że przebiegają w pozytywnej atmosferze. Ale im dłużej trwały, tym bardziej jasne stawało się, że nie prowadzą do przełomu, zbliżenia się stanowisk. Kolejna, szósta runda miała odbyć się 15 czerwca 2025 w Maskacie. Amerykanie wiedzieli już wówczas, że Izrael uderzy w Iran 12 czerwca. Rozmowy się nie odbyły.

Pamiętamy, co stało się dalej – dwanaście dni wojny między Izraelem a Iranem, włączenie się w wojnę Amerykanów na krótko i uderzenie w kilka miejsc związanych z irańskim programem atomowym. Trump zadziałał w swoim stylu – groźby, szybkie działania, krótka wojna, szybka amerykańska interwencja i zmuszenie stron do zawieszenia broni.

Problem w tym, że cykl ten nie rozwiązał właściwie żadnych problemów w stosunkach między USA i Iranem, oraz między Izraelem a Iranem.

Dziś Iran jest w trudniejszej sytuacji niż przed zeszłoroczną wojną. Nie tylko znacząco ucierpiał na atakach. W Iranie pogłębił się kryzys ekonomiczny. W grudniu i styczniu na ulice irańskich miast wyszły dziesiątki tysięcy osób, by protestować przeciwko złej sytuacji gospodarczej i przeciw władzy. Protesty miały miejsce w całym kraju, w wielu miejscach były bardzo liczne.

Rozprawa z protestującymi

Między 8 a 10 stycznia 2026 władze krwawo stłumiły protesty. Dokładnej liczby ofiar w najbliższym czasie nie poznamy. Ale dostępne nam szacunki sugerują, że możemy mieć do czynienia z największą zbrodnią w historii Islamskiej Republiki Iranu i dawno niewidzianej na świecie skali uderzenia przez władzę we własnych obywateli. Jedną z organizacji, która stara się policzyć ofiary, jest zlokalizowana w USA i założona w 2006 roku Human Rights Activists News Agency (HRANA). W przypadku protestów w ostatnich latach liczby ofiar, które podawała HRANA okazywały się bardzo dokładne.

Zweryfikowana przez HRANA liczba osób zabitych w styczniowych protestach zbliża się dziś do siedmiu tysięcy. Łączna liczba weryfikowanych przez organizację przypadków przekracza 18 tysięcy.

Przez silną blokadę internetu przez irańskie władze wciąż nie mamy pełnego obrazu wydarzeń sprzed miesiąca. Władze twierdzą, że walczyły z inspirowanymi z Zachodu terrorystami. Protesty faktycznie miały miejscami agresywny charakter, protestujący niszczyli w niektórych miejscach symbole władzy – samochody policyjne, palono meczety. Dysponujemy wystarczającą liczbą relacji w międzynarodowych mediach, by wiedzieć, że irańskie służby bezpieczeństwa strzelały do zwykłych protestujących.

Warto to podkreślić: jeśli te liczby się potwierdzą, zdarzenia ze stycznia 2026 roku przejdą do historii jako jedna z najkrwawszych rozpraw rządu z własnym społeczeństwem.

Dobra mina do złej gry

W ciągu ostatniej dekady było to czwarte silne wystąpienie Irańczyków przeciwko opresyjnej władzy. Irańczycy protestowali w 2017, 2019, 2022 roku. Za każdym razem odpowiedź państwa była silniejsza.

Mamy więc dziś do czynienia z sytuacją, gdzie legitymacja irańskich władz w oczach znacznej części społeczeństwa nie istnieje. Rewolucja 1979 roku była popierana powszechnie. Dziś po tamtej atmosferze dawno nie ma już śladu. 11 lutego, w 47. rocznicę rewolucji, władze zorganizowały marsze poparcia i podały absurdalną liczbę uczestników: 23 do 26 milionów. A to oznaczałoby, że na ulice wyjść musiałaby jedna trzecia osób mieszkających w Iranie. Liczby są oczywiście niemożliwe do weryfikacji. Na wiecach rzeczywiście stawiły się tysiące osób. Nie wiemy, ile z własnej woli, ile zostało do tego przymuszonych lub zadziałała presja społeczna i polityczna.

Część Irańczyków z pewnością przyjmuje państwową propagandę, część jest związana z reżimem z powodów religijnych, część z ekonomicznych. Gwardia Rewolucyjna, ideologiczna część irańskich sił zbrojnych, ma bardzo szeroki udział w irańskiej gospodarce, spora część osób polega na przedsiębiorstwach prowadzonych przez członków Gwardii czy na przedsiębiorstwach państwowych.

To jednak za mało.

Protesty niszczą legitymację systemu

Można to było powiedzieć już wcześniej, ale protesty 2026 roku wzmocniły ten wniosek: znaczna część irańskiego społeczeństwa nie ma zaufania do swojej władzy. A nad takim społeczeństwem rządzi się trudniej. Lata represji, więzienia ludzi za poglądy, a na koniec krwawe rozprawienie się z niezadowoleniem społecznym zrobiły swoje. Reżim przez kolejne dekady się utwardzał. Dziś na szczycie władzy są już tylko najwierniejsi. Obóz reformistyczny jest dziś taki głównie z nazwy.

Decyzje podejmują osoby motywowane ideologicznie. I ma to duże znaczenie w rozmowach z USA. A na dziś trudno powiedzieć, czy zobaczymy jeszcze jakieś rozmowy.

Brak pola do porozumienia

Po spotkaniu w Genewie Irańczycy powiedzieli, że potrzebują dwóch tygodni na przedstawienie nowych propozycji. Ale zeszłoroczne rozmowy i oba tegoroczne spotkania pokazują, że pola do kompromisu właściwie nie ma.

Amerykanie chcą, by Iran ograniczył wzbogacanie uranu do bezpiecznego poziomu, oddał własne zapasy wysoko wzbogaconego uranu do jakiegoś kraju trzeciego, zrezygnował z programu produkcji rakiet batalistycznych dalekiego zasięgu, przestał wspierać swoich regionalnych, pozapaństwowych sojuszników, jak Hamas, Hezbollach czy Huti.

Dla władz Iranu spełnienie tych postulatów równa się kapitulacji. Program rakiet balistycznych jest dla Republiki Islamskiej podstawą doktryny bezpieczeństwa i odstraszania ewentualnych agresorów, w tym Izraela. I wielka państwowa duma.

Przedstawiciele władz Iranu stoją na stanowisku: możemy rozmawiać, ale tylko o programie atomowym. Jednocześnie najwyższy przywódca Ali Chamenei w swoich wystąpieniach i komunikatach grozi, że zatopi amerykańskie statki, przypomina, że wzbogacanie uranu jest prawem Irańczyków, mówi o korupcji Amerykanów i wyspie Epsteina.

Irańczycy nie odrobili lekcji od swoich rosyjskich przyjaciół, którzy zalewali Trumpa pochwałami. Irański reżim jest znacznie bardziej antyamerykański, a taka postawa wyjątkowo irytuje Trumpa. Ideologia rządząca Republiką Islamską nie pozwala jednak na bardziej pragmatyczną postawę wobec amerykańskiego prezydenta.

Irańczycy dalej wierzą w rozmowy

W „Foreign Policy” dziennikarz Ali Hashem pisze na podstawie rozmów z dyplomatą z jednego z krajów Bliskiego Wschodu, który jest zaangażowany w obecne rozmowy, że Irańczycy sprawiają wrażenie, jakby nie rozumieli sytuacji, w której się znaleźli. Według tego dyplomaty nie rozumieją, że nie mają do czynienia z tradycyjną amerykańską administracją. Że rozmów nie da się przeciągać zbyt długo, że Trump chce szybkich efektów.

Czyli: rozmowy, które się toczą, nie dają dziś niemal żadnej nadziei na faktyczne osiągnięcie porozumienia.

Tu wracamy do cytowanego na początku Axios. Barak Ravid pisze, że decyzja o wojnie jest bardzo blisko. I że nie będzie to ograniczona operacja, jak w 2025 roku, czy jak w przypadku porwania z Wenezueli Nicolasa Maduro. A do wojny z całą pewnością dołączy Izrael. A jak pisze izraelski dziennik HaArec, Izraelczycy szykują się na wojnę. I nie są zainteresowani porozumieniem – w optyce rządu Netanjahu porozumienie Iranu z USA wzmocniłoby reżim w Teheranie. A Izrael chce, by Iran był coraz słabszy.

Cytowany wyżej Ali Hashem pisał, że Irańczycy wierzyli w rozwiązanie dyplomatyczne, a zwiększenie obecności wojskowej USA w regionie uważali za część amerykańskiej taktyki negocjacyjnej. Już wówczas wiadomo było, że Amerykanie szykują się na dłuższą konfrontację militarną, pisał o tym Reuters 13 lutego. Pojawia się pytanie, czy dziś Irańczycy dalej podtrzymują swój pogląd.

Koncentracja wojsk

Obserwujemy dziś bowiem na publicznie dostępnych radarach masowy ruch amerykańskich wojsk w stronę Bliskiego Wschodu. Na poziomie znacznie większym niż tylko dwie grupy bojowe, którymi do niedawna straszył Irańczyków Donald Trump. Oraz na poziomie, który generuje ogromne koszty. A więc coraz mniej możliwe, że jest to tylko ruch, który ma wymusić na Iranie ustępstwa. Wiemy też, że Iran nie zgodzi się przecież na kapitulację. A tak wciąż odbiera amerykańskie żądania.

Pojawia się oczywiste pytanie, jeśli do wojny faktycznie dojdzie: co potem, jaki jest plan? Amerykanie z pewnością chcieliby ostatecznie zmiany władzy w Teheranie.

Na początku lutego amerykański sekretarz stanu Marco Rubio mówił otwarcie senackiej komisji spraw zagranicznych: „Nie sądzę, żeby ktoś potrafił teraz prosto powiedzieć, co by się stało w Iranie, gdyby upadł Najwyższy Przywódca i cały reżim – poza nadzieją, że udałoby się znaleźć w tym systemie jakąś osobę, z którą można by spróbować zrobić coś na kształt normalnej, pokojowej transformacji”.

Z tym więc właśnie – z taką nadzieją – Amerykanie są o krok od masowego ataku na kraj zamieszkany przez 92 miliony osób.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze