0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
29 sierpnia 2022

"Za chwilę świat będzie dla nas nie do poznania". Nie mamy czasu nawet na panikę

Emisje trzeba ograniczać - to wie każdy. Książka "Hothouse Earth” prof. McGuire’a idzie dalej i nie da się podsumować prostym: im więcej emisji, tym cieplej, a im cieplej – tym gorzej. "Nie ma już szans, by uniknąć ponurej przyszłości niebezpiecznego załamania się klimatu", pisze profesor i radzi pogodzić się z faktami. Wilk już tu jest

Wydrukuj

„Hothouse Earth”, czyli „Przegrzana Ziemia” - tak w gronie znajomych zajmujących się naukowo i aktywistycznie kryzysem klimatycznym ustaliłem (być może niedoskonale) polskie brzmienie tytułu nieprzetłumaczonej jeszcze nowej książki Billa McGuire’a, profesora geologii na University College w Londynie, specjalizującego się w ryzykach geofizycznych i klimatycznych.

Napisana jest prostym językiem i liczy nieco ponad 160 stron. Na przeczytanie jej wystarczy więc jeden ciepły wieczór późnego lata.

Sama lektura, choć dużo w niej o pogodzie, bynajmniej pogodna nie jest. McGuire prosto i bez ozdobników opisuje konsekwencje bezprecedensowo szybkiego wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych (głównie dwutlenku węgla) w ziemskiej atmosferze oraz jej podstawowy efekt: wzrost globalnej temperatury.

Oczywiście o tym wszystkim doskonale już wiemy. Ostatnie lata przyniosły skokowy wzrost publikacji o kryzysie klimatycznym skierowanych do czytelnika-laika. Ale książka McGuire’a idzie o krok dalej i nie jest tylko kolejnym wyliczeniem dającym się sprowadzić do formuły: im więcej emisji, tym cieplej, a im cieplej – tym gorzej.

Witajcie w antropocenie

McGuire uświadamia czytelnikom i czytelniczkom, że oto poprzez nieustanne emisje dwutlenku węgla, metanu i innych gazów cieplarnianych – otulających Ziemię coraz szczelniejszą planetarną termoizolacją – doświadczamy spektakularnego dzieła, jakim jest kompletne rozregulowanie delikatnej równowagi klimatycznej, która ok. 12 tys. lat temu, u progu holocenu, umożliwiła szybki rozwój ludzkiej cywilizacji.

Bo kryzys klimatyczny nie oznacza po prostu, że „będzie cieplej”. Rosnąca temperatura wyzwoli bowiem niezliczoną ilość procesów, których zatrzymanie będzie po prostu niemożliwe, pisze McGuire, opierając się na najnowszych wynikach badań i symulacji modeli klimatycznych.

Holocen się skończył, jesteśmy w antropocenie, mili państwo.

W pewnym sensie małą (w skali globalnej) próbkę kaskadowo zawalających się systemów – przyrodniczego i ludzkiego – obserwujemy właśnie na Odrze.

Podczas gdy rządzący mówią: natlenimy Odrę, wpuścimy narybek, wprowadzimy monitoring i wszystko będzie, jak dawniej – umyka nam bezpośrednie źródło problemu, czyli systemowe trucie rzeki, oraz źródło fundamentalne – susza nasilona przez zmiany klimatyczne. Tego nie da się przykryć inwestycjami min. Gróbarczyka.

Podobnie w skali całej Ziemi, adaptacja do zmian klimatu może już tylko złagodzić skutki wzrostu temperatury, który – nawet jeśli emisje zaczęłyby szybko obniżać się już dziś – wkrótce przekroczy próg 1,5°C, o którym jeszcze niedawno mówiło się jako względnie bezpiecznym progu ocieplenia (to jest takim, który przy gigantycznym wysiłku ludzkości, pozwoli na dość dobrą adaptację do jego skutków).

Tymczasem, pisze McGuire, przez próg 1,5°C ludzkość przeskoczy bez żadnego wysiłku. Co gorsza, koncentracja CO2 w atmosferze jest na tyle wysoka i rośnie na tyle szybko, że o ile nie nastąpi rewolucja – a wiemy, że nie nastąpi, konstatuje trzeźwo McGuire – wzrost temperatury o ponad 2°C jest już, jak to elegancko ujmuje język angielski, baked-in, czyli – przesądzony.

Możemy oczywiście łudzić się, że przecież modele klimatyczne precyzyjnie wskazują, o ile muszą obniżać się emisje do roku 2030, by owe „bezpieczne” ocieplenie jednak osiągnąć. Mowa o redukcji o 45 proc. - czyli o ponad 16 mld ton – do roku… 2030. Powodzenia! W rzeczywistości emisje znajdują się w trendzie wznoszącym – do końca dekady mają wzrosnąć o 14 proc.

Czas, byśmy pogodzili się z faktami, pisze McGuire.

Stoimy u stóp Cerro Torre

„Książka moja wychodzi z założenia, że nie ma już szans, by uniknąć ponurej przyszłości niebezpiecznego załamania się klimatu. Nie chodzi już o to, co możemy zrobić, by go uniknąć, ale o to, czego mamy spodziewać się w nadchodzących dekadach, jak możemy przystosować się do świata ekstremalnej pogody i co możemy zrobić, by nie pogorszyć i tak już złej sytuacji” – czytamy we wstępie do książki.

Jeśli przyjąć dzień dzisiejszy za dzień zero rewolucji cywilizacyjnej mającej na celu zatrzymanie katastrofy klimatycznej, to stoimy u stóp szczytu stromego niczym Cerro Torre, igły skalnej w Patagonii.

Aktualnie wdrażane polityki klimatyczne powinny jak najszybciej wylądować w koszu, bo ustawiają nas na kursie do wzrostu temperatury 2,7°C (w zakresie 2°-3,6°), pisze McGuire, powołując się na znany serwis Climate Action Tracker.

Idźmy dalej. Realizacja celów na rok 2030 – przypominam, że to rok, do którego emisje należy ściąć o 45 proc., by zatrzymać wzrost temperatury na poziomie 1,5°C – w rzeczywistości powinna doprowadzić do ocieplenia o 2,4°C (w zakresie 1,9°-3°). Zapowiadane ambitniejsze cięcia emisji to wciąż Ziemia cieplejsza o 2,1°C (1,7°-2,6°). I wreszcie scenariusz optymistyczny – czy może lepiej: fantastyczny – to koniec wieku cieplejszy o 1,8°C (1,5°-2,4°). A więc tylko w najlepszej wersji scenariusza optymistycznego ludzkość osiąga zakładany „bezpieczny” wzrost globalnej temperatury.

„Nie miejcie wątpliwości – pisze McGuire – wzrost temperatury o jakąkolwiek wartość powyżej 1,5° oznacza nadejście świata smaganego plagami fal upałów, ekstremalnych susz, niszczycielskich powodzi, spadku plonów, szybko topniejących lądolodów i gwałtownego wzrostu poziomu mórz. Wzrost o 2° lub więcej stopni poważnie zagrozi stabilności ludzkiej zbiorowości”.

Oj tam, powiedzą domorośli klimatolodzy z Twittera – słyszymy to od lat i ciągle jest jak w bajce o chłopcu, który tak długo dla żartu ostrzegał przed wilkiem, że gdy wilk naprawdę pojawił się we wsi – nikt mu nie uwierzył.

Wilk już tu jest

Pod koniec czerwca 2021 roku nad zachodnią częścią Kanady zawisła „kopuła ciepła”, czyli zblokowany układ wysokiego ciśnienia. W do tej pory niemal nikomu nieznanej wsi Lytton termometry odnotowały 49,6°C – o 5°C więcej niż poprzedni kanadyjski rekord ciepła i najwyższą w historii pomiarów temperaturę na północ od 50. równoleżnika. Następnego dnia wieś Lytton przestała istnieć – spalił ją pożar wywołany przez ekstremalny upał. Tamte upały kosztowały życie ponad tysiąca ludzi w Ameryce Północnej.

Około dwa tygodnie później nad Europą Zachodnią zatrzymał się inny układ baryczny, tym razem niskiego ciśnienia i wilgotnego powietrza. Zaczęło lać. Wschodnia Belgia, Luksemburg i część zachodnich Niemiec doświadczyły tzw. powodzi tysiącletniej, czyli takiej, której prawdopodobieństwo wystąpienia oblicza się właśnie raz na tysiąc lat. Zginęło 250 osób.

Zeszły rok obfitował w podobne wydarzenia na całym świecie, od Nowej Zelandii po Włochy. Ten rok – czego siłą rzeczy McGuire nie mógł opisać w książce – nie wygląda na lepszy. Zajęci (słusznie) śledzeniem nagłówków o wojnie w Ukrainie, mogliście przeoczyć, że w Chinach trwa – od dwóch i pół miesięcy – najgorsza od kilku dekad susza, której skutki mogą sięgnąć daleko poza kraj.

„Wieloletnia susza może doprowadzić kraj do prawdziwego kryzysu wody. To miałoby nie tylko znaczący wpływ na produkcję zboża i energii elektrycznej w Chinach; mogłoby również wywołać globalne niedobory żywności i materiałów przemysłowych na skalę znacznie większą niż te wywołane przez pandemię COVID-19 i wojnę na Ukrainie. Biorąc pod uwagę nadrzędne znaczenie tego kraju dla światowej gospodarki, potencjalne zakłócenia wywołane przez brak wody, mające swój początek w Chinach, szybko odbiłyby się echem na rynkach żywności, energii i materiałów na całym świecie, powodując ekonomiczne i polityczne turbulencje na wiele lat” – pisze miesięcznik Foreign Affairs.

Na zdjęciu: skutki wielkiego pożaru kompleksu North Lightning Complex, w rejonie Berry Creek w Kalifornii we wrześniu 2021 roku.

Przytoczony wyżej fragment jest niezłym streszczeniem jednego z głównych tematów książki McGuire’a. Skutki najszybszego od milionów lat (tak, tak!) wzrostu temperatury spowodują chaos, w którym ludzie staną przeciw sobie w walce o wodę, żywność i wreszcie – życie. Wzrost temperatury niesie ze sobą upały, ale także nawalne deszcze, powodzie i niszczycielskie huragany – na wstępie. Pogodowe ekstrema szybko doprowadzą do braku dostępu do wody i upadku rolnictwa na setkach tysięcy kilometrów kwadratowych dotychczas życiodajnych ziem. Szacuje się – pisze McGuire – że do roku 2050 z powodu katastrofy klimatycznej 250 milionów ludzi w Afryce subsaharyjskiej, Azji południowej i innych szczególnie narażonych regionów, porzuci swe domy w poszukiwaniu już nie lepszego życia, a po prostu by je ratować.

„W miarę jak wielkie rzesze głodnych i zdesperowanych ludzi będą zmierzać do miast i przekraczać granice, nieuniknione jest, że niepokoje społeczne i starcia między sąsiadującymi narodami staną się niemal codziennością. Kraje rozwinięte, zwłaszcza Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i kraje tworzące Unię Europejską, bez wątpienia staną się celem wielu przesiedleńców, powodując eksplozję handlu ludźmi i współczesnego niewolnictwa, przynosząc poważne problemy z bezpieczeństwem i z pewnością promując ponowne przemyślenie polityk migracyjnych” – pisze McGuire.

Podobnie jak w przypadku gwałtownych zjawisk pogodowych, które obserwujemy już tu i teraz, niepokoje i konflikty zbrojne z klimatem w tle to również teraźniejszość: Syria, Jemen, Ukraina…

Warto sięgnąć po książkę McGuire’a, by dobrze poznać mechanizmy, jakie doprowadziły do trwającego kryzysu klimatycznego i jego aktualnych i przyszłych skutków, z których wiele jest już przesądzonych. Wielu pesymistyczny wydźwięk książki profesora się nie spodoba - pesymizm ma mieć bowiem negatywny wpływ na motywację do działania. McGuire uważa jednak inaczej.

„Z pewnością biję na alarm, ale czy panikuję – nie. (…) Prawda jest taka, że bagatelizowanie potencjalnie najgorszych skutków globalnego ocieplenia i załamania klimatu jest o wiele gorsze niż podnoszenie alarmu i sprowadza się do tego, co ja lubię nazywać klimatycznym appeasementem. Nie pomaga w pobudzeniu pilnych i koniecznych działań, a poprzez bagatelizowanie zagrożenia klimatycznego skłania - celowo lub nie - do niechętnego i ostrożnego podejścia do redukcji emisji, na co nie możemy sobie już pozwolić” – pisze autor.

"W miarę jak zbliżamy się do 2022 roku, to już jest inny świat. Niedługo będzie dla każdego z nas nie do poznania".

Kapitalizm musi odejść

Bill McGuire wykłada jasno swoją filozofię, pisząc: „nasz klimat jest niszczony przez niczym nie powstrzymany wolnorynkowy kapitalizm – ideologię, której po prostu nie da się już utrzymać na małej planecie ze skończoną ilością zasobów”.

„W systemie tym nie ma miejsca na dobro ogółu, bo wynagradza on tych nielicznych, którzy posiadają nadmierny kapitał, a nie większość, która go nie ma. Nie dba o środowisko naturalne ani o bioróżnorodność i ma gdzieś los przyszłych pokoleń. Jest to niestety dokładnie taki system gospodarczy, jakiego nie powinniśmy mieć w czasie globalnego kryzysu” – pisze McGuire.

I uzasadnia to danymi. Żyjemy bowiem w świecie, gdzie jeden procent najbogatszych ludzi generuje 13 proc. globalnych emisji (autor przytacza dane za 2013 rok), a do roku 2030 odsetek ów wzrośnie do 16 proc., a więc 70 ton dwutlenku węgla rocznie na osobę. W tym samym czasie przeciętny człowiek należący do najbiedniejszej połowy ludzkości świata – i zarazem ten, który skutki katastrofy klimatycznej odczuje najbardziej – będzie odpowiedzialny za roczne emisje… jednej tony.

Według McGuire’a każdy z nas może zrobić coś dla klimatu, zmieniając nawyki – np. przesiąść się z samochodu na rower, przejść na wegetarianizm i tak dalej. Autor świetnie jednak wie, że indywidualne działanie nie może zastąpić zmiany systemowej, skierowanej w wielkich graczy. A więc jeśli blokowanie rafinerii lub nawet – tu McGuire powołuje się na książkę Andreasa Malma pt. „Jak wysadzić rurociąg” – sabotaż instalacji przemysłu paliw kopalnych to nie Twój styl działania (choć McGuire uważa, że sytuacja jest tak zła, że tego typu działań potępiać nie należy), nie ma innej drogi niż polityczna. Co – wracając na polskie podwórko – należy zadedykować wszystkim tym, którzy – niewątpliwie szczerze – weszli w klimatyczny aktywizm ze zgubnym zastrzeżeniem „żadnej polityki”. Czytajcie McGuire’a!

Udostępnij:

Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne