Dick Cheney: wiceprezydent USA w czasach George'a Busha. Konserwatysta, cichy dyrygent za plecami prezydenta, odpowiedzialny za porażkę wojny w Iraku i wszystkie jej niesprawiedliwości, zwolennik tortur w Guantanamo, a jednocześnie żarliwy przeciwnik Trumpa (wbrew własnej partii) i sojusznik małżeństw jednopłciowych
W tekście „The Tragedy of Dick Cheney” Ron Suskind pokazuje, że Cheney nie był potworem z kreskówki ani jedynie „złym duchem” George’a W. Busha. Był architektem systemu, który uznał, że prawo to narzędzie, nie granica. Wymyślił sposób, w jaki można rządzić, nie pytając o zgodę — wystarczy ogłosić „stan wyjątkowy” i wszystko staje się dozwolone.
I my dzisiaj żyjemy w świecie Dicka Cheneya. W świecie, w którym teoria jednolitej egzekutywy stała się praktyką, a zasada „jednoprocentowej pewności” – moralnym alibi dla niekończącego się stanu wyjątkowego. Obama był próbą oddechu po tej epoce, Trump – jej zemstą.
O zmarłym 3 listopada wiceprezydencie USA pisze Radosław Korzycki.
Richard Bruce Cheney przyszedł na świat 30 stycznia 1941 roku w Lincoln, w stanie Nebraska – w domu, w którym pracowitość łączyła się z ambicją, a zwyczajność z cichym poczuciem – jak to w Ameryce – do robienia rzeczy wielkich. Jego ojciec, Richard Herbert Cheney, był urzędnikiem federalnym – specjalistą od ochrony gleb w Ministerstwie Rolnictwa. Matka, Marjorie Lorraine z domu Dickey, była w latach trzydziestych gwiazdą lokalnych rozgrywek softballowych. Dick to jedno z trojga dzieci w rodzinie, której pozycja – choć nie arystokratyczna – dawała mu coś w rodzaju bezpiecznego gruntu: świadomość, że start w dorosłość nie zaczyna się od zera. Uczył się w Calvert Elementary School w Lincoln, a potem w Natrona County High School w Casper, w stanie Wyoming, dokąd rodzina przeprowadziła się w połowie lat czterdziestych.
Miał wszystkie cechy dziecka przywileju: wczesny dostęp do edukacji, znajomości, które otwierały drzwi, i świadomość, że świat – choć niekoniecznie przyjazny – jest stworzony po to, by go ujarzmić. Ale jego młodość nie była wolna od potknięć. Po rozpoczęciu nauki w Yale nie potrafił się odnaleźć. Sam później mówił, że „nie dojrzał jeszcze do tamtego świata” i że musiał odejść. Wspominał profesora H. Bradforda Westerfielda, który nauczył go postrzegać politykę zagraniczną jako „sztukę zimnej kalkulacji”, co – jak sam Cheney przyznał – miało wpływ na jego późniejsze decyzje.
Po nieudanej przygodzie z Ivy League wrócił na prowincję. W Wyoming ukończył studia licencjackie i magisterskie z nauk politycznych na tamtejszym uniwersytecie, a potem rozpoczął doktorat na University of Wisconsin–Madison, którego jednak nie ukończył. W tym czasie dwa razy został zatrzymany za prowadzenie samochodu po alkoholu – w 1962 i 1963 r. Po latach wspominał, że te incydenty „zmusiły go do zastanowienia się, dokąd zmierza”.
W 1964 roku poślubił swoją szkolną miłość, Lynne Vincent, kobietę ambitną, wykształconą, późniejszą autorkę książek historycznych i komentatorkę życia publicznego. To związek, który przetrwał całe jego życie – i który uczynił Lynne cichą współautorką jego kariery. Trcihę jak Clair Underwood przy Franku z serialu „House of Cards”.
W czasie wojny w Wietnamie Cheney wielokrotnie unikał poboru. Otrzymał pięć odroczeń: najpierw z powodu nauki, potem z tytułu małżeństwa i narodzin córki. Kiedy w 1989 roku „The Washington Post” zapytał go o te decyzje, odpowiedział słynnie: „W latach sześćdziesiątych miałem inne priorytety niż służba wojskowa”.
Zrezygnował z doktoratu, by w 1966 r. zostać asystentem republikańskiego gubernatora stanu Wisconsin, Warrena Knowlesa. Dwa lata później otrzymał prestiżowe stypendium American Political Science Association i przeniósł się do stołecznego Waszyngtonu. Tam rozpoczęła się jego właściwa kariera – ta, w której dziecko ze środka Ameryki, syn urzędnika i sportowej gwiazdy, nauczyło się, że polityka to nie kwestia ideałów, lecz hierarchii, lojalności i chłodnej precyzji.
W 1969 roku był jeszcze tylko stażystą kongresmena Williama Steigera, jednym z wielu młodych ludzi w tanich garniturach. Wkrótce jednak los, albo raczej polityczny instynkt, postawił go u boku Donalda Rumsfelda, człowieka o bezbłędnym radarze politycznym. Cheney zaczął od Biura Szans Ekonomicznych, potem trafił na kolejne szczeble: asystenta w Białym Domu, zastępcy dyrektora Rady Kontroli Kosztów Utrzymania, a w końcu — zastępcy asystenta prezydenta. W tamtym świecie obowiązywała prosta zasada: przetrwają ci, którzy potrafią mówić szeptem i działać szybko. Cheney był mistrzem obu tych sztuk.
W administracji prezydenta Geralda Forda awansował na szefa personelu Białego Domu — najmłodszego w historii. Kiedy jego mentor Rumsfeld został sekretarzem obrony, Cheney po prostu przejął po nim stery prezydenckiego fixera. Był człowiekiem z cienia, który rozumiał, że realna władza to nie błysk fleszy, lecz kontrola nad kalendarzem i dostępem do telefonu prezydenta. To on organizował „Halloween Massacre”, brutalne przetasowania personalne w administracji Forda, które miały uratować tonący statek. Nie uratowały. Ale Cheney przetrwał.
W 1978 r. wygrał wybory do Izby Reprezentantów z Wyoming, ultraprawicowego, najmniej ludnego stanu USA, na Dzikim Zachodzie. W Kongresie był konserwatystą starego typu: suchym, nieufnym wobec rządu i pełnym wiary w przedsiębiorczość, czyli w samego siebie. Głosował przeciwko powołaniu Ministerstwa Edukacji, przeciwko programowi Head Start, przeciwko sankcjom wobec RPA, a także przeciwko rezolucji wzywającej do uwolnienia Nelsona Mandeli, tłumacząc, że Afrykański Kongres Narodowy „jest organizacją terrorystyczną”. Nie był fanatykiem, raczej zimnym rachmistrzem, który nie lubił emocji, ani w polityce ani w życiu.
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych jego gwiazda zaczęła świecić jaśniej. W 1988 r. został liderem mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów. W marcu 1989 roku George H. W. Bush mianował go sekretarzem obrony, po tym, jak Senat odrzucił kandydaturę Johna Towera. Cheney otrzymał jednomyślne, międzypartyjne poparcie (92–0) – niezwykłe jak na człowieka, który nikomu nie był szczególnie miły.
W Pentagonie prowadził politykę bez złudzeń i bez patosu. Zredukował budżet, zmniejszył liczebność armii o blisko pół miliona żołnierzy, ale przygotował też plan dominacji militarnej Stanów Zjednoczonych po zimnej wojnie. W grudniu 1989 r. kierował inwazją na Panamę, podczas której obalono generała Manuela Noriegę. Rok później był już architektem zwycięstwa w wojnie w Zatoce Perskiej. To Cheney przekonał Saudyjczyków, by pozwolili Amerykanom rozmieścić wojska w ich kraju. To decyzja, która dała światu zwycięstwo, ale także narodziny nowego islamistycznego gniewu, z którego później wyrośnie Al-Kaida.
Cheney był wówczas u szczytu potęgi i w szczytowej formie. W 1991 r. otrzymał Medal Wolności z rąk prezydenta Busha, najwyższe prezydenckie odznaczenie w USA. W tym samym czasie, w Pentagonie, wśród ludzi z jego otoczenia – Paula Wolfowitza i Pete’a Williamsa – dojrzewała nowa wizja świata:
Ameryka jako siła porządkująca, zdolna do interwencji wszędzie, gdzie uzna to za konieczne. Cheney był jednym z jej najważniejszych autorów.
Po wygranej Billa Clintona w 1993 r. Dick odszedł z rządu, ale przeszedł płynnie do świata think tanków i korporacji. Najpierw American Enterprise Institute, potem – stanowisko prezesa w Halliburton, gigancie przemysłu naftowego. W ciągu pięciu lat jego majątek wzrósł z kilku do kilkudziesięciu milionów dolarów. Pod jego kierownictwem Halliburton połknął Dresser Industries, zostawiając za sobą ślady kontrowersji, niejasnych faktur i procesów o fałszowanie ksiąg. Kiedy w 2000 roku George W. Bush ogłaszał go kandydatem na wiceprezydenta, Cheney zrzekł się funkcji prezesa.
Szczyt władzy osiągnął na przełomie milleniów. Zaczęło się od wyborów, które podzieliły Amerykę: w 2000 roku duet Bush–Cheney zdobył Biały Dom 271 głosami elektorskimi, choć przegrał głosowanie powszechne z Al’em Gorem. To był pierwszy taki przypadek od 1888 roku — po 112 latach znów zadziałała osobliwa arytmetyka Kolegium Elektorów.
To była inna epoka i inni republikanie. Mieli swoje ciężkie grzechy — twardy język porządku, nieufność wobec państwa opiekuńczego, kult siły — ale była w tym wszystkim dyscyplina, rytuał, procedura. Partia nie żyła w cieniu jednego wodza, tylko w lojalności wobec instytucji. Cheney — człowiek wykuty z urzędniczego żelaza — pasował do tego świata. Nawet historia jego nominacji brzmiała jak przypowieść o regułach: prowadził poszukiwania kandydata na wiceprezydenta, po czym sam został wybrany; by nie naruszyć Dwunastej Poprawki, przeniósł formalnie swoje obywatelskie „zamieszkanie” z Teksasu do Wyoming. To nie był gest piarowski, tylko litera prawa doprowadzona do perfekcji.
Po atakach 11 września 2001 r. Cheney zniknął z widoku i stał się tym, kim zawsze chciał być: cichym dyrygentem. Mówiono o „nieujawnianych lokalizacjach”, o kolumnie aut i szczelnej obstawie — ale sedno kryło się gdzie indziej: w sposobie sprawowania wpływu, z tylnego siedzenia, bez świateł i braw. Na chwilę dwukrotnie przejął nawet konstytucyjne obowiązki prezydenta — gdy Bush był w znieczuleniu podczas badań w 2002 i 2007 roku — co tylko dopełniało obrazu wiceprezydentury, która rozumiała wagę procedury równie dobrze jak wagę telefonu do szefa CIA.
Właśnie wtedy narodziła się legenda „szarej eminencji” prezydentury Busha: wiceprezydenta, który przestawił rolę zastępcy na napęd władzy wykonawczej. Opisali to reporterzy „Washington Post” w głośnej, nagrodzonej Pulitzerem serii i w książce Bartona Gellmana „Angler” — portrecie polityka, który wolał korytarze od sceny, a decyzje od deklaracji. Cheney nie był showmanem; był mechanikiem imperium.
A potem wahadło wychyliło się w drugą stronę. Antidotum na erę Cheneya nazywało się Barack Obama — z jego językiem pojednania, wiarą w odbudowę miękkich zasobów Ameryki i obietnicą „zmiany”.
Tymczasem Cheney był jednym z tych polityków, wobec których historia używa raczej słowa „kontrowersja” niż „oskarżenie”. Wiadomo, że stał za niesprawiedliwą i nieuzasadnioną politycznie wojną w Iraku i w konsekwencji za wynikającymi z niej nadużyciami. Ale nigdy nie stanął przed sądem, nie usłyszał zarzutów, nie został formalnie ścigany – ani w Stanach Zjednoczonych, ani poza nimi. A jednak jego nazwisko przez dwie dekady powracało w raportach organizacji praw człowieka i w niezliczonych śledztwach dziennikarskich, które opisywały granice – a czasem i pęknięcia – prawa w epoce wojny z terroryzmem.
Jako wiceprezydent Cheney był architektem nowej doktryny bezpieczeństwa, opartej na przekonaniu, że w obliczu zagrożenia można redefiniować pojęcia prawa. Wspierał stosowanie tzw. „enhanced interrogation techniques” – w tym waterboardingu [tortura polegająca na wywołaniu u więźnia przekonania, że tonie i dusi się – przyp. red.] – wobec więźniów w Guantánamo i tajnych ośrodkach CIA. Amnesty International i Human Rights Watch określiły te praktyki mianem tortur, przypominając, że Stany Zjednoczone naruszyły Konwencję ONZ przeciw torturom.
Cheney nigdy się od nich nie odciął; przeciwnie – w jednym z wywiadów z 2006 r. stwierdził: „To dla mnie oczywiste”, pytany, czy waterboarding jest dopuszczalny.
Jeszcze wcześniej, w 2003 r., to on nalegał, by wywiad publicznie podtrzymał tezę o istnieniu w Iraku broni masowego rażenia, która stała się pretekstem do inwazji. Raporty Senatu USA z lat 2004 i 2008 wykazały, że kluczowe informacje były oparte na wątłych lub zmanipulowanych źródłach. Choć Cheney nigdy nie poniósł odpowiedzialności prawnej, politycznie utożsamiano go z tą katastrofą, która kosztowała życie setek tysięcy ludzi i zburzyła porządek Bliskiego Wschodu.
Zarówno przed objęciem urzędu, jak i po jego opuszczeniu, Cheney utrzymywał powiązania z koncernem Halliburton, któremu kierował w latach 1995–2000. Po 2003 roku firma otrzymała od rządu kontrakty o wartości miliardów dolarów na odbudowę Iraku. Krytycy widzieli w tym klasyczny konflikt interesów, lecz oficjalne dochodzenia – w tym kontrola rządowego Biura Odpowiedzialności (GAO) – nie wykazały bezpośredniego naruszenia prawa.
Sprawa wróciła w 2010 roku, gdy prokuratura Nigerii zapowiedziała wniesienie oskarżenia wobec Cheneya w związku z korupcją przy kontraktach naftowych spółki KBR, należącej do Halliburtona. Zakończyła się jednak ugodą – koncern zapłacił 250 milionów dolarów, a nazwisko byłego wiceprezydenta zniknęło z akt sprawy.
Jedynym przypadkiem, gdy Cheney de iure złamał prawo – choć w sposób groteskowo ludzki – był wypadek na polowaniu w 2006 roku, gdy postrzelił prawnika Harry’ego Whittingtona. Ofiara nie tylko nie wniosła skargi, ale publicznie go przeprosiła, uznając zdarzenie za „czysty przypadek”.
I tak Dick pozostał figurą paradoksu: politykiem, który przekraczał granice, ale nigdy nie został za to rozliczony. „Nietykalność” stała się częścią jego legendy – symbolem władzy, która potrafiła nie tylko zmieniać prawo, lecz także wymykać się jego logice. W świecie, gdzie moralność często staje się dekoracją polityki, Cheney był kimś więcej niż graczem – był systemem samym w sobie.
Jego wyśnioną następczynią miała być córka Liz, ale to był starodawny projekt polityczny, pasujący do epoki Reagana i obu Bushów. Ale nie na czasy Donalda Trumpa. Po 2020 roku — gdy jej partia zaczęła żyć kłamstwem o „skradzionych” wyborach — Liz Cheney, wówczas osoba numer trzy w klubie Republikanów w Izbie Reprezentantów – stanęła okoniem. Głosowała za impeachmentem Trumpa po 6 stycznia 2021 r., czym uruchomiła lawinę własnych kłopotów: szykan wewnątrz partii, a potem porażki w prawyborach w Wyoming, kiedy Trump wystawił przeciw niej lojalną mu rywalkę. Ale właśnie wtedy uformowała się jej rola: konserwatystki starego etosu, wychowanej w kulcie konstytucji i odpowiedzialności, dla której lojalność wobec państwa stoi wyżej niż lojalność wobec wodza. W pracach komisji 6 stycznia mówiła o Trumpie wprost: „jest niezdolny do sprawowania jakiegokolwiek urzędu” — i że nie może już nigdy zbliżyć się do Gabinetu Owalnego.
Liz po wszystkich przejściach nie milknie jednak — przeciwnie, zaostrza język. Gdy Trump jako prezydent ponownie zaczął używać instrumentów władzy do karania krytyków, odparła w mediach społecznościowych: to „szczególna mieszanka niekompetencji i zła” oraz „stalinowskie” celowanie w przeciwników; prawdy o 2020 roku nie da się już unieważnić.
W kampanii 2024 r. Liz nie tylko ogłosiła, że zagłosuje na Kamalę Harris; jeździła z nią po stanach, mówiąc, że to „krytyczny moment” i pierwszy raz w życiu odda głos na demokratkę — w imię zabezpieczenia republikańskich zasad rządzenia, a nie partyjnej barwy. Jej ojciec, cokolwiek o nim napiszemy, stanął obok: Dick Cheney publicznie poparł Harris, mówiąc, że Trump stanowi bezprecedensowe zagrożenie dla republiki. Oboje przypomnieli, że „stary” republikanizm to nie kaprys — to kręgosłup: prymat konstytucji nad wolą silniejszego, państwo prawa ponad temperamentem wodza.
I tak powstał jeden z ciekawszych paradoksów epoki: córka człowieka, którego kino przedstawiło jako chłodnego architekta twardej władzy, stała się twarzą kontrrewolty konserwatywnego sumienia. W tym konflikcie z Trumpem nie chodziło o nostalgię za dawną partią, lecz o obronę alfabetu amerykańskiej polityki: od prawdy wyborczej, przez podział władz, po zwyczaj przyjmowania wyniku, jaki by nie był. Liz Cheney ten alfabet recytowała z pamięci — i to po niej widać, że wciąż są w Partii Republikańskiej ludzie, dla których „prawo” znaczy prawo, a nie zbroja na cudzą wolność.
Tymczasem zmarły republikański wiceprezydent był człowiekiem paradoksów — zimny strateg wojny, który w kwestii miłości potrafił zaskoczyć czułością. W 2004 roku, gdy George W. Bush domagał się konstytucyjnego zakazu małżeństw jednopłciowych, jego wiceprezydent – architekt wojny w Iraku – powiedział coś, co wówczas brzmiało jak bluźnierstwo na republikańskim wiecu: „freedom means freedom for everyone”. Zwrócił się do tłumu w Davenport, w stanie Iowa, z prostym argumentem: że
związek międzyludzki to nie materia dla sądów i konstytucji, lecz dla samych zainteresowanych, że „ludzie powinni być wolni, by wchodzić w dowolne relacje, jakie wybiorą”.
Gdy jego córka Mary, lesbijka, siedziała wśród zgromadzonej publiczności, wypowiedział słowa, które przeszły do historii: „Lynne i ja mamy córkę homoseksualną, więc to sprawa, którą dobrze znamy”.
W tamtym czasie nawet w Partii Demokratycznej mówienie o prawie do małżeństwa osób tej samej płci uchodziło za polityczny błąd. Cheney był więc konserwatystą, który – z przyczyn bardzo osobistych – wyłamał się z ortodoksji. Nie z liberalnego impulsu, lecz z wewnętrznej konieczności: miłości ojca do córki. Był w tym gest szczerości, ale i pewna kalkulacja. Cheney wiedział, że jego druga córka, Liz, buduje karierę w partii, w której liberalne poglądy na rodzinę były ciężarem. Lawirował więc pomiędzy uczuciem a ambicją: bronił Mary, ale pilnował, by Liz mogła iść drogą polityczną bez ostracyzmu.
To balansowanie stało się jego prywatną wersją „realpolitik” – zastosowaną nie w gabinetach Pentagonu, lecz przy rodzinnym stole. Z jednej strony mówił, że o małżeństwach powinny decydować stany, z drugiej – nie poparł konstytucyjnego zakazu, wiedząc, że w sercu tego sporu nie chodzi o doktrynę, lecz o godność. W świecie, w którym emocje traktował jak przeszkodę w myśleniu strategicznym, właśnie tu – w sprawie córki – pozwolił sobie na odruch serca. I to był jego najbardziej ludzki moment.
Do końca życia zachował tę dwuznaczność: konserwatysta, który nigdy nie zmienił poglądów na wojnę, gospodarkę czy władzę, ale który w kwestii miłości okazał się bardziej postępowy niż cała republikańska hierarchia.
Cheney, jak mało który prezydent, wiceprezydent czy inny lider polityczny inspirował popkulturę. Tu bym wyróżnił „Vice” Adama McKaya. To film, którego tytuł ma w sobie jadowitą dwuznaczność: oznacza jednocześnie vice — wiceprezydenta — i vice — wadę, grzech, przywarę.
To opowieść o człowieku, który potrafił przekuć polityczną słabość w technikę władzy, a moralne pęknięcie – w fundament imperium. McKay, dotąd znany z komedii o absurdach kapitalizmu, tym razem napisał mroczną farsę o człowieku, który nigdy nie musiał podnosić głosu, by przesunąć granice prawa, etyki i wojny. Christian Bale – nie do poznania w roli Dicka Cheneya – nie gra potwora z karykatury, lecz inteligentnego drapieżnika o pulsie technokraty i duszy buchaltera. Jego Cheney jest groteskowy i hipnotyczny zarazem: człowiek o sercu zastąpionym maszyną, dosłownie i metaforycznie. U jego boku Amy Adams jako Lynne Cheney – lady Macbeth amerykańskiej prawicy – Steve Carell w roli cynicznego Donalda Rumsfelda i Sam Rockwell jako chłopięco zagubiony George W. Bush tworzą chór, w którym każde słowo brzmi jak echo jednej decyzji: władza dla samej władzy.
McKay nie robi biografii – buduje alegorię systemu, w którym przebiegłość i chłód zastąpiły cnoty, a język zarządzania stał się językiem sumienia. Film balansuje między satyrą a tragedią, między dokumentem a snem o imperium, które nie wie, kiedy przestać śnić. W tej opowieści Cheney nie jest już człowiekiem, lecz figurą – wcieleniem politycznego nihilizmu, który wciąż, gdzieś pod powierzchnią, pulsuje w amerykańskiej duszy.
To, co napisał Ron Suskind w „New York Timesie” — autor słynnej „The One Percent Doctrine”, człowiek, który jak mało kto rozumie anatomię władzy po 11 września — brzmi dziś jak elegia i oskarżenie zarazem. „The Tragedy of Dick Cheney” nie jest tekstem o śmierci człowieka, lecz o śmierci pewnego sposobu myślenia o państwie.
Suskind pokazuje, że Cheney nie był potworem z kreskówki ani jedynie „złym duchem” George’a W. Busha. Był architektem systemu, który uznał, że prawo to narzędzie, nie granica. Wymyślił sposób, w jaki można rządzić, nie pytając o zgodę — wystarczy ogłosić „stan wyjątkowy” i wszystko staje się dozwolone.
To właśnie Cheney, a nie Trump, pierwszy przetestował granice amerykańskiej demokracji. Trump tylko dodał do tej doktryny błazeński ton i obnażoną bezwstydność. Cheney był zimny, metodyczny, wierzył w hierarchię i lojalność; Trump jest impulsywny, narcystyczny i bezczelnie głupi. A jednak obaj spotykają się w jednym punkcie — w przekonaniu, że władza ma być absolutna, a przeciwnik to przeszkoda, nie obywatel.
Suskind zauważa z ironią, że Cheney w końcu sam zobaczył, jak potwór, którego pomógł zbudować, wymknął się spod kontroli. Stary republikanin z epoki Forda i Reagana, wierzący jeszcze w porządek i państwo, stanął przeciwko Trumpowi i poparł Kamalę Harris. Ale było już za późno. Cheney chciał przestrzec przed autorytaryzmem, który sam kiedyś usprawiedliwiał w imię bezpieczeństwa. Chciał bronić instytucji, które sam wcześniej rozmontował.
Suskind ma rację: żyjemy w świecie Dicka Cheneya. W świecie, w którym teoria jednolitej egzekutywy stała się praktyką, a zasada „jednoprocentowej pewności” – moralnym alibi dla niekończącego się stanu wyjątkowego. Obama był próbą oddechu po tej epoce, Trump – jej zemstą.
I może właśnie w tym kryje się prawdziwy dramat Dicka Cheneya: chciał zbudować imperium odporne na chaos, a zbudował chaos, który uznał się za imperium.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze