Raport komisji Macierewicza z likwidacji WSI był jedną z największych politycznych katastrof w historii PiS. Tajny aneks do niego spoczął na 20 lat w Kancelarii Prezydenta. Nie chcieli go ujawnić ani Lech Kaczyński, ani Andrzej Duda. Dlaczego więc chce to zrobić Karol Nawrocki?
Na początku muszę wyznać, że bardzo, ale to bardzo broniłem się przed pisaniem tekstu o roli, jaką w polskiej polityce odegrał raport z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, wraz ze słynnym swego czasu aneksem do niego. Który to aneks przez dwie dekady spoczywał w sejfie tajnej kancelarii w Pałacu Prezydenckim, aż w końcu Karol Nawrocki zabrał się za jego ujawnianie.
Broniłem się, bo jest to niezwykle zawiła historia z zamierzchłych czasów. Do tego tysiąckrotnie przemielona przez wszystkie media i przez długie lata rozdmuchiwana przez czołowych polityków PiS. Aż do całkowitego zanudzenia wszystkich, łącznie z nimi samymi.
Do tego, by ten tekst jednak powstał, przekonali mnie, a może i przymusili, koleżanki i koledzy z redakcji – pozdrawiam zwłaszcza Agatę Szczęśniak i Mariusza Jałoszewskiego.
Na naszym kolegium padły bowiem argumenty, których zbić się nie da. Oto bowiem Karol Nawrocki razem z twardogłowym skrzydłem PiS wydaje się szykować do kampanii politycznej opartej na próbie wskrzeszenia historii raportu i aneksu do niego. Tymczasem – w roku 2026 dla sporej już części Polek i Polaków ta historia z roku 2006 i 2007 to już opowieść o żelaznym wilku. Nie mieli z nią kontaktu w dorosłym życiu, choć dziś zbliżają się do 40-stki. Minęło w końcu bite 20 lat.
Dlatego właśnie – myśli prawdopodobnie Nawrocki – tę historię da się opowiedzieć całkiem na nowo. I „sprzedać ją” politycznie znacznie lepiej.
Zanim zdąży to zrobić – musimy więc opowiedzieć, jak było naprawdę.
Nawrocki się na opowiadaniu historii na nowo całkiem dobrze zna. Choć jako samodzielny historyk zajmował się (nie licząc książki o „Nikosiu”) głównie działalnością opozycji demokratycznej w dawnym województwie elbląskim, jako szef IPN zarządzał przecież prawicową polityką historyczną. I wraz ze swą instytucją — i swymi poprzednikami — niejednego bandytę zamienił w wyklętego bohatera. Teraz najprawdopodobniej liczy na to, że odpowiednio dobrze opowiedziana historia aneksu o WSI może mieć w sobie tyle politycznego potencjału, co dobrze wybielone wersje życiorysów „Ognia” czy „Łupaszki” w erze, w której każdy szanujący się prawicowiec miał koszulkę z napisem „śmierć wrogom Ojczyzny!”.
W odróżnieniu od prezydenta prezes PiS nie wydaje się natomiast mieć w tej kwestii aż tyle wiary.
„Nie uważam, żeby to upublicznienie (aneksu do raportu w sprawie WSI – red.) było jakimś szczególnie ważnym aktem. Przyłączam się do tego, co kiedyś powiedział mój świętej pamięci brat, że tam jest wiele tez o charakterze publicystycznym, a nie takim, które powinny być w tego rodzaju dokumencie” – mówił Jarosław Kaczyński w poniedziałek 27 kwietnia. Dorzucił jeszcze, że ujawnienie aneksu byłoby „ryzykowne” a sam dokument „nie jest szczególnie ważny”.
Najwyraźniej prezes PiS, podobnie jak piszący te słowa, choć zapewne z innych powodów, wolałby już nie wchodzić po raz wtóry do tamtej samej, nieco już zatęchłej rzeki.
Tak czy owak, Karol Nawrocki nie daje ani nam alternatywy. A więc zaczynajmy.
W lipcu 2006 roku Jarosław Kaczyński pozbył się poprzedniego premiera – Kazimierza Marcinkiewicza. Następnie sam stanął na czele rządu tworzonego wspólnie od prawie roku przez PiS, Samoobronę Andrzeja Leppera i Ligę Polskich Rodzin Romana Giertycha. Koalicjanci się narowili – z grubsza było tak, że Lepper chciał więcej solidaryzmu, a Giertych więcej nacjonalizmu. Sytuacja była coraz mniej stabilna.
Kaczyński postanowił więc szarpnąć cuglami i stworzyć nowy mit założycielski swej partii. Mit bardziej odporny na upływ czasu niż świeża jeszcze wówczas opowieść o wspólnym z Donaldem Tuskiem i Janem Rokitą oczyszczaniu Polski z eseldowskiej korupcji. Z tym PiS szedł do wyborów zaledwie niespełna rok wcześniej, w 2005 r.
Stworzył ją badający postkomunistyczne relacje władzy socjolog prof. Andrzej Zybertowicz. Układ miał być postkomunistycznym odpowiednikiem amerykańskiego „deep state”. A zatem rządzącą Polską w cieniu ustrojowych instytucji władzy siecią wzajemnych powiązań pomiędzy czterema siłami:
Jeśli chodzi o te ostatnie – Zybertowicz wskazywał przede wszystkim na Wojskowe Służby Informacyjne, które wywodziły się z peerelowskiego wywiadu wojskowego.
Mimo publicystycznego charakteru i otoczki typowej dla teorii spiskowych Zybertowicza, opowieść o Układzie całkiem trafnie opisywała niektóre patologie i afery okresu transformacji.
Kaczyński postanowił z niej zrobić coś większego – polityczną wielką narrację.
Wtedy, w 2006 roku Kaczyński przywołał Zybertowiczową opowieść o Układzie i dorzucił do niej metaforę „brydżowego stolika”. To przy nim mieli siedzieć czterej opisani przez socjologa aktorzy. Bo przecież w brydża gra się w czwórkę. Do tego brydż pasuje do polskich warunków lepiej niż na przykład poker.
To przy tym brydżowym stoliku narodziła się III RP. To przy nim powstawały formalne i nieformalne struktury władzy – tłumaczył Kaczyński swym wyborcom. A dziejową rolą Prawa i Sprawiedliwości miało być oczywiście tego stolika wywrócenie, razem z dotychczasowymi beneficjentami brydżowej rozrywki. W oczach Kaczyńskiego byli nimi politycy wszystkich partii poza PiS-em, ze szczególnym uwzględnieniem SLD i PO. Ludzie z czołówek list bogaczy tygodnika „Wprost”, decydenci i czołowi dziennikarze wszystkich mainstreamowych mediów. Oraz rzecz jasna postkomunistyczne służby specjalne ze szczególnym uwzględnieniem WSI.
To uderzenie właśnie w szczególnie przez Kaczyńskiego, Zybertowicza i PiS nielubiane WSI miało zapoczątkować całą operację wywracania „brydżowego stolika”.
Mówiąc szczerze, WSI to nie był wcale taki znowu zły cel. Historia WSI to bowiem także historia polskiego postkomunizmu i polskiej transformacji razem z ich licznymi patologiami. Jeżeli historia o „brydżowym stoliku” naprawdę do jakichś aspektów historii III RP miała pasować, to najbardziej nadawały się do tego właśnie WSI.
Wojskowe Służby Informacyjne powstały w 1991 roku na bazie struktur wywodzących się niemal bezpośrednio z wywiadu Polski Ludowej. W wypadku służb cywilnych – czyli powołanego do życia w 1990 roku Urzędu Ochrony Państwa – dokonano dość ostrych cięć, rozdzielających erę III RP od czasów Służby Bezpieczeństwa. A przede wszystkim wprowadzono do nich nowe kierownictwo złożone z cywili. Wywodzili się oni ze świata demokratycznej opozycji, a nie z komunistycznej nomenklatury.
W wypadku armii – w której proces kształcenia i awansowania oficera do stopni pozwalających na kierowanie większymi strukturami trwa kilkanaście lat – nie było to wykonalne. WSI odziedziczyły więc bardzo wiele po swym poprzedniku, peerelowskim zarządzie II Sztabu Generalnego. Dotyczyło to zarówno części kadr, jak i metod działania. I, by tak rzec, kultury korporacyjnej. Po 15 latach istnienia organizacja ta niemało miała już więc za uszami.
WSI miały pewne związki m.in. z aferą alkoholową i aferą FOZZ i całkiem licznymi pomniejszymi aferami. Uczestniczyły w handlu bronią z polskich zakładów zbrojeniowych i z zapasów po czasach Układu Warszawskiego, część zysków przeznaczając na własne tajne operacje, a z niemałym prawdopodobieństwem na cele, by tak rzec, pozastatutowe. Istniały również przesłanki pozwalające zastanawiać się nad udziałem oficerów i byłych oficerów WSI w wielkich transakcjach prywatyzacyjnych lat 90. i pierwszej części lat dwutysięcznych.
Z całą pewnością WSI pozyskiwały też swych informatorów i współpracowników w działających na terytorium kraju mediach – co było praktyką co najmniej ektrawagancką jak na służbę będącą wojskowym wywiadem zagranicznym.
Każdy z tych wątków i każda z tych historii to temat na liczne dziennikarskie śledztwa, które zresztą w swoim czasie z różnymi skutkami się toczyły. Albo i na książki – które zresztą również powstawały. Kto nie wierzy, temu podrzucam stanowiącą dosłownie drobny wycinek tej całości łotrzykowską historię działalności współpracującego z WSI ówczesnego multimilionera Rudolfa Skowrońskiego, który zniknął z radarów w styczniu 2005 roku i do dziś nie wiadomo, co się z nim stało lub dzieje.
Zaznaczmy przy tym – dla uzyskania właściwej skali – że z kolei tylko jednym z pobocznych wątków jakże barwnego życiorysu Skowrońskiego była tak zwana „sprawa z Klewek”. A zatem historia, która najpierw zatrzęsła światem polskiej polityki (i przy okazji karierą wybitnej reporterki Marii Wiernikowskiej), by następnie zostać uznana za kompletny humbug. Dopiero po latach okazało się, że humbug wcale nie był do końca humbugiem, choć sprawy miały się zupełnie inaczej, niż brzmiała pierwsza o nich opowieść. Szczegóły w zalinkowanym wyżej tekście o Skowrońskim.
To, co do dziś wiemy o patologiach w działaniach WSI, to w dużej mierze faktograficzna magma. Wątki doskonale zbadane przez najwybitniejszych dziennikarzy śledczych spotykają się w niej z teoriami spiskowymi i narracjami dezinformacyjnymi rozsiewanymi czy to przez samych zainteresowanych z dawnego kręgu WSI, czy to przez publicystów prawicy. Część tych historii wiąże się – przynajmniej po części – z rzeczywistą działalnością wywiadu wojskowego. Dotyczy to na przykład części wątku handlu bronią i materiałami wojskowymi, w którym uczestniczyły WSI. Takie praktyki zdarzają się przecież i innym zachodnim służbom. Udział w handlu uzbrojeniem zapewnia im nie tylko dochody, ale i rozmaite możliwości legalizacji pobytu za granicą czy wglądu w poczynania innych państw.
Suche fakty, barwne legendy, mity, dezinformacja i miejskie legendy — wszystko w jednym. Opisanie tego wszystkiego naraz i to w uporządkowany i dowodowo wiarygodny sposób – to zadanie całkowicie utopijne.
Jarosław Kaczyński chciał natomiast tej utopii spełnienia. Oczekiwał, że wszelkie ciemne sprawy i sprawki z historii WSI zostaną wykazane czarno na białym i niezbicie udowodnione. A następnie opisane kawa na ławę w dostępnym dla wszystkich raporcie. Wierzył, być może szczerze, że jest to jak najbardziej możliwe. Był też pewien, że ma do tego właściwych ludzi – Antoniego Macierewicza i Sławomira Cenckiewicza. Szybko, szybko!
Skończyło się wielką porażką i jeszcze większą kompromitacją.
Ale po kolei.
PiS-owska rewolucja z 2006 roku miała polegać na ujawnieniu wszelkich patologii w działaniach WSI a następnie na zlikwidowaniu tej organizacji i zastąpieniu jej tworzonymi od zera nowymi służbami.
Obie komisje działały wręcz błyskawicznie. Powołano je do życia w lipcu 2006 roku. Już 30 września WSI zostały formalnie zlikwidowane. Dzień później działalność rozpoczęły Służba Wywiadu Wojskowego i Służba Kontrwywiadu Wojskowego.
A w lutym 2007 roku komisja Macierewicza opublikowała raport z likwidacji WSI. Jest on publicznie dostępny do dziś. Ma 376 stron (wraz z niezbyt licznymi załącznikami).
Publikacja raportu (na zdjęciu głównym) wywołała wstrząs na scenie politycznej – zupełnie nie taki jednak, jakiego oczekiwał Jarosław Kaczyński. Raport okazał się merytoryczną i dowodową katastrofą bijącą w wiarygodność i bezpieczeństwo polskiego państwa.
Dzieło komisji Macierewicza w wielu punktach bezpośrednio ujawniało szczegóły poważnych operacji wywiadowczych i kontrwywiadowczych prowadzonych przez WSI. Z personaliami, nazwami firm przykrywkowych i dokładnymi datami. Razem z tym, co można było z niego wyczytać pomiędzy wierszami, dawało to obcym służbom kopalnię wiedzy na temat działań polskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego przez cały okres transformacji.
Nigdy nie podano do publicznej wiadomości dokładnej skali tych skutków – w postaci np. liczby odwołanych zza granicy oficerów, przerwanych operacji czy źródeł osobowych, z którymi należało zerwać kontakt. Jasne jest jednak, że służb państw nieprzyjaznych Polsce – przede wszystkim Rosji i Białorusi – miały dzięki raportowi długie używanie. Proces odbudowy tak zwanych aktywów polskich służb na Wschodzie trwa – za sprawą raportu Macierewicza – właściwie do dziś.
Pomagał w tym fakt, że w oczekiwaniu na międzynarodowy sukces komisji Macierewicza raport został przetłumaczony na kilka języków obcych. W tym na rosyjski – i to jeszcze zanim powstała ostateczna wersja raportu po polsku.
Wyglądało to tak, że fragmenty wożono do mieszczącego się na tzw. osiedlu rosyjskim przy ulicy Sobieskiego w Warszawie mieszkania tłumaczki (Rosjanki będącej żoną jednego z polskich dyplomatów). Szczelność informacyjna takich poczynań z całą pewnością budzi słuszne wątpliwości.
Raport na wielu frontach sparaliżował działanie wojskowych służb wywiadowczych. Ale choć to był najcięższy z grzechów Macierewicza i jego komisji, to bynajmniej nie jedyny.
Raport komisji Macierewicza okazał się bowiem niemal całkowicie bezwartościowy pod względem dowodowym.
Choć po publikacji raportu prokuratura podlegająca jeszcze rządzącej wówczas koalicji PiS-LPR-Samoobrona uruchomiła kilka śledztw przeciwko byłym żołnierzom WSI, wszystkie one zostały w kolejnych latach umorzone.
Publikacja raportu nie doprowadziła ostatecznie do skazania ani jednego byłego żołnierza WSI.
Po publikacji raportu posypały się natomiast pozwy osób niesłusznie w nim pomawianych o współpracę ze służbami, czy też udział w bardziej podejrzanych machlojkach z kręgu WSI. Toczyło się łącznie 29 takich procesów. 22 z nich zakończyły się wyrokami sądów, 7 ugodami osób pomówionych z MON. Resort musiał wypłacać im odszkodowania i publikować płatne ogłoszenia z przeprosinami na eksponowanych stronach drukowanych gazet. Same zasądzone odszkodowania kosztowały skarb państwa nie mniej niż 1,2 mln zł – przynajmniej taki był stan w roku 2013.
Rozczarowania raportem i dokonaniami komisji Macierewicza nie kryli nawet najaktywniejsi stronnicy prawicy. „Nie doszło do zdecydowanego ujawnienia agentury WSI, a w efekcie coraz bardziej realna staje się groźba społecznej amnezji w tej sprawie, co niestety zapewni bezkarność pozostałym byłym agentom funkcjonującym do dziś w biznesie i mediach” – martwił się na przykład w Naszym Dzienniku Wojciech Wybranowski, którego można uznać za model referencyjny publicysty prawicowego z tamtego okresu.
Oprócz swego słynnego jawnego raportu komisja Macierewicza opracowała również równie słynny tajny aneks do niego.
Aneks ma gargantuiczne rozmiary – liczy 886 stron. Prawdopodobnie większość z tych prawie 900 stron stanowią załączniki, jednak rozmaite nieoficjalne przecieki na temat sugerowały, że zawiera on również opis spraw nieporuszanych w jawnym raporcie, a nawet – to elektryzowało dziennikarzy i opinię publiczną – „listy nazwisk”. Prawdopodobnie mogą tam być też opisane nieprawidłowości przy strategicznych prywatyzacjach wielkich spółek skarbu państwa z lat 90.
Z treścią raportu na skutek jego najwyższej klauzuli tajności zapoznało się zaledwie kilka osób pełniących najwyższe funkcje w państwie, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego następcy – Bronisław Komorowski, Andrzej Duda i Karol Nawrocki. Żaden z poprzedników Nawrockiego nie zdecydował się na jego odtajnienie.
W sposób najbardziej jednoznaczny wypowiedział się na ten temat prezydent Kaczyński.
„Antoni Macierewicz ma jedną przypadłość: nie odróżnia swoich interpretacji od faktów, a tez publicystycznych od twardych dowodów. Aneks nie ujrzy światła dziennego dopóty, dopóki będę prezydentem” – tak w 2007 roku w wywiadzie dla „Wprost” zrecenzował i twórcę, i jego dzieło ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński.
W poniedziałek 27 kwietnia 2026 roku do jego słów nawiązał wprost prezes PiS Jarosław Kaczyński, który przyznał swemu tragicznie zmarłemu bratu rację. Tę wypowiedź cytowaliśmy na początku tekstu.
Historia raportu ws. WSI nie skończyła się na skandalu z 2007 roku.
Już za ponownych rządów PiS ostatecznie zakończony został długoletni proces prawicowego publicysty Wojciecha Sumlińskiego. Sumliński był oskarżony o to, że na przełomie 2006 i 2007 roku wraz z byłym oficerem WSI i komunistycznej WSW Andrzejem Lichockim miał obiecywać innemu oficerowi WSI – płk. Leszkowi Tobiaszowi – pozytywną weryfikację przed komisją Macierewicza w zamian za 200 tys. zł łapówki. W tym celu miał powoływać się na wpływy wewnątrz komisji.
Sumlińskiego uniewinnił w grudniu 2015 roku – czyli tuż po dojściu do władzy przez PiS – sędzia, który następnie awansował w strukturach nadzorowanego już przez Zbigniewa Ziobrę wymiaru sprawiedliwości. Lichocki został natomiast przez tego samego sędziego skazany na 4 lata więzienia. W uzasadnieniu wyroku znalazły się frazy, według których Sumliński miał być ofiarą spisku wewnątrz spisku – czyli prowokacji byłych oficerów WSI. Mieli oni w ten sposób zamiar skompromitować komisję Macierewicza. Zarazem w uzasadnieniu wyroku nie znajdziemy ani jednego dowodu na tę tezę – po prostu taka była linia obrony Sumlińskiego.
Prokuratura złożyła skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. W 2017 roku, niedługo przed terminem rozprawy, która według wszelkiego prawdopodobieństwa przybrałaby obrót niekorzystny dla Sumlińskiego, została ona jednak wycofana. Historię tego procesu opisywał w OKO.press Mariusz Jałoszewski.
W trakcie swych poważnych kłopotów z prawem, za to przed kampaniami wyborczymi 2015 roku, Sumliński wydał natomiast książkę, która istotnie przyczyniła się do mobilizacji wyborców prawicy w wyborach prezydenckich i powiększyła skalę klęski Bronisława Komorowskiego. Były to „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” – dzieło, w którym oprócz ponad 30 plagiatów z klasyki literatury sensacyjnej, znajdujemy też ewidentne przecieki z dokumentacji, którą dysponowały komisje ds. WSI.
Spadek po Wojskowych Służbach Informacyjnych jest między innymi taki, że spora część dawnych oficerów tej formacji odnalazła się świetnie w nowej rzeczywistości. Także za czasów pierwszych i drugich rządów PiS.
Andrzej Duda dał pięć awansów generalskich byłym żołnierzom WSI. Karol Nawrocki zdążył już awansować na stopień generała dywizji dwóch byłych oficerów WSI – co nie bez pewnej złośliwości przypomina na swej oficjalnej stronie internetowej Służba Kontrwywiadu Wojskowego. SKW przypomina również o tym, że byli żołnierze WSI pełnią wysokie funkcje kierownicze m.in. w Akademii Sztuki Wojennej stworzonej przez… Macierewicza i jego ludzi.
Choć sam raport komisji Macierewicza okazał się wielką kompromitacją, a ludziom PiS nigdy nie udało się przedstawić twardych dowodów na istnienie Zybertowiczego Układu ani też „brydżowego stolika” Kaczyńskiego, obie te narracje i tak stały się fundamentem politycznej tożsamości Prawa i Sprawiedliwości i deklaratywnego antyelitaryzmu tej partii.
Opowieść o elitach, które podzieliły się Polską ponad głowami jej obywateli, powraca w retoryce PiS w najróżniejszych wersjach. Mamy więc w tym repertuarze
Mamy też wreszcie wciąż powracającą opowieść o brydżowym stoliku, przy którym siedzą oligarchowie, postkomuniści (razem z Platformą), redaktorzy naczelni i wydawcy mediów oraz tajni agenci.
Czy próba odświeżenia tej opowieści po raz kolejny – do czego wydaje się zmierzać Karol Nawrocki — jest z góry skazana na porażkę? Niekoniecznie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że właśnie trwa kampania polityczna, w ramach której politycy prawicy starają się ze śmiertelną powagą przekonywać swych odbiorców, że Koalicja Obywatelska jest „partią pedofili”.
Całkiem niedawno przekonywali zaś ich – także zupełnie na serio – że Rafał Trzaskowski chce zakazać Polakom jedzenia mięsa i zamiast tego zmusić ich do spożywania robaków.
We wprawnych rękach każdy mit i każda legenda mogą stać się dobrze funkcjonującym narzędziem uprawiania polityki. Nie pozostaje nam więc nic innego, niż starać się odróżniać prawdę od fantazji, zmyśleń i manipulacji.
Historia
Opozycja
Jarosław Kaczyński
Antoni Macierewicz
Karol Nawrocki
Prawo i Sprawiedliwość
aneks WSI
komisja Macierewicza
raport WSI
Sławomir Cenckiewicz
Wojskowe Służby Informacyjne
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze