Szwedzcy Demokraci zaczynali jako polityczny trędowaty z faszystowskim rodowodem i poparciem ułamka procenta społeczeństwa. Przez prawie 20 lat Jimmie Åkesson oczyszczał formację z radykalnych haseł i stopniowo przekształcał ją w drugą siłę szwedzkiej polityki. Dziś partia stoi u progu realnej władzy, a premier Ulf Kristersson sam zaprasza ją do rządu.
Żeby zrozumieć, czym jest dzisiejszy szwedzki taniec ze skrajną prawicą, trzeba cofnąć się o prawie 40 lat i przyjrzeć się partii, która jeszcze niedawno była politycznym trędowatym.
Szwedzcy Demokraci powstali w 1988 roku z połączenia kilku środowisk skrajnie nacjonalistycznych i antyimigranckich. Ich ideowi ojcowie wywodzili się z duńskiego ruchu Folkebevægelsen mod Indvandring (Ludowy Ruch Przeciwko Imigracji) oraz ze szwedzkich organizacji jawnie faszystowskich, m.in. Bevara Sverige Svenskt, czyli Zachować Szwecję Szwedzką.
W pierwszych latach swojego istnienia partia nie kryła swojego radykalnego charakteru. Jej działacze posługiwali się wprost hasłami o czystości etnicznej i demontażu demokracji parlamentarnej. Nic więc dziwnego, że przez długi czas Szwedzcy Demokraci byli traktowani przez wszystkie inne ugrupowania jako polityczny trędowaty. Media odmawiały zaprosin, a liderzy innych partii publicznie deklarowali, że z formacją nigdy nie usiądą do jednego stołu. W wyborach w 1994 roku partię poparło zaledwie 0,25 proc. Szwedów, co oznaczało, że była ona politycznym mikrobytem bez żadnego realnego wpływu na bieg spraw w kraju.
Przełom nastąpił w 2005 roku, gdy stery przejął wówczas 26-letni Jimmie Åkesson.
Był to człowiek z zupełnie innym temperamentem niż jego poprzednicy. Åkesson w młodości działał w młodzieżówce Umiarkowanej Partii Koalicyjnej (tzw. Moderaci), czyli ugrupowania centroprawicowego, które od lat współtworzyło mainstreamową politykę Szwecji. Dzięki temu lider Szwedzkich Demokratów rozumiał, że aby partia kiedykolwiek zbliżyła się do władzy, musi zerwać ze swoim ekstremistycznym wizerunkiem.
Wprowadził politykę zerowej tolerancji dla rasizmu i nazizmu. Z partii usunięto najbardziej radykalne osoby, a w 2011 roku przyjęto nowy program, z którego wykreślono wszystkie jawne nawiązania do nacjonalizmu etnicznego. Åkesson zaczął świadomie modelować swój język polityczny. W wywiadach dla poważnych dzienników mówił o potrzebie reformy systemu opiekuńczego i o konieczności uczciwej polityki migracyjnej. Stopniowo przestawał być postrzegany jako polityczny szaleniec, a zaczynał jako ktoś, kto w twardy, ale kontrolowany sposób zadaje niewygodne pytania.
Ta strategia przyniosła efekty w 2010 roku, gdy Szwedzcy Demokraci po raz pierwszy przekroczyli czteroprocentowy próg wyborczy i wprowadzili 20 posłów do szwedzkiego Riksdagu. Od tego momentu partia Åkessona systematycznie rosła w siłę, stając się w 2022 roku drugą siłą w parlamencie i licząc sobie ponad 30 000 zarejestrowanych członków.
Przez całą pierwszą połowę kadencji 2022–2026 rząd Ulfa Kristerssona z Umiarkowanej Partii Koalicyjnej opierał się na cichym poparciu Szwedzkich Demokratów. Partia Jimmiego Åkessona nie wchodziła w skład gabinetu, ale konsekwentnie głosowała za rządowymi budżetami oraz za ustawami zaostrzającymi politykę migracyjną i karną. Był to układ niezwykle wygodny dla obu stron. Szwedzcy Demokraci mogli zbierać polityczne żniwo każdej twardszej reformy, nie ponosząc przy tym odpowiedzialności za błędy administracji czy niepopularne decyzje.
Rząd Kristerssona z kolei miał zapewnioną stabilną większość w Riksdagu, choć formalnie dysponował jedynie mandatami trzech partii. W styczniu 2026 roku Kristersson ogłosił w wywiadzie dla dziennika Dagens Nyheter, że po wyborach zaplanowanych na 13 września chce włączyć Szwedzkich Demokratów do rządu na zasadach pełnoprawnego koalicjanta. Przyczyna zmiany jest natury czysto rachunkowej.
Trzy partie centroprawicowe, czyli Umiarkowana Partia Koalicyjna, Chrześcijańscy Demokraci i Liberałowie, tracą poparcie w sposób systematyczny i nieodwracalny.
W sondażach z lutego 2026 roku Moderaci notowali 18 proc., Chrześcijańscy Demokraci 5 proc., a Liberałowie zaledwie 3 proc., co oznaczało, że ledwie utrzymywali się nad 4-proc. progiem wyborczym. Łącznie dawało to 26 proc. poparcia, podczas gdy Szwedzcy Demokraci mieli około 20 procent. Bez ich wsparcia prawica nie miała żadnych szans na utrzymanie władzy po wrześniu. Kristersson nie miał więc wyboru i musiał zapłacić cenę za ich lojalność, a ceną tą były realne stanowiska w rządzie. Nie był to jednak akt politycznej dobrej woli ani nagły przypadek tolerancji, lecz czysta kalkulacja strachu przed utratą władzy.
Szwedzcy Demokraci mają otrzymać ważne stanowiska ministerialne w kwestiach migracji i integracji. W praktyce oznacza to dwa resorty, a mianowicie Ministerstwo Migracji, które obecnie znajduje się w rękach Moderatów, oraz Ministerstwo Sprawiedliwości, które odpowiada za politykę wobec przestępczości zorganizowanej i gangów. Były to dwa filary, na których Szwedzcy Demokraci od lat budowali swoją tożsamość polityczną i elektorat.
Åkesson nie krył jednak, że to dla niego za mało. W exposé programowym swojego ugrupowania z listopada 2025 roku zażądał również nadzoru nad polityką mieszkaniową, argumentując, że to imigranci otrzymują mieszkania socjalne kosztem rodzimych Szwedów. Zażądał także częściowej kontroli nad budżetem socjalnym, a konkretnie nad zasiłkami dla niepracujących, ponieważ według niego imigranci nadużywają systemu opiekuńczego.
Kristersson publicznie nie odniósł się do tych dodatkowych żądań, co oznaczało, że będą one przedmiotem negocjacji po wyborach. Kluczowa zawiłość, o której mówiło się w Sztokholmie, dotyczyła jednak nie tyle liczby resortów, ile rzeczywistej władzy. W szwedzkim systemie parlamentarnym minister nie jest samodzielnym władcą resortu. Każda istotna decyzja wymaga zgody całego gabinetu, a w praktyce uzgodnienia z partią premiera. Jeśli Szwedzcy Demokraci dostaliby Ministerstwo Migracji i Ministerstwo Sprawiedliwości, ale nie mieliby wpływu na politykę finansową państwa, to ich radykalne projekty mogłyby być blokowane przez Moderatów.
Åkesson doskonale o tym wiedział. Dlatego w swoim noworocznym wystąpieniu postawił sprawę jasno. Powiedział, że albo partia jest w rządzie, albo przechodzi do opozycji i że skończyły się czasy, gdy Szwedzcy Demokraci mogli być tylko tolerowani, a nie wpuszczani do środka. Oznaczało to, że bez realnej współodpowiedzialności za całokształt polityki państwa Åkesson wolał pozostać w opozycji i atakować rząd z zewnątrz.
Aby odpowiedzieć na pytanie, czy blok prawicowy z Szwedzkimi Demokratami ma szansę na większość w Riksdagu, należy spojrzeć na suche liczby. Szwedzki Riksdag liczy 349 mandatów, a większość bezwzględna wynosi 175 mandatów. Według średniej z sześciu wiarygodnych sondaży przeprowadzonych między lutym a marcem 2026 roku blok prawicowo-nacjonalistyczny, czyli Szwedzcy Demokraci, Moderaci, Chrześcijańscy Demokraci i Liberałowie, łącznie zdobyłby około 157 mandatów, co stanowiłoby 45 proc. wszystkich miejsc w parlamencie. Do większości bezwzględnej brakowało więc 18 mandatów.
Gdzie zatem prawica mogłaby znaleźć brakujące mandaty? Jedynym potencjalnym koalicjantem jest Partia Centrum, która w sondażach notuje ok. 7 proc. poparcia. Partia Centrum od dawna deklarowała jednak, że nie wejdzie w żaden układ ze Szwedzkimi Demokratami. Jej liderka, Anna-Karin Hatt, powiedziała w wywiadzie dla telewizji SVT w styczniu 2026 roku, że
nie ma mowy o współpracy z partią, która chce zamykać granice dla uchodźców i kwestionuje podstawy praworządności.
Bez Partii Centrum prawica nie ma drogi do uzyskania większości. Co zatem mógłby zrobić Kristersson po wyborach, jeśli jego blok nie osiągnąłby większości? Do wyboru są dwa scenariusze. Scenariusz pierwszy to rząd mniejszościowy z Szwedzkimi Demokratami w składzie, który opierałby się na doraźnych głosach Partii Centrum lub innych partii w poszczególnych ustawach. Scenariusz drugi to powrót do modelu z lat 2018–2022, czyli długotrwały kryzys rządowy, w którym żaden blok nie jest w stanie sformować stabilnego gabinetu.
Szwedzcy wyborcy pamiętają ten okres bardzo dobrze, ponieważ trwał on aż cztery miesiące i sparaliżował część ustawodawstwa.
Sprawę dodatkowo skomplikował skandal z udziałem Jimmiego Åkessona i klubu motocyklowego Comanches. Szwedzcy Demokraci od lat borykali się z mniejszymi lub większymi aferami. Zdarzały się już przypadki rasistowskich wpisów w mediach społecznościowych posłów tej partii, a także kontakty pojedynczych działaczy z organizacjami skrajnie prawicowymi. Jednak grudzień 2025 roku przyniósł skandal o zupełnie innej skali.
Czołowe szwedzkie media, tabloid Expressen oraz telewizja publiczna SVT, ujawniły, że Jimmie Åkesson od co najmniej 3 lat utrzymuje przyjacielskie relacje z mężczyzną, który jest szefem klubu motocyklowego Comanches w regionie Sztokholmu. Szwedzka policja od 2022 roku klasyfikuje Comanches jako organizację przestępczą.
Według akt śledczych klub zajmuje się handlem narkotykami na dużą skalę, wymuszeniami haraczy na lokalnych przedsiębiorcach oraz praniem brudnych pieniędzy.
Lider tej grupy, którego nazwiska media nie ujawniły ze względu na trwające postępowanie, był wielokrotnie notowany przez policję i dwukrotnie skazany za przestępstwa gospodarcze. Åkesson nie zaprzeczył, że zna tego mężczyznę.
W oficjalnym oświadczeniu z 10 grudnia 2025 roku wyjaśnił, że spotykali się w sprawach lokalnych (remont osiedlowej świetlicy i organizacja festynu sąsiedzkiego). Lider Szwedzkich Demokratów zapewnił, że nie miał pojęcia o kryminalnym procederze swojego znajomego. Problem polegał na tym, że prokuratura wszczęła w styczniu 2026 roku kontrolne śledztwo w sprawie, czy Åkesson nie otrzymywał od tej osoby nielegalnych korzyści, na przykład finansowania kampanii wyborczej lub pokrywania prywatnych wydatków.
Mimo braku formalnych oskarżeń sam fakt, że lider partii walczącej z przestępczością gangów jest badany przez wymiar sprawiedliwości, okazał się dla Szwedzkich Demokratów druzgocący wizerunkowo. Sondaże przeprowadzone w lutym 2026 roku pokazały, że partia straciła 2 punkty procentowe wśród wyborców miejskich, zwłaszcza w aglomeracji sztokholmskiej. Jednocześnie utrzymała poparcie na wsiach i w małych miasteczkach.
Oznaczało to, że twardy, wiejski elektorat nie opuścił partii, ale umiarkowani sympatycy prawicy, którzy wahali się między Szwedzkimi Demokratami a Umiarkowanymi, mogli teraz uciec do Kristerssona.
Jimmie Åkesson prowadzi kampanię wyborczą w 2026 roku na dwóch biegunach retorycznych. Podczas debat w telewizji publicznej SVT oraz w wywiadach dla poważnych dzienników, takich jak „Svenska Dagbladet”, mówi językiem męża stanu. Mówi o potrzebie reformy systemu opiekuńczego, o konieczności integracji imigrantów przez obowiązek nauki języka, o szacunku dla prawa i szwedzkiej konstytucji. Na wiecach wyborczych w miasteczkach takich jak Borlänge, Landskrona czy Karlskrona używa jednak radykalnej retoryki. Mówi tam wprost: „Oni niszczą naszą Szwecję”, „Dopóki nie zamkniemy granic, nie będzie bezpiecznie”, „Elity w Sztokholmie gardzą zwykłymi ludźmi”.
Ta komunikacyjna sprzeczność nie jest przypadkowa ani nie wynika z nieumiejętności. Jest to świadoma strategia, ponieważ Szwedzcy Demokraci potrzebują głosów dwóch zupełnie różnych grup wyborców. Pierwsza to rozczarowani socjaldemokraci, czyli tradycyjni wyborcy lewicy, którzy czują się porzuceni przez swoją partię. Oni oczekują konkretnych propozycji programowych, a nie pustych haseł. Druga grupa to własny, często antyestablishmentowy elektorat Szwedzkich Demokratów, który chce
pożogi, radykalnych zmian i bezkompromisowego ataku na system.
Im bliżej władzy jest partia Åkessona, tym trudniej zadowolić obie te grupy jednocześnie.
Doskonałym przykładem tej trudności jest styczniowa próba przeforsowania radykalnej reformy zasiłkowej. Szwedzcy Demokraci zaproponowali, aby imigranci przez pierwsze pięć lat pobytu w Szwecji nie mieli dostępu do zasiłków rodzinnych ani do mieszkań komunalnych. Była to propozycja bardzo radykalna, ale mieszcząca się w logice ich antyimigracyjnego przekazu. Jednak koalicjanci z Umiarkowanej Partii Koalicyjnej powiedzieli stanowcze „nie”, argumentując, że takie rozwiązanie narusza konstytucyjną zasadę równego traktowania wszystkich obywateli i legalnie przebywających cudzoziemców.
Åkesson musiał wycofać swój projekt zaledwie tydzień po jego przedstawieniu. Jego radykalni wyborcy poczuli się upokorzeni, ponieważ zobaczyli, że ich partia nie ma realnej siły, by przeforsować własne pomysły. Z kolei umiarkowani sympatycy uznali, że Szwedzcy Demokraci i tak są tylko dodatkiem do rządu, a nie jego realnym współgospodarzem.
Szwedzcy Demokraci nigdy w swojej historii nie byli tak blisko realnej władzy. Mają za sobą upadek dwudziestoletniego kordonu sanitarnego, który odcinał ich od jakiejkolwiek współpracy rządowej. Mają przed sobą otwarte drzwi do gabinetu Ulfa Kristerssona i wyraźną deklarację premiera, że otrzymają ważne stanowiska ministerialne. Mają solidne, utrzymujące się od lat na poziomie około 20 proc., poparcie społeczne. To wszystko jest ogromnym sukcesem partii, która jeszcze w 2010 roku była przez mainstreamowe media i inne ugrupowania traktowana jak zaraza, od której należy trzymać się jak najdalej.
Szwedzcy Demokraci są u progu władzy, ale jest to próg, za którym nie ma jeszcze stabilnego pokoju, tylko gęste pole minowe. Ich najlepszym wynikiem w wyborach 2026 roku może okazać się nie wejście do rządu, lecz utrzymanie roli kingmakerów, to znaczy partii, która decyduje, kto rządzi, ale sama nie ponosi kosztów niepopularnych decyzji.
Jeśli Åkesson ulegnie presji własnego radykalnego elektoratu i przeforsuje wejście do rządu bez realnych gwarancji sprawczości, Szwedzcy Demokraci mogą podzielić los swoich duńskich kolegów z 2015 roku i szybko stracić to, co budowali przez 15 lat. I to jest największa zawilość tej kampanii wyborczej. Czy partia o nazistowskim rodowodzie, która przeszła długą drogę od politycznego marginesu do progu władzy, zdoła utrzymać się na szczycie, nie tracąc przy tym swojej tożsamości i nie pogrążając się w skandalach, okaże się już wkrótce. Wszystko rozstrzygną wrześniowe wybory, a wraz z nimi przyszłość nie tylko Szwedzkich Demokratów, ale całej szwedzkiej sceny politycznej.
Autor bloga politykaponordycku.pl, gdzie na co dzień bada kulturę, gospodarkę i politykę państw nordyckich. Pisał o krajach nordyckich dla wielu ogólnopolskich redakcji oraz współpracował z Instytutem Nowej Europy i Fundacją im. K. Pułaskiego.
Autor bloga politykaponordycku.pl, gdzie na co dzień bada kulturę, gospodarkę i politykę państw nordyckich. Pisał o krajach nordyckich dla wielu ogólnopolskich redakcji oraz współpracował z Instytutem Nowej Europy i Fundacją im. K. Pułaskiego.
Komentarze