Mechanizmy kreowania moralnej paniki wokół sprawy pedofila z Kłodzka posłużą za wzorzec działań w najbliższej kampanii wyborczej
„Skala i drastyczność zabezpieczonych dowodów sprawiły, że funkcjonariusze analizujący materiał musieli korzystać z pomocy psychologicznej” – taka informacja znalazła się w aktach sprawy małżeństwa Przemysława L. i Kamili W. z Kłodzka.
Było to zanim jeszcze prawicowe media uczyniły tę sprawę swoim tematem numer jeden, epatując wszystkimi szczegółami skrajnie drastycznej historii przemocy seksualnej z wątkami pedofilskimi i zoofilskimi, która rozgrywała się przed długie lata wewnątrz i wokół tej rodziny.
Ci bardziej wrażliwi spośród widzów i czytelników tych materiałów – w odróżnieniu od funkcjonariuszy zajmujących się sprawą – będą musieli sobie zapewnić pomoc psychologiczną na własną rękę. Ci nieco mniej wrażliwi zostaną natomiast z prostą sklejką: „Platforma Obywatelska kryje pedofilów”. Najlepiej zaś, by sklejka brzmiała dokładnie tak jak na prawicowym Twitterze w apogeum jego wzmożenia: „Pedofilia Obywatelska”.
Bo to przede wszystkim o to, a być może wręcz tylko o to, chodzi obozowi politycznemu nagle wyjątkowo żywo zainteresowanemu tematyką przemocy seksualnej wobec dzieci – przestępstwem okrutnym, skrajnie traumatyzującym najbardziej bezbronne z ofiar.
Skala przestępstw seksualnych wobec dzieci jest – jak zawsze w przypadku przestępstw seksualnych – niedoszacowana. Wg raportu Dajemy Dzieciom Siłę z 2023 przemoc seksualna z kontaktem fizycznym dotyka 8 proc. dzieci. Zapewne także w wielu przypadkach kary wobec wykrywanych (zbyt rzadko) sprawców nie odpowiadają ogromowi krzywdy i są za niskie. Jednak w wypadku, o którym piszę, tak nie było – Przemysław L. został skazany na 25 lat pozbawienia wolności.
Postulaty zaostrzenia obowiązujących przepisów kodeksu karnego dotyczące przestępstw seksualnych wobec dzieci niemal zawsze spotykają się z poparciem społecznym – więc w najnowszej historii polskiego ustawodawstwa mieliśmy już kilka takich etapów.
A jednak politycy prawicy, chociaż chętnie porozmawiają o zaostrzeniu kodeksu, nie wspominają o tym, że przestępstwa seksualne wobec dzieci mają miejsce najczęściej w środowisku rodzinnym. Co więcej, większości z nich dokonują sprawcy, którzy nie są w medycznym i kryminologicznym sensie pedofilami. Wie to każdy dziennikarz, który zajmował się tą tematyką. Mi się to zdarzało, więc pozwolę sobie tu przypomnieć swoją rozmowę z pracującym z więźniami – sprawcami przestępstw seksualnych wobec dzieci – seksuologiem dr Danielem Cysarzem, który bardzo dogłębnie przedstawia dotyczący powyższego stan badań.
Sprawa z Kłodzka była pod tym względem dla mediów i polityków prawicy wyjątkiem: stała się dla nich, by użyć tych oksymoronicznie brzmiących w tym potwornym kontekście pojęć, atrakcyjna i nośna, tylko dlatego, że za sprawą działalności Kamili W. w powiatowych strukturach Platformy Obywatelskiej można ją było powiązać z wielką polityką. I uruchomić kampanię polityczną o ogólnopolskim zasięgu i szerokim oddźwięku.
Mechanika tej kampanii – będącej zapowiedzią metod, których należy się spodziewać w przyszłej kampanii wyborczej – składa się z co najmniej trzech warstw.
Na pierwszym poziomie mamy czystą pornografię zbrodni – czyli epatowanie publiki drastycznymi opisami przemocy, której doświadczały ofiary Przemysława L. Tej roli w sprawie z Kłodzka podjął się przede wszystkim Kanał Zero. To tam, w kolejnych materiałach video upublicznione zostały niemal wszystkie opisane w aktach sądowych szczegóły tej sprawy.
Na drugim poziomie pracuje cały prawicowy oscylator medialny, którego zadaniem jest wzmocnienie pierwotnego przekazu i nadanie mu odpowiednich znaczeń. W tym konkretnym wypadku chodziło o możliwie trwałe sklejenie sprawy z Kłodzka z Platformą Obywatelską i obarczenie tej partii odpowiedzialnością za działania sprawców przestępstw seksualnych.
Na trzecim poziomie mamy wreszcie sprawnie moderowaną panikę moralną – czyli mechanizm, z którym żyjemy w epoce mediów społecznościowych permanentnie. Moderatorami tej paniki są zarówno prawicowi politycy i influencerzy, jak i w pełni profesjonalne ekipy pracujące na rzecz prawicowych partii i kontrolowanych przez nie instytucji. A celem – jak zwykle – jest porwanie wraz z falą moralnej paniki tłumów, liderów opinii i mediów spoza oscylatora prawicy.
Zanim się temu nieco dokładniej przyjrzymy, musimy oczywiście streścić meritum sprawy z Kłodzka.
Kamila W. (wcześniej używająca nazwiska męża – L.) rzeczywiście była niskiego szczebla urzędniczką i zarazem działaczką lokalnych struktur Platformy Obywatelskiej w powiecie kłodzkim. Przez 4 lata (od 2017 do 2021 roku) sprawowała funkcję wiceprzewodniczącej powiatowej PO.
W 2018 roku – bez powodzenia – kandydowała do kłodzkiej rady miejskiej. W 2024 roku została natomiast pełnomocniczką wyborczą komitetu jednej z kandydatek, co działo się już równolegle ze śledztwem, które prowadzili wobec niej prokuratorzy.
Przemysław L. był od 2011 roku mężem Kamili W. Pracował w Szwecji jako mechanik samochodowy. Tam też został w 2023 roku aresztowany na wniosek polskich prokuratorów, następnie deportowano go do kraju. Trafił do aresztu, a w marcu Sąd Okręgowy w Świdnicy skazał go na 25 lat pozbawienia wolności za gwałty i przestępstwa seksualne wobec dzieci, odurzanie swych ofiar, produkcję i udostępnianie amatorskiej pedofilskiej i zoofilskiej pornografii oraz inne przestępstwa. Zakres sprawy obejmował czyny popełniane w latach 2011-2022. Materiał dowodowy obejmował m.in. 600 GB nagrań video aktów przemocy seksualnej dokonanych przez Przemysława L.
Status pokrzywdzonych w sprawie Przemysława L. miało łącznie 7 kobiet. Część z nich była już dorosła w momencie, w którym Przemysław L. czynił z nich swoje ofiary, część zaś była dziećmi.
Jedną z ofiar Przemysława L. była jego pasierbica, córka Kamili W. z poprzedniego związku. Córka Kamili W. wystąpiła już publicznie w Kanale Zero, opisując, czego doświadczała ze strony ojczyma. „KŁODZKO: GWAŁTY, PEDOFILIA, ZOOFILIA. WSTRZĄSAJĄCE WYZNANIA OFIARY” – tak brzmiał tytuł tego materiału, całkiem trafnie oddający jego zawartość (1,1 mln odsłon).
Kamila W. została zaś skazana na 6,5 roku więzienia za akty zoofilii (które Przemysław L. filmował a następnie rozpowszechniał w darknecie) i nieudzielenie pomocy swej córce – będącej jedną z ofiar długotrwałej przemocy seksualnej ze strony Przemysława L.
Jak wyglądał finał powiatowej partyjnej kariery Kamili W. w Platformie? Otóż w marcu 2024 roku przyznała się ona swym bezpośrednim partyjnym przełożonym z powiatowych struktur Platformy, że prokuratura zamierza postawić jej zarzuty. „Tego samego dnia została poproszona o złożenie rezygnacji i od 18 marca 2024 roku, dwa lata temu, nie jest już w żaden sposób związana z naszą partią” – mówiła Onetowi ówczesna szefowa koła KO w Kłodzku Aneta Łosiewicz.
Szef lokalnych struktur Maciej Awiżeń twierdził natomiast, że nikt w ugrupowaniu nie miał wiedzy o stawianych jej zarzutach. Donald Tusk wydawał się nieco w to wątpić, bo według nieoficjalnych doniesień zażądał od dolnośląskiej Platformy wewnętrznego śledztwa i wyjaśnień dotyczących sytuacji w kłodzkich strukturach.
To telegraficzny skrót całej sprawy. Jeśli ktoś szuka wersji szerszej – polecamy tę pióra Jacka Harłukowicza, opublikowaną w Onecie. Zawiera ona wiele szczegółów dotyczących sprawy z Kłodzka, jednak bez naruszania cienkiej czerwonej linii.
Zacznijmy od pornografii zbrodni. To polskie określenie (występujące również w wersji „pornografii przemocy”) jest tłumaczeniem angielskiego „porno-violence”. Tak właśnie w 1967 roku swój opublikowany w „Esquire” esej zatytułował Tom Wolfe, pisarz i dziennikarz o dość konserwatywnych przekonaniach.
Esej Wolfe’a był z jednej strony ostrą polemiką z jego znacznie bardziej sławnym kolegą po fachu – Trumanem Capotem, autorem wydanej w 1966 roku powieści „Z zimną krwią”. Capote zrekonstruował w niej bardzo drobiazgowo, nie szczędząc czytelnikom żadnych szczegółów, okrutny mord popełniony przez dwóch recydywistów na czteroosobowej rodzinie z amerykańskiej prowincji oraz śledztwo, proces i wreszcie egzekucję sprawców.
Wolfe oskarżył Capote'a o niczym nieuzasadnione epatowanie przemocą dla „lubieżnego” – takiego słowa używał – pobudzania czytelników.
Na tym jednak Wolfe nie poprzestał – i używając pojęcia „pornografii zbrodni” – opisał w ten sposób również praktyki stosowane wówczas coraz częściej przez tabloidalne (początek historii tabloidów to mniej więcej ta sama epoka) media zabiegające o uwagę odbiorców. Choć Wolfe tak samo jak Capote był przedstawicielem nurtu tzw. Nowego Dziennikarstwa, całkiem znacząco reformującego świat literatury faktu, to jednak uważał, że niezależnie od stopnia wiedzy, jaką na temat danej sprawy ma dziennikarz, niektóre szczegóły spraw kryminalnych powinny pozostać na zawsze w sądowych i policyjnych aktach. Bo epatowanie tymi szczegółami dla samego epatowania – to właśnie pornografia zbrodni.
W Polsce najbardziej jaskrawymi przykładami wydawnictw spod znaku pornografii zbrodni były kolejne odmiany pisma „Zły”, wydawane przez Małgorzatę Daniszewską, żonę Jerzego Urbana. Zamieszczano w nich przede wszystkim ultraszczegółowe relacje z sądowych akt dotyczących drastycznych mordów i gwałtów, okraszano to zaś pokątnie pozyskiwanymi policyjnymi zdjęciami z miejsc zbrodni, prosektoriów i wizji lokalnych.
Były też numery poświęcone np. zdjęciom z miejsc śmiertelnych wypadków drogowych a nawet makabrycznym fotografiom ofiar trzęsienia ziemi (sic!), do którego doszło w Turcji w 1999 roku.
Było to pismo zaspokajające mniej więcej te same nieco niepokojące ludzkie potrzeby, które motywują tłum gapiów do wpatrywania się w poszarpane ciała ofiar wypadku drogowego lub stoją za szeptami o prawdziwych i wyimaginowanych szczegółach brutalnych przestępstw seksualnych. To nie jest potrzeba informacji – to w znacznie większym stopniu potrzeba obcowania z makabrą i cierpieniem.
Media starają się więc, a w każdym razie powinny, pornografii zbrodni unikać jak ognia.
Kanał Zero jej nie unikał.
Lektura akt sądowych dotyczących brutalnych zbrodni nie jest łatwym doświadczeniem, zwłaszcza dla osób, które nie robią tego zawodowo. Odczytywanie wyimków z nich na głos lub próba mniej lub bardziej niewprawnej zamiany ich na mowę zależną – również.
Stanowski teatralnie się krygując, zawiesza głos, wypowiadając frazę „Pani Kamila była, hmm, oralnie zaspokajana przez psa”. Potem wymienia różne rasy psów, przy okazji nazywając zoofilię „ciągotką”.
Po drodze cokolwiek kabotyńsko ostrzega widzów, by nie oglądali dalszej części materiału, bo tam to dopiero będą rzeczy obrzydliwe, przerażające i straszne. Z całą pewnością brzmi to więcej niż zachęcająco.
Historia z Kłodzka zaprowadziła zresztą Krzysztofa Stanowskiego wprost do punktu, w którym na platformie X i w swym kanale zaczął się domagać explicite przywrócenia nie tylko kary śmierci, ale nawet tortur. Ale to już nieco inna historia, lub inny odcinek serialu.
Owszem, Stanowski w roli bezpośredniego narratora sądowych akt z procesu pedofila, gwałciciela i zoofila sprawdza się średnio. Ale Kanał Zero jest obecnie jednym z najpotężniejszych pod względem zasięgów mediów prawicy. Filmy dotyczące sprawy Kłodzka miały powyżej miliona wyświetleń na YouTube, co w polskiej części tego uniwersum jest wynikiem więcej niż znakomitym. Kanał Zero ma już autonomiczną zdolność do narzucania ogólnopolskich narracji – klasyczny prawicowy oscylator medialny pełni wobec tego medium w sprawie kłodzkiej rolę wyłącznie odtwórczą.
Zaznaczmy przy tym, że Kanał Zero dość usilnie próbował przymierzać białe rękawiczki, jeśli chodzi o polityczny wymiar sprawy z Kłodzka. Wyszło niezbyt przekonująco.
26 marca Krzysztof Stanowski twórca i szef Kanału Zero ogłosił na Twitterze, że „Podczas kolegium redakcyjnego w zasadzie jednogłośnie uznaliśmy, że w materiale o sprawie z Kłodzka nie będziemy mówić o polityce”. Szydło z worka momentami jednak wychodziło.
„Pedofilia, którą można zaatakować PiS, to dla Andrzeja Stankiewicza temat poranny. Inna pedofilia – nie” – oburzał się bowiem Stanowski zaledwie trzy dni później, gdy Andrzej Stankiewicz nie pozwolił jednemu z posłów PiS powtarzać partyjnego przekazu dotyczącego sprawy z Kłodzka na antenie porannego programu Radia Zet.
Dopóki nie doszło do ujawnienia akt sprawy Epsteina, opowieść o siatce pedofilskiej funkcjonującej wewnątrz elit i krytej przez Demokratów i ich prezydenckie administracje oraz podległe im służby stanowiła jeden z mitów założycielskich radykalnej prawicy spod znaku MAGA. Szło to naprawdę daleko – dużo dalej niż zasięg mniej lub bardziej niszowych portali poświęconych teoriom spiskowym.
W maju 2020 roku syn obecnego prezydenta USA Donald Trump Jr „żartował” na temat rzekomych pedofilskich skłonności Joe Bidena. We wrześniu tego samego roku, w finale przegranej przez siebie kampanii o reelekcję, sam Donald Trump podawał dalej wpisy sugerujące dokładnie to samo.
Rzecz jasna nie byłoby to możliwe, gdyby wcześniej teorie o siatce demokratycznych pedofili nie krążyły po infosferze ruchu MAGA – od twitterowych wpisów po Fox News i z powrotem.
Polski prawicowy oscylator medialny skonstruowany jest nieco inaczej, bo prywatne pieniądze biznesowych grup interesu nie odgrywają w nim aż tak kluczowej roli, jak za oceanem. Złożony jest za to z portali i kanałów konkurujących na co dzień bardzo ostro o uwagę prawicowych odbiorców, łaskawość partyjnej centrali i przyszłe dotacje i reklamy z państwowych podmiotów – oczywiście już po odzyskaniu władzy.
W momentach, w których o odzyskanie władzy chodzi, konkurencja wydaje się zanikać, a rywale współpracują bardzo zgodnie powielając ten sam przekaz.
W tym wypadku tezy przewodnie całej kampanii brzmiały następująco: „Platforma kryje pedofilów”, „czołowi politycy Platformy fotografowali się z Kamilą W.”, „Tusk nie rozlicza winnych”.
Nie trzeba szukać daleko.
„Afera pedofilska w Platformie Obywatelskiej” – krzyczy nagłówek TV Republiki. „MEDIA próbują tuszować afery pedofilskie Platformy. Sprawa się rozlała” – woła radio wNet.„Protuskowe media milczą o skandalu pedofilskim w Kłodzku” – to z kolei wPolityce.pl. A także powtarzany w prawicowych mediach i krążący po sieci przekaz: „Obniżenie cen benzyny to próba przykrycia odrażającej afery pedofilskiej i zoofilskiej w PO. 15 pedofili. Tylko skrajna patologia zagłosuje na Pedofilię Obywatelską”.
Można tak godzinami, bo analogicznych nagłówków jest w każdym szanującym się medium prawicy po kilkanaście. Opatrzone nimi materiały to zwykle wycinkowe omówienia pojedynczych wątków sprawy (prawie zawsze za Kanałem Zero), albo relacje z „burz wśród internautów” i „spięć w programach publicystycznych” będących już reakcjami na szczegóły kłodzkiej historii.
Wszystko to razem stanowi rzecz jasna nawałę artyleryjską mającą spotęgować panikę moralną wywołaną przez sprawę z Kłodzka i sklejkę „Platforma-pedofile” .
Panika moralna to – podobnie jak pornografia zbrodni – wyjątkowo przydatne współcześnie pojęcie z ery mocno jeszcze przedinternetowej. Sformułował je w 1972 roku brytyjski socjolog pochodzący z RPA Stanley Cohen, który badał reakcje mediów i opinii publicznej na poczynania przedstawicieli subkultur młodzieżowych (początkowo chodziło o modsów i rockersów konfrontujących się przy każdej możliwej okazji).
Według Cohena odpowiednio rozdmuchane przez media i polityków zdarzenia lub zachowania, stanowiące złamanie obowiązujących norm społecznych (od wybryków modsów po ciężkie zbrodnie), mogą łatwo skutkować wybuchem zbiorowej moralnej histerii – która ma stanowić zarówno rodzaj rytualnego potwierdzenia dalszego obowiązywania naruszonych norm, jak i wyraz niepokoju o to, że mogą być one nadal naruszane.
Towarzyszą temu bardzo silne emocje i skłonność do podejmowania ostrych, radykalnych wyborów kulturowych czy politycznych, dopóki tylko fala zbiorowej histerii trwa. To właśnie panika moralna.
W czasach Cohena panika moralna wybuchała znacznie rzadziej niż dziś i zwykle trwała też znacznie dłużej niż dziś. W erze algorytmowych mediów społecznościowych każde szanujące się społeczeństwo obserwuje po kilka-kilkanaście takich eksplozji w miesiącu, co sprzyja czemuś w rodzaju dewaluacji takich wzmożeń.
Nie zmienia to jednak faktu, że moderowane paniki moralne nadal stanowią jedno z podstawowych narzędzi polityki, w dodatku narzędzie, którego użycie wciąż może spowodować pewne zmiany postaw grup wyborców najbardziej podatnych na bodźce zewnętrzne.
Dlatego też moderacja paniki moralnej to właśnie główne zadanie obecnych w mediach społecznościowych polityków, aktywistów, powiązanych z grupami politycznymi dziennikarzy i influencerów. Jego wykonywanie – w kwestii sprawy z Kłodzka – zaczęło się równolegle z pracą prawicowego oscylatora medialnego, ale skończy się znacznie później (bo mówiąc szczerze, prawicowy oscylator niewiele już w tej sprawie nowego wnosi).
***
Do najbliższych wyborów parlamentarnych – dla obozu PiS stanowiących szansę na odzyskanie władzy, dla obozów konfederackich szansę na udział w tejże – zostało mniej więcej półtora roku. Na jesieni wejdziemy już w fazę prekampanii.
Teraz zaś trwa faza eksperymentów i nowych inicjatyw, w tym także medialnych. Mechanika kreowania paniki moralnej związanej ze sprawą z Kłodzka będzie obiektem uważnych studiów prowadzonych w partyjnych zespołach spin-doktorów, a zdobyte w jej trakcie doświadczenia posłużą za podstawę do kolejnych takich kampanii.
Czy tego chcemy, czy nie, sprawa pedofila z Kłodzka stanowi więc rodzaj spoilera kampanii wyborczej 2027 roku.
Media
Opozycja
Wybory
Jarosław Kaczyński
Donald Tusk
Platforma Obywatelska
Prawo i Sprawiedliwość
Kłodzko
Krzysztof Stanowski
pedofil z Kłodzka
pedofilia
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze