0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga KucharskaIlustracja: Iga Kuch...
  • Teza o tym, jakoby część Ukrainy była historycznie prorosyjska, jest nieprawdziwa. Wschodnia Ukraina stała się rosyjska w procesie brutalnej rusyfikacji, trwającej 300 i więcej lat.
  • Nie musisz kurczowo trzymać się swojej przeszłości. Potrzebna jest wiedza i akceptacja. I wybór, kim jesteś. Niektórzy ludzie wiedzą, że ich dziadkowie byli w NKWD. Niektórzy, że ich dziadkowie byli niemieckimi policjantami podczas II wojny światowej. To jest coś, czego nie możesz zmienić. Ale możesz wybrać, kim ty jesteś.
  • Wielka rosyjska literatura to ten sam mit, co niezwyciężona rosyjska armia czy Związek Radziecki jako państwo nowoczesne, piękne i sprawiedliwe. Rosyjska kultura była silnie promowana, jeszcze w czasach imperium rosyjskiego. Za tym dzikim urokiem szalonego wschodu stało dużo pieniędzy.
  • Ukraińska kultura może wnieść do europejskiej kultury bliższą i klarowniejszą wizję rzeczywistości. Także dziki, wschodni urok, dlaczego nie! Skoro Rosjanie sprzedają go od wieków, dlaczego my nie możemy?

– OKO.press rozmawia z ukraińską pisarką *Kateryną Babkiną o odzyskiwaniu historii i tożsamości, tej rodzinnej i tej wspólnotowej. Pisarka była gościem Forum Przyszłości Kultury w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie

Przeczytaj także:

Pradziadek wyposaża pociąg dla Lenina, a prababcia zmienia nazwisko

Roman Pawłowski, OKO.press: W swoim wykładzie podczas Forum Przyszłości Kultury w Warszawie mówiłaś fascynująco o odzyskiwaniu przeszłości – narodu i twojej własnej rodziny. Jak wyglądał ten proces, dlaczego część historii rodzinnej była zakłamana i jak udało ci się wypełnić te luki?

Kiedy dorastasz, słuchasz rodzinnych historii, czytasz książki, zaczynasz dochodzić do wniosku, że czegoś brakuje, coś się nie zgadza.

Cała moja rodzina była prokomunistyczna. To byli ludzie o sowieckiej mentalności. Ale korzenie mieli całkowicie inne. Ojciec mojej babci był polskim szlachcicem, jego przodkowie w czasach I Rzeczpospolitej brali udział w Sejmach. Rodzina na przełomie XIX i XX wieku przeniosła się do centralnej Ukrainy. Pradziadek był inżynierem na kolei. Kiedy wybuchła rewolucja, skusiły go idee komunizmu.

Wszystkie rodzinne pieniądze wydał na wyposażenie pociągu pancernego dla Lenina.

W czasach sowieckich można było znaleźć nawet pewne informacje na jego temat w Muzeum Rewolucji w Moskwie, ale nie tak wiele, ponieważ w 1937 roku został zesłany na Syberię. Ktoś napisał na niego donos i pradziadek zniknął na zawsze. Jego żona i pięcioro dzieci zostało uznanych za wrogów ludu. Dzieci nie mogły iść na studia, rodzina nie mogła osiedlić się w dużym mieście. Podczas II wojny światowej nie zostali ewakuowani, bo dla władzy byli bezwartościowi.

Zaskakujące było dla mnie, że mimo represji, oni nadal wierzyli w Związek Radziecki. Byli do tego tego stopnia zindoktrynowani, że nie umieli połączyć ze sobą faktów. Nikt z nich nie pomyślał, że coś jednak było nie tak z przeszłością rodziny.

O tym, jak przebiegało to pranie mózgów, świadczy historia mojego nazwiska. Babkina to rosyjskie nazwisko. Rodzina mojego dziadka wywodzi się z Donbasu, nazwisko jego rodziców brzmiało inaczej: Babko. Typowe ukraińskie nazwisko.

Kiedy zostało zmienione?

Na początku lat 20., podczas tak zwanej ukrainizacji, kiedy sowieci oficjalnie dali zielone światło ukraińskiemu językowi, książkom i edukacji, ale de facto bezpieczniejsze i dające więcej perspektyw było używanie języka rosyjskiego i posiadanie rosyjskiego nazwiska. Prababka zmieniła nazwisko, aby zabezpieczyć przyszłość swoich dzieci.

Dzisiaj rosyjska propaganda twierdzi, że wschodnia Ukraina to historycznie region prorosyjski, którego mieszkańcy identyfikują się z Rosjanami. Ale nie zawsze tak było.

Rosyjski język i kultura zostały tam w dużej mierze narzucone.

W czasach Związku Radzieckiego w paszportach zaznaczano narodowość. I oczywiście wszyscy starali się, aby mieć wpisaną narodowość rosyjską. Bo to oznaczało przynależność do dominującego narodu i określone przywileje.

Kiedy miałam 7-8 lat, zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie tak. Wiedziałam, że mój dziadek pochodzi z Donbasu, a babcia z okolic Żytomierza. Jak więc to możliwe, że są Rosjanami? Nie mają przecież ani kropli rosyjskiej krwi. Mimo to zawsze uważali się za russkich. Moja mama do dzisiaj tak o sobie myśli.

Potem przestawili się na „sowieckich ludzi” – w Związku Radzieckim rzekomo nie było narodowości, tylko jedno społeczeństwo. Oczywiście, to także okazało się nieprawdą.

Mama: Ukraina nie istnieje. Ciotka: oczywiście, że istnieje

W swojej książce „Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek” przedstawiasz na pół fikcyjne, na pół prawdziwe historie rodzinne. Jak do nich docierałaś, skoro rodzina wyparła swoją przeszłość?

Zainspirowały mnie dwie książki: „Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu” Martina Pollacka i „Może Estera” Katji Petrowskiej. Obie opowiadają o odkrywaniu historii rodzinnej. Pollack pisze o trudnym zmaganiu się z historią swego ojca, oficera SS. Petrowska opisuje losy swojej rodziny, prześladowanej i mordowanej w XX wieku z powodu żydowskiego pochodzenia.

Obie książki opierają się na dokumentach archiwalnych i zapisanych wspomnieniach. Chciałam zrobić podobnie, ale okazało się to niemożliwe. Z powodu rewolucji i wojen, które dotknęły regiony, w których żyli członkowie mojej rodziny w XX wieku, dokumenty i dowody zniknęły. Zacierano przeszłość, aby ukryć krwawe zbrodnie, których ofiarami byli moi przodkowie. Osobiste archiwum rodzinne zniszczyła druga żona mojego dziadka, a ziemie, na których dorastał, są od 2014 roku okupowane przez Rosję. Część rodziny mieszka w Rosji i ma całkowicie wyprane mózgi, więc nie jesteśmy w kontakcie.

Jedyne, co mogłam zrobić, aby odtworzyć prawdziwą historię rodziny, to zebrać mówione historie moje, moich przyjaciół i naszych sąsiadów. Problem polega na tym, że ludzie, opowiadając o sobie, mają skłonność do fantazjowania, mitologizowania przeszłości. Często, zamiast mówić o tym, co przydarzyło się im samym, mówią, że to przydarzyło się sąsiadom. Dlatego moja książka nie ma charakteru dokumentu, składa się w dużej mierze z fikcji. Ale wszystkie historie mają oczywiście prawdziwy rdzeń.

Jak odkrywasz ukraińską tożsamość wobec tego wszystkiego?

Po prostu wybierasz. Świadomie decydujesz, okej, jestem tym, kim jestem.

Jestem gotowa o to walczyć. Uważam, że to najzdrowszy sposób.

Twoje odkrywanie wypartej przeszłości rodzinnej przypomina mi doświadczenie polskich Żydów, którzy w drugim czy trzecim pokoleniu po wojnie odkrywali swoje żydowskie korzenie, wcześniej ukryte z obawy przed antysemityzmem.

Tak, widzę tę analogię. Tak samo jest z odkrywaniem ukrytej historii kraju. Niektóre fragmenty ukraińskiej historii nie istniały w czasach sowieckich.

Czy pamiętasz pierwszy moment, kiedy zdałeś sobie sprawę, że jesteś Ukrainką, a nie Rosjanką czy człowiekiem radzieckim?

To było na początku lat 90. W 1991 roku w Ukrainie miało odbyć się referendum w sprawie niepodległości. Miałam wtedy sześć lat. Pamiętam kłótnię w domu na temat referendum. Mój dziadek, babcia i mama mówili, że przecież niepodległa Ukraina nigdy nie istniała. Co to za kraj? Wszyscy przecież jesteśmy Rosjanami, to była część Związku Radzieckiego, bla, bla, bla.

Inne zdanie miała tylko moja ciotka. To była mądra kobieta, jako jedyna zarabiała pieniądze, aby zabezpieczyć rodzinę. Powiedziała, że zagłosuje za niezależną Ukrainą, ponieważ to osobny kraj. Mówiła: „Urodziłam się tutaj, dorastałam. Podoba mi się tutaj. Lubię tutejszych ludzi. I oni naprawdę wydają się inni. A wy, spójrzcie na siebie, gdzie wy wszyscy się urodziliście? Ludzie, o czym wy mówicie? Ukraina istnieje”.

To była wielka rodzinna kłótnia, wszyscy siedzieli przy dużym stole. A ja pomyślałam, że to, co mówi ciocia Natasza, brzmi prawdziwie. Ja też się tu urodziłam. I widzę, że ludzie są tu inni, mówią innym językiem. I że lubię tych ludzi bardziej.

Niania uczy ukraińskiego

Może to zabrzmi klasistowsko, ale pochodzę z rodziny robotników i żołnierzy. To byli prości, grubiańscy i brutalni ludzie. Na szczęście nie mieliśmy w rodzinie alkoholików, ale mój dziadek podnosił rękę na ludzi i wdawał się w bójki. A moja mama i ciocia często kłóciły się ze swoimi rodzicami. Oczywiście, kochałam moich bliskich, bez względu na to, jacy byli.

Ich przeciwieństwem była moja niania. Pochodziła ze starej, inteligenckiej rodziny z Austrii, która osiadła w Galicji. Jej przodkowie w czasach cesarstwa austro-węgierskiego studiowali na uniwersytetach w Wiedniu, Budapeszcie czy Lwowie, znaki języki obce.

Niania uczyła nas niemieckiego i polskiego, pokazała nam Biblię, duże, ilustrowane wydanie w języku niemieckim. To była magia. Oczywiście, mieliśmy w domu książki, radzieckie wydania, mama czytała mi bajki braci Grimm. Ale niania odkrywała, co może wnieść do życia wykształcenie i prawdziwe korzenie. Wyczuwałam różnicę, która była gdzieś w tym głęboko ukryta. Chciałem należeć do tego pięknego świata, z którym kojarzyły się nazwy nieznanych miast: Wiedeń, Warszawa, Budapeszt.

Ta inna, pociągająca tożsamość miała inną geografię. I język.

Wszyscy w Związku Radzieckim byli zmuszeni mówić po rosyjsku. My także oczywiście mówiliśmy w domu po rosyjsku. Tylko niania mówiła po ukraińsku. Znała rosyjski, oczywiście, ale kiedy moja mama zabrała mnie do niej pierwszy raz, niania oświadczyła: mówimy tutaj po ukraińsku, nie jemy mięsa w środy i piątki, w niedzielę chodzimy do kościoła. Działo się to jeszcze w czasach sowieckich, kiedy za praktykowanie religii groziły kary. Moja mama na to: dobrze, dopóki dziecko jest bezpieczne i pod dobrą opieką, nie mam nic przeciwko.

Inny świat poznałam jako nastolatka, kiedy zaczynałam pisać. Poznałam wtedy wiele inteligenckich rodzin, między innymi rodzinę Andruchowyczów (z której pochodzi pisarz Jurij Andruchowycz) i Prochaśków (z której wywodzą się Taras i Jurij Prochaśko, pisarze i tłumacze). W zachodniej Ukrainie jeszcze w czasach sowieckich funkcjonował idiom, określający grupę ludzi niezależnie myślących, o ukraińskiej tożsamości – niedobita inteligencja. To ci, których władzy sowieckiej nie udało się unicestwić, zamknąć w więzieniach czy zesłać na Sybir. To były pozostałości tego lepszego społeczeństwa.

Oczywiście, nie chcę idealizować ukraińskiej inteligencji, ale spotkanie z tymi ludźmi było dla mnie bardzo ważne w kontekście formowania ukraińskiej tożsamości. Czułam, że to środowisko ma więcej do zaoferowania w sensie intelektualnym, etycznym, niż to, z którego pochodziłam. To był po prostu lepszy świat. Dlatego wybrałem ukraińską tożsamość, kiedy byłam nastolatką.

Ten sam proces przechodziło w tym samym czasie całe ukraińskie społeczeństwo: od poczucia przynależności do Związku Radzieckiego i bycia człowiekiem sowieckim do odkrycia ukraińskiej tożsamości. Co w tym procesie jest kluczową kwestią?

Uczysz się, zdobywasz wiedzę i odzyskujesz to, co jest naprawdę twoje. Jak w historii o rodzinie Babko, która nagle, z dnia na dzień stała się rosyjską rodziną Babkinych.

To doświadczenie dotyczy prawie wszystkich, ponieważ Ukraina była silnie rusyfikowana przez wieki, od czasów imperium rosyjskiego. Możesz łatwo prześledzić, jak do tego doszło. Ukraińcy mogli mówić w swoim języku, ale nie mogli w nim publikować, ani kształcić się. Jest to historycznie udokumentowane: jeszcze w czasach imperium powstały 134 ustawy i zarządzenia w taki czy inny sposób ograniczające używanie języka ukraińskiego. Walka z ukraińskim była kontynuowana w czasach sowieckich. Kiedy połączysz fakty, zrozumiesz, że teza o tym, jakoby część Ukrainy była historycznie prorosyjska, jest nieprawdziwa. Wschodnia Ukraina stała się rosyjska w procesie brutalnej rusyfikacji, trwającej 300 i więcej lat.

Dziadek wykłada komunizm naukowy…

Dobrze, ale co mają zrobić ze swoją przeszłością osoby z takich zrusyfikowanych rodzin? Odciąć się całkowicie od bliskich? Od przeszłości? Przecież to także jest część ich tożsamości.

Nie musisz kurczowo trzymać się swojej przeszłości. Potrzebna jest wiedza i akceptacja. I wybór, kim jesteś. Niektórzy ludzie wiedzą, że ich dziadkowie byli w NKWD. Niektórzy, że ich dziadkowie byli niemieckimi policjantami podczas II wojny światowej. To jest coś, czego nie możesz zmienić. Ale możesz wybrać, kim ty jesteś. Do czego należysz?

Mój dziadek był profesorem komunizmu naukowego na uniwersytecie. Czy mogę to teraz zmienić? Nie. Czy mogę nie podążać za ideałami naukowego komunizmu? Oczywiście, że mogę. Martin Pollack w podobny sposób mówi o swoim ojcu SS-manie. Przeszłości swojej rodziny nie możesz zmienić. Istotą jest zrozumienie, że to, co stało się w mojej rodzinie, nie determinuje mojej tożsamości. Stwierdzenie, że tak, mój ojciec był komendantem obozu koncentracyjnego, nie czyni cię odpowiedzialnym za czyny twego ojca. Nie musisz w związku z tym przyjmować postawy obronnej, tłumaczyć, że przecież wykonywał rozkazy, a w obozie w sumie nie było tak źle. Nie musisz tego robić.

W czasach sowieckich ludzie nauczyli się, że są uzależnieni od swojej przeszłości. Na przykład, jeśli pochodziłeś z rodziny inteligenckiej, nazywano cię niebłagonadiożnyj element (ros. неблагонадежный элемент), czyli element niepewny, potencjalny zdrajca ojczyzny. Dlatego wielu ludzi ukrywało swoją przeszłość, aby być w zgodzie z ówczesnymi, sowieckimi wartościami. Inaczej nie było możliwości zdawania na uniwersytet czy zdobycia dobrej pracy.

Dzisiaj dojrzeliśmy. Wiemy, że to, kim jesteśmy, nie zależy od tego, co zrobili nasi ojcowie czy nasze matki.

Nie musimy zakłamywać przeszłości, aby uzyskać dostęp do uniwersytetu czy rynku pracy. Musimy tylko zaakceptować przeszłość. Tak, wielu ludzi kolaborowało z nazistami podczas II wojny światowej. Tak, wielu ludzi kolaborowało z komunistami. Wielu pisało donosy na swoich sąsiadów, ponieważ chcieli przejąć czyjś majątek, dom albo konia. Ale my nie musimy tego powtarzać. Możemy wybrać, kim jesteśmy i za czym się opowiadamy. Nie tylko możemy – mamy obowiązek!

Ten proces trwa w Ukrainie od uzyskania niepodległości w 1991 roku. Jestem wielką fanką tej zmiany. Tak, to wymaga czasu. To może potrwać. Przecież Związek Radziecki nie skończył się w momencie podpisania porozumienia białowieskiego. On wciąż trwa w głowach niektórych ludzi. W naszych źle zorganizowanych miastach, dziurawych ulicach, okropnej architekturze, w szalonej korupcji i biurokracji. Ale krok po kroku, biorąc odpowiedzialność, dokonując wyborów, ludzie oczyszczają swój kraj i budują nową przyszłość.

…i śpiewa wnuczce ukraińskie pieśni

Wszystko więc zaczyna się od zakwestionowania mitu: rodzinnego, narodowego, politycznego, który wcześniej organizował myślenie i nadawał sens rzeczywistości.

Trzeba zacząć od demitologizacji przeszłości, nieważne, osobistej, czy zbiorowej. Od krytycznej i realistycznej analizy mitów. Wszyscy czujemy się bezpieczniej i milej, kiedy mamy za sobą dobrą przeszłość. Mój dziadek bił swoją żonę i dzieci. To było szalone. Ale jednocześnie nauczył mnie jeździć na nartach, nauczył odróżniać rośliny, zabierał mnie do lasu, aby pokazać mi ślady jeleni i niedźwiedzi. Jeździł ze mną nad rzekę na ryby, uczył, jak rozpalać ognisko. Miałam dzięki niemu magiczne dzieciństwo.

Ważne jest, aby przyznać, że ten sam człowiek, którego kochałam, który był ważną częścią mego dzieciństwa, stosował przemoc wobec swej rodziny i wykładał naukowy komunizm. Podczas wojny walczył w Armii Czerwonej, nie szanował Ukraińców i uważał, że ten naród nie istnieje. A jednocześnie kolekcjonował książki z ukraińskimi pieśniami ludowymi. Był zwariowany na tym punkcie. Często śpiewaliśmy z nim w domu te pieśni. Miał piękny głos. Może gdyby miał więcej przestrzeni i możliwości, uświadomiłby sobie coś jeszcze na temat tych Ukraińców, którzy według niego byli nieistniejącym narodem.

Chodzi o to, aby uznać, że to wszystko może istnieć razem, w jednym miejscu i czasie. Że nie ma czarno-białych sytuacji, rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. I nigdy nie będziesz jej w stanie podporządkować. Nie musisz próbować. To jest sedno odkrywania twojej prawdziwej, zdrowej tożsamości.

To ważna lekcja dla wszystkich, którzy chcą odzyskać swoją przeszłość lub tożsamość. Mamy tendencję do przerzucania odpowiedzialności za to, kim jesteśmy na naszych ojców i matki. Ale ty nie obwiniasz swoich rodziców.

Musisz w pewnym momencie zaakceptować, że twoje życie nie zależy już od matki i ojca. Chodzi o twoje wybory, twoje obowiązki. Rozumiem, dlaczego ludzie tego nie lubią. Ponieważ wymaga to wiele wysiłku i pracy. Ale to także szansa na zmianę.

Jak z „Davida Copperfielda” zniknęło 100 stron

Odzyskanie przeszłości to także odzyskiwanie kultury. W 2016 roku byłaś jedną z inicjatorek projektu „Złota półka”, polegającego na zamówieniu nowych tłumaczeń światowej literatury klasycznej na ukraiński. Opowiedz, na czym polegał ten projekt i co w trakcie jego realizacji odkryliście?

Punktem wyjścia było uświadomienie sobie, że język ukraiński zmienił się od czasów, kiedy powstawały przekłady klasyki światowej, to jest od lat 60. i 70. XX wieku. Zawierał wtedy dużo rusycyzmów, był bardziej toporny, inne też było podejście do tłumaczenia literatury. Chcieliśmy odzyskać te książki dla kultury ukraińskiej, ponownie wprowadzić je w obieg. Zdecydowaliśmy się na 12 tytułów, takich jak „David Copperfield” Charlesa Dickensa, „Jane Eyre” Charlotte Brontë, „Moby Dick” Hermana Melville'a, „Robinson Crusoe” Daniela Defoe, „Portret Doriana Greya” Oscara Wilde’a, „Pani Bovary” Gustawa Flauberta, „Hrabia Monte Christo” Aleksandra Dumasa, „Dzieje Tewjego Mleczarza” Szolema Alejchema.

Wielka klasyka światowa. Niektóre z tych książek miałam w domu po rosyjsku, niektóre czytałam po ukraińsku. W przypadku kilku pozycji postanowiliśmy, że zachowamy istniejące tłumaczenie, tylko je zredagujemy. Tak było z „Davidem Copperfieldem”, przetłumaczonym w latach 60. Moja przyjaciółka wzięła oryginał i zaczęła porównywać. I nagle okazało się, że w ukraińskiej wersji brakuje wielu fragmentów. W sumie brakowało ponad 100 stron, które nigdy nie zostały przetłumaczone.

O czym opowiadały te usunięte fragmenty?

O Bogu, życiu bogatych ludzi, o społeczeństwie klasowym. To wszystko zostało ocenzurowane. Podobnie było z „Robinsonem Crusoe”. Tłumacz, który redagował dla nas tę powieść, napisał do mnie, że w ukraińskiej wersji Crusoe cały czas pije wódkę. Ja na to, to niemożliwe, w oryginale jest brandy. A tłumacz na to: ale skąd ludzie radzieccy mieliby wiedzieć, co to jest brandy? Co gorsza, usunięto także fragmenty na temat Biblii i Boga, które stanowią rdzeń książki. Tak więc głęboka filozoficzna narracja o tym, jak człowiek może być na tyle silny, aby przetrwać i rozwijać się nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach, została zamieniona w banalną opowieść o człowieku, który przez dwadzieścia lat hodował kozy na bezludnej tropikalnej wyspie. Z zewnątrz historia wyglądała tak samo, ale jej sedno zniknęło. Czytanie tego, co z niej pozostało, nie miało większego sensu.

To samo stało się z naszą przeszłością. Brak czegoś ważnego tu i tam sprawił, że straciła sens.

Jakie były reakcje na Wasz projekt?

Czytelnicy uwielbiali tę serię, do dzisiaj kupują wznowienia. Można też nadal kupić ze zniżką komplet „Złotej półki” w darze dla biblioteki szkolnej i wiele osób tak robi. Dzisiaj jest to szczególnie ważne, bo wiele bibliotek zostało zniszczonych, w wielu szkołach brakuje książek. Cieszę się i jestem dumna, że ten program nadal funkcjonuje – po siedmiu latach.

Kto stworzył rosyjską awangardę?

Jaki jest Twój stosunek do literatury rosyjskiej? Czy powinna zniknąć z bibliotek i szkolnego kanonu?

Wielka rosyjska literatura to ten sam mit, co niezwyciężona rosyjska armia czy Związek Radziecki jako państwo nowoczesne, piękne i sprawiedliwe. Rosyjska kultura była silnie promowana, jeszcze w czasach imperium rosyjskiego. Za tym dzikim urokiem szalonego wschodu stało dużo pieniędzy. To działało bardzo dobrze, rosyjska kultura rosła na tle mniejszych kultur, pozbawionych takiego wsparcia.

W Ukrainie mieliśmy świetnych pisarzy i świetne książki, podobnie było w innych krajach, uciskanych najpierw przez rosyjskie, potem sowieckie imperium. Ale nikt o nich nie wiedział. Wiesz dlaczego? Ponieważ ukraińscy pisarze zostali w większości zamordowani w młodym wieku, jak Wasyl Stus, jeden z najwybitniejszych poetów ukraińskich, który zmarł w sowieckim łagrze w 1985 roku. Albo żyli w zapomnieniu, jak Wasyl Stefanyk. Nigdy nie pojechali do Baden-Baden, jak Dostojewski. Nie spędzali wakacji w Sorrento, nie mieli domu w Nicei, ponieważ im na to nie pozwolono. Byli biedni, cierpieli i represjonowani.

Ten proces eliminacji pisarzy ukraińskich trwa do dzisiaj. Wiosną 2022 roku w okupowanej miejscowości Kapitoliwka pod Iziumem rosyjscy żołnierze zamordowali Wołodymyra Wakulenko, autora literatury dziecięcej i aktywistę ukraińskiego.

Rosja przywłaszczyła sobie także osiągnięcia innych kultur.

W 2017 roku w MoMa w Nowym Jorku otwarto piękną wystawę, zatytułowaną „Rosyjska Awangarda”. 60 proc. prezentowanych na niej prac to były dzieła artystów ukraińskich i białoruskich. Razem ze znajomą amerykańską reżyserką ukraińskiego pochodzenia Virlaną Tkacz zrobiłyśmy pikietę pod muzeum. Wystąpiłyśmy w czarnych tiszertach, na których napisałyśmy „Rosyjska awangarda, stworzona przez ukraińskich artystów, którzy prawdopodobnie później zostali skazani lub zabici”. Rozdawałyśmy ulotki i edukowaliśmy zwiedzających, że to, co przedstawiane jest jako rosyjska awangarda, w istocie nie należy do rosyjskiej kultury. Aleksander Dowżenko, wielki reżyser filmowy, nie był Rosjaninem, podobnie jak Kazimierz Malewicz. Schody potiomkinowskie, utrwalone na filmie Eisensteina, są w Odessie, nie w Moskwie, i tak dalej.

Czy organizatorzy zmienili opisy prac?

Tak, dzięki naszej akcji rozszerzyli opisy i zaczęli mówić nie o rosyjskich artystach, ale artystach urodzonych w Białorusi, Ukrainie czy Polsce.

Czy Bułhakow wspiera putinowską Rosję?

Pytam o Twój stosunek do literatury rosyjskiej, bo Polsce sytuacja była inna. Literatura rosyjska czy radziecka nigdy nie zastąpiła polskiej. Była częścią literatury światowej, ale nigdy nie wypierała rodzimej.

Bo nie byliście częścią Związku Radzieckiego. Poza tym mieliście inny alfabet, łaciński. W Ukrainie rusyfikację ułatwiała cyrylica.

Wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza ze starszych pokoleń, nie rozumie, dlaczego wrogami ukraińskiej tożsamości stali się dzisiaj Dostojewski, Bułhakow i Czechow.

Ponieważ ci pisarze głosili imperialistyczną, rosyjską narrację. Świadomie lub nieświadomie. Bułhakow mógł być przeciwko Związkowi Radzieckiemu, ale wspierał dominację rosyjskiego narodu. W jego twórczości centrum świata jest w Moskwie. Bułhakow urodził się i żył przez jakiś czas w Kijowie, ale to co napisał o tym mieście podszyte było ukrainofobią i rosyjskocentryczną perspektywą.

Trudno się temu dziwić, bo oni wszyscy wzrastali w społeczeństwie, które poddano praniu mózgów. Ale dzisiaj musimy uznać i nazwać po imieniu szkody, jakie rosyjski imperializm wyrządził ukraińskiej kulturze. I wyrządza do tej pory.

Uzdrawianie kulturą

W swoim wykładzie w Warszawie poruszyłaś temat uzdrawiającej roli kultury. Na czym ta rola powinna polegać w kontekście wojny w Ukrainie i traum, jakich doznali Ukraińcy?

Kultura powinna tworzyć bezpieczną przestrzeń do tworzenia różnych narracji i różnych perspektyw. Przestrzeń rozmowy. Przestrzeń, w której można spojrzeć na samych siebie z dystansu. Kiedy czytasz o tym, przez co przeszedłeś, zamiast być uczestnikiem, stajesz się obserwatorem. To pozwala złagodzić twój ból i napięcie. Kiedy brakuje ci odpowiedniego słownictwa, odwagi lub siły, by opowiedzieć o tym, przez co przechodzisz, możesz utożsamić się z kimś, kto nazywa twoje uczucia. I powiedzieć: okej, czuję to samo i nie jestem sam. Nie ja jeden cierpię. A to pomaga się otworzyć.

Czasem wystarczy opublikować wiersz lub cytat na Facebooku, podzielić się z kimś przeczytanym artykułem, esejem czy powieścią i powiedzieć: to jest dokładnie to, co czuję. To jest ulga. Zobaczyłem obraz, który coś we mnie otworzył, w końcu mogłem opłakiwać coś, co mi się przydarzyło, kogoś, kogo straciłem, coś, czego nie zrobiłem. Na tym polega uzdrawiająca rola kultury.

Ukraina w niedługiej perspektywie może stać się częścią Unii Europejskiej. Co Twoim zdaniem ukraińska kultura może wnieść do europejskiej kultury?

Różne głosy, różne doświadczenia. Bliższą i prawdopodobnie klarowniejszą wizję rzeczywistości. Także dziki, wschodni urok, dlaczego nie! Skoro Rosjanie sprzedają go od wieków, dlaczego my nie możemy? Ostrość widzenia, odwagę.

Duchowość?

To nie jest nasza główna cecha. Może trochę tak.

A co narodowym charakterem kultury ukraińskiej? Dzisiaj jest on w Europie raczej zatarty. Kultura unifikuje się.

Na pewno ukraińska kultura wnosi ze sobą archaiczne tradycje, które były przez wieki ukryte. Ważny jest też konflikt pomiędzy tradycyjnym a współczesnym społeczeństwem. To jest coś interesującego dla kultury. Wprowadzimy trochę świeżości.

Kiedy wrócisz do Ukrainy?

Dobre pytanie. Kiedy rok temu przeprowadziłem się do Londynu, powiedziałem sobie, że będę z powrotem przed Bożym Narodzeniem. Dzisiaj nie mam pojęcia, kiedy spędzę święta w domu. Mam dwuletnią córkę. Muszę zapewnić jej bezpieczeństwo. Jestem jej jedynym opiekunem. Jestem rozwiedziona z jej ojcem, on jest teraz w Bachmucie, na pierwszej linii frontu. Dowodzi oddziałem. Każdego dnia myślę, czy jeszcze żyje. Dzisiaj rano wysłał SMS-a, czyli nadal mamy tatę, ale nikt nie wie, co może się stać jutro. Wrócę, kiedy będę w stanie zapewnić bezpieczeństwo mojej córce.

Portret pisarki Kateryny Babkiny
Portret pisarki Kateryny Babkiny

*Kateryna Babkina – ukraińska pisarka, dziennikarka, scenarzystka i menedżerka kultury. Autorka kilku tomików poezji (debiut „Ognie św. Elma”, 2002), powieści „Sonia” (2013), zbiorów opowiadań, książek dla dzieci, a także scenariuszy filmowych oraz sztuki „Hamlet Babylon”, wystawianej w Kijowie, Genewie i Wiedniu. Jej twórczość tłumaczona jest na angielski, czeski, francuski, hiszpański, niemiecki, szwedzki, rumuński, rosyjski i hebrajski. W Polsce ukazały się jej zbiory opowiadań „Szczęśliwi nadzy ludzie” i „Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek”, powieść „Sonia” oraz tom poezji „Nie boli” .

;

Udostępnij:

Roman Pawłowski

publicysta, kurator teatralny, dramaturg. Absolwent teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w latach 1994-2012 dziennikarz działu kultury „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Zbigniewa Raszewskiego dla najlepszego polskiego krytyka teatralnego (1995). Opublikował m.in. antologie polskich sztuk współczesnych „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne” (2003) i „Made in Poland. Dziewięć sztuk teatralnych z Polski” (2006), a także zbiór wywiadów z czołowymi polskimi ludźmi kultury „Bitwa o kulturę #przyszłość” (2015), wyróżniony nagrodą „Gazety Wyborczej” w Lublinie „Strzała 2015”. Od 2014 związany z TR Warszawa, gdzie odpowiada za rozwój linii programowej teatru oraz pracę z młodymi twórcami i twórczyniami.

Komentarze