USA prezentują dużą pewność siebie co do postępów operacji Epicka Furia. Zatopili dziś irański okręt daleko od Iranu, w okolicy Sri Lanki. Chwilowo dyplomacja umarła, rządzący Iranem walczą o przetrwanie i odwołują uroczystości żałobne na cześć Alego Chameneiego.
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyW 1947 roku amerykański prezydent Harry Truman podpisał ustawę o bezpieczeństwie narodowym. Jedną z reform, którą wprowadzała, było połączenie Departamentu Wojny i Departamentu Marynarki Wojennej w jeden Departament Obrony. Był to czas tuż po II wojnie światowej i moment, w którym świat mówił: Nigdy więcej.
Stąd i rebranding – od tego momentu Amerykanie, prowadząc działania militarne, mieli się przede wszystkim bronić. I taką retorykę stosowano przez długie dekady, nawet gdy atakowano inne kraje. W Wietnamie Amerykanie bronili się przed komunizmem, w Iraku i Afganistanie przed terroryzmem.
We wrześniu 2025 roku, 78 lat od tamtej zmiany, Donald Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze numer 14347, które przywraca nazwę Departament Wojny. Nie anuluje jednocześnie dotychczasowej nazwy. Ale Donald Trump nazywa Pete’a Hegsetha sekretarzem wojny. A podczas konferencji prasowych Hegsetha to właśnie nazwa Departament Wojny widnieje na jego pulpicie.
Tak było też podczas dzisiejszej (4 marca) konferencji prasowej.
„Śmierć i zniszczenie spadają z nieba przez cały dzień. Gramy na serio, o pełną stawkę. Nasi wojownicy mają maksymalne uprawnienia przyznane osobiście przez prezydenta i przeze mnie. Nasze zasady użycia siły są śmiałe, precyzyjne i skonstruowane tak, żeby uwalniać amerykańską potęgę, a nie ją krępować. Bijemy ich, kiedy już leżą” – mówił z dumą Hegseth.
Zapowiedział, że Amerykanie osiągnęli dominację powietrzną, a wraz z nią mogą pozwolić sobie na użycie coraz silniejszych pocisków.
W dniu, gdy Amerykanie podjęli atak na Iran, Donald Trump mówił, że jednym z celów wojny jest obrona Amerykanów. Mówiono też o ataku wyprzedzającym ze względu na zagrożenie ze strony Iranu. Dziś, zaledwie kilka dni później, mało kto o tym pamięta. Podczas swoich wypowiedzi Hegseth wygląda na zachwyconego, że może prowadzić wojnę i zadawać Iranowi ciosy.
A my dostajemy z Iranu coraz więcej obrazów, które pokazują, co dla mieszkańców Iranu oznaczają przyjęte przez Izrael i USA zasady stosowania siły.
Nie ustają bardzo intensywne naloty na Teheran. HRANA (Human Rights Activists News Agency), działająca w USA organizacja broniąca praw człowieka, podała dziś, że według jej danych liczba ofiar cywilnych osiągnęła już 1097 osób, a sprawdzane są kolejne 880 przypadków.
W styczniu HRANA podawała swoje szacunki liczby ofiar antyrządowych protestów. Liczba potwierdzonych zdaniem organizacji przypadków przekroczyła 7 tys., a kolejnych ponad 11 tys. przypadków musi zostać poddanych dalszej weryfikacji.
Ze względu na umiejscowienie w Stanach Zjednoczonych i wysokie liczby, HRANA była oskarżana o podawanie zbyt wysokich liczb, by zaszkodzić Republice Islamskiej. Jednak we wcześniejszych falach protestów ich szacunki okazywały się być dosyć dokładne. Teraz organizacja podaje liczby, które, jeśli miałyby komuś pomóc, to z pewnością władzom Republiki Islamskiej – której zależy na eksponowaniu ofiar cywilnych, by pokazać okrucieństwo wojny prowadzonej przez amerykańskie i izraelskie wojska.
W pierwszych dniach wojny na podstawie tych liczb, a także zdjęć, które wychodzą z Iranu – a w szczególności Teheranu – widać wyraźnie, że ochrona ludności cywilnej nie jest priorytetem wojsk amerykańsko-izraelskich. W dzisiejszym briefingu Hegsetha i generała Dana Caine’a, szefa połączonych sztabów US Army, dowiedzieliśmy się, że za ataki na Teheran są odpowiedziani przede wszystkim Izraelczycy. Amerykanie działają głównie na południe od stolicy.
Wiele celów izraelskich w Teheranie to placówki związane z aparatem przemocy Republiki Islamskiej, jak placówki policji. To sugeruje, że Izrael próbuje osłabić aparat bezpieczeństwa Iranu, by ułatwić ewentualną rewoltę.
Jednocześnie jednak coraz więcej głosów z Iranu, w szczególności z Teheranu, sugeruje, że Irańczycy nie przyjmują izraelskich ataków z radością. Nawet jeśli ktoś cieszył się z zabicia Chameneiego, to dziś dominującym uczuciem w relacjach z Teheranu, jakie do nas docierają, zdaje się być strach, zmęczenie i bezradność. Nawet jeśli Izrael uderza jedynie w cele związane z władzą, przy okazji niszczy, a miejscami równa z ziemią, bardzo wiele miejsc bez związku z władzą.
W środę rano (4 marca) otrzymaliśmy informację, że ciało zabitego pierwszego dnia wojny przywódcy Alego Chameneiego zostanie dziś wieczorem wystawione w Teheranie na widok publiczny. Kilka godzin później tę informację jednak odwołano. Władze za pośrednictwem państwowej telewizji powołują się w swojej decyzji na liczne prośby od obywateli i konieczność przygotowania infrastruktury na dużą frekwencję. W 1989 roku w uroczystościach pogrzebowych pierwszego przywódcy Republiki Islamskiej Ruhollaha Chomeiniego wzięły udział miliony osób – dokładna liczba jest bardzo trudna do oszacowania.
Z pewnością tutaj też sporo osób chciałoby Chameneiego pożegnać. Dziś jednak mamy do czynienia z sytuacją wojenną. Trudno więc dziś powiedzieć, kiedy pochowanie Chameneiego będzie faktycznie możliwe.
W 1989 roku nowy przywódca został wybrany jeszcze przed pogrzebem Chomeiniego. Wczoraj późnym wieczorem zlokalizowane w Wielkiej Brytanii medium tworzone przez irańską diasporę – Iran International – podało, że przywódcą został syn Chameneiego, Modżtaba. Do teraz nie potwierdziło tego jednak żadne źródło.
Zgromadzenie Ekspertów, 88-osobowe ciało, które wybiera kolejnego Najwyższego Przywódcę, z pewnością podejmuje kroki ostrożności, by zrobić to bezpiecznie. Wczoraj media informowały, że stworzono specjalny system do głosowania zdalnego.
Nie wiadomo, czy źródło Iran International próbowało grać w jakąś polityczną grę, czy może faktycznie Modżtaba Chamenei jest bardzo blisko najważniejszego stanowiska. Na razie jednak nie został obwołany irańskim przywódcą i następcą ojca. Co więcej, od początku wojny nie był widziany publicznie, co prowokuje plotki, że nie żyje. Reuters pisze jednak, powołując się na irańskie źródło bliskie władzy, że nic mu nie jest i w momencie zamachu na jego ojca nie był w Teheranie.
Jeśli jednak to on, taki krok oznacza kontynuację dotychczasowej polityki oporu i konfrontacji. I wysokie ryzyko, że czas syna na najważniejszym stanowisku będzie znacznie krótszy od ponad 36-letnich rządów ojca. Izraelski minister spraw zagranicznych Israel Kac już zapowiedział, że jeśli kolejny lider będzie kontynuował politykę dotychczasowej retoryki wobec jego państwa, będzie dla Izraela takim samym celem, jak Ali Chamenei.
Dlatego Zgromadzenie Ekspertów ma dziś znacznie trudniejsze zadanie niż w 1989 roku.
Widzieliśmy dziś kolejne aspekty rozszerzania się wojny. Amerykanie zatopili irański statek w okolicy Sri Lanki, a z drugiej strony Turcy zestrzelili dziś irańską rakietę, która weszła w ich przestrzeń powietrzną.
Miejsca obu zdarzeń dzieli ponad 5,5 tys. km.
Zacznijmy od tego pierwszego. Irański statek powracał z Indii, z międzynarodowych ćwiczeń International Fleet Review 2026. Co ciekawe, brała w nim udział także jedna jednostka amerykańska. Sri Lańczycy uratowali przynajmniej 32 osoby, ale na pokładzie statku było około 180 osób. Amerykanie opublikowali w mediach społecznościowych film z momentu uderzenia.
Incydent turecki najpewniej był przypadkowy, nic nie wskazuje na to, by Irańczycy chcieli atakować Turcję, która jest częścią NATO. Możliwe, że rakieta zmierzała w stronę Cypru. Irańczycy (lub Hezbollah) uderzali już w trakcie tej wojny w brytyjską bazę na Cyprze, która prawdopodobnie była wykorzystywana przez Amerykanów.
Turcy zachowali jednak zimną krew, traktują ten incydent jako wypadek. Nie ma więc żadnego ryzyka, że NATO zostanie uznane za stronę tej wojny i będzie zmuszone do wspomożenia Turcji.
To inna sytuacja niż z krajami zatoki, a Irańczycy najpewniej mają świadomość, że byłoby to bardzo ryzykowne, lub wręcz samobójcze. A Turcy są w przyszłości jednym z potencjalnych rozjemców.
Iran wystrzelił dziś wieczorem 18. falę rakiet w stronę Izraela od początku wojny. W zeszłorocznej wojnie dwunastodniowej fal było niewiele więcej, jednak były one intensywniejsze. Dlatego najpoważniejszym atakiem pozostaje uderzenie w synagogę z 1 marca, w którym zginęło 9 osób.
Na dziś liczba ofiar śmiertelnych w Izraelu to 13. Wojna intensyfikuje się też na froncie między Izraelem a Hezbollahem. Izraelska armia wkroczyła dziś do Libanu. I nakazała ewakuację całego południowego Libanu, gdzie żyje nawet do miliona osób. Nie wiadomo kiedy i do czego będą wracać, jeśli się wyniosą.
Pete Hegseth powiedział dziś, że wojna może potrwać około ośmiu tygodni. Czy przez całe osiem tygodni miałaby wyglądać w ten sposób – tzn. intensywny ostrzał Iranu przez USA i Izrael kontra ciągłe ataki Iranu na kraje Zatoki Perskiej?
Z pewnością dynamika będzie się zmieniać. Wiele zależy od tego, jak skutecznie izraelsko-amerykańskie naloty unieruchomią irańskie wyrzutnie rakietowe. Poza rakietami Iran potrafi jednak zadawać silne ciosy za pomocą swoich stosunkowo tanich dronów, a dotychczasowa skuteczność ich zestrzeliwania wygląda na słabszą, wobec tego, co prezentują Ukraińcy w wypadku ataków rosyjskich.
Dodatkowo mamy też kwestię amerykańskich rakiet przechwytujących – według różnych doniesień Amerykanie mają problem z ich zapasami i po jakimś czasie mogą musieć ograniczać ich użycie.
A Iran na razie nie przejawia chęci spowolnienia – irański reżim walczy o przeżycie.
Kolejna zmiana może nadejść zza zachodniej granicy Iranu. Al-Monitor, niezależne medium bliskowschodnie, pisze dziś, że CIA jest w kontakcie z bojownikami kurdyjskimi. Ich atak na Iran, dalsza forma destabilizacji sytuacji wewnątrz kraju, ma w tej optyce pomóc obalić władzę w Teheranie. Izraelsko-amerykańskie uderzenia dotyczą także kurdyjskich regionów Iranu.
Al-Monitor pisze, że Masud Barzani, prezydent irackiej Partii Demokratycznej Kurdystanu, kluczowej siły politycznej irackiego Kurdystanu, nie sprzeciwia się temu planowi.
Przypomnijmy, że Kurdowie to około 30-milionowy naród bez własnego państwa. Są rozsiani przede wszystkim między Turcję, Syrię, Irak i Iran. W Iranie stanowią do 10 proc. populacji kraju.
To bardzo niepokojące informacje. Brakuje w nich planu, celu tych ataków. Trudno wyobrazić sobie, by chodziło o stworzenie niezależnego państwa kurdyjskiego. Siły Izraela i USA chcą najpewniej przede wszystkim – jeśli te informacje się potwierdzą – wykorzystać Kurdów do destabilizacji Iranu. Konsekwencje tego typu działań są często bardzo trudne do kontrolowania.
Jednocześnie nawet wśród przeciwników Republiki Islamskiej w Iranie wiele osób przywiązanych jest do dzisiejszej formy państwa. Wśród ludzi, którzy mieliby według USA i Izraela wziąć sprawy swoje ręce i obalić reżim islamski, decyzja o uruchomieniu wojny domowej na tle etnicznym nie będzie dobrze odebrana.
Na razie widać więc, że skutecznie i sukcesywnie realizowany jest cel, by Iran osłabić i unieruchomić. W przypadku drugiego najważniejszego celu – obalenia Republiki Islamskiej – nie widać ani planu, ani konsekwencji. Na razie z każdym dniem pogłębia się ryzyko zasiania niekontrolowanego chaosu w Iranie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze