21 września 2020

Ziobro leży na deskach, ale jeszcze wstanie? Dymisja przełożona, czas na dywanik u Kaczyńskiego

Ciągle nie znamy wyniku narady na Nowogrodzkiej. Wydaje się, że polityczny wyrok na Ziobrę chwilowo został odroczony. Ale PiS nie łagodzi tonu. Mazurek: "Czas na zdecydowane rozstrzygnięcia wobec wszystkich, którzy grać zespołowo nie potrafią"

Pod znakiem przecieków o planowanym usunięciu Zbigniewa Ziobry z rządu i powstaniu rządu mniejszościowego upłynął polityczny poniedziałek. Minister sprawiedliwości miałby podzielić los Andrzeja Leppera, który też 21 września, ale 2006 roku wyleciał z gabinetu Jarosława Kaczyńskiego. Historia jednak się nie powtórzyła.

Trzy godziny trwała narada na Nowogrodzkiej z udziałem kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości. Obecni byli m.in. Mateusz Morawiecki, Ryszard Terlecki, Jacek Sasin, Krzysztof Sobolewski, a także Beata Szydło, której nie było podczas wcześniejszych rozmów, a w rządzie jest uznawana za stronniczkę Zbigniewa Ziobry.

Jedyne oficjalne stanowisko opublikowała na Twitterze Anita Czerwińska, rzeczniczka PiS: „Podjęto decyzje o zdecydowanych rozstrzygnięciach. O szczegółach poinformujemy w stosownym czasie”.

Ten czas jest potrzebny, jak informują RMF FM i „Dziennik Gazeta Prawna”, na rozmowę ostatniej szansy Kaczyńskiego z Ziobrą. Ziobro ma wtedy usłyszeć „twarde warunki". Pytanie, czy ocalił stanowisko na dwa dni - bo decyzja ma zapaść w środę - czy na dłużej.

Od kilku dni Kaczyński grał w grę „posłuszeństwo albo śmierć (polityczna)". Budował wrażenie, że jest gotowy na wszystko, byle utrzymać posłuch wśród swoich ludzi. Nawet za cenę rządu mniejszościowego lub kursu na przedterminowe wybory. Nauczony doświadczeniem sprzed dwóch i pół dekady, gdy prawica tonęła w konfliktach podzielona na partyjki i frakcyjki, teraz sprawiał wrażenie, jakby chciał udowodnić raz na zawsze, kto tu rządzi. Tyle tylko, że bez Ziobry i jego stronników może nie porządzić.

Ziobro przymila się i straszy

Od rana Ziobro zawzięcie walczył o swoje miejsce w rządzie. W odstępie dwóch godzin zwołał dwie przedziwne konferencje prasowe.

Na pierwszej wystąpił jako Prokurator Generalny. Ogłosił zarzuty wobec Leszka Cz. w związku z aferą Getback. Ale znaczną część wystąpienia poświęcił oskarżeniom wobec Sławomira Nowaka, przypominając, że jego mocodawcą był Donald Tusk. Wyglądało to, jakby na ostatniej prostej Ziobro wysyłał dwa komunikaty: próbował przypomnieć Kaczyńskiemu o swojej przydatności do walki z politycznymi przeciwnikami, ale dał też znać, że nie odstąpi od ścigania swoich (w aferze Getback pojawiają się ludzie związani z Mateuszem Morawieckim).

Tak samo podwójny był przekaz drugiej konferencji. Ziobro - tym razem w roli Ministra Sprawiedliwości - zachwalał koalicję z PiS-em i Porozumieniem. Mówił, że jest ona „dobrem”, „przyniosła wiele dobrych zmian” i „ma przed sobą wielką przyszłość”. Uderzał w górnolotne tony: „Możemy ten świat poprawić na lepsze, możemy wygrywać dla Polski”.

Kluczowe były jednak zdania o ustawie o bezkarności. „Jesteśmy gotowi rozmawiać, ale trzymając się zasady, że prawo jest wobec wszystkich równe" - stwierdził Ziobro. Dając do zrozumienia, że się nie cofnie. A odnosząc się do ustawy o zwierzętach, zaznaczył, że nie popierają jej ani Andrzej Duda, ani minister Krzysztof Ardanowski. Dodał też, że rozpad koalicji „może spowodować fatalne konsekwencje dla Polski".

Ziobro pokazał więc nie tylko, że nie jest bezsilny, ale wręcz przeciwnie: ma broń i nie zawaha się z niej skorzystać. Dziennikarze donoszą o szykowanych przez niego „hakach" na różnych polityków. W OKO.press pisaliśmy, że prokuratorzy drobiazgowo analizują interesy Morawieckiego.

Co tak naprawdę powiedział Ziobro, próbowaliśmy rozszyfrować tutaj:

Nie będzie Ziobro machał Kaczyńskim

Katalizatorem konfliktu były dwie ustawy - o ochronie zwierząt oraz o bezkarności urzędników i polityków. Ziobryści zapowiedzieli, że nie poprą żadnej z nich, a Porozumienie sprzeciwiło się pierwszej. Brak poparcia dla ustawy o zwierzętach miał zdenerwować Kaczyńskiego, a ustawy o bezkarności - Morawieckiego, z którym Ziobro od lat jest w głębokim i gorącym konflikcie. Tę drugą PiS wycofał, ale Ziobro i jego partia stały się głównym celem ataków ze strony partii Kaczyńskiego.

Jednak to nie same ustawy są tu kością niezgody. Walka idzie o zakres władzy, przyszłość układu rządzącego i kierunek, w jakim chce iść Zjednoczona Prawica.

Od kilku tygodni toczą się negocjacje nad umową koalicją i kształtem nowego rządu Morawieckiego. Solidarna Polska i Porozumienie, które mają po 18 posłów (15 proc. klubu parlamentarnego), domagały się między innymi po dwóch ministerstw w rządzie, który ma się składać z 12 resortów (30 proc).

Politycy PiS oskarżali koalicjantów, że mają za duże apetyty, grają powyżej swojej wagi. Kaczyński miał powiedzieć, że „ogon chce machać psem". „W pewnych środowiskach polityczych chodzi głównie o stanowiska i pieniądze" - mówił w poniedziałek Ryszard Terlecki TVN24 pod adresem koalicjantów. Najostrzej bodaj wypowiedział się w sobotę Joachim Brudziński w RMF FM: „młodzi niedoświadczeni niejednokrotnie po raz pierwszy zasiadają w polskim parlamencie (...) A którzy nabrali przekonania, że będą mogli ustawiać największą partię, którzy czasami mają stanowiska, które ich przerastają”.

Faktycznie klubowi koledzy Ziobry to głównie młodzi politycy z mizernym doświadczeniem, ale gorącymi głowami. Kim by jednak nie byli, bez nich Kaczyński nie ma większości.

Rząd bez Ziobry upadnie?

Klub PiS liczy w Sejmie 235 posłów, czyli większość rządowa wisi na pięciu osobach. Jednak 18 posłów to członkowie Solidarnej Polski, a 18 - Porozumienia. Dwóch parlamentarzystów SP było jednocześnie ministrami (Ziobro i Woś), pięciu - wiceministrami (Sebastian Kaleta, Janusz Kowalski, Jacek Ozdoba, Marcin Warchoł, Michał Wójcik).

Jeśli Ziobro pociągnie za sobą partię, rząd Morawieckiego straci większość. Zabraknie 13 par rąk.

Skąd Kaczyński może je wziąć?

Być może właśnie z Solidarnej Polski. Taką strategię zapowiadał w poniedziałek w TVN24 Ryszard Terlecki: „Mam nadzieję, że niektórzy z posłów jednej, drugiej partii koalicyjnej przyjadą po rozum do głowy i zostaną w klubie". Jeśli Ziobryści okażą się wierni prezesowi swojej partii, a nie PiS, Kaczyński może wrócić do wcześniejszych pomysłów: 6 posłów ma Kukiz, który ostatnio nie wykluczał współpracy z PiS-em. Pozostałą siódemkę PiS może próbować wyciągnąć z Konfederacji i PSL-u. Takie próby już były. Dotąd się nie powiodły.

W poniedziałek pojawiły się informacje, że do PiS-u miałaby przejść Jadwiga Emilewicz. Kiedyś bliska współpracowniczka Jarosława Gowina, zastąpiła go w funkcji wicepremiera, gdy odszedł z rządu po kryzysie wokół wyborów prezydenckich. Jak pisaliśmy w OKO.press, Emilewicz jest coraz bliżej Mateusza Morawieckiego, miała nawet dostać propozycję objęcia ministerstwa finansów.

Przyciągnięcie Emilewicz może być sygnałem, że jest miejsce w PiS-ie dla tych, którzy pożegnają się z „przystawkami", a nagrody za lojalność mogą być wysokie. Tak samo jak kary za niesubordynację.

PiS może też próbować rządów mniejszościowych na jakiś czas. Taki scenariusz PiS już ćwiczył niemal dokładnie 14 lat temu.

21 września 2006 z rządu PiS został wyrzucony Andrzej Lepper. Miesiąc później do rządu wrócił.

I teraz też Kaczyński może próbować Ziobrę przetrzymać, a jego ludzi pozbawić posad w spółkach skarbu państwa. Licząc, że upokorzony i pozbawiony władzy, wróci i nie będzie robił problemów. Jednak Ziobro z 2020 to nie ten z 2007.

Ziobro, czyli kto

Pozbywając się Ziobry, Kaczyński rozstałby się z osobą, z którą od lat współpracował, ba, zbudował z Ziobrą partię, współtworzył kolejne rządy.

Ziobro jest z Prawem i Sprawiedliwością związany od samego początku, a jeszcze dłużej z Kaczyńskimi. Był jednym z najbliższych współpracowników Lecha Kaczyńskiego i wiceministrem, gdy ten kierował resortem sprawiedliwości. A później był szefem jego prezydenckiej kampanii wyborczej.

Zasłynął w czasie afery Rywina w 2004 roku. To w znacznej mierze jego zasługa, że komisja śledcza stała się telewizyjnym spektaklem, który tysiące osób śledziły z zapartym tchem.

Ziobro już raz Kaczyńskiego opuścił. W 2011 roku założył Solidarną Polskę. Solowa kariera Ziobry nie trwała długo. Po tym, jak nie dostał się do Parlamentu Europejskiego w 2014, Ziobro znów zaczął współpracować z PiS-em. A w 2015 roku ponownie trafił do rządu jako minister sprawiedliwości.

Budował siebie i robił sobie wrogów

Za obecnych rządów PiS Ziobro był kluczową osobą w procesie przejmowania sądów. Kiedy przez Sejm przelatywały ustawy zmieniające porządek prawny, Ziobro dbał o „czynnik ludzki”. W deformie sądownictwa to on był „kadrowym”: dyscyplinował sędziów broniących prawa i Konstytucji, a wymiar sprawiedliwości obsadzał swoimi.

Jednocześnie coraz bardziej zwiększał swoje wpływy. Zaczął się mieszać do polityki zagranicznej. To w resorcie Ziobry powstała ustawa, która spowodowała jeden z największych międzynarodowych kryzysów za rządów PiS: ustawa o IPN.

To Ziobro chciał wypowiedzieć konwencję antyprzemocową/stambulską, a jego ludzie byli na pierwszej linii w kampanii przeciwko osobom LGBT. Ziobro jest współautorem ustawy, która ma stworzyć „indeks” organizacji pozarządowych. Ten ruch zdenerwował nawet wicepremiera Piotra Glińskiego, któremu Ziobro wszedł w kompetencje.

Bo Ziobro robił sobie w rządzie wrogów. O ile Jacek Czaputowicz, były minister spraw zagranicznych, był wrogiem niegroźnym, inaczej jest z Mateuszem Morawieckim. Premier bowiem, za przyzwoleniem Kaczyńskiego, zwiększa swoje wpływy.

Za pierwszego PiS-u Ziobro budował pozycję na osobistym wizerunku bezkompromisowego szeryfa. Od tego czasu rozwinął się jako polityk. Zbudował zaplecze: frakcję głównie młodych, radykalnych polityków. Wraz z nimi forsował skrajną linię ideologiczną. Patryk Jaki, Sebastian Kaleta, Jan Kanthak, Janusz Kowalski, Marcin Warchoł, Michał Woś. Sprawni w wywoływaniu medialnych burz, zdobyli sporą rozpoznawalność. Na radykalizm ścigają się z Konfederacją.

To nie wszystko: Ziobro postanowił sięgnąć po ważny pisowski polityczny atut: wsparcie Tadeusza Rydzyka. Jednym z narzędzi ustanawiania wpływów jest dla Ziobry Fundusz Sprawiedliwości.

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne