0:00
Prawa autorskie: EU/Etienne AnsotteEU/Etienne Ansotte
09 marca 2021

Timothy Garton Ash o reakcji UE na pandemię: Jeden wielki sukces i jedna wielka porażka

Niemiecki minister finansów mało elegancko określił działanie Komisji Europejskiej w zakresie zamówień szczepionek jako „naprawdę gówniane”. A jaki był wielki sukces UE? - pisze prof. Timothy Garton Ash

Wydrukuj

"Bruksela lepiej by zrobiła, gdyby przyjęła skromniejszą, ułatwiającą rolę, wspierając te biedniejsze i mniejsze państwa, które w przeciwnym razie znalazłyby się w gorszej sytuacji w walce o rzadkie szczepionki" - pisze prof. Timothy Garton Ash, profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz starszy wykładowca w Hoover Institution na Uniwersytecie Stanforda.

Ten tekst, napisany dla „The Guardian”, w Polsce publikuje tylko OKO.press.

9 marca 20211 mija równo rok, odkąd ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że Włochy wprowadzają państwowy lockdown, aby walczyć z jakimś dziwnym wirusem, który podobno dotarł do nas gdzieś z Chin. W ciągu dwóch tygodni Hiszpania, Francja i Wielka Brytania podążyły ich śladem.

Rok później nadal jesteśmy w tym samym miejscu, wciąż w stanie wyjątkowym.

Pracujemy w domu i żyjemy online. Nasze dzieci stały się babyzoomers. „Jesteś wyciszony!” – to najczęściej słyszane zdanie naszych czasów. Maski na twarzy i „społeczne dystansowanie się” od innych istot ludzkich wydają się niemal normalne.

Nasze języki zyskały zupełnie nowy, wirusowy ładunek obrazów: „druga fala”, „spłaszczanie krzywej”, „odporność stadna”, „brytyjski wariant”. Demografowie będą śledzić długotrwałe efekty tego roku z COVID-19 przez najbliższe stulecie. Niektórzy mówią, że już mamy do czynienia z „pokoleniem C”.

Istnieją też inne momenty wspólnego europejskiego doświadczenia, takie jak rok 1968, czy koniec zimnej wojny. Ale aby znaleźć taki, który jednocześnie wpłynął na tak wielu Europejczyków tak osobiście, trzeba cofnąć się do drugiej wojny światowej.

W którym innym momencie od 1945 roku byliśmy tak świadomi tego, że nasze indywidualne działania, jak i działania naszych rządów, mogą bezpośrednio decydować o tym, czy my i ci, których kochamy, będą żyć, czy umrą?

A jednak tym razem my, Europejczycy, walczyliśmy nie ze sobą nawzajem, lecz ze wspólnym wrogiem: tym diabelnie mutującym kolczastym wirusem, Hitlerem w krwiobiegu, Stalinem w płucach.

Wspólne zewnętrzne zagrożenie powinno było nas wszystkich zjednoczyć. Ale czy tak się stało? I co się stanie, gdy solidarność chwili zniknie, a ujawnią się zróżnicowane skutki długoterminowe? Czy Unia Europejska ostatecznie okaże się silniejsza, czy słabsza? Odpowiedź nie leży w gwiazdach, ale w nas samych.

Jak dotąd reakcja UE na COVID-19 przyniosła jeden wielki sukces i jedną wielką porażkę. Sukcesem jest osiągnięte latem ubiegłego roku porozumienie w sprawie siedmioletniego budżetu i specjalnego europejskiego funduszu odbudowy (tzw. Next Generation EU) o łącznej wartości ponad 1,8 biliona euro.

Fundusz odbudowy, wprowadzający wspólny europejski dług, jest największym krokiem w integracji gospodarczej od czasu wprowadzenia euro. Daje on UE możliwość pomocy wszystkim państwom członkowskim w odbudowie gospodarczej i to „odbudowie na lepsze”.

Wielką porażką była próba wykazania, że tylko UE może dostarczyć szczepionki szybko i sprawiedliwie dla wszystkich państw członkowskich. Niemiecki minister finansów elegancko określił działanie Komisji Europejskiej w zakresie zamówień na szczepionki, jako „naprawdę gówniane”.

Wiodący niemiecki tabloid, "Bild", zachwycił brexitowców nagłówkiem na pierwszej stronie, mówiącym Brytyjczykom „We Beneiden You” [Zazdrościmy wam]. (The Sun zripostował: „Wir Beneiden Dich Nicht… over the EU vaccine shambles” [Nie zazdrościmy wam… chaosu z unijnymi szczepionkami]. A teraz Węgry, Polska, Słowacja oraz Czechy zwrócą się po szczepionki do Chin lub Rosji, podczas gdy Austria i Dania rozwijają współpracę z Izraelem.

Jest to osobista porażka przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen, a także odpowiedzialnego za to komisarza oraz departamentu. Komisja Europejska zajęła się tą sprawą w sposób niekompetentny, ponieważ nie posiada kompetencji, w dwóch znaczeniach tego słowa.

Zdrowie publiczne jest w dużej mierze kompetencją krajową, w sensie prawnie przypisanej władzy nad tą dziedziną; w rezultacie instytucje UE nie mają kompetencji, w sensie zdolności i doświadczenia, do wykonania dobrej pracy.

Co więcej, od początku można było się spodziewać, że błędnie zostanie zrozumiane to, co UE robi dobrze. Jej mocną stroną jest to, co amerykański uczony Andrew Moravcsik nazywa „przyrostowym i technokratycznym kształtowaniem polityki”.

Kluczowym słowem jest tu przyrost. Ponieważ UE jest tak skomplikowana - musi brać pod uwagę poglądy 27 rządów krajowych, trzech różnych instytucji brukselskich i kilku europejskich ugrupowań partyjnych - nie da się przyspieszyć powolnych ruchów.

Choć ma dość niewielką biurokrację, jest ona nadmiernie zbiurokratyzowana. Ale w tym przypadku potrzebna była szybkość, gotowość do podjęcia ryzyka i przedkładanie życia nad formalności.

Bruksela lepiej by zrobiła, gdyby przyjęła skromniejszą, ułatwiającą rolę, wspierając te biedniejsze i mniejsze państwa, które w przeciwnym razie znalazłyby się w gorszej sytuacji w walce o rzadkie szczepionki.

Główna lekcja, jaką należy wyciągnąć?

Przez następne trzy lata UE musi skupić się wyłącznie na skuteczności.

Badanie opinii publicznej w całej UE, przeprowadzone niedawno dla mojego zespołu badawczego na Uniwersytecie Oksfordzkim, podkreśla to, co stwierdzili również inni analitycy: legitymacja UE wynika bardziej z tego, co dostarcza, niż z procesu politycznego i instytucjonalnego, dzięki któremu to osiąga.

Tak więc, podczas gdy znaczna większość naszych respondentów stwierdziła, że posiadanie Parlamentu Europejskiego jest ważne, nie mniej niż 59 proc. zgodziło się ze stwierdzeniem, że „tak długo, jak UE zapewnia skuteczne działania, obecność lub brak Parlamentu Europejskiego ma drugorzędne znaczenie”. Liczy się tylko skuteczność.

Ostatnią rzeczą, jakiej UE w tym momencie potrzebuje, jest onanistyczna orgia introspekcji podczas planowanej Konferencji o Przyszłości Europy, która obecnie ugrzęzła w charakterystycznych międzyinstytucjonalnych sporach.

Jeśli przywódcom europejskim naprawdę zależy na przyszłości Europy, zaczną od rezygnacji z Konferencji o Przyszłości Europy. Zamiast tego skupią się na tym, co UE może faktycznie zrobić dla swoich obywateli.

Kolejnym krokiem jest tak zwana „zielona cyfrowa przepustka”, pozwalająca zaszczepionym Europejczykom na ponowne podróżowanie po kontynencie. Swoboda przemieszczania się jest tym, co Europejczycy cenią sobie w UE ponad wszystko.

W naszym ostatnim sondażu aż 74 proc. respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że „gdyby UE nie oferowała możliwości podróżowania, pracy, studiowania i mieszkania w innych państwach członkowskich UE, nie warto byłoby mieć Unii”.

Swoboda przemieszczania się jest tym, czego tak bardzo brakowało nam przez ten rok lockdownu. Bezproblemowe jej przywrócenie byłoby ważnym sukcesem UE.

Ponadto istnieje ogromne zadanie polegające na zapewnieniu szybkiego, skutecznego, niebiurokratycznego, ale również nieskorumpowanego wydatkowania 750 mld euro z funduszu odbudowy w sposób przynoszący rzeczywiste korzyści mieszkańcom Europy.

Musi on pomóc w tworzeniu nowych post-covidowych miejsc pracy i możliwości. Znaczna część tych pieniędzy musi zostać przeznaczona na prawdziwie ekologiczne projekty, a nie tylko na „greenwashing”.

Nie można pozwolić, aby obecnie gwałtownie rosnący poziom długu publicznego, zwłaszcza w Europie Południowej, doprowadził do kolejnego kryzysu zadłużenia państwowego w strefie euro.

Pod względem politycznym decydującym testem będzie to, czy partie proeuropejskie zwyciężą nie tylko w tegorocznych wyborach w Holandii i Niemczech oraz przyszłorocznych wyborach prezydenckich we Francji, ale także we Włoszech, Hiszpanii i Polsce, a następnie w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2024 roku.

Krótko mówiąc, UE stoi przed jednym z największych wyzwań w swoim życiu. Zamiast tracić czas na narcystyczną Konferencję o Przyszłości Europy, europejscy przywódcy powinni na każdych drzwiach w Brukseli nakleić motto firmy Nike: Just Do It. Po prostu to zrób.

Tłumaczyła Anna Halbersztat

Udostępnij:

Timothy Garton Ash

brytyjski historyk, profesor na Uniwersytecie Oksfordzkim, wykłada też na Uniwersytecie Stanforda. Europejczyk. Świadek i uczestnik przemian demokratycznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Ostatnio po polsku ukazało się wznowione wydanie jego "Wiosny obywateli".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne