"Dzik czy lis, na którym myśliwi szkolą swoje psy, jest jak dziecko, które zamknięto w obozie zagłady" - mówi psycholożka zwierząt. Ta praktyka wciąż jest legalna w Polsce. Prawniczka: „Możliwość tresowania psów myśliwskich na żywych zwierzętach to przykład rażącej niekonsekwencji w systemie ochrony zwierząt"

Przerażony lis kuli się i piszczy. Tkwi w sztucznej norze, z której nie ma wyjścia. Zza metalowej kratki oszczekuje go pies „Bierz go!” – zagrzewa zwierzę jego właściciel.

Dzik wciska się w kąt ogrodzenia. Próbuje umknąć dwóm oszczekującym go psom. Ale z ogrodzonego terenu nie ma ucieczki. „Dawaj dzika! Bierz go” – krzyczy mężczyzna.

Takie sceny rozgrywają się w ośrodkach szkolenia i podczas konkursów psów myśliwskich.

„Położenie zwierzęcia, które znalazło się w hodowli dla celów szkolenia psów myśliwskich, przypomina sytuację dziecka, które zamknięto w obozie zagłady”

– mówi OKO.press Dorota Wiland, psycholożka zwierząt i prezeska Fundacji na Rzecz Ochrony Zwierząt IUS ANIMALIA. „Zwierzę nie rozumie, dlaczego tu się znalazło, bo nie ma umysłowych narzędzi, by sobie to wytłumaczyć i pojąć swój los. I doświadcza ogromnego cierpienia, którego końca nie dostrzega” – dodaje.

Organizacje ekologiczne zrzeszone w Koalicji „Niech Żyją!” postulowały, by w nowym Prawie łowieckim zakazać używania żywych zwierząt do tresury psów myśliwskich. Niestety, podczas ostatniego posiedzenia połączonych komisji środowiska i rolnictwa pracujących nad nowelizacją ustawy taka możliwość – jak niemal wszystkie propozycje strony społecznej – została odrzucona.

„Brak takiego zakazu w nowelizowanym prawie łowieckim stoi w sprzeczności z Ustawą o ochronie zwierząt”- mówi OKO.press Paweł Średziński z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze, koalicjanta „Niech Żyją!”.

„To celowe znęcanie się nad zwierzętami i przyzwolenie na legalizację okrucieństwa. Świadome zadawanie cierpienia zwierzętom nie ma nic wspólnego z etyką, na którą tak często powołują się myśliwi” – dodaje.



Żywe cele

Polski Związek Łowiecki (PZŁ) posiada 16 zagród dziczych i 17 sztucznych nor. Istnieją również prywatne hodowle. W sztucznych norach ćwiczy się norowce – psy do polowań w norach, np. teriery czy jamniki. W zagrodach – dzikarze, czyli psy do polowań na dziki (również jamniki i teriery, a także łajki i inne). W jednym i drugim przypadku tresura odbywa się na żywych zwierzętach.

„Do szkoleń, prób i konkursów pracy norowców wykorzystuje się głównie hodowlane lisy oraz jenoty. W zagrodach dziczych przetrzymywane są dziki bądź ewentualnie świniodziki” – informuje OKO.press PZŁ.

Dziki do tych hodowli są odławiane z terenów aglomeracji miejskich. Świniodziki, hybrydy dzika i świni domowej, utrzymuje się za zgodą Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska i bez możliwości ich rozmnażania.

„Lisy i jenoty najczęściej pochodzą z hodowli zwierząt futerkowych, są to najczęściej samce po okresie reprodukcyjnym bądź jałowce samice” – informuje nas PZŁ. Zaznacza jednak, że „użytkowane mogą być również zwierzęta dzikie pochodzące z odłowów”. Ich prowadzenie umożliwia Rozporządzenie Ministra Środowiska w sprawie stosowania pułapek żywołownych.

„Najbardziej cenione przez myśliwych są odłowione zwierzęta. Są bardziej przydatne od tych, które pochodzą z hodowli, ponieważ reagują w naturalny sposób i boją się psów” – mówi OKO.press Izabela Kadłucka, zoopsycholog, biegła sądowa w zakresie psychologii zwierząt.



Dla ludzi to tylko trening, dla zwierząt – walka na śmierć i życie

Zgodnie z Regulaminem Prób i Konkursów Pracy Dzikarzy tzw. próby pracy psów myśliwskich przeprowadza się „na pojedynczym dziku, losze lub przelatku, w ogrodzonej części lasu, tzw. zagrodzie, o powierzchni […] nie mniejszej niż 1 ha”. Zaś podczas konkursów zagroda powinna mieć przynajmniej 2 ha i mieć „oczko wodne lub bagienko umożliwiające dzikom wychłodzenie ciała”. W przypadku szczucia dzików przez grupę psów, zagroda musi mieć przynajmniej 5 ha.

Ani w próbach, ani w konkursach nie używa się wycinków – trzyletnich samców dzików – i „orężnych odyńców”. Czyli dorosłych samców obdarzonych tzw. fajkami i szablami (kłami). Po to, by rozjuszone zwierzę nie poraniło psa, co może nawet skończyć się śmiercią dzikarza. Jak to wygląda, pokazuje poniższy film:

Wymogi określone stosownym regulaminem mają również sztuczne nory, w których do ćwiczeń i konkursów psów używa się lisów oraz jenotów. Ich długość powinna mieć minimalnie 20, a maksymalnie 28 m. Wysokość korytarzy winna wynosić 20 cm, a cała nora wyposażona jeszcze w co najmniej trzy „kotły” (komory) i przynajmniej jeden spadek, tzw. komin. Pokrywy korytarzy i kotłów są podnoszone, co umożliwia śledzenie akcji wewnątrz urządzenia.

„W zapisach tych zadbano również o bezpieczeństwo i dobrostan lisów i jenotów” – zapewnia nas PZŁ. Służą temu zastawki, które mają oddzielać żywe cele od ich myśliwskich napastników. A także specjalna konstrukcja jednego z „kotłów”, która ma umożliwić umknięcie przed psem. Ale ze sztucznej nory zwierzę nie może uciec.

W internecie próżno szukać nagrań z treningów norowania w ośrodkach PZŁ. Jak widać nie są to obrazy, którymi Związek chciałby dzielić się ze społeczeństwem.

Można za to znaleźć wideo z prywatnych sztucznych nor, które istnieją w hodowlach psów łowieckich. Pokazują, że nawet braku fizycznego kontaktu między psem a jenotem czy lisem dla tych ostatnich wiąże się z gigantycznym stresem:

„Myśliwi mówią, że to jest tylko trening i ostatecznie zwierzęciu nic nie grozi. Problem w tym, że zwierzęta biorące udział w szkoleniu nie mają świadomości, że to jest tylko gra” – mówi Dorota Wiland z IUS ANIMALNIA

„Pies atakuje naprawdę, dając z siebie wszystko. A lis czy dzik są przekonane, że walczą o życie. Tylko dla człowieka jest to jedynie symulacja rzeczywistego polowania” – dodaje.



Bez wyjścia

„Sytuacja zagrożenia życia to ogromny, ekstremalny stres, w dodatku powtarzany. Zwierzę chce się bronić, próbuje uciec, ale nie może” – wyjaśnia w rozmowie z OKO.press Iza Kadłucka. Podkreśla, że

odebranie zwierzętom możliwości ucieczki podczas ćwiczeń i zawodów „to jeden jeden z największych stresorów, jakie możemy sobie wyobrazić, to cierpienie psychiczne i fizyczne”. A taki stres prowadzi do zaburzenia funkcji fizjologicznych, włącznie z zaburzeniem wzrostu i funkcji reprodukcyjnych.

Ponadto, lisy pomiędzy treningami i konkursami psów myśliwskich przetrzymywane są w izolacji. A więc w nienaturalnych i – znowu – stresujących dla nich warunkach. „W takim zamknięciu nie mają możliwości realizacji swoich najbardziej podstawowych potrzeb. Nie mogą biegać, brakuje im naturalnych bodźców, poddawane są natomiast presji bodźców negatywnych, nie mogą wchodzić w relacje z innymi przedstawicielami swojego gatunku.

Przetrzymywanie dzikich zwierząt w izolacji to znęcanie się nad nimi” – dodaje.

Dorota Wiland wskazuje, że takie warunki życia wywołują u zwierząt depresję. A jedną z istotnych jej przyczyn jest poczucie braku sprawczości.

„Zwierzęta są w sytuacji, w której znalazły się wbrew własnej woli i nie mają możliwości uniknięcia ani zminimalizowania nieprzyjemnych bodźców.

Dla każdego zwierzęcia taka sytuacja jest źródłem silnego stresu, a co za tym idzie – cierpienia” – mówi zoopsycholożka.

„Najczęściej umierają na atak serca”

„Nie mamy na ten temat danych, bo PZŁ ich nie udostępnia, ale najprawdopodobniej lisy nie żyją zbyt długo w takich hodowlach” – mówi Wiland.

PZŁ w przesłanych odpowiedziach na nasze pytania przekonuje, że długość życia dzików, lisów i jenotów „oscyluje wokół granicy wieku zwierząt egzystujących w naturze, a często jest nawet od niej dłuższa”. Zastrzega jednak, że „oczywiście nie można wykluczyć sytuacji, w której zwierzę ulegnie jakiejś kontuzji, w efekcie której straci życie, jednak są to przypadki zdecydowanie marginalnie”. I podkreśla rolę profesjonalnie przygotowanych ludzi, którzy w każdym momencie szkolenia czy konkursu „są w stanie podjąć odpowiednie działania i przedsięwziąć środki mające na celu uniknięcie ewentualnej tragedii”.

Kadłucka mówi nam bez zbędnych eufemizmów: „Część lisów nie przeżywa zawodów norowania. Po prostu umierają ze stresu, najczęściej na atak serca”.



Prawne rozdwojenie jaźni

„Możliwość tresowania psów myśliwskich na żywych zwierzętach to przykład rażącej niekonsekwencji w systemie ochrony zwierząt w Polsce” – mówi OKO.press Karolina Kuszlewicz, adwokatka specjalizująca się w prawie ochrony zwierząt.

Z jednej strony ustawa o ochronie zwierząt w art. 5 mówi, że każde zwierzę wymaga humanitarnego traktowania. A dalej, w art. 6 ust. 2, za przestępstwo uznaje zadawanie zwierzęciu bólu lub cierpień albo świadome dopuszczanie do tego. Jako przykład znęcania wprost wskazuje m.in. na umyślne ranienie, straszenie i drażnienie zwierząt.

Z drugiej strony inna ustawa – Prawo łowieckie – dopuszcza w art. 9 ust. 1 pkt 2 płoszenie, a nawet ranienie i zabijanie zwierząt w ramach szkolenia psów myśliwskich. „Czyli mamy sytuację wręcz absurdalną, gdzie analogiczne w skutkach dla zwierzęcia zachowanie będzie raz przestępstwem, a innym razem – będzie odbywać się w świetle prawa.

Przekładając to na przykład – ten, kto będzie szczuł swojego psa na bezdomnego kota – odpowie za znęcanie i będzie mu grozić nawet kara więzienia, a ten, kto będzie psa myśliwskiego szczuł na lisa – będzie działał legalnie” – mówi Kuszlewicz.

Prawniczka podkreśla, że ta niespójność prawna wymaga niezwłocznej interwencji ustawodawcy.



Można bez dręczenia zwierząt

PZŁ tłumaczy, że taki sposób ćwiczenia psów „podnosi skuteczność i efektywność” prawdziwych polowań na lisy i jenoty, które „zagrażają innym przedstawicielom rodzimej fauny”. I oczywiście na dziki, których „których egzystencja stoi obecnie […] zdecydowanym konflikcie z interesem ekonomicznym człowieka”.

„Dalece nieetycznym i niemoralnym byłoby wykorzystywanie do łowów psów bez jakiegokolwiek, wcześniejszego ich przygotowania czy choćby sprawdzenia ich możliwości łowieckich, stąd logiczne i słuszne przekonanie o istotnej roli i konieczności profesjonalnego szkolenia”- czytamy w przesłanym nam wyjaśnieniu.

Kadłucka zwraca uwagę na to, że w wielu krajach konkursy norowania i zawody dzikarzy na żywych lisach i dzikach są zakazane.

A do szkoleń stosuje się tam wypchane zwierzęta, pokryte zapachem odpowiednim dla gatunku.

„Ten rodzaj szkolenia jest trudniejszy, ale bardziej etyczny” – mówi. „Ta praktyka wynika z przekonania, że wszędzie tam, gdzie cierpienie zwierząt nie jest konieczne, nie powinno być dopuszczane. Tym bardziej jeśli poziom tego cierpienia jest tak ogromny” – dodaje.


Dziennikarz i publicysta. Członek zespołu redakcyjnego „Dzikiego Życia”. Jeśli czegoś nie pisze lub nie czyta, to najpewniej siedzi gdzieś w lesie. Instruktor sztuki przetrwania.
W OKO.press pisze o ekologii (w tym o działalności min. Szyszki) i dokonaniach komisji smoleńskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym