0:000:00

0:00

Gdyby nowe przemówienie Donalda Trumpa nie ukazało się na jego oficjalnym (i świeżo odwieszonym) koncie na Twitterze, można byłoby przypuszczać, że nagranie to deep fake: spreparowane, wykorzystujące tożsamość i wygląd Trumpa do przekazania fałszywych treści. Bo odchodzący z urzędu 45. prezydent Stanów Zjednoczonych prezentuje się w nim jako zupełnie inna osoba, niż ta, z którą mieliśmy do czynienia przez ostatnie 4 lata.

Jego słowa są zdumiewające: wyważone, łagodzące nastroje, wylewające oliwę na wzburzone fale. Tak jakby Trump w jednej chwili zapomniał, że niespełna 48 godzin temu podburzał demonstrantów, a tłum atakujący Kapitol nazywał "wyjątkowym" i zapewniał go o swoim oddaniu.

Przeczytaj także:

Tymczasem 8 stycznia Donald Trump w trwającym 161 sekund wystąpieniu:

  • nazwał atak na Kapitol haniebnym,
  • zapowiedział konsekwencje prawne wobec atakujących,
  • nie podważył uczciwości wyborów prezydenckich,
  • mówił o potrzebie miłości i narodowego pojednania,
  • zapewnił, że zmiana władzy odbędzie się płynnie i zgodnie z prawem.

Ale też - to już bardzo w jego stylu - skłamał, mówiąc, że natychmiast zdecydował o mobilizacji Gwardii Narodowej. Amerykańskie media zgodnie informują, że stało się to z opóźnieniem i po naciskach wiceprezydenta Mike'a Pence'a.

Przetłumaczone całe wystąpienie Trumpa publikujemy na końcu artykułu.

Skąd ta zmiana retoryki?

Owszem, całe życie polityczne Donalda Trumpa udowadnia, że jest on w stanie powiedzieć dowolne, sprzeczne ze sobą zdania w krótkim odstępie czasu. Ale zawsze meandrowanie Trumpa odbywało się w ramach ostrej, populistycznej retoryki, a jego znakiem rozpoznawczym było chwalenie samego siebie bez umiaru i jednocześnie pozbawione skrupułów atakowanie przeciwników. Kiedy podczas swojej prezydentury spuszczał z tonu, natychmiast tego żałował i podkręcał narrację.

Jedną z takich historii opisuje Bob Woodward w książce "Strach", przedstawiającej kulisy pierwszej połowy prezydentury Trumpa. Chodziło o atak marszu skrajnej prawicy na kontrdemonstrantów w Charlottesville w sierpniu 2017 roku - zginęła wtedy jedna osoba, kilkadziesiąt zostało rannych.

W pierwszych wypowiedziach Trump nie potępił wówczas neonazistów i rasistów, mówiąc, że winni zamieszek są "po wielu stronach". Po krytyce, jaka na niego spadła, oraz nacisku doradców oraz opinii publicznej, Trump wystąpił po raz kolejny, tym razem zdecydowanie i jednoznacznie potępiając "Ku Klux Klan, neonazistów, białych suprematystów i inne grupy posługujące się nienawiścią".

Woodward ujawnia w swojej książce, że Trump ogromnie żałował... tego drugiego wystąpienia. Uznał je za najgorsze, jakie kiedykolwiek wygłosił.

"Nigdy już nigdy czegoś takiego nie zrobię" - mówił swoim doradcom, perorując, że za nic w świecie nie wolno przyznawać się do błędu i sprawiać wrażenia słabości. Słowa dotrzymał i wielokrotnie później otwarcie posługiwał się publicznie rasistowską retoryką.

Jednak w piątkową noc 8 stycznia polskiego czasu Trump znów wygłosił przemówienie, które może być symbolem jego słabości. Cóż takiego się stało?

Przypomnijmy najpierw przebieg wydarzeń z ostatnich dwóch dni.

Zwolennicy odchodzącego prezydenta wtargnęli w środę 6 stycznia do budynku Kapitolu w Waszyngtonie, gdzie Kongres USA zatwierdzał właśnie wybór Joe Bidena na 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Stało się to kilka godzin po tym, jak Trump na zorganizowanym przed Białym Domem wiecu „Save America” („Ocalmy Amerykę”) powtórzył zarzut sfałszowania listopadowych wyborów oraz zapewniał zwolenników, że „nigdy nie przyzna się do porażki”.

„Wiem, że wszyscy tu zebrani wkrótce ruszą pod budynek Kapitolu, żeby pokojowo i patriotycznie wyrazić swój głos” – oświadczył ze sceny.

Tłum ruszył na Kapitol i wdarł się do budynku, ewakuowano kongresmenów, senatorów i wiceprezydenta Mike’a Pence’a. W próbie puczu – jednocześnie groteskowej i przerażającej – śmierć poniosło 5 osób. W międzyczasie Trump opublikował nagranie na Twitterze, w którym podsycał gniew popierającego go tłumu. „Wybory zostały nam ukradzione, wszyscy o tym wiemy, zwłaszcza ci po drugiej stronie” – mówił.

Następnie wezwał do rozejścia się, ale jego orędzie pełne było sympatii do atakujących Kapitol fanatyków. „Kochamy was, jesteście wyjątkowi” – zapewniał.

Teraz Trump zapewne przestraszył się, że za to podżeganie do zamieszek mogą spotkać go konsekwencje prawne po opuszczeniu Białego Domu.

Trump próbuje uniknąć kary

Krytyka spada na niego zewsząd: nie tylko ze strony Demokratów, ale również prominentnych polityków partii Republikańskiej, w tym byłych członków jego administracji. Wszyscy mówią zgodnie, że Trump jest osobiście odpowiedzialny za próbę zamachu stanu, która miała miejsce 6 grudnia.

W proteście przeciwko postępowaniu prezydenta zrezygnowali członkowie jego najbliższego otoczenia, m.in. sekretarz transportu Elaine Chao oraz sekretarz edukacji Betsy DeVos. Mianowany przez Trumpa prokurator generalny William Barr, który w grudniu odszedł z urzędu, oskarżył Trumpa o zaaranżowanie ataku w celu wywarcia presji na Kongres. Barr stwierdził również, że "prezydent zdradził swój urząd".

Co prawda, widmo usunięcia Trumpa z urzędu przed 20 stycznia jest w tej chwili mało realne - proces impeachmentu trwa długo, a wiceprezydent Mike Pence wykluczył zastosowanie 25 poprawki do konstytucji, która pozwala pozbawić prezydenta władzy, gdy staje się niezdolny do sprawowania urzędu - ale najwyraźniej bezkompromisowo buńczuczny do tej pory lokator Białego Domu przestraszył się prawnych konsekwencji, które mogą go spotkać po opuszczeniu urzędu.

Postanowił więc udawać, że z atakiem na Kapitol nie ma nic wspólnego.

Trump: Atak na Kapitol był haniebny

Oto całe wystąpienie Donalda Trumpa:

"Rozpocznę od haniebnego ataku na Kapitol. Jak wszyscy Amerykanie jestem oburzony przemocą i bezprawną burdą, której byliśmy świadkami. Natychmiast rozlokowałem Gwardię Narodową i siły federalne, by zabezpieczyć budynek Kapitolu i usunąć z niego napastników. Ameryka była i musi na zawsze pozostać narodem prawa i porządku.

Demonstranci, którzy wtargnęli do Kapitolu, zhańbili siedzibę amerykańskiej demokracji.

Zwracam się teraz do tych, którzy uczestniczyli w aktach przemocy i destrukcji: nie reprezentujecie naszego kraju. I do tych, którzy złamali prawo: odpowiecie za to.

Niedawno przeszliśmy przez bardzo zacięte wybory, emocje wciąż są bardzo silne, ale teraz nastroje muszą zostać wygaszone, a spokój powinien zostać przywrócony. Musimy dalej dbać o interes ameryki.

Mój sztab wykorzystał każdą prawną ścieżkę, by podważyć wynik wyborów, bo moim jedynym celem było upewnić się, czy głosy zostały oddane uczciwie. W ten sposób walczyłem w obronie amerykańskiej demokracji. Dalej jestem przekonany, że musimy zmienić nasze prawo wyborcze, by skutecznie weryfikować tożsamość wszystkich wyborców oraz ich uprawnienia do oddania głosu. W ten sposób przywrócimy wiarygodność wszystkich kolejnych wyborów.

W tej chwili Kongres potwierdził wynik głosowania, a nowa administracja rozpocznie urzędowanie 20 stycznia 2021 r. Skupiam się obecnie na tym, by zapewnić płynne i zgodne z prawem przekazanie władzy. To chwila, która wymaga uleczenia ran oraz pojednania.

Rok 2020 bardzo mocno nas doświadczył. Pandemia zabrała życie wielu z naszych obywateli, zmusiła do izolacji miliony kolejnych, mocno uderzyła w gospodarkę.

Pokonanie pandemii i przywrócenie wielkości amerykańskiej gospodarce będzie wymagało solidarnej pracy od nas wszystkich i mocniejszego podkreślenia wartości obywatelskich: patriotyzmu, wspólnoty, dobroczynności, wiary, wartości rodzinnych. Musimy odnowić święte więzi miłości i lojalności, które tworzą z nas jedną amerykańską rodzinę.

Służenie wam w roli prezydenta było największym zaszczytem w moim życiu. Wiemy, że moi wspaniali zwolennicy są rozczarowani, ale zapewniam was: to nie koniec, to dopiero początek naszej wspaniałej podróży,

dziękuję, niech Bóg błogosławi Amerykę".

;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Komentarze