0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.plFot. Mateusz Skwarcz...

Przejmujący i szczery tekst wybitnej nauczycielki przeciwko ocenom z zachowania. Aleksandra Korczak to wyróżniona w konkursie Nauczyciela Roku nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest ekspertką do spraw lektur szkolnych oraz edukacji antydyskryminacyjnej, a także nagradzaną poetką performatywną.

Ten tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak”, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Co łączy Polskę i Białoruś? To jedyne kraje w Europie, które wymagają od szkół, by oceniały zachowanie dzieci.

Ale – uwaga – nie „oceniały” w znaczeniu: „uważnie obserwowały i diagnozowały rozwój osobowościowy i kompetencje społeczne podopiecznych, wychwytywały trudności, zaburzenia i mierzyły indywidualny potencjał, dawały konstruktywną informację zwrotną, wspierały jednostkę w procesie integracji rówieśniczej, budowaniu charakteru i świata wartości”.

Chodzi o „ocenianie” w znaczeniu: „wystawianie w skali 1–6 oceny będącej podstawą do karania dzieci; np. poprzez nieprzyznanie delikwentowi czerwonego paska na świadectwie albo innej nagrody czy też poprzez wydalenie ze szkoły dziecka, z którym szkoła sobie wychowawczo nie radzi”.

Założenie, że tak zdefiniowaną ocenę zachowania można etycznie obronić, stoi w sprzeczności z elementarną wiedzą z zakresu psychologii rozwojowej.

Przeczytaj także:

Acting-out

Po pierwsze, większość przewin osób niedorosłych – niestosowanie się do zasad, przekraczanie granic, zwracanie na siebie uwagi, zachowania przemocowe – to tzw. acting-out, czyli próba rozładowania emocji przez układ nerwowy, który po prostu nie nadąża za hormonalną burzą dojrzewania.

Reakcja wynikająca z niedojrzałości mózgu, a konkretnie ciała migdałowatego w korze przedczołowej. Dzieciaki przeklinają, plują, prowokują, bo nie umieją inaczej procesować emocji, bo nie nawiązały jeszcze kontaktu z własnym ego, bo bywają zaniedbywane, bo czują się niesłuchane, samotne, gorsze, bo mają kompleksy, przeżywają zazdrość, tęsknotę za traconym dzieciństwem, strach przed nadchodzącą dorosłością, bezradność wobec wyzwań współczesnego świata, których nie rozumieją i na które nie są gotowe.

Dzieci są różne, z różnych rodzin, z różnymi problemami. Zdarzają się dzieci głodne, dzieci z niepełnosprawnym rodzeństwem, dzieci skłóconych rodziców, z niezaopiekowanymi specjalistycznie deficytami uwagi albo nierozpoznanymi zaburzeniami osobowości i chorobami psychicznymi, z rodziną uzależnioną od pracy, ekranów, alkoholu.

Uczniów i uczennic nie usprawiedliwiam, ja o nich po prostu opowiadam. Dzieciaki z nieprzepracowanymi problemami bywają okrutne, bezmyślne, naprawdę trudno mi o nich myśleć z życzliwością. Rozmaite sytuacje obserwowałam w środowisku szkolnym. A to Kacperek rozesłał kolegom nagie zdjęcia uwiedzionej przez siebie rówieśniczki z innej klasy, a to Zuzanka nakłamała rodzicom o wychowawczyni, która wskutek nagonki ostatecznie odeszła z pracy. Ktoś kogoś pobił, zniszczył wspólną własność, ściągnął komuś majtki, ukradł buta, ukradł telefon, wyzłośliwiał się na młodej nauczycielce na zastępstwie.

Mam jednak pełną świadomość, że po takim zdarzeniu obniżenie oceny zachowania nie zmieni absolutnie nic.

Bo jaka będzie reakcja młodocianego recydywisty? Może wzruszenie ramionami, może złośliwy śmieszek. Prawdopodobnie też samopotwierdzenie: tak, taki właśnie jestem, jestem naganny, nieodpowiednia. Do tej autoagresji, nadbudowy wewnętrznego krytyka, brakuje jeszcze tylko poszerzenia szkolnych etykiet o: niewystarczająca, beznadziejny, do niczego.

Wspaniała motywacja do pozytywnych zmian, prawda?

Lata pracy w oświacie nauczyły mnie, że prawdziwa zmiana może dokonać się wyłącznie dzięki żmudnej, wsparciowej pracy psychologiczno-wychowawczej. Praca pedagoga powinna być codzienną próbą odpowiedzenia sobie na pytanie: jak pomóc? Jak wpływać na niedorosłe osoby, jak z nimi rozmawiać, jak zbierać dane o ich życiu wewnętrznym, by wspierać je w prawidłowym rozwoju tożsamości, poczucia własnej wartości, relacji z innymi? W nauce zdrowego funkcjonowania w obrębie ogólnie przyjętych norm społecznych? Jak minimalizować ilość krzywdy, alienacji i ksenofobii na szkolnych korytarzach?

Zatem gdy ktoś pyta: „Jakim cudem bez oceny zachowania przywołamy uczniów i uczennice do porządku? Również dla ich własnego bezpieczeństwa!”, odpowiadam: chodzi właśnie o to, że nigdy nie wiemy od razu: jak. To istota nauczycielstwa. Z początku jesteśmy bezradni. Bo żeby pomóc – naprawdę pomóc drugiemu człowiekowi i zrozumieć go – trzeba wielkiej uważności. I trzeba się szalenie dużo uczyć. Czytać, rozmawiać, próbować. Trzeba mieć na to czas. Trzeba mieć odpowiednio mało ludzi pod swoją opieką. Trzeba mieć do pomocy cały sztab psychologiczno-pedagogiczny, szkolenia, merytoryczną literaturę.

Wina i nagroda, kij i marchewka

Na pewno nie osiągniemy wiele poprzez kary i nagrody. To drugi przytyk do retorycznych prób obronienia oceny zachowania w szkole. Jeżeli informację zwrotną od nauczyciela będziemy rozpatrywać w kategorii winy i nagrody, napotkamy ten sam problem, który napotykają rodzice wyznający metodologię marchewki i kija, mianowicie: zachowanie dziecka staje się ciągłym, roszczeniowym performensem.

Dziecko wychowywane w ten sposób zaczyna kłamać, udawać, przedstawiać otoczeniu sztuczną, stworzoną wersję siebie.

Z jednej strony we wcielaniu się w społeczne role, przywdziewaniu masek dla otoczenia trudno się doszukiwać czegoś szkodliwego, skoro wszyscy to robimy i jest to jedna z norm obyczajowych, których trzeba się nauczyć. Z drugiej – jest w tym coś socjopatycznego. W takim ujęciu wychowywanie zostaje sprowadzone do modelowania jedynie zachowań obserwowanych, nie jest już obliczone na rzeczywistą zmianę w małym człowieku. Korczak pisał o tym już wiele lat temu: dziecko „dobre” to nie to samo, co dziecko „grzeczne”. To drugie – ciche, posłuszne wobec dorosłych, wygodne dla otoczenia – wcale nie musi być moralnie dobre, empatyczne, dzielne ani uczciwe.

Dziecko „grzeczne” dzięki systemowi kar i nagród będzie grzecznie przytakiwało starszym, nie będzie się spóźniać na lekcje ani bazgrolić w zeszycie, a w duchu – może nienawidzić wszystkiego i wszystkich, w internecie może anonimowo wyśmiewać otyłego kolegę. Gdy dorośli nie wiedzą, nie oceniają, prawda? Taki uczeń czy uczennica będzie przestrzegać zasad wówczas, gdy opiekunowie patrzą, mogą nagrodzić lub ukarać. Taka młoda osoba pozostawiona sama sobie – jest pusta w środku, nie ma obmyślonych zasad postępowania, nie wykonała nigdy pracy nad wyborem istotnych dla siebie wartości.

Pozostaje jeszcze filozoficzna wątpliwość dotycząca natury dobra: czy wolontariat, w który dziecko się zaangażowało, by dostać punkty i wyższą ocenę zachowania, mieści się w sferze dobrych uczynków? Niedawno nagłośniono pomysł MEN-u, by ocenę zachowania wystawiano między innymi w oparciu o uczucia patriotyczne. Czy to miłość do ojczyzny, gdy Staś współorganizuje apel pierwszomajowy, by dostać wyższą ocenę zachowania?

Nie wiemy nic

Po trzecie: o życiu wewnętrznym naszych uczniów i uczennic nie wiemy tak naprawdę nic. W przeludnionej szkole nie ma kiedy się czegokolwiek od nich dowiedzieć: co jest dla nich ważne, co ich przeraża, po co w ogóle się uczą, dlaczego nie przychodzą do szkoły, jeśli wagarują.

To przerażało mnie w nauczycielach karających za brak włączonej kamerki na lekcji: a skąd ja mam, u licha, wiedzieć, czemu dziecko nie włącza? Może równolegle gra w Fortnite’a, ale może wstydzi się swojego pokoju? Może nie ma własnego pokoju? Może ma podbite oko? Może ma dysmorfofobię i brzydzi się oglądać własną twarz na ekranie?

Czasem coś albo kogoś lepiej zrozumiemy na wycieczce szkolnej czy podczas przerwy na korytarzu. Ale zazwyczaj nie wiemy, dlaczego, dajmy na to, Zosia na kartkówce z fizyki zagląda do cudzej pracy. Może nie dała rady się uczyć, bo od paru dni jest półprzytomna ze strachu, bo umówiła się po szkole na randkę z obcym typem z internetu?

Albo wie, że koleżanki w toalecie cięły się lub brały dopalacze i waha się, czy powinna komuś powiedzieć? Może się uczyła, może nawet dobrze rozwiązała zadanie, tylko wydaje jej się, że źle, więc chce porównać, jak mają inni? Może ściąga, bo rodzice jej powiedzieli, że jeśli nie będzie miała średniej 5,0, to nie pojedzie na obóz żeglarski?

Co z zachowania postawić uczniowi, który bije kolegów, bo w domu leje go ojciec, i nie wie, jak inaczej dać upust frustracji?

Uczennicy, która notorycznie się spóźnia na lekcje, bo ma depresję, ale w domu nie ma jej kto zabrać do psychiatry, a nawet psychologa, nie ma terapii, nie ma leków?

Ten, komu się wydaje, że każdy z powyższych przypadków można prześwietlić, dookreślić i zrozumieć, wierzy chyba w szkołę jako więzienny panoptykon.

Wiem, wiem, niektórym właśnie taka foucaultowsko-orwellowska szkoła się marzy, ale możliwa będzie dopiero w przyszłości, gdy prywatyzacja polskiej oświaty pójdzie jeszcze o kilka kroków naprzód i w szkołach publicznych zostaną utworzone 50-osobowe oddziały z kamerami, wykrywaczami metalu, podsłuchami i ochroniarzami, a może nawet i Policją Myśli!

Koszmar i bezsens

Każdy czasem łamie reguły, każdy czasem zachowuje się beznadziejnie. Z różnych przyczyn. Bo człowiek jest szalenie skomplikowanym tworem. Bo niektóre reguły są głupie, bo jesteśmy tylko ludźmi, bo mamy za łatwo lub za ciężko, bo aż do śmierci wszyscy walczymy ze swoimi wadami.

Tylko że w normalnym życiu nikt nie wystawia stopni z zachowania. Bo nie ma po co. Czemu by to miało właściwie służyć? Publicznemu upokorzeniu?

Ktoś może teraz myśli: przecież powinno się uczyć dzieciaki, że wszystko ma swoje konsekwencje. My, dorośli, w jakimś sensie oceniamy nawzajem swoje zachowanie – są konsekwencje prawne w przypadku przekroczenia prawa, konsekwencje towarzyskie w przypadku przekroczenia norm społecznych. Nazywanie przewiny, nazywanie agresora.

Odpowiem: ależ oczywiście. Tylko że i wobec dzieci, i młodzieży, te konsekwencje także mają miejsce: są konsekwencje prawne w przypadku przekroczenia prawa, konsekwencje towarzyskie w przypadku przekroczenia norm społecznych. Nazywanie przewiny, nazywanie agresora.

Nie widzę potrzeby wdrażania oddzielnej konsekwencji w postaci wystawiania co semestr oceny zachowania.

Nie mamy narzędzi, by to zrobić uczciwie. Zapoznałam się z rozmaitymi strategiami: ocenę zachowania proponują nauczyciele pracujący z daną klasą. Wychowawca. Uczniowie i uczennice sobie nawzajem. Albo sobie samym. Systemy punktowe, zliczające zasługi i przewinienia. Są wychowawczynie, które po prostu stawiały wszystkim, od góry do dołu, zachowanie bardzo dobre lub wzorowe i tyle. Pamiętam, że szczególnie bezradna i upokorzona tym wyzwaniem czułam się, gdy byłam wychowawczynią klasy maturalnej. Tym, że mam oceniać zachowanie już praktycznie dorosłych ludzi.

Są różne dane dotyczące tego, ile osób uczących się przypada na jednego psychologa szkolnego. Według fundacji GrowSPACE – 785. Na jednego pedagoga szkolnego – podobno 384.

Nie ma danych na temat tego, jak ocena zachowania kształtuje samoocenę młodego człowieka, jak wpływa na jego wiarę we własne siły, możliwości i chęć zmiany, potrzebę rozwijania własnej osobowości.

Nie ma danych na temat tego, ilu nauczycieli siedziało bezradnie przed arkuszem stopni zachowania, myśląc o tym, jak koszmarnie, głęboko bezsensowne one są.

Aleksandra Korczak

Wyróżniona w konkursie Nauczyciela Roku nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest ekspertką do spraw lektur szkolnych oraz edukacji antydyskryminacyjnej, a także nagradzaną poetką performatywną.

Komentarze