Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. ALAIN JOCARD / AFPFot. ALAIN JOCARD / ...

Sondaże jasno wskazują, że faworytami do zwycięstwa w następnych wyborach prezydenckich i parlamentarnych we Francji są nacjonaliści.

Niegdyś otoczone kordonem sanitarnym Zjednoczenie Narodowe (RN) wyraźnie wyprzedza inne partie. Jego liderzy są najpopularniejszymi politykami w kraju. Niewykluczone, że w 2027 roku dotychczas niewyobrażalny scenariusz stanie się rzeczywistością –

do Pałacu Elizejskiego wprowadzi się nacjonalista.

Jak do tego doszło?

Można wskazywać na sprawność polityczną Le Pen i skuteczny rebranding partii odziedziczonej po kontrowersyjnym ojcu. Albo doszukiwać się przyczyn sukcesu nacjonalistów w słabości ich przeciwników, podziałach na lewicy i w centrum.

Nieocenionym wsparciem dla prawicy był jednak również przyjazny magnat medialny w postaci Vincenta Bolloré, właściciela udziałów kontrolnych w grupach Canal+, Vivendi oraz Hachette (na zdjęciu u góry – po prawej).

Przeczytaj także:

Od telewizji po wydawnictwa – imperium medialne Bolloré

Zanim miliarder zainteresował się rynkiem medialnym, rozwijał rodzinne konsorcjum w innych branżach. Grupa Bolloré ma ponad dwustuletnią historię. I chociaż zaczynała od produkcji papieru, to z czasem skupiła się na transporcie i logistyce. Jest silnie obecna w wielu afrykańskich portach.

W prowadzeniu biznesu często pomocne były bliskie relacje z lokalnymi politykami. Niekiedy zbyt bliskie, o czym świadczą oskarżenia korupcyjne i dochodzenia wszczęte przez francuski wymiar sprawiedliwości. W ostatnich latach oczkiem w głowie Vincenta Bolloré było jednak przede wszystkim jego rosnące imperium medialne. To ono stało się głównym źródłem dochodów całego konsorcjum.

Na przestrzeni lat miliarder objął kontrolę nad szeregiem stacji telewizyjnych (wchodzących przeważnie w skład grupy Canal+), gazet oraz rozgłośni radiowych (np. Europe 1).

Perłą w koronie jest zdecydowanie CNews, czyli aktualnie najpopularniejszy we Francji kanał informacyjny.

Od 2019 r. jego oglądalność wzrosła kilkukrotnie. W najlepszych miesiącach osiąga wyniki na poziomie 4 proc. udziału w widowni, wyraźnie wyprzedzając konkurencję publiczną oraz prywatną.

W 2023 r. do orbity Bolloré dołączył konglomerat Hachette, a więc największy dom wydawniczy we Francji i jeden z przodujących na świecie. Poza szeregiem wydawnictw (m. in. Fayard i Larousse) miliarder pozyskał w te sposób również sieć kiosków Relay oraz kolejne czasopisma. Od rozrywkowych, poprzez biznesowe, aż po najbardziej go interesującą prasę polityczną.

Warto dodać, że Bolloré nie stanowi wyjątku – francuskie media przeważnie znajdują się w rękach różnych krezusów, o czym regularnie przypominają infografiki Le Monde Diplomatique. Do najbogatszego Francuza Bernarda Arnault należy Le Parisien. Rodzina Dassault od dawna kontroluje Le Figaro. Raczej nieprzypadkowo obie gazety są ostrożne w atakowaniu wielkiego biznesu, a zwłaszcza swoich patronów.

Na tym tle Bolloré wyróżnia jednak, że działa bardziej bezpośrednio i na większą skalę. W przeciwieństwie do większości zamożnych właścicieli gazet i stacji, w żaden sposób nie ukrywa swojej misji politycznej, lecz całkiem otwarcie ją narzuca zespołom redakcyjnym.

Miliarder przed laty doszedł do wniosku, że w przestrzeni publicznej brakuje ultrakonserwatywnego i radykalnie prawicowego przekazu, więc zadbał o jego rozpowszechnienie.

Media w służbie prawicowej odnowy Francji

Symptomatyczne pod tym względem były zmiany, które Bolloré przeforsował po przejęciu Le Journal du dimanche.

Tygodnik należący do zakupionej w 2021 r. grupy Lagardère był przed dekady jednym z ulubionych pism francuskich elit. Publikowało wyważone analizy. Wszystko zmieniło się po przejęciu pisma przez Vincenta Bolloré i wyznaczeniu przez niego nowego redaktora naczelnego. Został nim Geoffroy Lejeune, który wcześniej stał na czele skrajnie prawicowego tygodnika Valeurs Actuelles. Uchodzi on w ostatnich latach za źródło dezinformacji i rasistowskich karykatur.

W akcie protestu przeciwko nominacji Lejeune’a strajkowało aż 97 proc. pracowników redakcji Le Journal du dimanche. Na nic się to nie zdało. Bolloré postawił na swoim, a pod kierownictwem nowego redaktora naczelnego stopniowo wymieniano też dziennikarzy, co pozwoliło nadać tygodnikowi nowy profil.

Cel takiej transformacji stał się jasny podczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2024 r. Praktycznie otwarcie agitowano na rzecz skrajnej prawicy, nie stroniąc przy tym od chwytów, które kiedyś nie uchodziły poważnej prasie. Na krótko przed głosowaniem Le Journal du dimanche opublikował fałszywą informację o porozumieniu między obozem prezydenckim a lewicą w kwestii rozluźnienia prawa imigracyjnego.

Tematom związanym z migracją poświęca się zresztą najwięcej miejsca na stronach gazet z grupy Bolloré lub w ramówce CNews.

Każde przestępstwo popełnione przez osobę obcego pochodzenia jest skrupulatnie odnotowywane. Podobnie wydarzenia potwierdzające rzekomą islamizację Francji lub ofensywę na narodowe tradycje przez ruch „woke”. Dobierane są naturalnie najbardziej przejaskrawione i pasujące do tezy przykłady. Niewiele za to mówi się o opiece zdrowotnej czy mieszkalnictwie, a więc zagadnieniach bliższych lewicy i stanowiących ważne punkty jej programu. Aby dopilnować odpowiedniego rozłożenia akcentów, w dyskusjach na antenie CNews gościnnie udział biorą reprezentanci siostrzanych mediów z konsorcjum Bolloré lub zaprzyjaźnionych konserwatywnych redakcji. Jedynie z rzadka szansę wystąpienia otrzymują dziennikarze powiązani z innymi obozami politycznymi.

Teoretycznie mniejsze jest pole manewru w kwestii doboru rozmówców ze świata polityki.

Prawo francuskie wymaga bowiem od stacji telewizyjnych oraz radiowych poszanowania pluralizmu,

a więc zapraszania polityków ze wszystkich partii reprezentowanych w parlamencie.

CNews oraz Europe 1 mają jednak swoje sposoby na obchodzenie regulacji w tym zakresie. W prime time (godzinach porannych i wieczornych) aż 70 proc. czasu antenowego dostają politycy prawicowi i skrajnie prawicowi. Z kolei lewicowców oraz macronistów wrzuca się na noc. Wtedy stanowią aż 90 proc. wypowiadających się. W ten sposób pluralizm jest z pozoru zachowany, ale zdecydowana większość odbiorców natrafia na transmisjez wyraźną przewagą faworytów prawicowego miliardera.

Wpływ polityczny mediów z grupy Bolloré obnażyły już wybory prezydenckie z 2022 roku, gdy ich zasięg był mniejszy. Czwarte miejsce powędrowało do Érica Zemmoura, skrajnie prawicowego publicysty, którego wypromowały częste występy w roli gwiazdy CNews. Mimo braku doświadczenia politycznego wyprzedził kandydatki zarówno konserwatywnych Republikanów, jak i Partii Socjalistycznej, czyli tradycyjnie dwóch najważniejszych partii politycznych we Francji. A i tak było to pewne rozczarowanie dla Zemmoura oraz jego popleczników. U szczytu popularności sondaże dawały mu szansę na zastąpienie Le Pen w roli lidera radykalnej prawicy i dotarcie do drugiej tury wyborów.

Od tego czasu siła oddziaływania imperium Vincenta Bolloré tylko wzrosła za sprawą dalszej ekspansji na rynku medialnym.

  • Stosunkowo świeżą strategią, umożliwioną poprzez przejęcie grupy Hachette, jest zalewanie rynku wydawniczego książkami autorstwa polityków skrajnej prawicy oraz publicystów CNews lub Europe 1.
  • Kolejnym atutem jest własność nad siecią kiosków Relay. Oznacza to, że wydawane przez Bolloré książki Zemmoura, Marion Maréchal, Érica Ciottiego czy Philippe’a de Villiersa z marszu trafiają do setek kiosków, z witryn witając podróżnych na dworcach i lotniskach.
  • Zawoalowaną formą wsparcia politycznego są przy tym sowite wynagrodzenia dla prawicowych autorów – przykładowo przewodniczący RN Jordan Bardella za napisanie swojej pierwszej książki miał otrzymać 700 tysięcy euro. Rzadko wydawcy są tak hojni.

Historyk francuskiego dziennikarstwa Alexis Lévrier zwraca w tym kontekście uwagę na fakt, że skrajnie prawicowy miliarder w przeciwieństwie do konkurencji nie stawia na pierwszym miejscu ekonomicznej opłacalności.

Ważniejsza jest dla niego walka ideologiczna i domknięcie ekosystemu medialnego,

który Bolloré stworzył poprzez swoje udziały w spółkach Vivendi, Canal+ czy Hachette. Działa on jak precyzyjnie skalibrowana maszyna polityczna. Nie chodzi wyłącznie o zasięg liczony w milionach odbiorców, ale o zdolność narzucania tematów, przesuwania granic debaty i legitymizowania określonej wizji porządku społecznego.

Media w tym wydaniu przestają być lustrem rzeczywistości, stają się jej architektem.

Patron „unii prawic”

Chociaż projekt „Zemmour” poniósł klęskę i obecnie niegdysiejszy publicysta wegetuje na marginesie życia politycznego, to jego kandydatura przetarła szlaki poważniejszym przetasowaniom we francuskiej polityce.

Przede wszystkim pokazała ona, że

można skutecznie połączyć skrajnie prawicowy populizm z liberalnym programem gospodarczym,

który służy ludziom pokroju Vincenta Bolloré. Może się to wydawać oczywiste w kraju, gdzie trzecią siłą jest Konfederacja, ale we Francji przez lata źródłem rosnących wpływów nacjonalistów było umiejętne granie na socjalnym i antyelitarnym przekazie. Był to jeden z powodów, dla których jeszcze dekadę między prawicą postgaullistowską a RN istniała przepaść nie do zasypania. I to mimo złagodzenia wizerunku partii przez Marine Le Pen. Zamożnych konserwatystów niezmiennie odstraszała jej populistyczna retoryka. Nacjonaliści powoli jednak rezygnują z postulatów godzących w interesy bogaczy. Zachęcają ich zresztą do tego publicyćsi CNews czy Le Journal du dimanche.

Inne kluczowe punkty programu RN nie stanowiły aż tak dużego problemu.

Chociaż gaulliści tradycyjnie odżegnywali się od ksenofobicznego nacjonalizmu w wydaniu familii Le Pen, to współcześni konserwatyści okazali się podatni na radykalizację. W dużej mierze za sprawą mediów z grupy Bolloré do mainstreamu zaczęła się przebijać rasistowska teoria spiskowa o „wielkim zastąpieniu”. Coraz więcej prawicowców nabywa przekonania, że Francja znalazła się na równi pochyłej, traci swoją tożsamość i obumiera. Ratunkiem przed takim czarnym scenariuszem ma być już nie skupiający siły demokratyczne od lewa do prawa „front republikański”, lecz koalicja obejmująca całą prawą stronę sceny politycznej.

Jednym z bardziej zaskakujących momentów kampanii przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi było ogłoszenie przez Érica Ciottiego, że przewodzeni przez niego Republikanie (LR) wystartują w koalicji z nacjonalistami.

Doprowadziło to do buntu reszty kierownictwa i wyrzucenia z konserwatywnej partii Ciottiego oraz jego stronników. Wkrótce potem okazało się, że w całej operacji palce maczał Bolloré. Nie tylko promował poprzez swoje media ideę sojuszu RN i LR w ramach „unii prawic”, ale osobiście spotykał się z Ciottim. Prawdopodobnie razem ustalali plan działania i nieprzypadkowo CNews czy Europe 1 były doskonale przygotowane do relacjonowania politycznego trzęsienia ziemi, które wywołała deklaracja o sojuszu konserwatystów z nacjonalistami.

Po rozłamie to politycy LR popierający tę decyzję brylowali w mediach grupy Bolloré.

Ponownie, tak jak wcześniej z Zemmourem, sukces był co najwyżej połowiczny. Większość Republikanów sprzeciwiła się swojemu liderowi. Jednak i w tym przypadku zrobiono krok naprzód na drodze ku urzeczywistnieniu marzenia o unii prawic. Ciotti ustanowił precedens i przynajmniej niektórych wyborców przekonał o bliskości konserwatystów oraz nacjonalistów. Jego następca, Bruno Retailleau, również nie jest ideowo daleki od radykalnej prawicy. Były już szef MSW przedstawia lewicę jako główne zagrożenie dla Republiki. Pośrednio legitymizuje partię Le Pen i zarazem stanowi echo standardowego przekazu mediów należących do Vincenta Bolloré.

Imperium rośnie mimo ciągnących się za nim skandali

Ekspansji grupy Bolloré na rynku medialnym towarzyszyła na przestrzeni lat rosnąca liczba kontrowersji w związku z rozpowszechnianiem treści fałszywych lub podżegających do nienawiści. Nie zawsze imperium prawicowego miliardera wychodziło z nich obronną ręką. Jedną z poważniejszych wpadek była utrata kanału C8. W zeszłym roku państwowa agencja audiowizualna nie przedłużyła wchodzącej w skład Canal+ stacji licencji na nadawanie. Powodem było wielokrotne łamanie prawa, zasady pluralizmu i brak jakiejkolwiek rzetelności dziennikarskiej.

Będący główną twarzą C8 Cyril Hanouna prywatnie spędzał wakacje z politykami RN, a na wizji agresywnie atakował przeciwników nacjonalistów. Gdy obecny w jego programie deputowany lewicy skrytykował Vincenta Bolloré, reakcją Hanouny było nazwanie gościa „idiotą” i „gównem”. Kanał otrzymał za to rekordową karę wysokości 3,5 mln euro. Wcześniejszy rekord również należał do C8 – trzy miliony kosztowała stację emisja materiałów homofobicznych.

Krytycy prawicowego miliardera bywają atakowani nie tylko na antenie wchodzących w skład jego imperium stacji.

Pokazała to ofensywa przeciwko Reporterom bez Granic, którzy wielokrotnie wytykali CNews brak poszanowania dla etyki dziennikarskiej. Powiązaną z Bolloré agencję Progressif Media oskarżono o przeprowadzenie szerokiej akcji dyskredytacyjnej wycelowanej w organizację pozarządową, obejmującą m. in.

  • postawienie fałszywych witryn internetowych,
  • kupowanie oszczerczych reklam Google
  • i stosowanie farm botów w mediach społecznościowych.

Reporterzy bez Granic twierdzili, że te działania przypominały techniki stosowane w wojnie informacyjnej i miały podkopać ich wiarygodność.

Mimo tych wszystkich kontrowersji, przyszłość radykalnie prawicowego imperium medialnego wydaje się być niezagrożona. Oglądalność, słuchalność, tudzież poczytność poszczególnych mediów ma się dobrze. Co więcej, Vincent Bolloré planuje mocniejsze wkroczenie do francuskich kin. Już teraz poprzez Canal+ wspiera produkcję filmów o ultrakonserwatywnym wydźwięku – chociażby obrazy historyczne, w których Rewolucja Francuska jest pokazywana w najczarniejszym możliwym świetle.

Ponieważ ich sukces kinowy był ograniczony, to nowym pomysłem jest zakupienie sieci kin, co pozwoli odpowiednio ustalać repertuar.

Jak tak dalej pójdzie, nie będzie we Francji ani jednego segmentu rynku medialnego, na którym obecność Vincenta Bolloré nie odciśnie piętna. W każdym schemat działania miliardera jest podobny:

  • wymuszenie konserwatywnego zwrotu redakcji lub zarządu,
  • normalizacja retoryki skrajnej prawicy,
  • systematyczne podważanie wartości republikańskich.

Bolloré nie musi kandydować w wyborach, aby rozdawać karty we francuskiej polityce. Wystarczy, że tworzy warunki, w których popierani przez niego kandydaci zyskują przewagę nad konkurentami – większą widzialność medialną, szansę narzucenia tonu debaty publicznej, korzystną dla nich atmosferę wojny kulturowej.

Jeśli spełni się marzenie radykalnej prawicy o Pałacu Elizejskim, to pierwszy telefon z podziękowaniami powinien być adresowany do Vincenta Bolloré.

Na zdjęciu Artur Troost
Artur Troost

Artur Troost - historyk, doktorant na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo bada dzieje najnowsze Europy Zachodniej, śledzi także bieżące wydarzenia. Współpracownik Krytyki Politycznej i magazynu Gromady."

Komentarze