Europa zwiększa wydatki na obronność jak nigdy wcześniej. Ale szczyt NATO w Ankarze będzie testem czegoś więcej: czy większe pieniądze wystarczą, by utrzymać amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa. Bo Donald Trump jedzie na szczyt głęboko rozczarowany.
Europejscy członkowie NATO mieli nadzieję, że głównym tematem szczytu w Ankarze będzie to, jak wzrosły ich wydatki na obronność od zeszłorocznego szczytu w Hadze. I jak poważnie potraktowali wezwania Donalda Trumpa do „zapłacenia rachunków” wobec Sojuszu.
Podczas zeszłotygodniowego (25 czerwca) spotkania w Gabinecie Owalnym sekretarz generalny NATO Mark Rutte próbował przekonać prezydenta USA, że Ankara powinna być opowieścią o „efekcie Trumpa”.
O skokowym wzroście wydatków obronnych w Europie i Kanadzie.
Rutte przyniósł do Białego Domu nawet wielkoformatowe wykresy i przekonywał, że w ciągu dwóch lat europejscy sojusznicy i Kanada zwiększyli wydatki obronne o ponad 250 mld dolarów. Obficie chwalił Trumpa także za „przywództwo” w sprawie Iranu.
– Chcę jasno powiedzieć, jak ważne jest to, co robisz w sprawie Iranu – mówił Rutte. Podkreślał, jak rzekomo blisko był Iran do posiadania broni jądrowej i jak to Trump – jako „lider wolnego świata” wziął odpowiedzialność za resztę i podjął odważne działania.
Ale efektowne wydruki i komplementy nie rozładowały napięcia. Trump jedzie do Ankary rozczarowany postawą części sojuszników w sprawie wojny z Iranem.
Bo – jak podkreślał sam Rutte – największym wyzwaniem Sojuszu pozostaje dziś zwiększenie produkcji przemysłu obronnego.
Czy to wszystko wystarczy do tego, by przekonać Moskwę, że art. 5 pozostaje realną gwarancją bezpieczeństwa, a nie tylko pustą deklaracją na papierze?
Atmosfera przed tegorocznym szczytem NATO jest zdecydowanie gorsza niż rok temu. Europejscy przywódcy tradycyjnie próbują robić dobrą minę do złej gry. Oficjalny przekaz brzmi:
Europa zwiększa wydatki, NATO się wzmacnia, a relacja transatlantycka przechodzi z modelu zależności do modelu partnerstwa.
Rutte nazywa to „NATO 3.0” – silniejszą Europą w silniejszym NATO. W praktyce Ankara będzie jednak testem tego, czy Sojusz potrafi przykryć narastające różnice strategiczne i zamanifestować polityczną jedność, kluczową dla siły odstraszania.
Pomimo oskarżeń Trumpa, że Europa nie kiwnęła palcem w sprawie wojny na Bliskim Wschodzie,
To Paryż i Londyn promują pomysł wielonarodowej misji morskiej, która miałaby zabezpieczać żeglugę przez Cieśninę Ormuz po ewentualnym trwałym zawieszeniu broni między USA a Iranem. Reuters pisał, że Francja rozmawiała w tej sprawie z 35 państwami, a Macron mówił później o grupie ok. 15 państw gotowych ułatwiać przywrócenie ruchu przez cieśninę. Francuski minister obrony wskazywał m.in. na zdolności przeciwminowe Francji, Belgii i Holandii.
Brytyjczycy są w bardziej skomplikowanej sytuacji politycznej. Starmer bronił decyzji, by nie dołączać do pierwszych amerykańsko-izraelskich uderzeń na Iran, ale jednocześnie zgodził się, by USA korzystały z brytyjskich baz do ograniczonych działań w Iranie. Przed szczytem Londyn opublikował długo odkładany plan inwestycji obronnych: 15 mld funtów dodatkowych wydatków w ciągu czterech lat, m.in. na drony, autonomiczne systemy uzbrojenia i modernizację sił zbrojnych. Plan ma jednak słaby punkt: według Reutersa wciąż nie odpowiada w pełni na oczekiwania wojskowych, a część finansowania pozostaje niepewna.
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz i minister obrony Borys Pistorius podczas konferencji prasowej z sekretarzem generalnym NATO w środę 1 lipca ogłosili trzy nowe ustawy, które mają przyspieszyć wzmacnianie obronności:
Najważniejsza politycznie jest zmiana dotycząca rezerwy: Niemcy odchodzą od pełnej dobrowolności powołań na ćwiczenia. Rezerwista i pracodawca nie będą już mogli po prostu wspólnie odmówić. Bundeswehra ma mieć możliwość obowiązkowego wzywania rezerwistów, z wyprzedzeniem i możliwością odwołania.
Cel jest ambitny: do 2035 roku Niemcy chcą mieć 260 tys. żołnierzy czynnej służby i co najmniej 200 tys. rezerwistów.
Berlin chce też pokazać, że przejmuje realną odpowiedzialność operacyjną na wschodniej flance NATO. Podczas wspólnej konferencji z Merzem i Pistoriusem, Rutte przypominał, że niemiecko-holenderski korpus przejął właśnie dowodzenie nad siłami lądowymi NATO w Estonii i na Łotwie. Nowa niemiecka brygada pancerna stacjonująca na stałe na Litwie odbyła już duże ćwiczenia bojowe. Do tego dochodzi udział Niemiec w Baltic Air Policing, ochrona infrastruktury krytycznej na Bałtyku i dowództwo w Wiesbaden koordynujące pomoc bezpieczeństwa i szkolenia dla Ukrainy.
Merz i Pistorius bardzo ostrożnie balansują jednak między postulatem europeizacji NATO a utrzymaniem więzi z USA.
Merz mówi wprost, że NATO „musi stać się bardziej europejskie, aby mogło pozostać transatlantyckie”. Jednocześnie Niemcy podkreślają, że nie chodzi o odcinanie się od Amerykanów. Berlin rozmawia z USA o produkcji części amerykańskiego uzbrojenia w Niemczech, m.in. komponentów F-35. Przedstawia to jako sposób na większą odporność przemysłową, a nie zerwanie zależności transatlantyckiej.
Rzym odmówił USA zgody na użycie bazy na Sycylii do nalotów w wojnie z Iranem, co wywołało irytację w Waszyngtonie. Między Meloni a Trumpem doszło też do publicznej wymiany złośliwości.
Trump zakpił z Meloni, że ta podczas spotkania grupy G7 we Francji miała zabiegać o wspólne zdjęcie z nim, by poprawić swoje notowania. Meloni temu zaprzeczyła i także odpowiedziała kpiną: że Trump powinien się martwić o swoje notowania.
Włoska premier dystansowała się także od entuzjastycznych wypowiedzi Ruttego o tym, jak to państwa europejskie ostatecznie zaangażowały się we wsparcie amerykańskiej wojny w Iranie poprzez udostępnienie baz wojskowych, z których amerykańskie samoloty miały wykonać „4-5 tysięcy lotów”. Meloni podkreślała, że Włochy w żaden sposób nie brały udziału w wojnie w Iranie.
Prezydent Karol Nawrocki i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz mają jechać do Ankary ze wspólnym stanowiskiem, a jednym z najważniejszych tematów rozmów z Amerykanami ma być stała obecność wojsk USA w Polsce. Po rozmowie Marcina Przydacza z Marco Rubio Kancelaria Prezydenta mówiła o „zielonym świetle” ze strony Białego Domu dla stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce.
Priorytety MON na szczyt są szersze: utrzymanie więzi transatlantyckiej, rozwój produkcji obronnej w Europie, zdolności dalekiego rażenia i budowa rurociągów paliwowych na wschodnią flankę NATO. Kosiniak-Kamysz mówił, że Ankara ma być „szczytem wykonawczym” dla decyzji z Hagi, czyli zejściem z poziomu deklaracji o 5 proc. PKB na obronność do realnych planów, infrastruktury i zdolności. – To jest bardzo ważne, żeby poszedł mocny sygnał polityczny związany z jednością państw sojuszniczych i przygotowaniem do działań obronnych w każdej sytuacji – podkreślał szef MON podczas briefingu przed szczytem w Ankarze 28 czerwca.
Stany Zjednoczone jadą do Ankary z podwójnym przekazem. Oficjalnie Marco Rubio i Mark Rutte mówią o jednym z najważniejszych szczytów w historii NATO, bo Sojusz ma ustalić realistyczną ścieżkę dojścia do 5 proc. PKB na obronność i pokazać, że europejscy członkowie nie tylko obiecują, ale realnie przejmują większą część odpowiedzialności za obronę Europy. Ale Stany Zjednoczone zapowiadają, że rozczarowanie Trumpa reakcją sojuszników na operacje USA na Bliskim Wschodzie będzie musiało zostać omówione na poziomie przywódców.
Za tym dyplomatycznym językiem kryje się ogromna presja.
Pete Hegseth ogłosił podczas spotkania w Brukseli 18 czerwca sześciomiesięczny przegląd obecności wojsk USA w Europie. Reuters pisał, że przegląd może oznaczać redukcje sił amerykańskich, a sam Hegseth krytykował sojuszników za „jazdę na gapę” i odmowy udostępniania baz lub przestrzeni powietrznej w czasie wojny z Iranem.
Jak w piatek 3 lipca poinformował „Wall Street Journal”, szef Pentagonu przygotowywał się w czerwcu do ogłoszenia w Brukseli kolejnych redukcji amerykańskich sił w Europie, jednak plan został wstrzymany po interwencji szefa dyplomacji USA Marka Rubio.
Według dziennika decyzja pokazała spór wewnątrz administracji Trumpa o tempo i skalę ograniczania amerykańskiej obecności na kontynencie. Rubio i część Białego Domu uznali, że tak poważny ruch wymaga decyzji prezydenta i szerszej koordynacji politycznej. A nie jednostronnego komunikatu Pentagonu tuż przed szczytem NATO.
Nie oznacza to jednak odejścia od planów zmniejszania zaangażowania USA w Europie.
Według WSJ Hegseth i jego zastępca Elbridge Colby nadal należą do najważniejszych zwolenników przesunięcia amerykańskich zasobów z Europy do Azji, gdzie priorytetem Waszyngtonu jest rywalizacja z Chinami.
Zmiany w amerykańskiej obecności wojskowej na kontynencie Rutte próbuje przedstawiać nie jako amerykański odwrót, lecz jako nowy podział zadań. Według sekretarza generalnego USA ograniczają część wkładów do modelu sił NATO, czyli sił szybkiego reagowania (z ang. NATO Force Model), bo muszą uwzględniać także zobowiązania globalne, przede wszystkim w Indo-Pacyfiku. Europejczycy mają wypełnić luki w konwencjonalnych zdolnościach, podczas gdy amerykański parasol nuklearny pozostaje fundamentem odstraszania.
Ale eksperci ostrzegają, że Sojusz znalazł się w stanie jednoczesnego „przeobrażenia wojskowego” i "politycznej destrukcji”.
Ale sposób, w jaki Waszyngton ogranicza swoje zaangażowanie, może podważać zaufanie, na którym opiera się odstraszanie. W opracowaniu eksperckim European Policy Centre Paul Taylor, wieloletni komentator spraw europejskich i transatlantyckich, obecnie ekspert EPC ds. bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, zwraca uwagę, że planowane zwiększenie europejskich zdolności może zostać zakłócone przez „nagłe jednostronne wstrząsy ze strony Waszyngtonu, które są bardziej szokiem niż terapią”.
"Nawet jeśli Ankara zakończy się pokazem jedności – pisze Taylor – NATO pozostanie o jeden wpis w Truth Social od katastrofy”, dopóki przyszłość amerykańskich gwarancji będzie zależeć od decyzji Trumpa.
Dziennik „Financial Times” pisał, że administracja Trumpa sugeruje możliwość preferencyjnego traktowania państw spełniających próg 5 proc. PKB, m.in. w dostępie do zamówień, kontaktów politycznych i współpracy wojskowej.
W praktyce mogłoby to oznaczać odejście od zasady, że wszyscy członkowie Sojuszu korzystają z takich samych gwarancji bezpieczeństwa niezależnie od poziomu wydatków — czyli od jednej z podstawowych zasad politycznej solidarności NATO.
Polska liczy, że znajdzie się w tej pierwszej grupie.
Choć początkowo premier Donald Tusk przejawiał pewne skrupuły wobec wpisywania się w to, co uważał za amerykańską strategię rozbijania jedności NATO, za co został zresztą skrytykowany, dziś z kręgów rządowych nie słychać już takich wątpliwości. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz podkreśla, że priorytetem Polski jest utrzymanie i zwiększenie obecności wojsk USA. Warszawa będzie zabiegać o każdą dodatkową formę amerykańskiego zaangażowania na wschodniej flance. Także jeśli będzie ona efektem przesunięć sił z innych części Europy.
Warszawa chce być traktowana jako jeden z najbliższych partnerów Waszyngtonu w NATO i wykorzystać fakt, że jako jedno z niewielu państw Sojuszu już dziś spełnia najbardziej ambitne cele dotyczące wydatków obronnych.
O tym, że taki podział Sojuszu na „dwie prędkości” staje się realnym scenariuszem, w wywiadzie z norweskim dziennikiem „VG” mówiła Anna Wieslander z Atlantic Council.
Jako przykład nowej logiki „kija i marchewki” wskazywała zainicjowane przez USA spotkanie, do którego doszło w czerwcu w bazie Haakonsvern w Bergen. Amerykanie zaprosili tam wybrane państwa: Norwegię, Szwecję, Finlandię, Polskę, Niemcy i Holandię. O czym rozmawiano, nie wiadomo, ale według „VG” miało to pokazywać coraz wyraźniejsze różnicowanie sojuszników przez Biały Dom.
W przypadku Polski sygnałem przychylności Waszyngtonu mają być właśnie rozmowy o stałej obecności wojsk USA. Ale taka pozycja ma też cenę: państwo przedstawiane jako „modelowy sojusznik” będzie musiało brać większą odpowiedzialność za utrzymanie jedności Sojuszu, a nie tylko zabiegać o własne gwarancje bezpieczeństwa.
Jak zwracają uwagę eksperci cytowani w przedszczytowym opracowaniu European Policy Centre, za bieżącymi napięciami między sojusznikami kryją się trzy fundamentalne pytania dla przyszłości NATO:
Samo zwiększenie wydatków do 5 proc. PKB nie rozwiązuje problemu, jeśli za pieniędzmi nie pójdą czołgi, rakiety, systemy obrony powietrznej i fabryki zdolne produkować w tempie pełnoskalowej wojny.
Dlatego równolegle ze szczytem tradycyjnie odbędzie się NATO Summit Defence Industry Forum. Na nim przedstawiciele rządów i największych firm zbrojeniowych będą rozmawiać m.in. o zwiększeniu produkcji amunicji i rakiet, zabezpieczeniu łańcuchów dostaw oraz szybszym wdrażaniu technologii, takich jak drony i systemy autonomiczne.
Benedetta Berti z European Policy Centre podkreśla, że prawdziwym testem Ankary będzie nie samo potwierdzenie nowych celów finansowych, ale „przełożenie ambicji na wiarygodne i trwałe zdolności”. Oznacza to
Konflikty w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie jednocześnie zużywają zachodnie zapasy amunicji, rakiet i systemów obrony powietrznej. Dlatego jednym z tematów Ankary ma być nie tylko dalsze finansowanie Ukrainy. Rozmowy mają dotyczyć także wspólnej produkcji uzbrojenia, włączanie ukraińskich doświadczeń z pola walki do planowania NATO i budowanie przemysłu zdolnego wytrzymać wieloletni konflikt.
Europejscy przywódcy chcą też podczas szczytu złożyć nową deklarację finansowego wsparcia Ukrainy. Apelował o to m.in. kanclerz Niemiec Friedrich Merz podczas konferencji prasowej z Markiem Rutte w środę 1 lipca.
Jak pisze Iana Maisuradze z EPC, szczyt powinien przesunąć dyskusję od samego pytania „kto płaci ile” do tego, jak NATO faktycznie zrealizowałoby art. 5 w przypadku rosyjskiej agresji. Bo nawet bardziej europejski Sojusz będzie potrzebował nie tylko sprzętu, ale także politycznej jedności i gotowości do jego użycia.
„Niezależnie od tego, jak bardzo NATO stanie się „bardziej europejskie”, uruchomienie mechanizmów kolektywnej obrony w praktyce nadal będzie wymagało konsensusu. Tymczasem państwa sojusznicze różnie postrzegają zagrożenia i mogą mieć odmienne oceny tego, jaki poziom agresji powinien zostać uznany za atak zbrojny wymagający odpowiedzi militarnej” – pisze Maisuradze. Zdaniem ekspertki,
NATO słusznie utrzymuje strategiczną niejednoznaczność dotyczącą okoliczności, które mogłyby doprowadzić do uruchomienia art. 5, i celowo unika wyznaczania sztywnych progów reakcji.
Konieczna jest jednak poufna rozmowa między sojusznikami o tym, jaki rodzaj agresji wymagałby odpowiedzi zbrojnej.
„Szczyt w Ankarze musi zmierzyć się z pytaniem o wiarygodność art. 5. Państwa NATO powinny pokazać, że są gotowe uruchomić i zrealizować realistyczne plany obrony państw bałtyckich i wschodniej flanki w przypadku rosyjskiej agresji” – pisze ekspertka.
Od tego zależy, czy odstraszanie pozostanie czymś więcej niż obietnicą zapisaną w traktacie.
Kluczowe znaczenie będzie tu miał końcowy komunikat przywódców, nad którym trwają negocjacje. Sojusznicy próbują pogodzić oczekiwania państw wschodniej flanki, dotyczące twardego języka wobec Rosji i Ukrainy, z dążeniem do uniknięcia kolejnego sporu z Trumpem. Bo o ile europejskiej opinii publicznej może wydawać się, że te oświadczenia nie mają wielkiego znaczenia, to na Kremlu są czytane z dużą uwagą.
Bezpieczeństwo
Świat
USA
Pete Hegseth
Władysław Kosiniak - Kamysz
Marco Rubio
Donald Trump
Donald Tusk
NATO
obronność
szczyt NATO
wydatki zbrojeniowe
zbrojenia
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze