0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Aleksandra PerzyńskaFot. Aleksandra Perz...

Na sali sądowej po prawej stronie neo-sędzi, Agnieszki Brygidyr-Dorosz, która 14 marca 2023 wydała wyrok (a chwilę wcześniej dostała awans) siedział prokurator, który mowę końcową wygłosił tak, że nie było słychać ani słowa (jakby się trochę wstydził). Obok niego przedstawicielka Ordo Iuris Magdalena Majkowska, która po wyroku komentowała go przed kamerami.

Majkowska musiała przerwać, bo za jej plecami po schodach schodziła Justyna Wydrzyńska i jej koleżanki z Aborcyjnego Dream Teamu (ADT). Media rzuciły się w ich kierunku, kilkanaście zgromadzonych osób zaczęło wiwatować. Majkowska uśmiechnęła się i usunęła sprzed kamer, jej słów nie było już słychać. Nie dokończyła zdania. Widać to wyraźnie na relacji wideo, to nie moja życzeniowa figura retoryczna.

Po lewej stronie neo-sędzi siedziała Justyna Wydrzyńska, która mowę końcową wygłosiła głośno i wyraźnie. Najpierw była ubrana w jaskrawo różowy komplet, na ogłoszenie wyroku założyła brokatową srebrną marynarkę.

Po każdej rozprawie, także przed tym ostatnim wyrokiem, wychodziła przed kamery i mówiła: "Wracam do domu i od razu odbieram telefon Aborcji bez Granic i pomagam w aborcjach. Nadal będę to robić, nie się nie zmienia".

Na rozprawie pokazała tabletki aborcyjne i zadeklarowała to samo. Po niej powtórzyły to inne działaczki oraz polityczki Lewicy. Mamy to na filmie:

View post on Twitter

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Proszę o pokutę i rozgrzeszenie

Agata Kowalska z OKO.press w rozmowie z Wydrzyńską (znajdziecie ją tutaj) nazwała wyrok "karą za bezczelność" i to bardzo trafne określenie. Zamiast łez (chociaż nie ma w nich nic złego) i skargi o skrzywdzonych kobietach (co by miało sens, bo jesteśmy krzywdzone od lat), to podsądne - z uśmiechem, w błyszczących marynarkach - rozdają karty, narzucają narrację.

Przeczytaj także:

Po każdej rozprawie (a byłam na wszystkich) widziałam Justynę, jak wychodzi z sądu z dziewczynami z ADT. Po każdej rozprawie była coraz pewniejsza. Po ostatniej - po wyroku - wyglądała jak gwiazda, witana okrzykami tłumu.

Fot. Aleksandra Perzyńska, na zdjęciu od lewej: Natalia Broniarczyk, Justyna Wydrzyńska, Kinga Jelińska z ADT

Pani Majkowska z Ordo Iuris mówiła podczas rozprawy: „Oskarżona nie czuje skruchy”, „Oskarżona chlubi się przestępstwem, które popełniła”. Zabrzmiało jak szczere zdziwienie. Miała być opowieść o kobietach na skraju załamania, Ordo Iuris mogłoby wyjaśnić zdesperowanym błądzącym, że życie nienarodzonych ważniejsze. Po tym nastąpiłby żal za grzech i zasłużona kara, pokuta i rozgrzeszenie.

A tu klops, nic z tych rzeczy.

Znajoma feministka z pokolenia mojej mamy powiedziała mi po wyroku: nareszcie, po latach porażek, najpierw ignorowania w latach 90., potem dokręcania śruby za PiS-u, czuję, że jesteśmy znowu w grze. Gramy, a nie przegrywamy.

Dwie rzeczywistości

Bo Justyna Wydrzyńska rzeczywiście wygrała. Dlaczego? Bo wreszcie rozmawiamy o sednie sprawy, a nie abstrakcjach głoszonych przez księży i podtatusiałych ekspertów od etyki. Bo w kwestii aborcji są dwie równoległe rzeczywistości, z których ta bardziej realna wreszcie się przebiła.

Do tej pory rozmawialiśmy o filozofii, o ideach, o tzw. wartościach. O warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Politycy i komentatorzy chodzili do mediów i spierali się o prawo aborcyjne. Przekonywali, że sprawa jest trudna, dyskusyjna, bo są prawa kobiet, ale są i prawa płodów. Jak to rozwiązać?

Może referendum? Może wystarczy "kompromis", żeby zadowolić wszystkich filozofów, księży, polityków, którzy nad aborcją dyskutują. Ach, trudny problem etyczny, moralny, filozoficzny, religijny. I te biedne kobiety, które stają wobec takich dylematów.

Ilustracją tego etycznego problemu były zdjęcia rzekomych płodów po aborcji - rozrywanych, kaleczonych, krwawych, którymi uwielbiają epatować fundamentaliści spod znaku Ordo Iuris. Oczywiście, aborcja tak nie wygląda, o czym piszę dalej.

Strona pro-choice nieśmiało argumentowała: sytuacja kobiet w ciąży może być naprawdę bardzo trudna. Płód może być chory, ciąża może być wynikiem gwałtu, czy to nie jest "usprawiedliwieniem" dla aborcji? Bo jeżeli już się zgadzaliśmy na aborcję, musiała być usprawiedliwiana jakimś większym nieszczęściem, aborcja wtedy stawała się nieszczęściem mniejszym.

Na poparcie prawa do aborcji przytaczano tragiczne przypadki osób w ciąży. Nie neguję ich, bo takie właśnie są, tragiczne: osoby w ciąży z płodem z wieloma schorzeniami, z zespołem Edwardsa, z zespołem Turnera; z płodem, który ma umrzeć zaraz po urodzeniu. W ciąży wynikającej z gwałtu.

Ale czy trzeba nam było szukać aż takich usprawiedliwień prawa do wyboru? Czy sama sobie musi powiedzieć: tak, jestem w wystarczająco tragicznej sytuacji, by mieć prawo? Czy dla kobiety podejmującej decyzję dyskusja etyczna jest najważniejsza?

Nie, i dlatego wygrała druga rzeczywistość - życie - zepchnięta w latach 90. do podziemia.

Wygrało życie

Jak podkreślała Natalia Broniarczyk z ADT w TOK FM, kobiety, które chcą przerwać ciążę i dzwonią po pomoc, nie pytają, czy to karalne albo etyczne. Zastanawiają się, jak to zrobić, jak się będą czuły po tabletkach, co będą mogły jeść "po", czy mogą pójść od razu do pracy, a czasem jak ukryć aborcję przed partnerem. A także ile zapłacą. Patrzą na sprawę praktycznie, bo sprawa dotyka bezpośrednio ich życia. "Życie sobie, prawo sobie", mówi Broniarczyk.

A także: nauka sobie, lekarze i etyka sobie.

W krajach, gdzie aborcja jest legalna, nikt nie robi już "skrobanek" i "łyżeczkowania". Na porządku dziennym są metody próżniowe i tabletki, czyli nowoczesne, bezpieczne i nieinwazyjne sposoby przerwania ciąży. Tymczasem polscy lekarze i wspomniani eksperci tego nie wiedzą - ciągle mają przed oczami rozczłonkowane płody. O metodach aborcji rekomendowanych przez WHO przeczytacie tutaj:

Na pytanie Agaty Kowalskiej w OKO.press, jak można połączyć bycie - jak Wydrzyńska - doulą (czyli osobą wspierającą kobiety przy porodzie) z pomocą w aborcji, aktywistka tłumaczy, że wbrew stereotypom aborcja jest doświadczeniem kobiet, które dzieci mają. "Przeważająca część kobiet, które się do nas zwracają, ma dzieci. One wiedzą, czym jest macierzyństwo. Te rzeczy są ze sobą połączone, nierozerwalne".

Gdzie tu sprzeczność? W ogóle jej nie ma.

Zawsze tak było, ale teraz dzięki Justynie Wydrzyńskiej, ta druga rzeczywistość - ta prawdziwa, życie po prostu - przebiła się do debaty publicznej.

Justyna wygrała zatem. Dlaczego? To proste, stanęła za życiem.

Nie za życiem w rozumieniu organizacji anti-choice, konserwatystów, księży wołających o obronie nienarodzonych z ambony lub szepczących o nich przez kratki konfesjonału.

Za realnym życiem kilkudziesięciu milionów kobiet na całym świecie, które co roku przerywają ciążę, niezależnie od tego, czy to legalne, czy nie. Potępiane czy nie. Nawet wtedy, gdy grozi za to wyrok, potępienie otoczenia, gdy ksiądz straszy piekłem. Bo życie ma swoje prawa, swoją religię.

Udostępnij:

Magdalena Chrzczonowicz

Wicenaczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej przez 15 lat pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.

Przeczytaj także:

Komentarze