Donald Trump udowodnił, że znajdzie wspólny język nawet ze skrajnie lewicowym antykapitalistą, jak Gustavo Petro. Poglądy nie mają znaczenia, gdy na horyzoncie widać dobry biznes.
We wtorek prezydent Kolumbii, ubrany w garnitur, z dodatkiem w postaci złotego krawata, wyszedł z Białego Domu z książką „The Art of the Deal”, którą Trump napisał (wspólnie z dziennikarzem Tonym Schwartzem) w 1987 roku. Poradnik o sztuce robienia interesów dla znanego ze swojej antykapitalistycznej i antyimperialistycznej retoryki można by uznać za prowokację, ale Petro zareagował w swoim stylu.
Opublikował zdjęcie dedykacji od Trumpa „Jesteś wielki” na platformie X. „Co Trump miał na myśli? Nie rozumiem zbyt dobrze angielskiego” – zapytał swoich followersów.
Znany z maniakalnego wręcz używania platformy X Petro po zakończeniu wizyty w Białym Domu w ciągu kilku godzin ćwierknął jeszcze ponad dwadzieścia razy. Pokazał m.in. także drugi prezent od prezydenta USA: czerwoną czapkę MAGA, ruchu wspierającego Trumpa, z akronimem „Make America Great Again” (Uczyńmy Amerykę Wielką Ponownie).
„Kiedy mi ją wręczył, wziąłem długopis i dodałem „s” do „Ameryka”. Uczyńmy Ameryki Wielkie. Prezydent Trump uznał, że to śmieszne” – opowiadał Petro kilka godzin później w rozmowie z radiem Caracol. Sam sprezentował Amerykaninowi kosz z kolumbijską kawą i czekoladą, prekolumbijską monetę z litego złota i kolorową figurkę jaguara, symbolu Kolumbii.
Skrajnie prawicowy Trump i zaciekle lewicowy Petro różnią się w wielu zasadniczych sprawach, by wymienić tylko: kapitalizm, migrację, ocenę sytuacji w Gazie, kryzys klimatyczny czy produkcję czystej energii.
Przez ostatni rok ich relacje, potęgowane ostrymi wyzwiskami („chory człowiek”, „narkoman”, „schorowany mózg”,) były mocno napięte. W styczniu 2025 roku, ledwie kilka dni po objęciu urzędu przez Amerykanina, Petro zapowiedział, że odmówi przyjęcia amerykańskich samolotów deportujących migrantów z Kolumbii – w USA jest ich 1,5 miliona, z czego ok. 160 tys. nielegalnie. Kilka miesięcy później Petro podczas obrad ONZ w Nowym Jorku przyłączył się do propalestyńskiej demonstracji, chwycił za megafon i wezwał amerykańskich żołnierzy do nieposłuszeństwa wobec „nielegalnych rozkazów dowódców”.
W odpowiedzi Trump cofnął mu amerykańską wizę i dodał go do tzw. listy Clintonów, nakładając sankcje finansowe na prezydenta Kolumbii i jego krewnych za „ich udział w globalnym nielegalnym handlu narkotykami”. Petro odpowiadał: „To barbarzyńca, który chce nas zastraszyć”.
Do największej eskalacji doszło na początku stycznia, gdy Amerykanie schwytali Nicolasa Maduro, dyktatora Wenezueli. Petro przyrównał atak na Caracas do hitlerowskiego bombardowania Guerniki. Trump zapowiadał, że Kolumbijczyk „będzie następny po Maduro” i „musi uważać na swój tyłek”.
Dyplomaci obu krajów dwoili się więc i troili, by ugasić ogień w relacjach dwójki megalomanów. Udało się im doprowadzić do telefonicznej rozmowy prezydentów. Trwała 55 minut i dopiero pod jej koniec Petro dał dojść do głosu Trumpowi.
Dlatego przed wizytą w Białym Domu – jak donosi „El Pais” – doradcy Kolumbijczyka przekonali go do „co najmniej do trzech rzeczy”. Tym razem miał nie mówić więcej niż Trump, nie dać się sprowokować (w Kolumbii obawiano się publicznego upokorzenia jak w przypadku Wołodymyra Zełenskiego, które dałoby paliwo kolumbijskiej prawicy przed majowymi wyborami prezydenckimi), a w końcu zaproponować konkretne rozwiązania spornych kwestii.
„W kultowym Gabinecie Owalnym w Waszyngtonie prezydent Trump spojrzał swojemu kolumbijskiemu odpowiednikowi w oczy i zapytał go, czy obawia się, że Stany Zjednoczone go pojmają, tak jak zrobiły to z dyktatorem Nicolásem Maduro nieco ponad miesiąc temu. Pytanie wprawiło wszystkich obecnych w milczenie, a następnie wywołało uśmiechy” – relacjonuje dziennik „El Colombiano”.
W trakcie dwugodzinnego spotkania obaj prezydenci odłożyli ideologiczne spory na bok i po rozmowie wyłącznie piali z zachwytu. „Było fantastycznie. Uwielbiam Kolumbię” – mówił prezydent USA. Kolumbijczyk odpowiedział: „Lubię szczerych Amerykanów”.
Słowa słowami, ale obaj wykazali się czystym pragmatyzmem do tego stopnia, że mogliby wspólnie napisać dodatkowy rozdział do trumpowskiego poradnika o sztuce robienia interesów.
Petro zdaje sobie sprawę, że kolumbijska gospodarka opiera się na eksporcie do USA, a kraj potrzebuje też strategicznej pomocy w zakresie wojskowym. Bez amerykańskich danych wywiadowczych nie udałoby się zmusić partyzantów FARC do stołu negocjacyjnego oraz rozbrajać kolejnych bojówek partyzanckich, które swoją działalność często finansują handlem kokainą.
Za to Amerykaninowi bez Kolumbii nie uda się zrealizować głównego celu (poza Pokojową Nagrodą Nobla), czyli skutecznie zwalczyć szmuglu narkotyków z Ameryki Łacińskiej do USA. Kolumbia to co prawda największy producent liści koki na świecie, ale w Białym Domu Petro pokazywał Trumpowi mapy, nagrania wideo i raporty wywiadowcze i podkreślał swoje starania, by wyplenić uprawy.
„Handel narkotykami ucieka na południe z powodu skuteczności Kolumbii. Nie ma na świecie bardziej kompetentnych służb wywiadowczych niż kolumbijskie” – przekonywał Petro Trumpa. „Tyle, że baronowie nie mieszkają w Kolumbii, a w Dubaju i nawet USA” – zapewniał Trumpa i poprosił go o pomoc w przejęciu ich aktywów.
„W takim razie zróbmy wszystko, co w naszej mocy, by zwalczyć baronów narkotykowych" – miał odpowiedzieć Republikanin.
Petro zgodził się wznowić opryski upraw rakotwórczym glifosatem (choć nie z powietrza), przeciwko czemu jeszcze kilka lat temu otwarcie protestował. Zapowiedział, że wojsko będzie bombardować laboratoria karteli oraz zapowiedział ekstradycję handlarzy narkotyków.
Dla obu prezydentów celem pozostaje dwunarodowa partyzantka ELN, która schroniła się ostatnio na zachodzie Wenezueli. Trump zresztą nie ukrywa, że bez dobrych relacji z Kolumbią Amerykanom byłoby o wiele trudniej przeprowadzać demokratyczną transformację w Wenezueli. Czyli – w jego języku – zarabiać na wenezuelskiej ropie naftowej. A i Petro zapowiedział już, że wkrótce ruszą dostawy kolumbijskiej energii do sąsiedniego kraju, w którym po schwytaniu Maduro rządzi tymczasowo chavistowska prezydentka Delcy Rodriguez – prezydent Kolumbii określa ją mianem „przyjaciółki”.
Wielu komentatorom, którzy skupiają się na Wenezueli, biznesie i walce z narkotykami, umyka jeszcze inny sukces Petro, który dotyczy przyszłości lewicy w Kolumbii.
Gdy w 2022 roku Petro zostawał pierwszym lewicowym prezydentem w historii kraju, Kolumbia była drugim państwem o największych nierównościach w Ameryce Łacińskiej. Petro podniósł płacę minimalną o prawie 24 procent i rozszerzył powszechne emerytury. Za jego kadencji pół miliona Kolumbijczyków wyszło ze skrajnego biedoty, a wskaźnik ubóstwa jest najniższy od 13 lat. Także populistyczne sztuczki, jak zniesienie niektórych opłat drogowych i obniżenie pensji parlamentarzystów sprawiły, że dziś sondaże dają mu obecnie nawet 48 proc. poparcia.
Wielu wyborców obawiało się, że Trump zaprasza go do Białego Domu, by przepuścić atak przed majowymi wyborami prezydenckimi (nie jest tajemnicą, że Amerykanin wspiera prawicowych kandydatów z regionu, ostatnio choćby w Hondurasie).
Petro pozostanie prezydentem Kolumbii tylko do sierpnia 2026 roku, bo ma konstytucyjny zakaz ubiegania się o drugą kadencję. Jego kandydatem jest Iván Cepeda. Podczas wtorkowego wiecu Cepedy, jak relacjonują lokalne media, rozbrzmiewała salsa, a lewicowi wyborcy wpadli w entuzjazm.
„Petro pozostawił prawicę bez słowa. Myśleli, że wyjdzie w pomarańczowym więziennym kombinezonie, a on pokazał im, że może rozmawiać z Trumpem jak równy z równym. Mamy prezydenta, który nie klęka” – mówiła reporterom zwolenniczka lewicowego kandydata.
„Petro wychodzi zadowolony, myśląc, że Trump uważa go za swego rodzaju światowego przywódcę, o czym Kolumbijczyk zawsze marzył. Ale w praktyce potentat posługuje się językiem biznesu. Jak w cytacie byłego sekretarza stanu Henry'ego Kissingera: „Stany Zjednoczone nie mają stałych przyjaciół ani wrogów, tylko interesy”. I rzeczywiście tak było” – podsumowuje Rubén Erazo, specjalista ds. marketingu politycznego w rozmowie z „El Colombiano”.
Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.
Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.
Komentarze