Ostateczną decyzję o oddaniu noworodka do adopcji kobieta będzie mogła podjąć po 14 tygodniach, aż 8 tygodni później niż obecnie - zakłada projekt rządu. Koszmar dla kobiet i dzieci, bo brak nowej mamy/taty zaburza ich rozwój. Zamiast poprawić opiekę nad nimi i respektować ich prawa, Polska proponuje katolickie "okna życia", pomysł średniowieczny

Rząd chce, aby kobiety oddające dzieci do adopcji po porodzie mogły podjąć taką decyzję dopiero po 14 tygodniach. To aż 60 dni więcej niż w tej chwili. W tym przejściowym okresie dzieci będą przebywać w ośrodkach adopcyjnych.

Brak bezpiecznej więzi ze stałym opiekunem przez tak długi czas prowadzi do zaburzeń przywiązania, które pozostaną z nimi na całe życie. Pomysł rządu oznacza koszmar matek, które będą poddawane dodatkowej presji i problemy rozwojowe dzieci.

Zwiastuje za to złote czasy dla katolickich „okien życia”, choć prowadzą one do porodów w zagrażających życiu warunkach i łamią podstawowe prawa dzieci.


O projekcie zmiany w kodeksie rodzinnym pisze dla OKO.press Anna Krawczak z Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW, była wieloletnia przewodnicząca stowarzyszenia „Nasz Bocian”


Ogłoszona przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nowelizacja Ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej z 2011 roku jest na etapie konsultacji społecznych. A jest co konsultować. Protestują, a przynajmniej próbują negocjować podmioty i instytucje, których zmiany dotkną: gminy, powiaty, domy dziecka, rodziny zastępcze, ośrodki adopcyjne i większość środowisk skupionych wokół dziecka i rodziny biologicznej.

Nie protestują ci, którzy głosu nie mają, choć to właśnie ich najbardziej miałaby – według deklaracji – chronić znowelizowana ustawa: dzieci i matki biologiczne.

Faktycznie utrudnia i jednym, i drugim trudną, często dramatyczną sytuację, oddala moment gdy dziecko znajdzie nowa mamę i/lub tatę, przedłuża prowizorkę fatalną dla rozwoju noworodka.

Co dał kobietom tzw. kompromis z 1993 roku?

W 1993 roku polski rząd zaproponował Polkom pewien kompromis. Czy istotnie proponował go ówczesny rząd, czy raczej w imieniu rządu zrobił to Episkopat, to sprawa otwarta. Kompromis miał dotyczyć ochrony życia, które wówczas zostało nazwane „życiem poczętym” i w roku 2018 wciąż utrzymuje ten status.

Rdzeniem nowej ustawy był wprawdzie zakaz przerywania ciąży z powodów społecznych, ale Polki na osłodę miały otrzymać edukację seksualną w szkole, w tym wiedzę o „metodach i środkach świadomej prokreacji” (Art.4.1.), jak również zagwarantowano im dostęp do badań prenatalnych (Art. 2.1. Ustawy o planowaniu rodziny, Kodeks karny Art. 23b. §2, 1-3).

Osłoda pierwsza po 25 latach przybrała m.in. formę programu „W stronę dojrzałości” realizowanego ze środków Ministerstwa zdrowia. Licealiści mogą dowiedzieć się z niego, że „prezerwatywy są rakotwórcze” i występują w nich mikropory, dlatego najlepszym środkiem antykoncepcyjnym jest wstrzemięźliwość seksualna aż do ślubu.

Osłoda druga miała równie wyboistą ścieżkę sukcesów i została „doceniona” także przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, który w 2011 roku w sprawie R.R. przeciwko Polsce wydał wyrok o złamaniu przez Polskę Art. 3 i 8 Konwencji o prawach człowieka.

Skarżącej kobiecie lekarze tak długo odmawiali wystawienia skierowania na genetyczne badania prenatalne, mające potwierdzić podejrzenia zespołu Turnera bądź zespołu Edwardsa u płodu, że kiedy w końcu udało jej się wyegzekwować przeprowadzenie amniopunkcji, ciąża osiągnęła 23. tydzień, zaś wyniki badania nadeszły w tygodniu 25. Potwierdziły one obecność zespołu Turnera, ale płód osiągnął już stadium, w którym mógłby przeżyć poza organizmem kobiety, więc zabieg przerwania ciąży nie mógł zostać przeprowadzony.

Na mocy obowiązującej od 1993 roku ustawy antyaborcyjnej, polskie dziewczęta nie mają wprawdzie dostępu do szkolnych zajęć o metodach zapobiegania niechcianej ciąży, nie mogą także do 18. roku życia uzyskać recepty na antykoncepcję bez zgody rodzica bądź opiekuna prawnego, i niekoniecznie uda im się poddać badaniom prenatalnym, nie mówiąc już o legalnym przerwaniu ciąży, ale za to jeśli urodzą dziecko z niechcianej ciąży to mogą je oddać do adopcji.

Procedura ma być tak szybka i bezproblemowa, że – zdaniem przeciwników liberalizacji prawa aborcyjnego – nie ma co narzekać na niechciane ciąże i równie niechciane dolegliwości ciążowe: urodzisz, oddasz, zapomnisz, a jeszcze uszczęśliwisz bezdzietną rodzinę czekającą na twoje dziecko, by kochać je do końca życia.

Szacunek dla matki? Tylko w teorii

Obecnie polskie prawo przewiduje możliwość pozostawienia noworodka przez matkę już w szpitalu, by sześć tygodni później mogła ona potwierdzić przed sądem rodzinnym wolę zrzeczenia się praw rodzicielskich (Art. 119[2] Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). I już. Dziecko trafia do rodziny adopcyjnej, matka biologiczna wraca do dotychczasowego życia.

Oczywiście w teorii. Już obecnie praktyka wokół tego prawa kuleje. Tymczasem decyzje o oddaniu noworodka do adopcji nierzadko mają dramatyczne tło.

  • Kobiety zdecydowane oddać dziecko mogą to robić po to by je ochronić przed przemocą dziejącą się w rodzinie i zapewnić mu szansę na lepsze życie.
  • Mogą być to dzieci urodzone w wyniku gwałtów małżeńskich i partnerskich.
  • Mogą być to kolejne dzieci w rodzinie, a mąż/partner grozi matce grozi, że „prędzej zabije ją i dziecko, niż wychowa kolejnego darmozjada”.
  • Mogą być owocami zdrad, które wydarzyły się podczas nieobecności partnera kobiety np. przebywającego zarobkowo za granicą lub osadzonego w zakładzie karnym.

Oddanie dziecka po porodzie daje mu szansę na szczęśliwe życie, bo noworodki w Polsce są adoptowane błyskawicznie: od wielu lat chętnych na adopcję jest więcej niż dzieci, a czas oczekiwania na adopcję noworodka sięga obecnie trzech lat.

Mimo to ciężarne deklarujące wolę zrzeczenia się dzieci i trafiające na porodówki bywają traktowane przez personel szpitalny bez szacunku, nierzadko odmawia im się lub przeciąga podanie środków hamujących laktację, zwiększając dotkliwość i ból tego przeżycia.

Ich oświadczenia o decyzji oddania dziecka do adopcji bywają traktowane podejrzliwie przez personel szpitalny, który usiłuje przekonać matkę do zatrzymania dziecka. Matka, która podjęła decyzję o oddaniu dziecka najczęściej jeszcze na etapie ciąży, i która nierzadko konsultowała ją już z pracownikami ośrodków adopcyjnych i pracownikami socjalnymi, zostaje po urodzeniu poddana kolejnej presji – tym razem ze strony nadgorliwych położnych i lekarzy.

Średniowieczne „okna życia” zagrażają życiu

Na niwie tej praktyki wyrosło zjawisko „okien życia”, o których media i społeczeństwo lubią powtarzać, że „ratują noworodki przed trafieniem na śmietnik”, choć do tej pory nikomu nie udało się udowodnić, że „okno życia” uratowało jakiekolwiek dziecko przed dzieciobójstwem.

Sporo jest jednak argumentów na niekorzyść istnienia tej formy anonimowych porzuceń: w „oknie życia” może pozostawić dziecko dowolna osoba i zrobić to wbrew woli rodziców, jak stało się w Toruniu w 2014 roku; profile dzieciobójczyń nie pokrywają się z profilami kobiet korzystających z „okien życia”, więc jest wątpliwe, czy uratują choć jedno niemowlę przed śmiercią w beczce.

W dodatku zasada anonimowości „okien życia” wymusza na matkach ryzykowne rodzenie dzieci poza szpitalem, aby zatrzeć ślad po porodzie w dokumentacji.

To ostatnie może skończyć się krwotokiem poporodowym, jak w przypadku 17-latki z Ostrowa Wielkopolskiego, która rodziła w tajemnicy, aby móc natychmiast po porodzie odnieść dziecko do „okna życia”. Jej życie na szczęście zostało uratowane, bo bliscy wezwali karetkę.

Alternatywą dla „okien życia” mogłyby być anonimowe porody szpitalne, które nie tylko są bezpieczne dla kobiet, ale chronią także prawa dzieci. „Okna życia” są bowiem pomysłem sięgającym Średniowiecza, z którego nasz kraj zrezygnował w XIX wieku rozpoznając już wówczas ich społeczną jałowość. Nieoczekiwanie jednak Polska za „pierwszego PiS” wróciła do tego pomysłu w 2006 roku i opakowała je w narrację katolickiej troski.

Nie jest bowiem przypadkiem, że jedynie 11 spośród 63 istniejących „okien życia” jest prowadzonych przez instytucje publiczne (głównie szpitale, czasem domy dziecka). Reszta „okien życia” podlega zgromadzeniom zakonnym i organizacjom prowadzonym przez Kościół katolicki.

Istnienie „okien życia” nie podlega żadnym przepisom, a dzieci w nich umieszczane czekają na uregulowanie ich sytuacji prawnej, a więc także na na adopcję, dłużej niż dzieci pozostawiane w szpitalach.

Co więcej dzieci z „okien życia” nigdy nie poznają prawdy o swoim pochodzeniu, bo porzuca je się anonimowo, co zresztą jest niezgodne z przyjętą przez Polskę Konwencją o prawach dziecka, i co stało się przedmiotem krytyki ze strony Komitetu Praw Dziecka ONZ.

W odróżnieniu od „okien życia”, anonimowe porody szpitalne, które wprowadziły m.in. Francja i Austria, umożliwiają ten sam poziom dyskrecji, ale oferują poszanowanie praw rodzących kobiet i ich dzieci. Dane kobiety korzystającej z anonimowego porodu szpitalnego pozostają więc tajemnicą, ale ma ona prawo do bezpłatnego świadczenia medycznego i otrzymania pomocy socjalnej, otaczana jest opieką oraz szacunkiem oraz może w spokoju opuścić szpital. To rozwiązanie zapewnia też dziecku możliwość poznania własnej tożsamości. Kobiety korzystające z anonimowych porodów mogą bowiem pozostawić swoje dane w zapieczętowanej kopercie, której zawartość nie zostanie udostępniona żadnej instytucji państwowej. Dostęp do niej może mieć tylko dorosłe dziecko.

„Okna życia” w warunkach polskich mają jednak niepodważalną zaletę: pozwalają kobiecie wymknąć się kontroli państwa nad jej ciałem. Nowelizacja ustawy o wspieraniu rodziny planuje tę kontrolę jeszcze zwiększyć.

A może jednak się rozmyślisz?

Aktualne kobieta ma sześć tygodni na zmianę decyzji o oddaniu dziecka po porodzie. Zgodnie z zapisami proponowanymi przez nowelizację ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, okres ten ma zostać wydłużony do czternastu tygodni dzięki zmianie Art. 119[2] Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego:

„Art. 119[2] otrzymuje brzmienie:

Zgoda rodziców na przysposobienie dziecka nie może być wyrażona wcześniej niż po upływie czternastu tygodni od urodzenia się dziecka.”

Osiem tygodni więcej, by bombardować matki naciskami na zatrzymanie dziecka, którego zatrzymać nie chce. Dodatkowe 60 dni, by odwlekać trudną decyzję kobiet, które często dopytują pracowników ośrodków adopcyjnych, czy dzieci znalazły już nową rodzinę i czy trafiły do kochającego domu. Kolejne potwierdzenie społecznego faktu, że wola kobiet i ich zdolność do podjęcia życiowej decyzji nie są traktowane przez państwo poważnie, choć w 1993 roku kobietom obiecano, że ich wybór urodzenia niechcianego dziecka zostanie potraktowany z szacunkiem i pozwoli się im wrócić do dotychczasowego życia.

Co z dziećmi? Ryzyko trwałych problemów

Wydłużenie okresu potwierdzenia woli oddania dziecka oznacza dla noworodka dłuższe pozostanie w zawieszeniu, a mówiąc wprost: spędzenie kolejnych tygodni bez nowej mamy i taty, a przynajmniej bez jednego, stałego opiekuna, z którym dziecko będzie mogło nawiązać emocjonalną więź, kluczową dla prawidłowego rozwoju w kolejnych miesiącach i latach.

Teoretycznie i zgodnie z Ustawą o wspieraniu pieczy, wszystkie dzieci do 10 roku życia, których rodzice z różnych powodów nie chcą lub nie powinni sprawować nad nimi bezpośredniej opieki, powinny trafiać do rodzin zastępczych. A więc do środowiska domowego, gdzie noworodka otoczą codzienne zapachy, przyjazne twarze i gdzie przytulają go i pielęgnują te same osoby, a nie zmieniający się wychowawcy, pielęgniarki i wolontariusze.

Bowiem nawet ośrodki preadopcyjne szczycące się pastelowymi tapetami i „kangurującymi” wolontariuszkami są w istocie domami małych dzieci. Instytucjami, w których pracują ludzie w systemie zmianowym, więc maluch nie ma szans na nawiązanie indywidualnej więzi z konkretną osobą.

O tym, dlaczego ta więź jest absolutnie kluczowa i w jaki sposób determinuje przyszłe losy dziecka, w tym jego zdolność do przywiązania i tworzenia w dorosłym życiu bezpiecznych relacji, pisał już w latach 60. XX wieku John Bowlby, brytyjski lekarz i psychoanalityk, do dziś guru pedagogiki i psychologii dziecięcej. Wskazywał na to, co działo się z dziećmi wychowywanymi w domach małego dziecka, które w okresie niemowlęcym nie mogły utworzyć bezpiecznej więzi ze stałym i niezmiennym dorosłym,

i które przez resztę życia niosły za sobą bagaż zespołu zaburzeń przywiązania (RAD – reactive attachment disorder), niezależnie od wysiłków i miłości ich późniejszych rodziców adopcyjnych.

Tymczasem w Polsce takie maluchy nierzadko wciąż trafiają do domów dziecka lub do ośrodków preadopcyjnych. Zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli, w 2017 roku w domach dziecka przebywało ponad 2000 dzieci do siódmego roku życia, które nigdy nie powinny się tam znaleźć.

Już teraz jest więc źle, a nowelizacja ustawy niestety nie będzie sprzyjać uwalnianiu dzieci z domów dziecka i wzrostowi liczby rodzin zastępczych, pod których opiekę mogłyby trafiać noworodki. Ich czas oczekiwania na nowych rodziców wydłuży się.

Rodzinom zastępczym bowiem autorzy noweli proponują wynagrodzenie w wysokości maksymalnie 124 proc. najniższej średniej krajowej, jeśli rodzina zastępcza jest rodziną zawodową (Art. 85, ust.1 i 2. nowelizacji). Jeśli rodzina zastępcza jest rodziną niezawodową – a takich jest w Polsce najwięcej – oferuje jej się w dalszym ciągu

bezpłatny wolontariat za pracę wykonywaną przez 24 godziny/7 dni w tygodniu, bez prawa do urlopu, bez ubezpieczenia medycznego i społecznego, ale za to z całkowitą odpowiedzialnością prawną za powierzone dzieci.

Nie należy się więc spodziewać wzrostu zainteresowania pracą, która w istocie staje się obciążającą misją społeczną dla idealistów bądź rentierów, lub, w najgorszym przypadku, ofertą atrakcyjną dla desperatów, którzy dotąd nie znaleźli dla siebie miejsca na rynku pracy, i dla których opieka nad gromadką dzieci za głodową stawkę, może być pociągająca z innych, ukrytych powodów.

Preadopcyjna rodzina zastępcza, czyli może być inaczej

Niezależnie od złych perspektyw dla rozwoju zastępczej pieczy rodzinnej w Polsce, noworodki, które miały już szczęście trafić do rodziny zastępczej, a nie do domu dziecka, powinny przebywać w rodzinie zastępczej jak najkrócej. Na te dzieci bowiem czekają rodzice adopcyjni gotowi dać im całość uwagi i miłości. Im szybciej nowa rodzina adopcyjna będzie mogła zacząć budować z niemowlęciem więzi, tym lepiej dla dziecka i jego przyszłości. I tu znowu wydłużenie okresu zrzeczenia się praw rodzicielskich przez matkę lub rodziców biologicznych do 14 tygodni spowoduje kolejne przeciąganie tego procesu w czasie, a dla dziecka – przedłużający się pobyt w środowisku, które tak czy inaczej nie będzie środowiskiem docelowym.

Można sobie jedynie wyobrażać dramaty maluchów, które po ponad trzech miesiącach przyzwyczajenia do dotychczasowych opiekunów i ich obecności, do własnego łóżeczka i rytmu dnia, będą musiały się mierzyć z kolejną zmianą środowiska i zrywać utworzone już więzi. Biorąc zaś poprawkę na opieszałość procedowania polskich sądów rodzinnych, ten proces z pewnością ulegnie wydłużeniu ponad proponowane 14 tygodni.

Jednym z rozwiązań tego problemu mogłoby być powołanie nowej formy opieki nad dzieckiem, którą byłaby zastępcza rodzina preadopcyjna. Taka rodzina pełniłaby czasowo funkcję rodziny zastępczej, ale posiadałaby wolę adopcji dziecka.

Tym samym noworodek trafiający wprost ze szpitala do takiej rodziny, nie zmieniałby już rodziców ani domu, a po upłynięciu sześciu tygodni zostałby przez nią formalnie zaadoptowany. Wymagałoby to oczywiście zapewnienia takim preadopcyjnym rodzinom zastępczym wsparcia psychologicznego i szczególnej opieki systemowej, bowiem w tym okresie rodzice biologiczni wciąż mogą zmienić zdanie i jednak zdecydować o zatrzymaniu dziecka. Byłaby to zatem oferta dla kandydatów o dużej odporności psychicznej, których dodatkowo należałoby wesprzeć szkoleniami i pomocą.

Jeśli jednak w centrum systemu naprawdę, a nie jedynie deklaratywnie, umieścimy dobro dziecka, jako najbardziej bezbronnego i wrażliwego podmiotu, zalety takiego rozwiązania wydają się oczywiste:

  • dziecko zyskuje emocjonalne bezpieczeństwo w krytycznym okresie rozwojowym;
  • jeśli nawet wróci do rodziców biologicznych to wróci do nich z kapitałem miłości i troski ofiarowanej przez opiekunów zastępczych;
  • jeśli rodzice biologiczni podtrzymają decyzję o zrzeczeniu, to dziecko zostanie w preadopcyjnej rodzinie zastępczej i od pierwszych dni życia będzie przebywać z tą samą nową mamą i tatą.

Polska woli nękać

Ale autorzy noweli nie proponują powołania preadopcyjnych rodzin zastępczych. Nie precyzują też, czemu ma służyć rozciąganie czasu zrzeczenia do 14 tygodni i czy przewidzieli może w tym czasie jakieś szczególne nowe formy pomocy matkom biologicznym, a może nacisku na nie. Nie zająknęli się też słowem, czy zamierzają szkolić personal szpitalny w kierunku udzielania wsparcia i szacunku ciężarnym deklarującym oddanie dziecka do adopcji, i czy zobowiązują personel do podania leków hamujących laktację na żądanie kobiety. Nie mówiąc już o tym, że idea anonimowych porodów szpitalnych nigdy nie przedarła się przez granice Polski, a na pewno nie przez zapory w głowach polskich decydentów.

Zamiast tego pewnie niedługo kolejni wojewodowie i prezydenci miast zdecydują się otworzyć nowe „okna życia”, które staną się dla kobiet w niechcianych ciążach jedynym sposobem ucieczki od opresyjności państwa.

Polska AD 2018 woli otwierać „okna życia” i dalej nękać kobiety i dzieci. Dyskusji o ich prawach nie przewiduje.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym