Zimowe Igrzyska Olimpijskie startują lada dzień. Polska kadra może pozytywnie zaskoczyć, choć trudno liczyć na sukces będących na medialnym świeczniku skoczków narciarskich. Atmosferę psuje jednak ostry konflikt wśród sportowych działaczy.
Zimowe Igrzyska Olimpijskie za rogiem, a w Polsce w ich przeddzień obserwujemy poważne zwarcie pomiędzy czołowymi działaczami i fatalną formę większości z naszych skoczków. Nie znaczy to jednak, że zmagania we włoskich Alpach, Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo nie przyniosą radości polskim kibicom.
Oficjalne otwarcie Igrzysk już w sobotę 6 lutego.
Polska wystawi 59 zawodników. Rywalizować będziemy między innymi w łyżwiarstwie szybkim, biathlonie, narciarstwie alpejskim, snowboardzie i skokach narciarskich.
Członkowie polskiej kadry olimpijskiej wyjadą do Włoch w cieniu skandalu. Powodem jest spięcie na linii Polski Komitet Olimpijski (PKOl) – Polski Związek Narciarski (PZN). Kontrowersje dotyczą dwójki osób startujących w dyscyplinach narciarstwa alpejskiego. Rządzony przez Adama Małysza PZN do udziału w Igrzyskach zaprosił Piotra Habdasa i Nikolę Komorowską. Nie spodobało się to PKOl-owi pod wodzą prezesa Radosława Piesiewcza. A do niego należała ostateczna decyzja w sprawie powołania zawodników. Zamiast Habdasa do Włoch pojedzie Michał Jasiczek, mimo wątpliwości co do wypełnienia podstawowych wymogów PZN i FIS (Międzynarodowej Federacji Narciarskiej).
W przypadku zawodniczek sprawa jest nieco inna. Komorowska miała jechać, mimo że wymagania PZN spełniała Aniela Sawicka. PKOl zarzucił PZN-owi łamanie własnych ustaleń. Do występów we Włoszech wyznaczył tę drugą, między innymi po dramatycznym apelu ojca Sawickiej w mediach społecznościowych. Małysz i działacze Związku argumentowali, że ten wybór ma mniej sensu, bo wszechstronna Komorowska mogłaby bardziej liczyć się w większej liczbie dyscyplin zjazdowych. Minister sportu zaprosił do rozmów Piesiewicza i Małysza. Nic jednak z nich nie wyszło, skład zgłoszony przez PKOl pozostaje niezmienny. Najsmutniejsze jednak, że nikt z czwórki zainteresowanych zawodników nie może się liczyć w walce o miejsca w czołówce.
Imprezie towarzyszą też międzynarodowe kontrowersje — do Włoch mieliby przyjechać agenci amerykańskiego ICE i funkcjonariusze irańskich służb, co budzi opór gospodarzy imprezy. W Igrzyskach pod neutralną flagą wystąpią też Rosjanie i Białorusini. A my, mimo wszystko skupiając się na sportowych wątkach, o nadchodzących Igrzyskach porozmawialiśmy z Kacprem Merkiem, dziennikarzem stacji Eurosport, ekspertem od dyscyplin zimowych.
OKO.press: Zacznijmy od tarć na linii Małysz-Piesiewicz. Kto tu ma rację – PZN czy PKOl?
Kacper Merk: W sprawie zawodniczek, Anieli i Nikoli, całkowita wina jest po stronie PZN. Tto, co zaproponowali działacze, nie mieści się w regulaminach, które sami wcześniej stworzyli. Próba uratowania sytuacji i zmiany uchwały PZN na korzyść Sawickiej nie udała się. Działacze z Zakopanego, którzy wcześniej byli za powołaniem Nikoli Komorowskiej, wstrzymali się od głosu. Więc nie zmienili decyzji na rzecz Anieli Sawickiej, która wcześniej wypełniła wszystkie kryteria kwalifikacyjne.
Inaczej wygląda sytuacja z zawodnikami. Tu więcej winy jest po stronie PKOl-u. PZN zachował się w tym przypadku zgodnie ze swoim regulaminem. Wytypował zawodnika, którego wyznaczył trener kadry. Drugi zawodnik, Michał Jasiczek, zgodnie z regulacjami PZN nie jest nawet zawodnikiem związku. Nie spełnia jego wymagań, nie jest objęty jego finansowaniem, programem treningowym. Co więcej, jeszcze w tygodniu poprzedzającym Igrzyska nie był aktywnym zawodnikiem w bazie FIS.
Tutaj wchodzimy w politykę. Adam Małysz był jedną z twarzy opozycji wobec prezesa Piesiewicza, szefa PKOl-u. Moim zdaniem prezes korzysta z okazji do tego, żeby się odegrać na PZN-ie, w szczególności na Małyszu, korzystając też z serii niekorzystnych dla PZN-u wydarzeń.
W czwartek minister sportu wezwał Piesiewicza i Małysza.
To nie było wezwanie na dywanik, bo minister sportu nie ma żadnej władzy nad szefem PKOl. Wezwać mógłby Adama Małysza, bo faktycznie sprawuje zwierzchnictwo nad PZN-em. Nie sądzę, by to był sposób na rozwiązanie tego konfliktu.
Wspomniałeś, że PZN nie ma dobrej passy. Warto więc chyba w tym kontekście porozmawiać o kadrze naszych skoczków. Nie trzeba śledzić zbyt uważnie zawodów, by wiedzieć, że dzieje się z nią coś niedobrego. Czy Zimowe Igrzyska Olimpijskie mogą być okazją, by poprawić reputację polskich skoków? W końcu to ostatnie Igrzyska Kamila Stocha, trzykrotnego mistrza olimpijskiego.
Tylko że to nie jest kwestia tego sezonu, a ostatnich pięciu. Niestety widać dziurę pokoleniową, bo nasza kadra jest najstarszą na świecie. Nie znaczy to, że starsi zawodnicy nie potrafią zaskoczyć — spójrzmy na przeżywającego bardzo dobry sezon 40-letniego Austriaka Manuela Fettnera. Gdy jednak przyjrzymy się pierwszej dziesiątce Pucharu Świata, to widać tam zawodników urodzonych między 1995 a 2002 rokiem. My w kadrze z zawodników w tym przedziale wiekowym mamy tylko jednego Pawła Wąska – rocznik 1999. Jest jeszcze Kacper Tomasiak, ale to już rocznik 2007.
Czyli starsi nie są już w dobrej dyspozycji, młodych nie widać?
Przez lata sukcesów Kamila Stocha, Dawida Kubackiego i Piotrka Żyły nie doczekaliśmy się zawodników z pokolenia, które dzisiaj przewodzi w skokach narciarskich. Trudno było jednak wystawiać w Pucharze Świata młodszych zamiast tej trójki, skoro ich forma była lepsza. Powiedzielibyśmy im: macie szanse na podium, ale na zawody wyślemy kogoś innego, bo za 5 lat będziecie słabiej skakać?
Zawodnicy, którzy mogliby dziś stanowić trzon reprezentacji, są na sportowej emeryturze lub zgubili formę. To Krzysztof Miętus, Krzysztof Biegun, Andrzej Stękała, Jakub Wolny. W kadrze mamy więc zawodników, którzy mogą od czasu do czasu wskoczyć do czołówki, złapać falę dobrej formy, jak wspomniany Fettner. Tylko że w kadrze Austrii obok Fettnera jest Tschofenig, Embacher, Hoerl, Kraft – czyli zawodnicy, którzy stabilnie trzymają świetną formę.
Stoch, Kubacki i Żyła muszą pogodzić się ze swoim wiekiem. Nie zaadaptowali się też dobrze do zmian w technice, które w skokach pojawiły się dwa lata temu. Ale niespodzianki się zdarzają — jak zwycięstwo Stocha i Kubackiego w konkursie duetów w Predazzo w Letniej Grand Prix.
Czyli na skoczni olimpijskiej, gdzie będą skakać podczas Igrzysk. To dobrze wróży?
Kieruję się sercem i trochę być może się łudzę, ale uważam, że możemy na skoczni walczyć o medal. Chodzi o to, by dobrze poszedł jeden konkurs. Kacper Tomasiak ze swoim świetnym odbiciem może powalczyć na skoczni w Predazzo. Zawodnicy będą rywalizować w trakcie jednego z konkursów na obiekcie mniejszym niż większość skoczni Pucharu Świata, czyli tak zwanej skoczni normalnej, z punktem konstrukcyjnym (K) na 95 metrze. Tomasiak może poradzić sobie na niej lepiej. Na dużych skoczniach, z punktem K w okolicach 120 metra, ma problemy przede wszystkim w ostatniej fazie lotu. Być może zaskoczy też Stoch, jest w dobrej formie fizycznej.
Oczywiście nie można się na to za bardzo nastawiać. Na Zimowe Igrzyska Olimpijskie jedziemy po medale przede wszystkim w łyżwiarstwie szybkim, tam jest wiele realnych szans.
Wracając do skoków, to czasem słyszę: trzeba teraz wystawiać młodych, podziękować starszym za ich dokonania. Ale czy ci młodzi gdzieś są?
To fajne, ale nieco populistyczne hasło. Nie jest tak, że młodych nie wysyła się na Puchar Świata na złość. Oni przegrywają wewnętrzną rywalizację i jeżdżą na zawody niższej rangi. Na młodych oczywiście trzeba stawiać, ale robić to z głową. Bywa, że oni doskakują do poziomu kadry A. Klemens Joniak prezentował się nieźle na treningach niedawnych Mistrzostw Świata w lotach, ale w zawodach nie wziął udziału. Może warto było wtedy na niego postawić, by nabierał doświadczenia, skoro wtedy i tak nie mieliśmy szans na medal?
Patrząc na formę niektórych z młodszych skoczków, trzeba jednak przyznać, że nie są w odpowiedniej dyspozycji. Na przykład Łukasz Łukaszczyk w Pucharze Kontynentalnym ostatnio był trzeciej dziesiątce. Na wyższym poziomie, czyli w Pucharze Świata, mógłby nie wejść do konkursu. Mamy super utalentowanych juniorów, kilkunastoletnich chłopaków. Musimy być cierpliwi. Być może będą gotowi do startów na najwyższym poziomie na kolejne Zimowe Igrzyska Olimpijskie?
A kto oprócz panczenistów może liczyć się w tym roku we Włoszech? Może zaskoczy ocierająca się o czołówkę alpejka Maryna Gąsienica-Daniel, może snowboardzistka Aleksandra Król-Walas?
Jestem optymistą i widzę nawet 10 szans medalowych. Ale nie idźmy z tym optymizmem zbyt daleko.
Bardzo lubię Marynę i mocno jej kibicuję, ale nie stała na podium Pucharu Świata w żadnej z konkurencji zjazdowych. Była blisko, nawet w ostatnich tygodniach. Po pierwszej próbie w slalomie gigancie w Szpindlerowym Młynie była piąta, ale wypadła w drugim przejeździe. Wcześniej też miewała świetne lokaty: była piąta, szósta, ósma. Podium dla niej byłoby więc dużą niespodzianką.
Nasze realne szanse to łyżwiarstwo szybkie. Damian Żurek ma szansę na obu swoich dystansach, i na 500, i na 1000 metrów, Kaja Ziomek-Nogal na 500 metrów jest druga w Pucharze Świata. Stała parę razy w ostatnich tygodniach na podium, jest w super dyspozycji. No i mamy jeszcze Władimira Semirunnija, który w zeszłym roku zdobył srebro na 10 000 i brąz na 5 000 metrów na Mistrzostwach Świata.
A więc to już pięć szans.
Dalej jest sztafeta mieszana, która zdobyła brąz na Mistrzostwach Świata. A to nie koniec, są inni zawodnicy pojawiający się w czołówce, dlatego bez przesady jestem w stanie doliczyć do dziesięciu szans medalowych.
Czyli polski kibic nie będzie się nudził?
W żadnym wypadku. W łyżwiarstwie szybkim jesteśmy bardzo mocni, są też szanse na dobre miejsce Maryny. Możemy też przyglądać się zawodom w biathlonie. Joanna Jakieła bywała w dziesiątce na początku sezonu. Uważam, że to będą lepsze Igrzyska, niż te poprzednie, w Pekinie i Pjongczangu.
W Igrzyskach wezmą udział Rosjanie i Białorusini, ale tylko nieliczni i pod neutralną flagą. Przy okazji każdych zawodów wysokiej rangi wracają pytania o ich obecność. Czy należało ich dopuścić? Słyszę czasem głosy oburzenia, ale z drugiej strony mało kto protestuje, gdy w tenisowym Wielkim Szlemie z powodzeniem startują reprezentanci tych krajów, również pod neutralną flagą. To podwójne standardy?
Te podwójne standardy nie dotyczą tylko Rosji. Sportowcy z Izraela przecież nadal startują w międzynarodowych zawodach, mimo że ich kraj jest agresorem. Jednak wracając do Rosji — to złożony temat.
Rozumiem decyzję MKOL-u o dopuszczeniu rosyjskich sportowców. W kraju liczącym 140 milionów ludzi nie wszyscy muszą popierać działania władz. Na tyle, na ile Rosję poznałem, mogę powiedzieć, że publiczne wyrażanie sprzeciwu wobec wojny w Ukrainie, może skończyć się zakazem startów, a nawet większymi represjami.
Dlatego rozumiem, dlaczego dano szansę tym rosyjskim sportowcom, którzy starają się pozostać neutralni, nie są żołnierzami ani propagandystami. Bo tych ostatnich nie brak. Jest np. narciarz Aleksander Bolszunow — wysoki rangą rosyjski żołnierz, zwolennik Putina i ideologii „wielkiej Rosji”. Nie wyobrażam sobie, by mógł startować. Prawdopodobnie zresztą nawet nie ubiegał się o status neutralnego sportowca. Wiedział, że go nie otrzyma.
Jeśli MKOL ustala jasne, surowe kryteria dla neutralnych sportowców, a ktoś je spełnia — uważam, że zasługuje na szansę. Nie żyjemy w Rosji ani w Korei Północnej, więc łatwo nam domagać się całkowitego wykluczenia wszystkich Rosjan. Ja jednak nie chciałbym ponosić zbiorowej odpowiedzialności za decyzje polityków mojego kraju — czy to Donalda Tuska, czy Karola Nawrockiego. Dlatego, jeśli ktoś spełnia wymogi MKOL-u, powinien mieć prawo startować pod neutralną flagą. To jest fair.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Komentarze