Zarówno w interesie USA w wersji trumpowskiej, jak i w interesie Rosji oraz Chin, leży osłabienie Unii Europejskiej i rozbicie jej na słabsze państwa narodowe, z którymi łatwiej układać relacje oparte na nierówności i dominacji – mówi Aleksander Smolar
Natalia Sawka OKO.press: Coraz częściej mówi się o kryzysie w stosunkach Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi. Czy pana zdaniem to koniec świata jaki znaliśmy?
Aleksander Smolar*: Na pewno tak. Jeszcze nie wiemy, jaki będzie ten nowy świat. Bardzo możliwe, że Donald Trump okaże się postacią przejściową, ale może też kimś, kto realnie współtworzy nowy porządek. Nie wiemy tylko, jak mocno Trump odciśnie w tym nowym porządku swoje piętno i czy zapisze się w historii jako jego współtwórca.
To, co rzuca się w oczy w jego działaniach, to przede wszystkim całkowite zerwanie z dotychczasowym ładem międzynarodowym, który Stany Zjednoczone współtworzyły, a w dużej mierze ukształtowały po II wojnie światowej.
Chodzi o świat, w którym ogromną rolę odgrywały prawa człowieka, szacunek dla suwerenności i niepodległości innych państw, uznanie dla wagi instytucji i prawa międzynarodowego. O świat, w którym podstawą relacji między państwami były zasady negocjacji.
W tym wszystkim widać też podważanie instytucji, które Stany Zjednoczone współtworzyły po II wojnie światowej, mam na myśli NATO czy ONZ. Te próby widać choćby w ramach tworzenia nowych formatów współpracy, jak choćby inicjatywa Rady Pokoju, budowana przede wszystkim w kontekście Gazy, choć oczywiste jest, że cele mogą być znacznie szersze.
To wygląda jak próba budowania alternatywy wobec ONZ. Tylko, że na czele tej nowej organizacji miałby stanąć sam Trump, który zaprosił do niej nie tylko przywódców państw demokratycznych, ale też Władimira Putina, Aleksandra Łukaszenkę czy Viktora Orbána.
Gdy na liście zaproszonych pojawił się prezydent Karol Nawrocki, komentowano, że powinien odmówić udziału, choćby ze względu na to, kto został tam zaproszony. Kancelaria prezydenta Nawrockiego rozważa zgodę na dołączenie w zamian za utworzenie stałej bazy wojsk USA w Polsce.
Otóż teraz widzimy, że po pierwsze mamy do czynienia z zerwaniem z tymi zasadami powojennymi. Natomiast drugą niezwykle istotną cechą nowego porządku jest komercjalizacja polityki zagranicznej.
Co ma Pan na myśli?
Celem nie są już zasady czy wartości, tylko zysk, zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i dla samego Trumpa oraz jego otoczenia.
Widać to w jego relacjach międzynarodowych: ma świetne stosunki z Arabią Saudyjską, gdzie jego zięć Jared Kushner prowadzi poważne interesy. Równocześnie Donald Trump chce mieć możliwie najlepsze relacje z Rosją, ale ewidentnie przeszkadza mu w tym wojna w Ukrainie. Dlatego obwinia przede wszystkim Ukraińców i prezydenta Zełenskiego o to, że nie ma pokoju. I że przez to on nie może „spokojnie robić interesów” z Rosją, co zresztą Rosja konsekwentnie mu sugeruje.
Widać też kolejne odejście od standardów państwa prawa. Trump udziela azylu ludziom o kryminalnej przeszłości, a równocześnie podejmuje decyzje, które wyglądają na motywowane ideologiczną bliskością, nie zasadami czy odpowiedzialnością. Z drugiej strony potrafi działać skrajnie brutalnie wobec swoich przeciwników, czego symbolem jest choćby zatrzymanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro.
Do tego dochodzą gesty takie jak ułaskawienia uczestników szturmu na Kapitol z 6 stycznia 2021 roku, w tym osób skazanych za przemoc wobec policji. To wszystko pokazuje zerwanie z regułami, które przez dekady stanowiły fundament Zachodu: szacunek wobec prawa, szacunek dla umów międzynarodowych i szacunek wobec współpracy i umów z innymi państwami wspólnoty międzynarodowej. Przy tym widoczne tu jest kierowanie się interesem własnego kraju oraz przede wszystkim interesem własnym.
Donald Trump w Davos mówił, że musi mieć Grenlandię, czyli bardzo mocno akcentował kwestię własności, i łączył posiadanie Grenlandii z amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa w ramach NATO. Posunął się więc bardzo daleko w konfrontacyjnej retoryce, mimo zapewnień, że nie sięgnie po użycie siły.
Trump grozi nie tylko Grenlandii. Wcześniej chciał przejąć Kanał Panamski, argumentując, że stał się miejscem dominacji Chińczyków. Przy okazji otwarcie grozi Kanadzie, mówiąc o niej nawet jako o „51. stanie USA”. Jak pokazują sondaże, część Kanadyjczyków traktuje te słowa całkiem poważnie, nie jak retorykę, ale jak realną groźbę dla ich państwa.
Podobnie jest z jego narracją wobec Meksyku, Kolumbii i innych krajów Ameryki Łacińskiej, które oskarża o narkobiznes i przerzut narkotyków do Stanów Zjednoczonych. To wszystko sprawia wrażenie, że Trump wprowadza do relacji międzynarodowych nowe reguły gry – oparte na presji, sile oraz własnym interesie.
Co więcej, taki sposób działania podoba się przywódcom największych państw autorytarnych, szczególnie Chin i Rosji. Chwalą Trumpa zarówno za wypowiedzi o Ukrainie, jak i za to, co robi na zachodniej półkuli, bo widzą w tym szansę na legitymizowanie własnych działań: rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie czy chińskich dążeń wobec Tajwanu. W tym samym kontekście pojawia się też kwestia ekspansji Chin na Morzu Południowochińskim i budowania sztucznych wysp, by zdominować cały region.
Można więc powiedzieć, że o ile słabnie „międzynarodówka” krajów liberalnych i demokratycznych, o tyle wzmacnia się obóz państw autorytarnych, dla których demokracja i liberalizm są zagrożeniem.
W tym układzie Europa staje się głównym przeciwnikiem zarówno dla Donalda Trumpa, jak i dla Rosji?
Zwłaszcza zjednoczona Europa. To jedyny tak duży region pod względem ludności i gospodarki, choć dziś geostrategicznie słabszy, niż był kiedyś. Zarówno w interesie USA w wersji trumpowskiej, jak i w interesie Rosji oraz Chin, leży osłabienie Unii Europejskiej i rozbicie jej na słabsze państwa narodowe, z którymi łatwiej układać relacje oparte na nierówności i dominacji.
To zresztą widać również w niedawno opublikowanej amerykańskiej Narodowej Strategii Obrony USA. Rosja jest w tym dokumencie wspomniana jedynie pobieżnie.
W części poświęconej Europie zapisano, że priorytetami polityki wobec naszego kontynentu ma być m.in. „przywrócenie stabilności strategicznej w relacjach z Rosją” oraz „zakończenie postrzegania NATO jako sojuszu, który stale się rozszerza”.
O Chinach także jest w nim bardzo niewiele poza określeniem ich jako konkurenta gospodarczego. Nie ma tam wyraźnego opisu zagrożeń, jakie płyną ze strony tych dwóch państw dla demokracji ani dla suwerenności i niepodległości mniejszych krajów, które je otaczają.
Sam dokument dobrze pokazuje, jak Waszyngton postrzega rolę swojego kraju i własne interesy w najbliższej przyszłości. Trump wielokrotnie uderzał w Europę, zarzucając jej słabość gospodarczą czy problemy rozwojowe. Część tych argumentów dotyka realnych problemów, ale często towarzyszą temu także oskarżenia dotyczące przyzwolenia na masową imigrację i narracja, że kontynent stopniowo staje się „obcy”.
Tyle że podobne oskarżenia można też kierować wobec samych Stanów Zjednoczonych, gdzie różnorodność etniczna jest znacznie większa.
Zauważalne jest to, że Trump swoich sojuszników nie traktuje jak partnerów. Dla niego liczy się interes własny – więc albo się podporządkowujesz i wtedy jesteś pod jego parasolem ochronnym, a jak nie to licz się z konsekwencjami, jak w postaci 200 proc. ceł na francuskie wina i szampany, kiedy Macron powiedział, że nie dołączy do Rady Pokoju.
Warto też zwrócić uwagę, że Trump i jego otoczenie otwarcie deklarują wsparcie dla tych, którzy działają na rzecz „cywilizacji europejskiej”, co w praktyce oznacza wspieranie skrajnej prawicy. Widać to choćby w działaniach J.D. Vance’a, który podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium przed rokiem spotkał się z liderką Alternatywy dla Niemiec. Wiemy też, że Trump wspiera Marine Le Pen we Francji, Nigela Farage’a w Wielkiej Brytanii i inne skrajnie prawicowe środowiska, które są wrogie liberalnej demokracji.
Aczkolwiek szefowa włoskiego rządu Giorgia Meloni skrytykowała Trumpa za chęć nałożenia ceł na kraje europejskie.
Bardzo delikatnie, ale to prawda. Meloni w polityce wewnętrznej reprezentuje nurt skrajnie prawicowy, ale w polityce zagranicznej bywa bardziej pragmatyczna. Z drugiej strony wspiera europejskie stanowisko wobec wojny w Ukrainie, czyli opowiada się po stronie Ukraińców.
Jej deklaracja była bardziej ostrożna niż stanowisko Emmanuela Macrona czy przywódców Niemiec oraz Wielkiej Brytanii, ale mimo wszystko wyraźnie krytyczna wobec ostatnich decyzji Trumpa, również w kontekście Grenlandii.
W Europie coraz częściej wraca temat budowy wspólnej siły militarnej. Europejscy dyplomaci przyznają, że Ameryka pod rządami Donalda Trumpa może nie być już wiarygodnym partnerem handlowym, a tym bardziej pewnym gwarantem bezpieczeństwa. Dlatego taki format „koalicji chętnych” (w której uczestniczą m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Polska) mógłby stać się zalążkiem nowego sojuszu bezpieczeństwa w czasach, gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla NATO i europejskiej obrony przestaje być pewnikiem. W tym sojuszu kluczową rolę mogłaby spełniać doświadczona wojną Ukraina.
O wspólnym wojsku europejskim mówiono już w latach 50. Wtedy Francuzi to storpedowali. Wspólna armia miała zapoczątkować europejską integrację. Dziś jestem dość sceptyczny co do szans na utworzenie takiej armii w dającej się przewidzieć perspektywie.
Natomiast na pewno da się osiągnąć znacznie większą współpracę i lepiej wykorzystać środki na zbrojenia, które w skali całej Unii są ogromne, ale wciąż wydawane na poziomie państw narodowych. Te wydatki często się nie sumują, tylko dublują, bo każdy kraj kupuje własne czołgi, własne samoloty i powiela te same programy.
Ważne byłoby też wyznaczenie wyraźniejszej perspektywy przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej, bo mamy równocześnie problem integracji obronnej i militarnej oraz integracji w ramach samej Unii.
Jeśli chodzi o integrację obronną, w Europie rośnie świadomość, że skończyły się czasy, w których można było liczyć na pełne i bezwarunkowe wsparcie Stanów Zjednoczonych. Europa nie jest już w komfortowej sytuacji, w której mogła zakładać, że Ameryka nas obroni. To zresztą miało demoralizujące skutki, bo Europa wydawała relatywnie niewiele na obronność, zakładając, że Stany Zjednoczone i tak wezmą ten ciężar na siebie.
„Wiemy, że stary porządek nie powróci. Nie powinniśmy go opłakiwać. Nostalgia to nie strategia, ale wierzymy, że z pęknięcia możemy zbudować coś większego, lepszego, silniejszego i sprawiedliwszego” – to słowa z przemówienia wygłoszonego przez premiera Kanady Marka Carneya w Davos. Może dla Europy jeszcze nie jest za późno, by się ocknąć z snu o amerykańskiej ochronie?
Można powiedzieć, że brutalna polityka Trumpa ma pewną zaletę, bo zmusiła Europejczyków do uświadomienia sobie, że muszą bardziej zadbać o własną obronę i w mniejszym stopniu liczyć na Stany Zjednoczone. Przy okazji wymusiła też wzrost wydatków na zbrojenia.
Polska jest tu w awangardzie, bo zbliża się do 5 proc. PKB, a te 5 proc. wyznaczono jako docelową normę dla Europy do 2035 roku. To duży postęp, zwłaszcza jeśli pamiętamy, że wiele państw europejskich do dziś wydaje niewiele ponad 1 proc., jak choćby Włochy.
Skoro Europa coraz poważniej myśli o własnej obronności, ale nikt realnie nie mówi o zerwaniu z NATO, to czy chodzi o budowę większej autonomii strategicznej w ramach sojuszu, czy raczej o przygotowanie się na to, że USA będą się z NATO stopniowo wycofywać?
Raczej chodzi o wzmacnianie europejskiego filaru w ramach NATO, o budowanie czegoś w rodzaju „europejskiego NATO”, ponieważ Stany Zjednoczone są coraz mniej zainteresowane tym sojuszem, a NATO stopniowo zaczyna przypominać organizację coraz bardziej europejską.
Nawet w przypadku Ukrainy widać, że Kijów nie dostaje już bezpośredniej pomocy ze Stanów Zjednoczonych ani finansowej, ani militarnej. Waszyngton sprzedaje natomiast europejskim państwom środki, które te mogą następnie przekazywać Ukrainie. To dobrze pokazuje zmianę podejścia Waszyngtonu.
W Europie pojawia się więc podwójna wizja NATO: z jednej strony chęć utrzymania sojuszu w dotychczasowej formie i z udziałem USA, z drugiej potrzeba budowania większej samodzielności, przy jednoczesnej próbie zachowania choćby minimalnej solidarności Stanów Zjednoczonych z Europą.
Chodzi m.in. o kwestie wspólnych sankcji wobec Rosji oraz o to, co dla Ukrainy jest kluczowe, czyli osłonę wywiadowczą, lotniczą i naziemną. Stany Zjednoczone dysponują zasobami, których Europa wciąż nie ma, a które pozwalają Ukraińcom skuteczniej się bronić, a czasem nawet uderzać w Rosję. Dlatego Europa stara się zachować to, co jeszcze da się zachować, licząc, że kolejny prezydent USA może być bardziej proeuropejski i lepiej rozumieć znaczenie sojuszników.
Równolegle Europa zaczyna myśleć o czymś, co w Brukseli bywa nazywane „handlową bazooką”, czyli odpowiedzią na amerykańskie sankcje w postaci własnych restrykcji i ograniczeń dla firm ze Stanów Zjednoczonych, tak aby Waszyngton boleśniej odczuł skutki swojej polityki wobec Europy.
Porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a NATO zażegnało, przynajmniej tymczasowo, spór dotyczący Grenlandii. W Europie zapanowała ulga, ale w Kopenhadze i Nuuk wciąż panuje napięcie. Władze obawiają się, że ustalenia mogły zapaść ponad ich głowami, a Trump porozumienie może interpretować inaczej niż szef NATO Mark Rutte. Czy Grenlandia rzeczywiście może – jak twierdzi Trump – wpaść w ręce Rosji i Chin?
Pewne ryzyko rzeczywiście istnieje, zwłaszcza gdyby Zachód przestał czuwać nad losem tej strategicznie położonej, największej wyspy świata. Widać też rosnącą aktywność Rosji w Arktyce: Rosjanie mają tam znacznie większą obecność niż Amerykanie.
Prawdą jest także, że Zachód, zarówno Europa, jak i Stany Zjednoczone, przez lata w zbyt małym stopniu dbały o bezpieczeństwo Dalekiej Północy i znaczenie Arktyki. W tym sensie zwrócenie uwagi na region można uznać za pozytywny efekt działań Trumpa. Europa zaczyna się mobilizować, wysyła symboliczne siły na Grenlandię i wyraźnie deklaruje, że Północ będzie traktować znacznie poważniej.
Z drugiej strony Duńczycy, Grenlandczycy, a także wielu Europejczyków i Amerykanów przeciwnych Trumpowi, wskazują, że argument o „konieczności” przejęcia Grenlandii jest przesadzony. Nie potrzeba okupacji ani formalnej kontroli nad wyspą, żeby Stany Zjednoczone mogły wykorzystywać ją strategicznie.
No właśnie istnieją już przecież porozumienia z Danią, które pozwalają na obecność amerykańskich wojsk. USA mogłyby więc robić to, co uznają za konieczne dla bezpieczeństwa, zarówno Zachodu, jak i samej Europy, bez zmiany statusu terytorium.
Trzeba przy tym pamiętać, że w amerykańskiej historii zdarzały się przypadki „pozyskiwania” ziem od innych państw, choćby zakup Luizjany od Francji za czasów Napoleona, czy Alaski od Rosji. Były też precedensy dotyczące niektórych wysp w rejonie Grenlandii. Problem polega na tym, że mamy do czynienia z próbą wymuszenia kontroli politycznej pod presją, wbrew woli Danii i Grenlandczyków.
W tym kontekście część komentatorów wskazuje na osobisty wymiar tej polityki: ambicję Trumpa, jego narcyzm i chęć zapisania się w historii jako prezydent, który powiększył terytorium Stanów Zjednoczonych.
Oczywiście dla Trumpa ważne są także względy ekonomiczne: Grenlandia jest obszarem bogatym w surowce, w tym strategiczne minerały, ropę, gaz czy nikiel. Duńczycy i Grenlandczycy argumentują, że te zasoby można eksploatować wspólnie i na zasadach partnerskich, z korzyścią dla wszystkich stron.
Dlatego powszechne oburzenie wywołuje język Trumpa, zarówno z powodów moralnych, jak i politycznych. Co więcej taka polityka mogłaby de facto legitymizować logikę działań Rosji, choćby w kontekście Ukrainy czy Krymu, który już został zajęty.
Wybujałe ego Trumpa również ujawniło się w liście do premiera Norwegii Jonasa Gahra Størego. Trump miał zasugerować, że skoro nie dostał Pokojowej Nagrody Nobla, to nie zamierza już „myśleć wyłącznie o pokoju”, jakby o przyznawaniu nagrody miał decydować sam premier.
Ujął to co prawda delikatniej, mówiąc, że interesuje go nie tylko pokój, ale również interesy jego kraju. W praktyce jednak wyglądało to jak reakcja urażonego człowieka, który oskarża norweski rząd o coś, na co nie ma wpływu. Premier Norwegii musiał mu tłumaczyć, że Komitet Noblowski jest niezależny i nie jest w żadnym wypadku instytucją podległą rządowi.
Pojawił się też pomysł, by przekazać mu pokojowego Nobla. To oczywiście niemożliwe, bo tytułu nie da się „oddać”, ale można wręczyć medal i tak zrobiła liderka wenezuelskiej opozycji María Corina Machado.
Także widać, że wśród polityków panuje świadomość, że z Trumpem trzeba obchodzić się jak z kimś szczególnym: wręcza się mu cenne prezenty, schlebia i buduje wokół niego aurę wyjątkowości. Ta estetyka jest widoczna w Gabinecie Owalnym pełnego złotych akcentów, ozdób i przedmiotów podkreślających prestiż. Ale czy za tym nie kryje się coś więcej?
Donald Trump w wywiadzie dla „The New York Times” powiedział, że ogranicza go głównie własna moralność, a nie prawo międzynarodowe. Według tej logiki nie ma żadnej zewnętrznej kontroli, ani norm, ani instytucji, ani zasad, które miałyby dla niego znaczenie. To jest w sposób oczywisty jego wizja świata i roli Ameryki: absolutna dominacja, bez uznania reguł, które mogłyby ograniczać potęgę USA i jego samego.
Nie jest jednak tak, że on nigdy się nie cofnie. Potrafi ustąpić, kiedy natrafia na twardy opór – to wydarzyło się w Davos. Widzieliśmy też to wielokrotnie, gdy prezydent USA narzucał cła, a wielkie państwa globalnego Południa nie ustąpiły, postawiły się i Trump musiał swój kurs złagodzić. Szczególnie widoczne było to w stosunkach z Chinami, które Stany Zjednoczone od czasów Obamy traktują jako głównego konkurenta i główne zagrożenie strategiczne.
Napięcia związane z Grenlandią ujawniły głęboki kryzys, w jakim znalazł się Sojusz Północnoatlantycki. Czy takie napięcia zdarzały się wcześniej?
Były, choć nieporównywalne. Przykładem może być rok 1956, gdy Stany Zjednoczone zdecydowanie sprzeciwiły się wspólnej operacji Wielkiej Brytanii, Francji i Izraela przeciwko Egiptowi, a następnie wymusiły wycofanie się tych trzech państw.
Grożenie odebraniem terytorium czy interwencją to coś bezprecedensowego, wręcz niewyobrażalnego w relacjach między sojusznikami. Innymi słowy, jak mówiła premier Danii, ale też wielu innych, że gdyby Stany Zjednoczone naprawdę próbowały militarnie podporządkować Grenlandię, to by oznaczało koniec NATO.
Bo głównym atutem sojuszu nie są same siły zbrojne, tylko wzajemne zaufanie: przekonanie, że sojusznicy przyjdą sobie z pomocą w sytuacji zagrożenia. Jeśli jednak to sojusznik staje się głównym zagrożeniem, sens istnienia NATO staje pod znakiem zapytania. Tym bardziej że Trump nie ukrywa, że NATO nie jest dla niego szczególnie ważne: wiążą się z nim procedury, konsultacje i wspólne decyzje, a on chce działać sam i samodzielnie rozstrzygać o losach świata.
Jaką strategię w tej sytuacji powinna przyjąć Polska: bardziej podporządkować się Stanom Zjednoczonym czy raczej konsekwentnie budować współpracę z krajami Unii Europejskiej, zwłaszcza że Polska nie wysłała swoich żołnierzy na Grenlandię?
W tej materii Polska prowadzi dziś bardzo ostrożną politykę. Trzeba też pamiętać, że duża część społeczeństwa jest silnie przywiązana do Stanów Zjednoczonych. Rząd obawia się więc, że zbyt otwarta krytyka Trumpa mogłaby negatywnie odbić się politycznie. Zresztą już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Tuska czy Radosława Sikorskiego o Trumpie sprawiły, że lider USA nie wykazuje szczególnej chęci spotkań z nimi, ale za to chętniej zaprasza prezydenta.
Widać też solidarność Polski z Danią i z Europą: wypowiedzi polskich polityków są jasne i czytelne, choć mniej ostre niż stanowisko Emmanuela Macrona. Polska unika jednak nadmiernego zaangażowania militarnego także ze względów wewnętrznych, bo PiS czy Konfederacja natychmiast by wykorzystały to przeciwko rządowi i całej koalicji demokratycznej.
I to jest widoczne w tym, że Polska nie wysłała nawet symbolicznie żołnierzy na Grenlandię, choć Sikorski wspominał o możliwości utworzenia konsulatu. To jednak nie jest to samo.
Podobnie jest, jeśli chodzi o dyskusję o ewentualnym wysłaniu wojsk do Ukrainy po zawarciu porozumienia pokojowego. Polska konsekwentnie odmawia, tłumacząc, że jest kluczowym zapleczem logistycznym i głównym punktem przerzutu pomocy wojskowej oraz ludzi.
W efekcie rząd bardzo uważa, żeby nie wchodzić w otwarty konflikt ze Stanami Zjednoczonymi, ale ta ostrożność wynika z trudnego położenia Polski, z jednej strony zagrożenia ze strony Rosji, z drugiej rosnącej niepewności w relacjach z USA.
*Aleksander Smolar: Politolog, publicysta, działacz polityczny, pracownik naukowy we Francuskim Centrum Badan Naukowych – CNRS; zastępca przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Nauk o Człowieku (Institut für die Wissenschaften vom Menschen) w Wiedniu; członek International Forum Research Council w Waszyngtonie; w latach 1989-1990 – doradca ds. politycznych premiera Tadeusza Mazowieckiego, w latach 1992-1993 – doradca ds. polityki zagranicznej premier Hanny Suchockiej. Prezes Fundacji Batorego od 1990 do 2020 roku.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Komentarze