0:00
25 grudnia 2022

The Pink Rider. Polski dokumentalista ewakuuje mieszkańców ostrzeliwanego Donbasu [ROZMOWA]

Szedłem główną ulicą Siewierodoniecka i filmowałem zniszczenia. Co chwila coś wybuchało. Pocisk spadł na dom blisko mnie. Pobiegłem tam, budynek był w płomieniach, a obok dwóch ludzi rozdawało pomoc humanitarną, zacząłem to kręcić. To był Iwan z pomocnikiem

Wydrukuj

Do Donbasu podróżuje regularnie od 2015 roku. Dokumentował zniszczenia po obu stronach frontu. W 2020 roku przejechał cały Donbas na rowerze, ponad 800 km, od Siewierodoniecka do Mariupola. Zajęło mu to miesiąc. Zatrzymywał się w przyfrontowych wioskach, fotografował ludzi. Nosił różowy kask – aby zwrócić uwagę światowych mediów na wojnę hybrydową prowadzoną przez Rosję.

Po 24 lutego pomaga w ewakuacji mieszkańców Donbasu – swoich bohaterów. Z Sebastianem Płocharskim*, dokumentalistą i fotografem rozmawia Anna Lipińska.

Zdanie „Jestem Polakiem” otwiera drzwi

Anna Lipińska, OKO.press: Kim jest facet, który w różowym kasku jeździł po Donbasie na rowerze?

Sebastian Płocharski: Nazywano mnie już dokumentalistą, fotografem, cyfrowym nomadą i społecznikiem. Ja mówię: interdyscyplinarny twórca, który opowiada historie, wykorzystując współczesne technologie. Na pewno nie szukam przygód na siłę.

Ale żeby w różowym? Po linii frontu na rowerze?!

W 2020 roku przejechałem na rowerze ponad 800 km, od Siewierodoniecka do Mariupola. Zajęło mi to miesiąc. Zatrzymała mnie zima. Nazwałem ten projekt The Pink Rider. Zatrzymywałem się w przyfrontowych wioskach. Większość jest teraz w rękach Rosjan. Chciałem wyglądać nieco prowokująco, by zwrócić uwagę opinii międzynarodowej, jak żyją ludzie przy donbaskiej linii frontu. Rower dawał mi swobodę przemieszczania i bliski kontakt z ludźmi.

Jak na ciebie reagowali?

Zdanie „Jestem Polakiem” otwiera tam wiele drzwi. Chyba cieszyli się, że ktoś się nimi interesuje. Mieszkałem u nich, towarzyszyłem w codziennym życiu, rąbałem drewno. Na polnej drodze koło Popasnej natknąłem się na strażaków, którzy po pracy zrobili sobie piknik samochodowy z jedzeniem i wódeczką. Zaprosili mnie. Z tego, co wiem, żyją. Udało się im uciec, ale ojca jednego z nich na siłę wcielono do rosyjskiej armii i zginął w Ługańsku.

Jeżdżąc od wioski do wioski stworzyłem dwieście portretów. „Portrety przedśmiertne mieszkańców linii rozgraniczenia na Donbasie”, tak to nazwałem. Bo ci ludzie zostali kompletnie zapomniani, umierają na tej linii frontu. Od 2014 roku żyją w strefie wojennej, wykluczeni społecznie, samotni, bo ich rodziny wyjechały za lepszym życiem do Rosji lub Europy.

W Pieskach pod Donieckiem żyło już tylko siedmioro starszych ludzi. Na terenie tzw. antyterrorystycznej operacji nie ma publicznych instytucji, pracy.

Widok starszych osób, proszących pod sklepem o kawałek kiełbasy, jest tam normalny.

Te portrety są pewnie ich ostatnie. Nigdzie się stamtąd nie ruszą, tam umrą. Tylko nie wiadomo, czy naturalnie, czy od artylerii. Tam ludzie byli zastraszani, dochodziło do gwałtów, grabieży, żądań okupu. Panowała anarchia, ten kto miał broń, stanowił prawo.

Kiedy byłem pierwszy raz w Donbasie, w 2015 roku oskarżono ukraiński oddział Tornado o najcięższe przestępstwa. Dzień przed ich aresztowaniem przez Siły Zbrojne Ukrainy pojechaliśmy do bazy Tornado z lwowską telewizją. Spędziliśmy tam noc.

Zdążyłem zrobić portret Daniłowi Liaszuce „Mudżahedinowi”. Zakrył tylko swoje tatuaże. „Są dla mnie intymne”, powiedział. Był oprawcą, jak się okazało. Sfotografowałem go, jak siedzi na transporterze opancerzonym (BTR), w okularach przeciwsłonecznych, z przyczepionymi wokół pasa materiałami wybuchowymi. Mówił, że woli się wysadzić, niż dać się aresztować. W ręku trzymał izraelski karabin maszynowy, cały batalion miał takie. Ale tylko grał przede mną chojraka, bo następnego dnia dał się aresztować. Gdy moi kompani z telewizji dowiedzieli się, że do batalionu jedzie Armia Ukraińska, wyjechaliśmy.

Portret Ludmiły z Sołedaru, która nie chce się ewakuować, chociaż w mieście trwają już uliczne walki. Fot. Sebastian Płocharski.

Przesłuchiwany Pink Rider

Po co to robisz?

Jako twórca jestem łącznikiem między tamtą rzeczywistością, a naszą, zachodnią. Na Donbas na wakacje nikt przecież nie jeździ. Przeciętny Europejczyk nic nie wie o tych ludziach. Stąd projekt „Ławeczka”.

Przed Pałacem Kultury w Warszawie w ramach Ukraina! Festiwal Filmowy w 2021 roku ustawiłem ławeczkę podobną do tych, na jakich fotografowałem mieszkańców Donbasu. Zapraszałem przechodniów, by usiedli. Wybierali zdjęcie tamtych moich bohaterów, a ja ich z tymi zdjęciami fotografowałem. Miałem pokazać „Ławeczkę” w muzeum w Lisiczańsku, w kwietniu tego roku…

Opowiedz, jak byłeś „Pink Riderem”

W 2015 roku ukraińska armia nie była tak profesjonalna, jak dziś. Żołnierze zapraszali mnie do bunkrów, opowiadali o sobie. W 2020 roku już nie byli tacy ufni. Ale nie spodziewałem się, że będę miał taki problem z rowerem. Dostałem zgodę biura prasowego ukraińskiego MON, ale żołnierze na blokpostach nie byli przygotowani na taką sytuację. Nie było procedury dla dokumentalisty na rowerze. Media jeździły samochodami. Wsiadał oficer i cały czas im towarzyszył. A co z rowerzystą?!

Z reguły mnie puszczali. Czasem się ze mnie śmiali. Dopiero jak zaczynałem mówić w ich języku, co robię, to ich podejście się zmieniało. Czasami wybierałem polne drogi, wolne od kontroli. Pod Mariupolem mnie za to aresztowano. Przyjechało trzech uzbrojonych facetów i zabrali mnie do bunkra. Trzy godziny czekałem na służby bezpieczeństwa. Przesłuchali mnie, uświadomili, że nie mogę wjeżdżać w strefę militarną, bo grozi to „międzynarodowym skandalem”. A potem spakowali z rowerem do samochodu i zawieźli do Mariupola.

Cokolwiek się działo, zawsze czułem się bezpiecznie w towarzystwie ukraińskiego wojska. Raz mi tylko zawiązali oczy. Wracałem z Donieckiej Republiki Ludowej do Ukrainy, to był 2015 rok. Ukraińcy zobaczyli moją legitymacje prasową wystawioną w Doniecku. Jest niezbędna, tylko posiadacz takiej akredytacji może tam cokolwiek filmować.

Wojskowi od razu zawiązali mi oczy, wsadzili do bunkra i znów musiałem się tłumaczyć.

Często byłeś przesłuchiwany?

Najgorzej było Ługańsku w 2015 roku. Wybrałem się do Ługańskiej Republiki Ludowej z Anią, aktywistką społeczną i tłumaczką języka rosyjskiego, nie chcę podawać jej nazwiska. Chcieliśmy zobaczyć, oczywiście z kamerą, jak żyją tam ludzie. Noc spędziliśmy jeszcze u ukraińskich żołnierzy. Rano przeszliśmy przez zbombardowany most w Stanicy Ługańskiej, właściwie ziemię niczyją, kasując jeszcze na FB wszystko, co mogłoby nam lub innym zaszkodzić. Na horyzoncie widzieliśmy już flagi Noworosji i Ługańskiej Republiki Ludowej.

Już na pierwszym posterunku żołnierze wykrzykiwali, że jesteśmy nazistami i że chcemy zmanipulować ługańskie dzieci. Zabrali nas do wagonu zakopanego w ziemi, który pełnił rolę bunkra.

Okazało się, że przez ostatnie godziny obserwowali nas przez lornetki. Pytali, dlaczego tak wylewnie żegnaliśmy się z ukraińskimi żołnierzami. Przyjechała bezpieka i zabrała nas do głównej siedziby. Tam przejęli nas agenci. Jeden wyglądał typowo, surowy, bez emocji, budził strach. Mną zajął się agent Wowa, znał angielski. Całkiem sympatyczny facet, raz nawet poszliśmy na piwo.

Z agentem na piwo?

Agenci chodzili za nami krok w krok. A jak kończyliśmy pracę, odwozili do domu. Raz Wowa zaproponował, żebyśmy wypili na parkingu piwo. Zaczęliśmy gadać. Powiedział, że bardzo szanuje to, co robię, ale to niebezpieczne. Mówił, że do Ługańska oddelegowano go z Moskwy.

Starał się zakumplować, może chciał, żebym został jego informatorem (śmiech).

Bezpieka bacznie nas obserwowała. Chyba sądzili, że mogę być szpiegiem, zwłaszcza, że nie miałem wtedy wielkiego dorobku zawodowego jako video dziennikarz.

TV Ługańsk kłamie

Wróćmy do przesłuchania

Po przesłuchaniu czekała na nas przed budynkiem telewizja Ługańsk 24. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy coś powiedzieć. Pytali o to samo, co agenci. Jak postrzegamy ukraińskich żołnierzy, ilu ich tam jest, jak się wobec nas zachowują, jak widzą tę wojnę. Pytali też o militarne sprawy, ale nic nie wiedziałem.

Teraz już wiem, że pytania były tak pomyślane, by łatwo można było powycinać fragmenty. Sprzed kamery wyciągnął mnie jakiś podpity gość – okazało się – generał. Zaprosił do stołówki na zupę. Przy stole siedziało kilkanaście osób, dominował humor procentowy.

Generał chciał się dowiedzieć, dlaczego my, Polacy, odrzuciliśmy rosyjską przyjaźń. „Mogliście iść z nami ramię w ramię. Ale jeszcze będziemy bratnimi narodami”, powiedział z rozrzewnieniem. Zjadłem zupę i wyszedłem.

Następnego dnia gubiąc po drodze bezpiekę odwiedziliśmy kolegę Ani, który pomagał ukraińskiej armii.

Gdy rozmawialiśmy z kimś na ulicy, już po chwili agenci spisywali zeznania naszego rozmówcy.

Dlatego materiał, który nagrałem, zaszyfrowałem. I nic więcej o tym spotkaniu nie powiem.

Szóstego dnia znowu zgarnęła nas bezpieka. Posadzili nas przed kamerami i postawili ultimatum. Albo udzielamy wywiadu, albo możemy mieć problem z wyjazdem. Pamiętam, że montażysta Ługańsk 24 tv miał czerwoną koszulkę z sierpem i młotem. Znów pytali o ukraińskich żołnierzy.

Gdy nas wypuścili, Ania od razu wyjechała, ja zostałem jeszcze dwa tygodnie. Oczywiście doskonale zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Przed moim przyjazdem więziono w Ługańsku chłopaka z Polski, który fotografował bez pozwolenia.

Dziennikarze Ługańsk 24 zabrali mnie na front, sam nie mógłbym tam wjechać. Pokazywali pozycje separatystów i dzielili się ze mną swoją prawdą o tej wojnie. Po zdjęciach pojechaliśmy nad jezioro na ognisko.

Wydawali się fajnymi, normalnymi ludźmi, chociaż siali propagandę. Pewnie też chcieli przetrwać, jak wszyscy na tej wojnie.

Taras, dyrektor stacji i tamtejszy wiceminister informacji pokazywał mi z dumą stworzone przez siebie godła ługańskie, które wisiały w całym mieście. Przed wojną wykładał grafikę na uniwersytecie w Kijowie. Kilka lat mieszkał w Paryżu. Gdy wybuchł protest na Majdanie, wyjechał do Ługańska i zaangażował się w tworzenie Ługańskiej Republiki. Słyszałem niedawno, że wyjechał do Rosji, bo w Ługańsku zaczął bać się o swoje życie.

Rozmawiałeś z nimi? Przecież byliście po dwóch stronach barykady. Wszyscy już wiedzieli, że za wojną w Donbasie stoi Putin.

Nie byłem wtedy po żadnej stronie barykady. Miałem tylko ogólną wiedzę o Donbasie. Chciałem zobaczyć ten konflikt na własne oczy, zrozumieć go. W 2015 roku przed wyjazdem łudziłem się, że to konflikt wewnętrzny. Ale po tych kilku miesiącach w Donbasie zrozumiałem, że to kontrolowana i sterowana przez Rosję wojna hybrydowa, mająca zdestabilizować państwo ukraińskie. Mieszkańcy tych terenów byli pionkami w grze.

Ja najpierw staram się widzieć człowieka, a potem ideologię.

Gdy jeździłem z ługańską telewizją na front, to agenci sprawdzali, co sfotografowałem i nagrałem. Dlatego miałem dwie karty. Na jednej najważniejszy dla mnie materiał, a na drugiej ten, który bezpieka zaakceptuje.

Pierwszą chowałem w majtki, a drugą pokazywałem.

Za pierwszym razem, gdy tego nie zrobiłem, część materiału kazali mi skasować. Materiały, na których mi zależało, kodowałem i ukrywałem wśród plików gry komputerowej.

Czy pokazałeś już gdzieś te materiały?

Nie i pewnie części nigdy nie pokażę, bo mogłyby zaszkodzić tym, których nagrałem. O nich martwię się najbardziej.

Oczywiście moje serce od początku było z Ukrainą. Nie byłem znanym twórcą, więc myślałem, że bezpieka nie bierze mnie na poważnie i mam dużą swobodę działania. Szybko się okazało, jaki byłem naiwny. Wykorzystano mnie, stałem się pożytecznym idiotą. Telewizja Ługańsk 24 wyemitowała film propagandowy zmontowany z naszych wypowiedzi. Wrzucili też na YouTube. Tak to spreparowali, by przedstawić nas jako zwolenników separatyzmu. Powiedziałem na przykład, że Ukraińcy mają serce do walki, ale separatyści też nie chcą się poddać, więc boję się, że upłynie jeszcze wiele krwi. A w tym materiale telewizyjnym poszło: „Bo separatyści mają serce do walki”.

Pod filmem wylała się fala krytyki. Ania, jako że pracowała w fundacji Wolna Europa, wszczęła alarm i po 24 godzinach film usunęli. Ale w Ługańsku pani w kiosku mnie poznała i dziękowała. Gdy zaczął się bojkot filmu, ci z Ługańska się poobrażali.

Ewakuacja dzieci z Toszkiwki, dzień przed zajęciem miejscowości przez wojska rosyjskie. Fot. Sebastian Płocharski.

Co z tym ciałem?

Z Ługańska pojechałeś do Doniecka.

Wynająłem mieszkanie przez coachsurfing od młodej lekarki, która wyjechała do pracy w Rosji. W Doniecku nikt mnie nie śledził, mogłem spokojnie pracować. Wyjechałbym też bez problemu, ale pod wieczór poszedłem na deptak nad Dońcem, żeby porozmawiać z ludźmi. Na zachętę zabrałem butelkę wódki. Rozmowy były dość powierzchowne, choć jeden 40-latek wyznał, że nie chce mieć kontaktu z rodziną, która wyjechała z Doniecka do centralnej Ukrainy. Zbliżała się godzina policyjna. Jakaś babcia usłyszała, że mówię łamanym rosyjskim, nazwała mnie faszystą i pewnie to ona zadzwoniła po służby. Zgarnęli mnie jak szpiega.

Następnego dnia zorientowali się, że mam wszystkie wymagane dokumenty i wyszedłem bez szwanku, tylko z poranionymi od kajdanek nadgarstkami.

Ryzykant.

To były moje pierwsze miesiące w Ukrainie. Miałem 33 lata. Byłem nieco nadwrażliwym artystą, wypalonym zawodowo i w słabej kondycji psychicznej.

Pracowałem jako operator kamery, freelancer i bardzo chciałem zrobić coś ważnego. Za mało wiedziałem o realiach tej wojny, a to praca w radykalnym środowisku. Tu możesz zostać oskarżony o złamanie prawa, bo się komuś nie spodobasz.

Dzięki wojnie zobaczyłem, że część moich problemów to złudzenia. Paradoksalnie to doświadczenie mi pomogło.

Przez te osiem lat w Donbasie dojrzałem zawodowo i jako człowiek.

Po wybuchu pełnowymiarowej wojny w tym roku znów pojechałeś do Donbasu. Jakie obrazy zapamiętałeś najmocniej?

Płonący Sołedar, w którym spędziłem trzy tygodnie. To dziesięciotysięczne miasto na północ od Bachmutu, znane z wydobycia soli.

Od początku wojny jeździłem z kamerą i pomocą humanitarną do miejscowości przyfrontowych. Dużo widziałem, ale na tyle krzywdy, co w Sołedarze, nie byłem przygotowany. Rosjanie zajęli już wtedy część miasta i zakłady gipsowe.

Ciągle unosił się czarny pióropusz dymu. Ilość pocisków, które tam spadają, jest druzgocąca. W dużo większych miastach, Lisiczańsku czy Siewierodoniecku eksplozji tak nie widać. Każdego dnia myśleliśmy z wolontariuszami, że już nikogo nie da się ewakuować. Ale codziennie wyciągaliśmy z miasta ludzi.

24 sierpnia jechałem z wolontariuszami na ewakuację. Sto metrów przed nami uderzył pocisk, odłamki trafiły przechodnia. Podbiegliśmy. Został trafiony w głowę, jeszcze był z nim słaby kontakt. Medycy wojskowi, którzy stacjonowali 2 km dalej, odmówili pomocy. Zabraliśmy go do szpitala w Krematorsku, zmarł. Następnego dnia był pogrzeb. Robiłem zdjęcia dla bliskich, którzy nie mogli przyjechać.

Nie zapomnę matki nad trumną: „Jak mogłeś mnie zostawić, to ty miałeś mnie pochować! Czemu mnie nie posłuchałeś, czemu wyszedłeś z domu!”.

Też mogłeś nie wrócić.

Najbardziej zdałem sobie z tego sprawę ostatniego dnia zdjęciowego. Pojechałem na misję z amerykańskimi medykami, byłymi żołnierzami. Specjalizują się w ratowaniu cywili ze zbombardowanych budynków.

Wpadliśmy pod ostrzał artyleryjski, straciliśmy dwie opony. Gdy zmienialiśmy koła, nadleciał rosyjski myśliwiec i zrzucił bomby zapalające, które rozpadają się na wiele małych bomb. Rzuciłem się na ziemię, obiektyw rozbił się. Pomyślałem, że to znak, muszę wrócić do domu, choć na chwilę.

Wiem, że w przyfrontowych miejscowościach ciała zostają na ulicy.

Zawsze jestem z kimś w kontakcie, choćby z moją dziewczyną, mówię, gdzie jadę.

Jestem też członkiem Brytyjskiego Stowarzyszenia Dziennikarskiego, które zapewnia pomoc w takich sytuacjach. Gdybym podczas pracy został aresztowany, to również mógłbym liczyć na ich wsparcie. Więc moje ciało wróciłoby do Polski.

W Lisiczańsku widziałem wiele ciał na ulicy. Wiele mogił jest bezimiennych.

Widziałem podwórko przed blokiem, na którym jeszcze niedawno bawiły się dzieci, a teraz stały prowizoryczne groby.

Do cerkwi w Kramatorsku, w której jest centrum ewakuacyjne, angielscy saperzy przywieźli ciało cywila z Sołedaru. Nie wiedzieli, że martwych się nie zabiera. Wolontariusze byli niezadowoleni. Musieli ściągać policję, a procedura trwała kilka godzin. Nie ma na to czasu. Z resztą co robić z takimi ciałami?

A jeśli postrzelony jeszcze żyje?

Tylko inni cywile i wolontariusze mogą go uratować i zawieźć do szpitala.

Peromańskie, Donbas. Ewakuacja. Fot. Sebastian Płocharski

Gdzie jest napisane, że to wojna?

Cywile mogą liczyć na pomoc państwa w ewakuacji?

Tylko z największych miast. Jedynie tam są podstawiane autokary i tylko wtedy, kiedy wywóz ludzi jest bezpieczny. A niestety większość ewakuacji przeprowadza się pod nieustającym rosyjskim ostrzałem, każdego dnia, nawet teraz, gdy czytelnik to czyta.

Za ewakuację odpowiadają wolontariusze. Pieniądze na działania czerpią ze zbiórek. Żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy raczej nie biorą udziału w ewakuacji, mają inne zadania. A poza tym widzą, że wielu ludzi nie chce wyjeżdżać. Twierdzą, że to pro-separatyści czekający na ruskich i że sami sobie są winni. Niechęć mieszkańców Donbasu do ewakuacji to norma. Wielokrotnie sam musiałem ich namawiać. Obiecujemy im bezpieczne schronienie, wodę, prąd, jedzenie, a oni odmawiają.

Dlaczego?

Przede wszystkim ze strachu przed nieznanym i z przywiązania do ziemi. Ci, co nie chcą zostawiać domów, to często chłoporobotnicy.

„No panie, gdzie ja wyjadę z tymi świniami”.

„Dopiero co nowy telewizor kupiliśmy”.

„Nie stać mnie, żeby zaczynać od początku”.

Jak pytam już w samochodzie ewakuacyjnym, dlaczego nie chcieli wyjechać, słyszę: „Nie wiedzieliśmy, że będzie aż tak strasznie”.

Niektórym jest wszystko jedno, czy będą na terenach należących do Rosji, czy Ukrainy. Chcą żyć w swoim domu. Część czuje się Rosjanami, jak ich matka i babcia. Od starszych osób słyszałem, że wojny nie ma.

Po staruszkę z Sołedaru przyjeżdżaliśmy kilka razy. Mówiłem: „Proszę pani, proszę się ewakuować, tu bomby spadają”. Za każdym razem powtarzała rozgniewana: „To nie wojna. Pokażcie, gdzie jest napisane, że to wojna”.

To efekt rosyjskiej propagandy. Dwa dni później ją ewakuowaliśmy. Obok jej domu spadł pocisk. Zwichnęła nogę, gdy uciekała do piwnicy. Nie chciała już ze mną rozmawiać. Po tym też można poznać, kto sympatyzuje z Rosją. Osoby proukraińskie chętnie opowiadają o swoim dramacie, a prorosyjskie nie, bo uważają cię za wroga.

Słyszałem: „Nie rób zdjęć, bo przez ciebie lecą na nas bomby”. Myślą, że naślesz na nich artylerię.

Podczas ewakuacji jeden z moich bohaterów, Iwan chciał pomóc matce z dzieckiem i zabrać je do ośrodka w centralnej Ukrainie. A ona zapytała, czy może ją zawieźć do Rosji.

Wolontariusze zabierają wszystkich, którzy chcą uciekać, nie pytają o pochodzenie. Ewakuowaliśmy emerytowaną profesor fizyki, Rosjankę. Twierdziła, że to Ukraińcy zrzucają bomby. Była zła, że w 2016 roku wprowadzono obowiązek nauczania w języku ukraińskim. Tacy jak ona często wracają do przyfrontowych miast.

Praca przy ewakuacji pokazała mi prawdziwe oblicze Donbasu.

Jakie jest?

W 2015 roku byłem w Ługańsku i Doniecku. Zrobiłem mnóstwo zdjęć przystanków autobusowych, obwieszonych ponadrywanymi ogłoszeniami o pracę w Moskwie i Petersburgu. Zostali rolnicy, pracownicy zakładów i kopalni, podatni na wpływy, bez szerokiego dostępu do zachodnich mediów. Boją się ewakuacji, bo nie mają wiedzy o świecie, nigdy nie wyjeżdżali ze swoich miejscowości. Nie mają wielkich wymagań. Nie potrzebują iść do kina, teatru czy na basen. Wielu nie korzysta z internetu. Najważniejsze, że sklep działa i jest telewizor. Niektórzy naprawdę wierzą, że Rosja ich wyzwoli.

Rosjanie przez lata zalewali Donbas swoją telewizją.

Przemili dziadkowie z Trohizbinki, narodowości ukraińskiej, byli za tym, żeby cały Donbas był rosyjski. Nasłuchałem się, jak to cudownie jest w Ługańsku. A to chyba najstraszniejsze i najsmutniejsze miejsce, jakie widziałem w życiu.

Przed wojną 70 proc. ludzi na Donbasie było prorosyjskich. Myślę, że przez wojnę to się odwróciło. Jednemu z moich bohaterów rosyjski grad zabił matkę. Od razu odechciało mu się rosyjskiego miru i przeszedł na ukraińską stronę. Ale dopiero po tragedii.

Ale oni już tam przywykli do wojny.

Żyją w ciągłym stanie niepewności, często zrezygnowani i apatyczni. Potracili pracę, wiele zakładów zamknięto. A przecież ceny żywności mają wyższe niż na zachodzie Ukrainy. Od wielu lat nie działają w Donbasie ośrodki kultury. Dzieciaki nie mają co robić. Jeździłem z Fundacją Wolna Europa, która organizowała pikniki naukowe dla dzieci. Rozkładaliśmy stragany, a naukowcy z Charkowa pokazywali rozmaite eksperymenty. Przychodziła masa dzieciaków.

Poznałem rodzinę, której ojciec został w Ługańsku, a matka z dorosłymi już dziećmi uciekli. On był Rosjaninem, ona Ukrainką. Czasem dzwonią do siebie. Nie rozmawiają o polityce, bo zaraz się kłócą. Nie widzieli się już osiem lat i pewnie już nigdy się nie zobaczą. To właśnie życie na „linii rozgraniczenia”.

Na środku Filip koordynujący międzynarodowych wolontariuszy przed kolejną próbą ewakuacji z Sołedaru. Fot. Sebastian Płocharski.

Filip i Igi walczą z Putinem

Kim są Królowie Donbasu, jak nazywasz ich w dokumencie, nad którym pracujesz?

To wolontariusze, ewakuujący ludzi z linii frontu. Wojna przyciąga charyzmatycznych ludzi. Pierwsza grupa to byli żołnierze, obcokrajowcy. Najwięcej jest Amerykanów, są też Brytyjczycy, Francuzi, Kanadyjczycy, Czesi i Polacy się zdarzają. Mają około czterdziestu lat, często już na emeryturze. Walczyli w Iraku, Afganistanie. Poznałem też saperów z Anglii, którzy rozminowywali okolice Kijowa. Gdy skończyli, przybyli na wschód, by pomóc cywilom. Każdego dnia narażają życie.

Podglądam ich w działaniu.

Samce alfa głodni sukcesu i indywidualiści, którzy ciągle muszą sobie coś udowadniać. Dlatego są tacy dobrzy w tym, co robią.

Kolejna grupa to cywile, głównie z Ukrainy, którzy przed 2022 rokiem nie mieli nic wspólnego z wojną. Obserwuję ich przemianę. Na przykład bracia Filip i Igi. Są Rosjanami, urodzili się w Wielkiej Brytanii, dorastali w Moskwie. Mają nieco ponad dwadzieścia lat.

Igi przez te kilka miesięcy niesamowicie się zmienił. Poznałem go na początku marca, w kijowskim schronie. Był z matką. Nieśmiały chłopak, opowiadał o wakacjach, z których właśnie wrócił i że tęskni za Moskwą.

Teraz odnalazł sens życia, jako ewakuujący. Nigdy nie utożsamiał się z polityką Putina. Ich matka, Wiktoria Iwlewa, znana dziennikarka i fotografka, pracowała przed wojną w rosyjskiej „Nowej Gazecie”. Na długo przed wojną przyjeżdżała do Ukrainy, by opowiadać Rosjanom o Donbasie z perspektywy jego mieszkańców. Cała rodzina dorastała w duchu opozycyjnym.

Filip na początku wojny wstąpił do wojska, ale odszedł, gdy został postrzelony w ulicznym starciu z Rosjanami. Teraz bracia koordynują pomoc w Siewiersku i Sołedarze. Rywalizują ze sobą. Właściwie nie rozmawiają, tylko się kłócą. Ale stali się liderami całego ruchu ewakuacyjnego. Wiedzą, gdzie trzeba jechać i rozdzielają zadania. Dzięki temu na przestrzeni lipca i sierpnia z samego Sołedaru wywieziono ponad tysiąc osób.

Myślę, że chłopaków napędza ideologia, nie tylko niesienie pomocy. To dla nich forma walki z Putinem.

Trzecia grupa to wolontariusze, którzy przejmują opiekę nad uchodźcami poza linią frontu. W pierwszym etapie uchodźcy trafiają najczęściej do cerkwi, gdzie przejmują ich wolontariusze i rozmieszczają w bezpiecznych miejscach. Zwykle to Kramatorsk, Pokrowsk i Dniepr. Ci wolontariusze nie szukają adrenaliny i poklasku. Mają dużo empatii i skromności.

Ewakuacją z trudno dostępnych, ostrzeliwanych miejsc zajmują się również kapelani baptystów. Poznałem ich przy ewakuacji Siewierodoniecka. Na czele grupy stoi Iwan. Zajmują się pomocą kompleksowo. Dowożą „humanitarkę”, ewakuują ludzi i prowadzą dla nich ośrodek w Smiłej. Założyli go Iwan z żoną.

Pod koniec lat 90. wyemigrowali do USA. Iwan bez znajomości języka angielskiego zdał egzamin na kierowcę tira i założył firmę transportową. Dziś w jej prowadzeniu pomaga mu pięcioro dzieci. Firma przyniosła takie dochody, że w 2013 roku kupił ziemię w Ukrainie i otworzył sierociniec.

Od 2014 roku schronienie znajdują tam uchodźcy z Donbasu. Staruszkowie bez rodzin zapewne już w nim zostaną.

Dzieciaki mają boisko, jest nawet kucyk uchodźca. Śmiech przeplata się ze łzami. Iwan finansuje ośrodek z własnych pieniędzy, robi zbiórki internetowe i szuka wsparcia wśród amerykańskich wiernych. Utrzymanie ośrodka to pięć tys. dolarów miesięcznie.

Wowa z ciocią i wujkiem (miał wtedy 17 lat). Fot. Sebastian Płocharski.

Muszę uratować Wowę

Jak poznałeś Iwana?

Dzień po moich 39. urodzinach przyjechałem do Siewierodoniecka busem z Dniepro. Miał ewakuować ludzi. Kierowca brał dwa tysiące hrywien od osoby. Za takimi płatnymi ewakuacjami stały zwykle firmy, które przed wojną zajmowały się transportem publicznym. Na państwową pomoc było zbyt niebezpiecznie.

Chciałem wyciągnąć Wowę, bohatera mojego pierwszego dokumentu, razem z jego ciocią i wujkiem. To moja bardzo osobista misja, odwiedzałem ich co roku. Już czwartego dnia wojny na ich dom spadł pocisk. Zamieszkali u krewnych w wiosce obok. Czwartego kwietnia wjechałem do oblężonego Siewierdoniecka. Wysiadłem na placu, było pusto, leżały gruzy, słychać było ciągłe wystrzały. Byłem zdany na siebie.

To takie miejsce, w którym nie chcesz być ani minuty.

Z Wową byłem umówiony w jego tymczasowym domu, który stał już na linii frontu. Na taktycznych mapach to tzw. „ziemia niczyja”.

Najpierw miałem dotrzeć do bunkra, gdzie ukryła się rodzina Żeni, mojego kolegi, mechanika samochodowego, który po 2015 roku przeniósł się do Ukrainy Zachodniej. Miałem sprawdzić, czy wszystko jest OK. Bunkier był na obrzeżach miasta, gdzie Rosjanie wdarliby się najpierw, gdyby przełamali obronę.

Mogłeś już nie wyjechać.

Oblężenie trwało już dwa miesiące. Byłem zdesperowany, bo rodzinę Wowy długo namawiałem na ewakuację. Wiedziałem, że sytuacja się nie poprawi.

Szedłem główną ulicą Siewierodoniecka i filmowałem zniszczenia, co chwila coś wybuchało. Pocisk spadł na dom blisko mnie. Pobiegłem tam, budynek był w płomieniach, a obok dwóch ludzi rozdawało pomoc humanitarną, zacząłem to kręcić. To właśnie był Iwan z pomocnikiem.

Chwilę później znaleźliśmy się pod ostrzałem, leżeliśmy na ziemi. Iwan powiedział: „jedź z nami, bo tu zginiesz”. Pobiegliśmy do ich auta.

Uciekaliśmy między spadającymi pociskami, jak w filmie. Dym, wiszące kable linii trolejbusowej. Musieliśmy uważać, by nie wpaść w dziury po pociskach.

Gdy godzinę wcześniej jechałem tą drogą, tak źle nie było.

Żałowałem, że nie dostałem się do Wowy. Następnego dnia opłacony przeze mnie kierowca zabrał Wowę z bliskimi.

Są teraz w ośrodku dla uchodźców w Ukrainie.

W Lisiczańsku kapelani usłyszeli o matkach z dziećmi w wiosce Toszkiwka, które potrzebowały pomocy. Godzinę błądziliśmy po terenach przyfrontowych. Udało się. Zabraliśmy do busa dwóch facetów, cztery kobiety i siedmioro dzieci. Dwoje trzylatków wzięliśmy na przód, by nie siedziały przerażone w dostawczaku bez okien z tyłu. Ja jechałem z dorosłymi na pace. Kapelani nie znali terenu, mogliśmy wpaść w ręce wroga.

Po tej akcji stwierdziłem, że są szaleni. Wszystko w imię Boga. Między ewakuacjami są pastorami w lokalnych ukraińskich kościołach.

Nazwałem ich królami Donbasu i filmowałem ich pracę.

Dlaczego Wowa jest dla ciebie taki ważny?

Czuję się za niego odpowiedzialny. Gdy go spotkałem w 2015 roku, miał 12 lat. Pomagał żołnierzom na blokpoście pod Siewierodonieckiem. Jego rodzice zginęli w wypadku, gdy miał dwa lata. Żołnierze mówili: „To nasz Wowa, nasz kurier”. Teraz ma dziewiętnaście lat. Z ciocią i ciężko chorym wujkiem mają w ośrodku jeden pokój. Wowa powiesił na ścianie flagę Ukrainy podpisaną przez żołnierzy, którym w dzieciństwie pomagał. Wierzy, że wróci do domu. Jest im ciężko, wiele miesięcy czekali na 14 tys. hrywien jednorazowej zapomogi od państwa.

Przed wojną Wowa uczył się ratownictwa w studium medycznym. Teraz ma zajęcia tylko online. Chce pracować jako medyk na linii frontu.

Sergiej, marzyciel jak my

Wowa, to nie jedyny bohater, któremu poświęciłeś osiem lat…

W 2015 roku byłem w Charkowie. Szukałem możliwości wyjazdu na Donbas. Dowiedziałem się, że żołnierze Prawego Sektora spotykają się w klubie Scena.

Kilka tygodni wcześniej wybuchła w nim bomba, raniła czternaście osób. Charków był bardzo podzielony, w połowie prorosyjski, w połowie prozachodni. Ciągle walki. Raz widziałem potężną strzelaninę w samym centrum. Oddziały specjalne starły się ze zwolennikami byłego prorosyjskiego prezydenta Janukowycza.

Wszedłem do klubu pełnego testosteronu, zamówiłem cydr, bardzo popularny w tym regionie. Zebrałem się na odwagę i podszedłem do grupy młodych chłopaków. Szybko okazało się, że to większe dzieciaki niż ja, a animuszu dodaje im broń u boku. Byli w porządku. Powiedziałem, że jestem polskim dokumentalistą i interesuje mnie temat wojny. Na to oni, że albo jestem odważny, albo głupi, że tu przychodzę.

Dwudziestoletni Sergiej obiecał, że zabierze mnie na front. Po kilku latach spytałem go, dlaczego mnie wtedy nie olali.

„Miałeś to coś w oczach, byłeś marzycielem jak my”.

Zaprzyjaźniliśmy się. W 2016 roku przez cztery miesiące mieszkałem w jego mieszkaniu w Wyszogrodzie pod Kijowem. Dla Sergieja bardzo ważne są kozackie korzenie. Powtarzał, że Kozacy walczyli o wolność.

Przez osiem lat spotykaliśmy się na różnych etapach jego życia, dostawał przepustkę, a ja go filmowałem. Cała jego młodość to wojna, dla niej zrezygnował ze studiów. Od dwudziestego roku życia jest żołnierzem. Wstąpił do pułku Azow, w latach 2017-2020 służył w Mariupolu. Dużo jego znajomych trafiło potem do niewoli. Teraz rozpoznaje ich twarze w telewizji, gdy pokazują jeńców lub tych uwalnianych. Odszedł z Azow, bo był załamany błędami dowódców i brakiem kompetencji.

Im dłużej był w wojsku, tym bardziej zmieniało się jego nastawienie do armii. Dużo jego przyjaciół zginęło, kilku popełniło samobójstwa. Był załamany korupcją w wojsku, dowódcami, którzy kradną i narażają życie innych. Ale dla ojczyzny zrobiłby wszystko. Dwa lata przed tą wojną wrócił do cywila. Zamieszkał z narzeczoną. 24 lutego miał tylko kilka minut na spakowanie, został strzelcem. W lipcu na przepustce wziął ślub.

Kilka tygodni temu jego żona przekazała mi, że został ranny w operacji chersońskiej.

Jego oddział natknął się na rosyjskie czołgi i został rozbity, przeżyło tylko kilku. Sergiej stracił dwie nogi do kolan.

Podczas niedawnego ostrzału Kijowa jedna rakieta spadła na Wyszogród, akurat na ich blok. Sześć osób zginęło, znałem tych sąsiadów. Żona Sergieja z matką były szczęśliwie daleko od okien i przeżyły. Zostali bez dachu nad głową.

Ale Sergiej nawet teraz nie traci pogody ducha. Gdy rozmawiałem z nim przez komunikator, nie wytrzymałem i poleciały mi łzy. Myślałem, że jego historia w moim filmie jest już zamknięta. On śmiejąc się prezentował mi śruby, które ma w kikutach nóg.

Zapytałem, co dalej. On na to: „Sebastian, no jak? Będzie bardzo dobrze”.

Czeka na protezy ze Szwajcarii. Niedługo odwiedzę go w szpitalu w Kijowie.

Męczyło mnie, że tak długo robię ten pierwszy film, ale, jak widać, czas był potrzebny. Czasem jest mi ciężko. Wszyscy moi bohaterowie to jednak postaci tragiczne. Wciąż walczą. A ja w tym wszystkim muszę się odnaleźć.

Dlatego właśnie ubrałem różowy kask i wsiadłem na rower, byłem zdesperowany. Mam ochotę krzyczeć do świata, błagać by to zatrzymali. Wierzę w opinię społeczną.

Gdy okupowane tereny zostaną wyzwolone, od razu tam wrócę. Muszę odnaleźć moich bohaterów, którzy utknęli.

Znowu wsiądziesz na rower w różowym kasku?

Mam nadzieję, że będę mógł zrobić na rowerze tę samą trasę, co w 2020 roku, ale już na terenach wyzwolonych. Spotkać tych samych mieszkańców. Ale już nie będę potrzebował różowego kasku, teraz o Donbasie jest głośno.

(Rozmowa została przeprowadzona w ośrodku dla uchodźców w Smiłej w Środkowej Ukrainie.)

Sebastian Płocharski, selfie na przystanku autobusowym gdzieś w Donbasie.

Sebastian Płocharski – urodzony w 1983 roku w Toruniu niezależny artysta wizualny i aktywista społeczny. Od kilku lat prowadzi w Glasgow galerię Jaźń, której misją jest promocja kultury Europy Wschodniej. Od ośmiu dokumentuje codzienność ludzi Donbasu. Wystawa fotografii mieszkańców przyfrontowych miejscowości pt. „Ja tu zostaję” otwierała tegoroczny Ukraina! 7. Festiwal Filmowy.

Udostępnij:

Anna Lipińska

aktorka, psycholożka i dziennikarka. Od początku wojny w Ukrainie towarzyszy polskim wolontariuszom tworząc o nich  filmowy dokument. Alpinistka, należy do Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Ma cztery koty i dwa psy. 

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne