Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Alex BrandonAP Photo/Alex Brando...

Dziś to już dobrze znana sekwencja: Trump grozi, że żadnych terminów nie przedłuży, że nie ma na to ochoty. A ostatecznie kolejny raz dzieje się to samo.

We wtorek (21 kwietnia 2026) rano w wywiadzie w telewizji CNBC Trump powiedział, że nie chce przedłużać zawieszenia broni, bo „nie mamy tyle czasu”. Po południu okazało się, że czas się znalazł. Dlaczego? Według samego Trumpa, bo o to poprosili go rządzący Pakistanem premier Szehbaz Szarif i marszałek polowy Asim Munir.

„Zostaliśmy poproszeni, by wstrzymać Atak na Państwo Iranu do tego momentu, aż jego liderzy i przedstawiciele będą mogli stworzyć wspólną propozycję. Nakazałem naszej Armii kontynuowanie Blokady i o pozostanie w gotowości, jednocześnie przedłużam Zawieszenie Broni do momentu, aż irańska propozycja zostanie przedstawiona” [zachowujemy oryginalną pisownię wielkich liter].

Nikt nie chce już wojny

Trump po raz kolejny pokazał, że nie ma już chęci prowadzić wojny. Lub nie ma przekonania, że środkami militarnymi może na Iranie wymusić większe ustępstwa. Wojna jest dla USA kosztowna. A pamiętajmy, że Trump od ponad miesiąca nieustannie grozi zniszczeniem irańskiej infrastruktury – elektrowni i mostów.

Przeczytaj także:

Groźby te – których spełnienie byłoby popełnieniem zbrodni wojennych – nie spełniają swojej roli. Iran od kilku tygodni uparcie nie chce zgodzić się na warunki, jakie proponuje USA (m.in. zawieszenie wzbogacania uranu na 20 lat, zakończenie wsparcia regionalnych sojuszników, zrzeknięcie się 450 kg wysoko wzbogaconego uranu). Te byłyby dla Iranu kapitulacją.

Komunikat brzmi, jakby przedłużenie zawieszenia broni było bezterminowe. Axios pisze jednak, że ma ono trwać „trzy do pięciu dni”, aż „Irańczycy się ogarną”.

Iran może się stawiać dalej

Prawie dwa miesiące po amerykańsko-izraelskim ataku Iran dalej jest w stanie stawiać opór, czy to militarny, czy dyplomatyczny.

CBS na podstawie rozmów ze źródłami w amerykańskiej administracji pisze, że Iran posiada większe zdolności militarne, niż mówi o tym publicznie.

Trump wielokrotnie mówił, że irańska marynarka wojenna została kompletnie zniszczona. CBS pisze, że regularna marynarka wojenna irańskiej armii faktycznie została w większości zniszczona, ale siły morskie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zachowały około 60 proc. swojego potencjału. Są one zaprojektowane do asymetrycznej walki z silniejszym przeciwnikiem. A to oznacza np. sporo niewielkich łodzi, którymi można przeprowadzać szybkie ataki. Tuż po tym, jak Trump we wtorek ogłosił, że przedłuża zawieszenie broni, kilka mniejszych łodzi irańskich miało zaatakować komercyjne statki w cieśninie.

Siły te mogą istotnie wpływać na sytuację w cieśninie Ormuz w najbliższych tygodniach. A jej otwarcie to nie jest prosta sprawa. Na utajnionym briefingu w Kongresie jeden z urzędników Pentagonu przekazał kongresmenom, że rozminowanie cieśniny może zająć nawet pół roku. A można je skutecznie rozpocząć dopiero w momencie, gdy wojna faktycznie się zakończy. To kolejny sygnał, że Trump nie przewidział faktycznych konsekwencji swojej decyzji o ataku.

Sygnały z Iranu sugerowały, że kontrblokada cieśniny Ormuz przez USA była dla Iranu zaskoczeniem. Trump nazwał ją „wielkim sukcesem”. Tymczasem nie jest w stu procentach szczelna, a jednocześnie jest przeszkodą do dalszych rozmów. Według firmy Vortexa, która zajmuje się monitorowaniem ruchu morskiego, od początku amerykańskiej blokady przynajmniej 34 statki związane z Iranem się przez nią przedostały. A wśród nich były tankowce.

Zniesienie blokady jest dziś dla Iranu głównym warunkiem przystąpienia do ewentualnych rozmów. Iran uważa blokadę za ruch agresywny, dalszą część wojny i naruszenie zawieszenia broni.

Zmiana warty w Iranie

Trump twierdzi i napisał to w cytowanym wyżej poście, że główną przeszkodą do porozumienia są podziały w irańskim przywództwie. To nowy komunikat w przekazie Trumpa. Najprawdopodobniej jednak ma on mało wspólnego z rzeczywistością.

Faktycznie Iran przechodzi proces politycznej transformacji. Irański system polityczny jest bardzo specyficzny, a teoretycznie silną, dyktatorską władzę sprawuje Najwyższy Przywódca. Republika Islamska przechodzi jednak przez proces sukcesji dopiero drugi raz. Pierwszy przywódca, Ruhollah Chomeini, skonsolidował władzę wokół siebie dzięki swojemu talentowi politycznemu, charyzmie i autorytetowi religijnemu. Jego następca, Ali Chamenei, musiał wszystko układać od nowa. W zamyśle Chomeiniego liderem Republiki Islamskiej miał być najwyższej rangi duchowny, ale wybrany przez niego następca, który spełniał te warunki, Hosejn-Ali Montazeri, wszedł z Chomeinim w spór, i został od władzy odsunięty.

Po śmierci Chomeiniego, Zgromadzenie Ekspertów wybrało Chameneiego, a następnie zmieniono konstytucję, by jego kwalifikacje religijne wystarczyły. Chamenei również okazał się bardzo sprawnym politykiem, który w dużej mierze oparł swoją władzę na Strażnikach Rewolucji Islamskiej. Ich wpływ wzrósł, ale Chameneiemu udało się zbudować własny autorytet polityczny i być ostatecznym arbitrem we wszystkich najważniejszych sporach politycznych wewnątrz systemu przez ponad 36 lat.

Jego syn i następca, Modżtaba Chamenei, jest w dużo trudniejszej sytuacji.

Nie wiemy, jaki jest stan jego zdrowia, a to, że nie pokazał się publicznie od początku wojny, sugeruje, że silnie ucierpiał w ataku z 28 lutego. Nie wiemy, jak jest komunikatywny, w jakim zakresie faktycznie sprawuje władzę. Nawet gdyby był w pełni sprawny, musiałby stopniowo budować swój autorytet w związku z tym, że w Iranie mamy wiele ambitnych ośrodków władzy.

Wojna na górze?

To wszystko nie znaczy, że w Iranie toczy się polityczna wojna domowa, jak sugeruje Trump. Strażnicy Rewolucji, choć to silna i w wielu aspektach niezależna formacja, nie są w otwartym konflikcie z innymi ważnymi ośrodkami władzy, jak np. spiker irańskiego parlamentu i główny negocjator w ostatnich rozmowach w Islamabadzie Mohammed Bagher Ghalibaf. Spory faktycznie istnieją, ale wszystkie komunikaty i nieoficjalne wiadomości z Iranu pokazują, że w najważniejszej sprawie panuje konsensus. Spróbujmy go podsumować: Republika Islamska wygrała tę wojnę, Stany Zjednoczone pokazały, że są nieprzewidywalnym i agresywnym graczem, któremu nie można ufać. Iran nie musi uginać się pod amerykańskimi żądaniami, może prowadzić negocjacje z pozycji siły.

Spory istnieją. Axios sugeruje, że Trump zaczął postrzegać Iran jako podzielony, gdy minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Arakczi ogłosił otwarcie cieśniny Ormuz 17 kwietnia. Strażnicy Rewolucji szybko temu zaprzeczyli. Ostatecznie Iran z deklaracji ministra się wycofał (Arakczi podkreślał, że statki muszą poruszać się wyznaczonymi przez Iran szlakami). Możliwe, że minister chciał zasugerować elastyczność przed rozmowami. Ten spór, chociaż ostry, nie podważa kluczowych zasad, którymi Irańczycy będą się kierować w negocjacjach.

Iran zwyczajnie nie czuje, że musi ulegać warunkom stawianym przez Trumpa. A to amerykańskiego prezydenta irytuje.

Pakistańskie mission impossible

Pakistańczycy dalej mają nadzieję, że uda im się zachęcić obie strony do spotkania i negocjacji. Dla Pakistanu to wielka szansa, by zaistnieć na scenie światowej. Doprowadzenie do zawieszenia broni było sukcesem Pakistańczyków. Jednocześnie, nie widać na razie drogi, którą można by poprowadzić USA i Iran do zbliżenia stanowisk. Relacja między Trumpem a generałem Munirem jest dobra, Trump go chwali. Ale jednocześnie pakistański generał nigdy nie próbował faktycznie postawić się Amerykanom. I to się Pakistanowi nie opłaca.

Ali Vaez, specjalista od Iranu w International Crisis Group w tekście dla „Financial Times” powiedział, że Pakistańczycy próbują na razie przede wszystkim zachęcić Iran do przyjęcia amerykańskich warunków. I dodaje, że nie są oni najbardziej doświadczonymi dyplomatami, jak np. Omańczycy. Tymczasem Oman również poległ na identycznej misji przed wojną.

Dlatego pod tym względem zmienia się niewiele. Doprowadzenie do faktycznego i trwałego porozumienia między dzisiejszym Iranem a Trumpem to mission impossible.

Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze