0:00
24 stycznia 2021

UE chce kontroli w internecie: Twitter mógłby usunąć konto Trumpa, ale Trump mógłby się odwołać

Wyrzucenie Donalda Trumpa z mediów społecznościowych ożywiło unijną debatę o regulowaniu platform internetowych. „Platformy nareszcie poczuły się do odpowiedzialności, ale to nie one powinny być ostatecznym arbitrem” – to główne przesłanie Brukseli.

Wydrukuj

Thierry Breton, komisarz UE ds. wspólnego rynku, porównał wydarzenia na Kapitolu do „11 września” mediów społecznościowych, czyli do dramatycznego przełomu, który powinien sprowokować gruntowny przegląd dotychczasowych reguł bezpieczeństwa. A także skłonić władze publiczne do uznania, jak wielkim systemowym ryzykiem dla demokracji mogą być platformy internetowe.

Jednak Breton, który w Komisji Europejskiej odpowiada m.in. za gospodarkę cyfrową, podkreśla, że to nie do szefów Twittera powinny należeć ostateczne decyzje z rodzaju zamykania konta Donalda Trumpa.

Podobną opinię wyraziła Angela Merkel, a francuski minister finansów Bruno Le Maire dosadnie stwierdził, że to nie „cyfrowi oligarchowie” powinni decydować o wolności słowa.

W Ameryce kwestie moderowania treści udostępnianych w mediach społecznościowych są zasadniczo objęte samoregulacją firm (z ogólnym wymogiem działania w dobrej wierze), więc decyzja Twittera o zamknięciu kont Trumpa była w pełni legalna, a argument „prywatna firma ma prawo decydować, czyje konto zamyka” jest wystarczający.

Platformy jako forum publiczne w USA

Regulaminy mediów społecznościowych zasadniczo nie są konfrontowane z pierwszą poprawką konstytucji USA (o wolności słowa), choć niewykluczone, że amerykańskie sądy wkrótce dopracują definicję wielkich mediów społecznościowych jako „forum publicznego” (czy też przestrzeni publicznej), co radykalnie zmieniłoby ich sytuację pod względem swobód konstytucyjnych.

Paradoksalnie Trump, któremu media społecznościowe tak długo umożliwiały nieskrępowane sianie kłamstw oraz nienawiści, od dawna zwykł oskarżać je o „antykonserwatywne” moderowanie treści. I postulował odejście od zasad samoregulacji, czyli – to kolejny paradoks – bliżej regulacyjnego ducha Europy.

UE chce regulować usługi cyfrowe

Unia Europejska jest teraz dość dobrze przygotowana do dyskusji o regulowaniu platform internetowych (w tym mediów społecznościowych), bo Komisja Europejska w grudniu 2020 przedłożyła wielki pakiet przepisów o usługach oraz rynkach cyfrowych.

Zaproponowane przepisy mają gruntownie zreformować czy też dopełnić reguły dotyczące internetu w UE przyjęte przed dekadą. Ta reforma będzie wymagać zatwierdzenia przez Parlament Europejski oraz kraje Unii w Radzie UE, a ucieranie kompromisów potrwa zapewne około dwóch, trzech lat.

Ale instytucje UE już teraz dość konsekwentnie wykorzystują casus Trumpa (najpierw twitterowa bezkarność, a potem nagle szef Twittera jako ostateczny arbiter lub „cenzor”) do promowania nowych i dość ścisłych regulacji co do platform internetowych.

Ustalenie granic i odpowiedzialności

Celem projektu Komisji Europejskiej jest jednoznaczne określenie zasad odpowiedzialności prawnej oraz egzekwowania przepisów dla internetowych graczy świadczących usługi mieszkańcom UE.

Czyli – to znów porównanie komisarza Brettona – jasne ustalenie granic i jurysdykcji w obszarze cyfrowym tak, jak kiedyś – wskutek szybkiego rozwoju żeglugi międzynarodowej - zrobiono to w dziedzinie prawa morza.

System nowych unijnych regulatorów (na poziomie krajowym i ogólnounijnym), doprecyzowanie wymogów co do przedstawicielstw prawnych gigantów internetowych na terenie UE oraz olbrzymie kary finansowe (do 10 proc. rocznych obrotów) mają sprawić, że Twitter, Facebook albo Google w swych usługach lub interakcjach z mieszkańcami UE będą przestrzegać prawa UE bez zasłania się np. amerykańskimi immunitetami.

Zrównanie off-line z online

Napięcie między wolnością słowa a usuwaniem niepożądanych treści i kont użytkowników ma być rozwiązane za sprawą prostej zasady:

„co jest legalne off-line jest legalne także on-line. A to, co jest zakazane off-line, jest zarazem zakazane on-line”.

To zbliża sytuację mediów społecznościowych do wydawców – to ustawy i sądy określają, co jest treścią niedopuszczalną (od dziecięcej pornografii poprzez język nienawiści i podżeganie do przemocy politycznej po manipulacyjne zniesławianie) w gazetach, forach internetowych, portalach, mediach społecznościowych. A władze publiczne i regulatorzy „tylko” dbają o egzekwowanie tych zasad.

Co oznacza jak najszybsze usuwanie treści

Co do internetu ma być utrzymana zasada, że platformy internetowe nie ponoszą odpowiedzialności za niezgodne z prawem zachowanie użytkowników, jeśli nie są świadome nielegalnych działań lub dokładają należytych działań, by jak najszybciej usunąć nielegalne treści, o których wiedzą.

Szkopuł w tym, że „jak najszybciej” to może być za wolno w przypadku takich gigantów jak Facebook, więc projekt Komisji Europejskiej nakłada na wielkich systemowych pośredników („gatekeepers” zdefiniowani przez regulatorów za pomocą liczbę użytkowników, którym dostarczają treści) dodatkowe obowiązki.

To m.in.:

  • systematyczne monitorowanie ryzyka związanego z nielegalnymi treściami,
  • raportowanie regulatorom o zarządzaniu tym ryzykiem (pod okiem niezależnych audytorów),
  • mechanizm sygnalizowania nielegalnych treści poprzez współpracę z siecią „zaufanych podmiotów sygnalizujących” („trusted flaggers”),
  • ponadto informacje o problematycznych (potencjalnie przestępczych) zachowaniach powinny trafiać do władz.

Algorytmy i gwarancje

Projekt Komisji wprowadza też mocne zasady przejrzystości m.in. w zakresie algorytmów stosowanych przez platformy np. do rekomendowania produktów, co – odwołując się do przykładu ostatnich wydarzeń w USA – miałoby zapobiec wyświetlaniu reklam broni przy informacjach o trwających zamieszkach na Kapitolu.

Jednak ściślejsze reguły moderowania treści mają być powiązane z mocnymi, niedyskryminacyjnymi i precyzyjnie określonymi gwarancjami dla użytkowników.

Decyzje o usuwaniu np. wpisów czy zdjęć albo zawieszaniu kont – wedle projektu Komisji Europejskiej – musiałyby podlegać jasnej procedurze odwoławczej z finałem przed niezależnym arbitrażem.

Gdyby Trump był zatem Europejczykiem, i to już po przyjęciu nowych przepisów UE o świecie cyfrowym, Twitter miałby obowiązek – w czasie ataku na Kapitol - doraźnego usunięcia wpisów uznanych za podżeganie bądź pochwałę przemocy, ale Trump mógłby się od tego odwoływać - ostatecznie do niezależnego panelu arbitrażowego.

A należycie uprzedzony przez Twittera o planach zawieszenia jego konta, mógłby także ratować się w niezależnej procedurze odwoławczej.

Udostępnij:

Tomasz Bielecki

Korespondent w Brukseli od 2009 r. z przerwami na Tahrir, Bengazi, Majdan, czasem Włochy i Watykan. Wcześniej przez parę lat pracował w Moskwie. A jeszcze wcześniej zawodowy starożytnik od Izraela i Biblii Hebrajskiej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne