Jednym z grzechów głównych wobec drzew w miastach jest ich „pielęgnacja”. – Dla niektórych drzew, takich jak brzoza czy kasztanowiec, cięcie konarów jest rozłożonym w czasie wyrokiem śmierci – mówi Anna Struczewska, inspektorka drzew z Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej.
Paweł Średziński: Jak zostałaś inspektorką drzew?
Anna Struczewska: Wychowałam się na wsi, tuż na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Od małego ulubioną zabawą były wspinaczki po drzewach. W ich koronach budowaliśmy fortece, statki pirackie i domki.
Skończyłam studia przyrodnicze, potem zaczęłam pracę w parku krajobrazowym. Zanim została inspektorką, ukończyłam dodatkowy kurs, który jeszcze bardziej otworzył mi oczy na te organizmy, które wcześniej wydawały się tylko elementem krajobrazu, mijanym codziennie w drodze do pracy.
Okazało się, że drzewa są fascynującymi, żywymi organizmami, które mają ogromną cierpliwość, wielką wolę przetrwania, bo rosną w jednym miejscu przez te dziesiątki, setki, a nawet tysiące lat, bez szans na ucieczkę przed suszą, przed zmieniającymi się klimatem. Nie mogą się schować przed słońcem, nie mogą uciec przed człowiekiem i piłą. A mimo wszystko wciąż udaje się im jakoś przetrwać, chociaż oczywiście nie wszystkim. Drzewa uczą nas pokory.
Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej, w którym pracujesz, odpowiada za wydawanie zezwoleń dotyczących wycinki drzewa w Białymstoku. Jako inspektorka drzew jesteś za ten proces odpowiedzialna.
To stanowisko powstało wraz ze zmianami w Ustawie o ochronie przyrody, kiedy marszałek województwa podlaskiego zyskał nowe kompetencje dotyczące wydawania zezwoleń na wycinkę drzew w trzech miastach powiatowych. Wśród nich jest Białystok.
Wcześniej zgody na wycinkę wydawał prezydent miasta. Po zmianach robi to dyrektor Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej, z upoważnienia marszałka województwa. Od tego czasu zajmuję się już nie tylko drzewami w Puszczy Knyszyńskiej, ale i w Białymstoku.
Jak żyje się drzewom w mieście?
W strefie miejskiej są przestrzenie, które są dla nich bardziej przyjazne – parki, zieleńce, gdzie mają przepuszczalną glebę i nikt im nie przeszkadza. Jednak większość terenów miejskich stanowi coraz częściej ścisła zabudowa, teren wysoko nasycony infrastrukturą. Wiele zależy też od tego, czy nawierzchnie są przepuszczalne, jak wysokie bywa zasolenie w okresie zimowym i jak duże są wahania poziomu wód gruntowych. Warto też przypomnieć o tym, że drzewa inaczej funkcjonują w lesie, trochę jak jeden organizm, gdzie pod ziemią korzenie tworzą sieć połączeń między sobą we współpracy z grzybami. Jest to tak zwana mikoryza. Jest im w tym leśnym zbiorowisku łatwiej.
W mieście drzewom rośnie się trudniej. Jeśli zamykamy takie drzewo w jakiejś misie betonu i nie ma takiego połączenia choćby wąskim pasem zieleni z tymi innymi drzewami, to stają się mniej odporne, rosną w „samotności”. Poza tym, co jakiś czas ktoś wpada na pomysł, żeby w okresie wiosennym je formować, przycinać, czyli prowadzić tak zwane zabiegi pielęgnacyjne. A tak naprawdę drzewa ich nie potrzebują. To my, ludzie, chcemy kontrolować, jak rośnie drzewo.
Dlatego życie drzew w mieście często przypomina obóz karny.
Bo jeśli drzewo, które posadzimy w gruncie, w gruzie, na takiej wyspie oblanej wokół betonem, nie ma możliwości komunikacji z innymi drzewami, nie ma wytworzonej tej sieci połączeń mikoryzowych, stale cierpi na niedobory wody, to jest mu trudno i stopniowo umiera. Ten los dotyczy często nowych nasadzeń. Sadzonka drzewa w szkółce miała dostęp do wody, do soli mineralnych, była osłonięta, chroniona od wiatru. Zasadzona w przestrzeni miejskiej często cierpi na różne niedobory, słabnie i często umiera.
Czy próbują się jakoś bronić?
Oczywiście drzewa mają strategie obronne, które są różne w zależności od gatunku, od okresu rozwojowego. W naturze dysponują ogromną zdolnością przetrwania, między innymi poprzez to, że gromadzą w sobie substancje zapasowe w konarach i w pniu. To tak zwane pąki śpiące, które nie rozwijają się na wiosnę, pozostając przez wiele lat w spoczynku, ale nie zatracają swojej zdolności rozwoju, czekając na swój czas.
Można powiedzieć, że są pąkami zapasowymi, które rozwijają się w sytuacji kryzysowej, kiedy dojdzie na przykład do zniszczenia lub utraty części korony. Te różne mechanizmy obronne uruchamiają się, kiedy drzewo przeżywa stres. Może to być sytuacja, w której zostaje wyłamany konar, czy też po tak zwanych „cięciach pielęgnacyjnych” zostanie utracona część korony, która jest dla drzewa bardzo ważną fabryką asymilatów. Dlatego tak ważne jest to, co człowiek robi z drzewem i jak je przycina.
Drzewa nie lubią „cięć pielęgnacyjnych”?
Nie. Jeśli są to cięcia drobnych gałęzi, to sobie z tym poradzą bez większego problemu. Natomiast ucięcie konarów nie jest niczym dobrym. Im większe cięcie, tym gorzej dla drzewa. Duża rana powoduje, że grzyby i inne patogeny mają stołówkę wewnątrz drzewa, mogą się tam rozprzestrzeniać. Oczywiście drzewa próbują się przed tym bronić. O ile cięcia nie są zbyt duże, to one potrafią zamknąć te ubytki. Wytwarzają nową tkankę, która zalewa ranę – tak zwany kalus. Jeśli cięcia są zbyt duże, by drzewo mogło zamknąć ubytek, uruchamiana jest kolejna strategia, tym razem walki z patogenami, które rozgościły się już w pniu drzewa. To zjawisko nazywane jest grodziowaniem. Polega na oddzieleniu tej zdrowej tkanki drzewa od tkanki zainfekowanej.
Drzewo wytwarza specjalne grodzie, czyli bariery, które izolują drewno od tlenu.
Nie ma tlenu, więc grzyb, nie ma możliwości rozrostu. Jednak to, czy uda się drzewom obronić, zależy od skali ingerencji człowieka i od tego, czy będą miały czas na uruchomienie swoich mechanizmów obronnych.
Jakie są grzechy główne ludzi wobec drzew w mieście?
Po pierwsze – „pielęgnacja”. Dla niektórych drzew, takich jak brzoza czy kasztanowiec, cięcie konarów jest rozłożonym w czasie wyrokiem śmierci.
Złe jest również zamykanie drzew w betonowych przestrzeniach. One nie mogą rosnąć samotnie na odizolowanych od siebie wyspach.
Jeśli drzewo już na starcie ma szansę na sąsiedztwo innych, to będzie mu łatwiej.
Kolejnym grzechem głównym są nasadzenia i sposób, w jaki są prowadzone. Z naszych doświadczeń i kontroli wynika, że blisko 70 procent nasadzeń miejskich się nie przyjmuje. Za to zjawisko coraz częściej odpowiada też susza. Zieleń miejska nie jest podlewana, a jeśli już jest to, to workami, które często nie są zawieszane w odpowiedni sposób i dodatkowo potęgują zgniliznę na pniu. Ważne jest również to, żeby drzewa wybierane do nasadzeń były wielokrotnie szkółkowane, czyli przesadzane i przycinane w szkółce, co pozwala na to, żeby ich system korzeniowy bardzo mocno się zagęścił i rozwinął, zanim trafią do miasta. Takie drzewo już na starcie ma o wiele większe szanse.
Pamiętam, jak zaczynałam pracę jako inspektorka drzew, i wymagaliśmy za usunięcie drzew kompensacji w postaci nasadzeń, musieliśmy stoczyć wielką batalię z różnymi podmiotami, które nie chciały sadzić drzew albo chciały sadzić zupełnie inne drzewa, niż wskazywaliśmy. Takie, które nie miały dużej szansy na przetrwanie w przestrzeni miejskiej. Po 10 latach naszej pracy mamy już wypracowane schematy, a wnioskujący sami wiedzą, jak ważny jest dobry materiał szkółkarski. A przede wszystkim chyba rozumieją potrzebę wykonywania nasadzeń w mieście.
Nowe inwestycje budowlane i osiedla coraz częściej zajmują niezabudowane dotąd tereny zielone. Jak duży jest to problem?
Myślę, że większość miast znajduje się w podobnej sytuacji. Te inwestycje, często projektowane zza biurka, nie liczą się z istniejącą już zielenią. Jeśli na terenie planowanym pod zabudowę rosną drzewa, to na mapach projektowych są tylko kropeczkami. Projektanci nie dostrzegają, że każde drzewo będzie miało pień o określonej średnicy, pewną rozpiętość korony i rozległy system korzeniowy. Łatwiej jest im albo usunąć całą zieleń z terenu inwestycji i zaprojektować wszystko od nowa, albo projektować inwestycje, nie licząc się z istniejącą w terenie zielenią. Przykładem takiego podejścia mogą być tereny wokół białostockich szkół, gdzie były masowo wymieniane ogrodzenia, przy których rosły drzewa. Przy okazji prac odkopywano i podcinano korzenie, niszczono drzewa. Głośno było też o sprawie pomnikowego dębu z ulicy Młynowej w Białymstoku. Pomimo że został uznany za pomnik przyrody, dwa tygodnie później, pozbawiono go tej formy ochrony.
Dlaczego?
Okazało się, że ten najkrócej istniejący w historii Polski pomnik przyrody, będzie kolidował z planowaną budową osiedla mieszkaniowego. Nie dość, że stracił status drzewa pomnikowego, to deweloper drastycznie zredukował część korony drzewa, która wchodziła w konstrukcję projektowanego budynku. Zaingerował bardzo mocno w konary i zrobił to w nieprawidłowy sposób, doprowadzając do uszkodzenia tego drzewa.
Czy został za to ukarany?
W tym przypadku musiał zapłacić ponad 13 tysięcy złotych. Jednak to jest kwota symboliczna i niewielka. Inwestor jej nie odczuje. Kary za usuwanie drzew bez pozwolenia są bardzo niskie. Niestety prowadzimy wiele takich postępowań karnych. Jedna z takich spraw dotyczyła kasztanowca, rosnącego na granicy działki należącej do szkoły i działki prywatnej. Nowym właścicielom posesji prywatnej to drzewo przeszkadzało. Twierdzili, że śmieci, że zrzuca dużo liści i kasztany. Dyrektor szkoły wystąpił z wnioskiem o usunięcie drzewa. Pojechałam tam, w celu przeprowadzenia oględzin terenowych i dokonania i oceny stanu drzewa. Okazało się, że drzewo było w bardzo dobrej kondycji zdrowotnej. Miało cięcia przeprowadzone w przeszłości, ale świetnie sobie z nimi poradziło i zamknęło ubytki. Korona była przepiękna, ogromna, symetryczna, więc nie było podstaw do wydania zezwolenia na usunięcie drzewa. Osoby z działki prywatnej zostały o tym poinformowane. Tak samo, jak o tym, że mogą zgodnie z kodeksem cywilnym tę część korony, która jest na ich terenie, przyciąć, ale tylko w zakresie zgodnym z ustawą o ochronie przyrody. Jednak w pewien weekend, kiedy szkoła nie pracowała, przyjechał podnośnik i z podnośnika została zdjęta praktycznie cała korona.
Wyglądało to drastycznie. Okazało się, że tym osobom bardziej się opłaca zniszczyć drzewo i zapłacić symboliczną karę pieniężną w wysokości sześciu tysięcy złotych, bo kasztanowce są w najniższej stawce. W takich przypadkach moje serce płacze. Ludziom wciąż z taką łatwością przychodzi uszkadzanie drzew lub ich usuwanie.
Jakie są jeszcze uzasadnienia, które stoją za wnioskami o wycinkę drzew lub ich przycięcie?
Mamy takie uzasadnienia, że ptaki śpiewają, że, cytuję „pachnie lasem”, że zrzucają liście, albo że w ogóle to drzewo rośnie w tym miejscu, i to wnioskodawcy przeszkadza.
My ze swojej strony staramy się podejść do każdego drzewa w sposób możliwie jak najbardziej obiektywny i tak trochę z sercem, wiedząc, jaką wartość mają dla tego otoczenia i przyrody. Diagnostykę stanu zdrowotnego drzew prowadzimy przy użyciu sondy arborystycznej, którą sprawdzamy rozkład w systemie korzeniowym i w pniu. Używamy też młotka, którym ostukujemy drzewo. Dzięki temu potrafimy usłyszeć te fragmenty drzewa, w których jest już rozkład. Oczywiście wnioskodawca może powołać się również na zagrożenie dla bezpieczeństwa. Moją rolą jako inspektorki drzew, jest ustalenie, czy tak jest w rzeczywistości. Czasem są to bardzo trudne decyzje.
Często zdarzają się odwołania od waszych decyzji odmownych?
Tak, to się zdarza. I bywa tak, że odwołujący się wygrywa z nami. Jednak muszę podkreślić, że każdy przypadek, który trafia do nas, do parku, rozpatrujemy bardzo szczegółowo. Chcemy, zebrać jak najmocniejsze dowody, zwłaszcza w postępowaniach karnych. Przypomina to trochę śledztwo. Zbieramy materiały dowodowe, przesłuchujemy świadków, sięgamy po nagrania z monitoringu. Podchodzimy tak do wszystkich spraw, również do tych, kiedy ktoś usunie część korony. Wtedy pomocniczo używamy laserowego skaningu, który pomaga nam odtworzyć pierwotny wygląd korony.
Jest to szczególnie pomocne w sytuacjach, kiedy musimy oszacować ilość usuniętej korony w postępowaniach dotyczących wymierzenia administracyjnej kary pieniężnej, bo od tego zależy jej wysokość. Od tych decyzji najczęściej odwołują się sprawcy, którzy nie chcą ponieść odpowiedzialności za niszczenie drzewa.
Czy świadome uśmiercanie drzew bez pozwolenia zdarza się często w mieście?
Niestety są osoby, które sięgają po różne metody. Często są to nawiercenia w pniu drzewa i wprowadzanie do nich substancji, które sprawią, że drzewo obumrze. Te nawierty są bardzo trudne do wychwycenia, podobnie jak sprawcy. To jest bardzo częsta praktyka, między innymi na cmentarzach. Nawierty bywają zamaskowane, czasem robi się je w karpie korzeniowej. Osoby, które tego się dopuszczają, czują się na ogół bezkarnie, bo nikt nie monitoruje tego, co dzieje się z każdym drzewem.
Używa się też różnych chemikaliów i podlewa nimi drzewa.
Z tego, co mówisz, wyłania się obraz walki, którą trzeba prowadzić o każde drzewo.
Tak. Zdarzają się trudne chwile. Drzewem, którego nie udało się ocalić, była topola czarna przy Stawach Marczukowskich. Była potężna, miała około 360 centymetrów w obwodzie. Ekspertyza dendrologiczna i specjalistyczne badanie pnia, które zleciliśmy, potwierdziło, że drzewo jest w dobrej kondycji i może stabilnie i bezpiecznie pozostać w gruncie. Wydaliśmy decyzję odmowną. Jednak po kilku tygodniach rozpoczęły się na tym terenie prace. Topola została podkopana pod sam pień i zredukowano jej system korzeniowy w taki sposób, że drzewo się wywróciło. To boli, bo daliśmy z siebie wszystko, walczyliśmy o zachowanie drzewa, wydawało się już, że je uratowaliśmy, ale wjechał ciężki sprzęt i doprowadził do śmierci drzewa.
Oczywiście są też sukcesy. Traktujemy tak każde drzewo, które uda nam się uratować. Bo każde drzewo jest wyjątkowe. Jest fascynujące, bo nieustannie adaptuje się do zmieniających się warunków otoczenia. Warto, żeby więcej osób w ten sposób postrzegało drzewa.
Jakie gatunki drzew mają większe szanse na przetrwanie w mieście w dobie globalnego ocieplenia?
Najmniejsze szanse mają brzozy i świerki, które cierpią z powodu nieregularności opadów i długotrwałych deficytów wody. Trudno mają też jarzęby, które coraz częściej chorują. Lepiej radzą sobie lipy, dęby, klony i graby. Duże szanse na przetrwanie mają też samosiewki drzew, które nie były sadzone przez człowieka. One są najlepiej przystosowane do warunków i miejsca, w którym wyrosły.
A co powinno się robić w miastach w zakresie zarządzania zielenią?
Zamiast pojedynczych drzew warto tworzyć ich niewielkie skupisku lub zakładać ich enklawy złożone nie tylko z zieleni wysokiej, ale również pośredniej, w postaci krzewów i roślin płożących, które osłonią glebę i będą ją chronić przez przesuszeniem. Te miejsca stanowią ostoję wielu różnych gatunków.
Białystok wciąż silnie się zabudowuje. Niestety można dostrzec, że na nowych osiedlach nie ma miejsca dla drzew. Co najwyżej pojawiają się minimalistyczne nasadzenie krzewów. Nie ma też żadnych wytycznych, które nakazywałyby inwestorowi ich uwzględnienie na etapie powstawania projektu i jego realizacji. Standardy ochrony zieleni w procesach inwestycyjnych są już wprowadzane w innych polskich miastach, ale nasze białostockie drzewa jeszcze na nie czekają.
Czy mieszkańcy miasta mogą ocalić drzewa?
Na szczęście coraz częściej dostrzegają wartość drzew. I to jest budujące, że ludzie stają w ich obronie. W ostatnich tygodniach mieszkańcy Białegostoku podjęli akcję zbierania podpisów w obronie pięknej lipy rosnącej na granicy działki prywatnej i pasa drogowego przy ulicy Grunwaldzkiej. Ma tam być wybudowany wielopiętrowy wieżowiec, ale mieszkańcy sprzeciwiają się wycięciu tego drzewa. W miejscu, gdzie rośnie, został zaplanowany garaż wielokondygnacyjny. Przeciwnicy wycinki tej lipy domagają się przesunięcia granicy tej inwestycji. Zebrali już kilkaset głosów pod petycją i są bardzo zdeterminowani. A jest o co walczyć, bo lipa ma ponad dwa metry obwodu i mogłaby zostać pomnikiem przyrody. Ta rosnąca świadomość mieszkańców miasta i ich troska o drzewa, jest budująca.
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Komentarze