Ochrona zdrowia to gorący kartofel, którym wszyscy się przerzucają, a potem narzekają, że nie może być lepiej. Otóż może. Tylko dajcie zrobić coś tym, którzy mają plan – piszą Joanna Wicha i Maciej Grzenkowicz
Joanna Wicha, z wykształcenia i zawodu pielęgniarka, posłanka Nowej Lewicy, Maciej Grzenkowicz, dziennikarz. Autorzy są członkami stowarzyszenia „Wspólne Jutro”, założonego w październiku 2024 m.in. przez senatorki i posłanki lewicy: Magdalenę Biejat, Dorotę Olko, Annę Górską czy Darię Gosek-Popiołek.
Stan ochrony zdrowia w Polsce przypomina pewien słynny cytat ze Stanisława Kisielewskiego. “To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.”
Mimo że lewicy do Kisielewskiego nie jest zbyt blisko, trzeba przyznać mu rację. Problem jest jednak jeszcze głębszy niż ten zdiagnozowany przez publicystę. Urządzać zaczęliśmy się bowiem prawie czterdzieści lat temu, a w tym momencie trudno nam sobie już wyobrazić, że moglibyśmy się przeprowadzić.
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
Ochrona zdrowia jest ulubionym resortem opozycji i najmniej ulubionym władzy – bez względu na to, kto rządzi. Łatwo uderzać w terminy wizyt wyznaczane na parę miesięcy do przodu, zamykane oddziały i niewystarczający sprzęt. Trudno natomiast to zmienić – z prostego powodu: każda reforma jest ryzykowna, a żaden polityk nie chce mieć na sumieniu zdrowia osób, które będą musiały czekać na lekarza jeszcze dłużej, niż wcześniej, przynajmniej w okresie przejściowym.
Mamy więc wybór: patrzeć na katastrofę, jaką będzie stopniowy upadek NFZ-u, albo powiedzieć w końcu: dość.
Polki i Polacy żyją w sytuacji schizofrenicznej, kiedy z jednej strony słyszymy o zaproszeniach do G20 i o tym, że przeciętny Polak stał się właśnie bogatszy od przeciętnego Hiszpana, a z drugiej strony ten sam przeciętny Polak musi wydawać dobrą część pensji na prywatną wizytę, nie próbując nawet już znaleźć terminu z NFZ-cie.
Przepraszamy; nie, nie przeciętny Polak, tylko Polak z miasta, w którym jest Luxmed lub Enelmed i który może sobie na takie prywatne leczenie pozwolić. A co z mniejszymi miastami? Co ze wsiami? Czy państwo, które w konstytucji ma zapisaną zasadę solidarności społecznej może sobie pozwolić na takie rozwarstwienie?
Nie. Potrzebujemy reformy. Jest na nią plan. A skoro wszyscy inni boją się cokolwiek zrobić, dajcie nam ją przeprowadzić.
Chcielibyśmy napisać, że podatek zdrowotny rozwiąże wszystkie problemy polskiej ochrony zdrowia. Tak nie będzie. Problemy z ochroną zdrowia są zbyt poważne, żeby załatwić je jedną zmianą. Nie chodzi tylko o finanse, ale też o strukturę, o wydolność, o załatanie dziur, przez które same finanse wypływają. Stwierdzenie, że nagle wszystko się zmieni, byłoby naiwne.
Ale podatek zdrowotny to pierwszy krok, który sprawi, że NFZ złapie oddech. Nie dość, że odbije się pozytywnie na stanie ochrony zdrowia, to i na stanach portfeli zdecydowanej większości z nas.
To bardzo prosty pomysł: każdy płaci 12 proc. podatku na ochronę zdrowia. Do tego 30 000 złotych kwoty wolnej dla wszystkich podatników. I tyle.
Oznacza to, że 90 proc. obywateli Polski będzie płaciło na zdrowie najmniej od lat. Zamiast tajemniczych, nieprzeniknionych i biurokratycznych składek zdrowotnych, proponujemy jasne zasady.
Dla osób prawnych, w tym korporacji, to będzie też 12 proc. – chyba że uczciwie odprowadzają wszystkie podatki w Polsce, co obniży tę kwotę o 7 proc.
A przy okazji ratujemy NFZ.
Jak wskazywał Adam Suraj w OKO.press, w porównaniu do obecnej składki zdrowotnej, 10 proc. najmniej zarabiających obywateli zaoszczędzi 200 złotych miesięcznie. Osoba o przeciętnych zarobkach oszczędzi 145 złotych miesięcznie. Więcej zaś zapłacą ci o najwyższych pensjach. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków zapłaci miesięcznie 25 złotych więcej.
To tyle, co za kawę w modnych warszawskich kariarniach. A osoby zarabiające najlepiej mogą sobie na taką kawę bez problemu pozwolić. 25 zł mniej w portfelu nie zrobi im w budżecie żadnej różnicy.
Do podatku dołożą się ci, którzy nas najbardziej wykorzystują dla swojego zysku, czyli producenci niezdrowego jedzenia i alkoholu. Najczęściej są to międzynarodowe korporacje unikające płacenia podatków w Polsce.
To kolejny pomysł na środki dla ochrony zdrowia: nowy podatek tłuszczowy. Obejmie on producentów takich produktów jak przesłodzone i przesolone przekąski, a także silnie przetworzonej “żywności”, która od pastwisk i pól uprawnych lepiej zna laboratoria.
Całość tego podatku zostanie przekazana na NFZ. To całkowicie logiczne. Jedzenie produktów tych firm fatalnie odbija się na naszym zdrowiu i naraża ochronę zdrowia na koszty związane z leczeniem konsumentów, a ich producenci, zamiast wziąć za to odpowiedzialność, cieszą się dochodami.
To oczywista niesprawiedliwość.
Podobnie z alkoholem; leczenie osób nadużywających alkoholu kosztuje krocie nas wszystkich, bez względu na to, czy sami pijemy, czy nie. Dlatego, propozycja Lewicy – 80% wpływów z akcyzy powinno trafiać bezpośrednio do NFZ.
Pojawiły się głosy, że koszt nowego podatku zostanie przeniesiony przez firmy na konsumentów. To jest jednak stwierdzenie, które nie ma potwierdzenia w badaniach.
Według różnych ekonomistów wzrost cen produktów po wprowadzeniu nowego podatku jest niski do umiarkowanego, ale klienci nigdy nie płacą całości podatku nakładanego na firmy. Szczególnie prawdziwe jest to w przypadku tych produktów, które nie są niezbędne do życia – a chipsy i alkohol do takich się zaliczają.
Przewiduje się, że podatek tłuszczowy doprowadzi do wzrostu cen niezdrowego jedzenia o 12-40 proc. Celem takiej opłaty jest jednak też to, aby Polacy rzadziej decydowali się na skrajnie niezdrowe przekąski.
Wprowadzenie podatku cukrowego dało dowody, że producenci wolą dostosować skład produktów pod prawo, niż drastycznie podnosić ich ceny. Czyli: firmy decydujące się na sprzedaż skrajnie niezdrowego jedzenia zapłacą więcej do budżetu, a ci, którzy będą chcieli uniknąć takiego podatku, wyprodukują zdrowsze alternatywy. Wygrywają obywatele.
Dzięki tym opłatom z 5,7 proc. PKB na zdrowie przejdziemy w 2030 roku do 9 proc. Już samo zastąpienie składki zdrowotnej podatkiem sprawiłoby, że z 5,7 proc. PKB osiągnęlibyśmy pułap 7,4 proc. PKB. Dodanie prognozowanych przychodów z podatku tłuszczowego i akcyzy sprawia, że na zdrowie będzie zostanie przeznaczone, konkretnie, 8,98 proc. PKB. Według prognoz Polskiej Sieci Ekonomii, wpływy z nowych danin wyniosą około 70 miliardów złotych.
Zamiast poszerzać dziurę budżetową, łatamy ją. Zamiast się zadłużać, zarabiamy na tych, którzy na nas zarabiają. Niesamowite, że robi to właśnie lewica, prawda?
Na początku odnosiliśmy się do Kisielewskiego: jednego z założycieli Unii Polityki Realnej, byłej partii Janusza Korwina-Mikkego. Naszym zdaniem również libertariańskiemu UPR-owi ten podatek powinien się spodobać. Ta propozycja zdecydowanie upraszcza bowiem sposób finansowania NFZ-u. Mętne, zawiłe, liczne regulacje dotyczące tego, kto ile powinien płacić składki zdrowotnej, zostają zastąpione prostym mechanizmem.
Paradoksalnie to lewica proponuje mechanizm deregulacyjny: i to taki, który pomoże ochronie zdrowia. Powinno to szczególnie zadowolić premiera, ponieważ rząd wprowadzający takie prawo zdobędzie szerokie uznanie – zarówno osób o wrażliwości prospołecznej, jak i tych nastawionych prorynkowo.
Zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia to inwestycja. I przepraszamy znowu za bezduszny język kapitalizmu: pracownik zdrowy to pracownik produktywny. Chyba każdy wie, że z katarem pracuje się gorzej – a katar jest niczym w porównaniu do takich chorób, jak rak.
Paradoksalnie, zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, a szczególnie na diagnostykę, pozwala znacząco zmniejszyć koszty leczenia, co potwierdzają liczne badania. Inwestycje podnoszą efektywność wydawanych pieniędzy.
Nie ukrywamy też: powyższe akapity dedykujemy ministrowi finansów Andrzejowi Domańskiemu. Rozumiemy przecież, że teka ministra finansów jest wyjątkowo ciężka, nieporęczna, w dodatku każdy by coś z niej chciał – a ona ma przecież dno.
Przy tym wszystkim nie powiedzieliśmy o najważniejszym: zdrowie jest wartością samą w sobie. Joanna jest pielęgniarką, matką i babcią. Maciej jest mężem i synem.
Chcemy, aby nasi bliscy jak najdłużej mogli się cieszyć dobrym zdrowiem. Chcemy cieszyć się razem z nimi i zamiast w szpitalach, spędzać czas na spacerach, przy stole, albo w parku. Bo kolejnym paradoksem ochrony zdrowia jest to, że im lepsza, tym mniej jest potrzebna. A teraz jest potrzebna bardzo.
W końcu, należy pamiętać o tym, że ochrona zdrowia jest kwestią bezpieczeństwa. W ostatnich latach nasze wydatki na obronność bezprecedensowo wzrosły. Nie ma wątpliwości, że to jest kierunek słuszny.
Przed chwilą miała miejsce czwarta rocznica pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, która pokazała, że skończył się świat, który znamy. W Ukrainie giną dziesiątki tysięcy ludzi i nie możemy sobie pozwolić na to, aby był nawet cień szansy, że Rosja nas zaatakuje.
Dlatego trzeba rozwijać armię. Jednocześnie trzeba pamiętać, że w tym momencie to choroby, a nie Rosjanie, zabijają Polaków. Nie mogąc odpuścić zbrojeń, musimy równie zdecydowanie odnieść się do problemów ochrony zdrowia. Podatek zdrowotny pozwala nam zjeść – bezcukrowe – ciastko i mieć ciastko.
Nie zabierając pieniędzy na obronność, dodajemy pieniądze na zdrowie. To zaś kosztem tych sektorów, które na niszczeniu naszego zdrowia zarabiają. Proste? Na tyle proste, że aż zdroworozsądkowe.
“Nierobienie niczego i czekanie jest bardzo złą strategią. Natomiast pokazanie, że ma się jakiś pomysł, zmusiłoby również opozycję do rzeczowej debaty w parlamencie, a nie tylko w mediach”, mówił OKO.press Bernard Waśko, współautor raportu na temat luki finansowej w ochronie zdrowia.
W takim razie coś zróbmy. Postawmy pierwszy krok na drodze do tego, żeby nasza publiczna ochrona zdrowia była na poziomie światowym.Bo Polki i Polacy na nią zasługują.
Czasem trudno uwierzyć, że coś się da. Ale sam rozwój Polski w ostatnich dekadach jest tak spektakularny, że niewiarygodny. Kto by pomyślał kilkadziesiąt lat temu, że Polska znajdzie się na drodze do gospodarczego przeskoczenia Wielkiej Brytanii? Kto by pomyślał, że będziemy w Unii Europejskiej i w NATO, że będziemy mogli podróżować bez paszportu po Europie i że zasiądziemy w europejskim centrum decyzyjnym, posiadając realny wpływ na przyszłość naszego kontynentu?
Cóż, ktoś musiał, bo chociaż jedna osoba musi w coś uwierzyć, żeby to stało się rzeczywistością. Uwierzmy więc też w to, że stać nas na dobrą ochronę zdrowia. Przestańmy się oszukiwać, że to niemożliwe.
Przestańmy marzyć. W końcu to zróbmy.
Badacz TikToka na Uniwersytecie w Groningen (Niderlandy). Zajmuje się fact-checkingiem na platformie w kontekście taktyk argumentacyjnych dziennikarzy. Pisał m.in. dla „Gazety Wyborczej", Działu Zagranicznego, czy Ha!-Artu, prowadził też audycje muzyczne i podróżnicze w Radiu Nowy Świat. Autor reportażu „Tycipanstwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone" (Wydawnictwo Poznańskie 2021).
Badacz TikToka na Uniwersytecie w Groningen (Niderlandy). Zajmuje się fact-checkingiem na platformie w kontekście taktyk argumentacyjnych dziennikarzy. Pisał m.in. dla „Gazety Wyborczej", Działu Zagranicznego, czy Ha!-Artu, prowadził też audycje muzyczne i podróżnicze w Radiu Nowy Świat. Autor reportażu „Tycipanstwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone" (Wydawnictwo Poznańskie 2021).
Komentarze