W systemie pomocowym ZUS kryje się pułapka, przez którą ludziom próbującym wyjść z biedy grozi zawieszenie renty i zadłużenie. Przekonała się o tym Ewa, samotna matka z rentą i orzeczeniem o niepełnosprawności, od której ZUS zażądał zwrotu prawie 3 tys. zł. Dlaczego? Ewa zarabiała... za dużo
Ewa, samotna matka z rentą i orzeczeniem o niepełnosprawności, poszła do pracy jako sprzątaczka. Zarabiała 4,2-4,5 tys. zł miesięcznie „do ręki”. Po rocznym rozliczeniu renty ZUS zażądał zwrotu prawie 3 tys. zł. By spłacić dług, córka Ewy zrezygnowała z wymarzonego drugiego kierunku studiów i szukała pracy. To jednostkowa historia jednej rodziny – i przykład tego, jak działa pułapka rentowa: system, w którym praca ma pomagać wyjść z biedy, ale przekroczenie limitu przychodów może zmniejszyć rentę, albo ją zawiesić i zamienić świadczenie w dług.
Pismo przyszło po południu. Ewa wróciła z pracy, zajrzała do skrzynki i otworzyła kopertę z ZUS. Najpierw – jak mówi – była ciekawość. Potem przerażenie. – Zobaczyłam, że to ja muszę zapłacić. Nie ja dostanę pieniądze, tylko ja mam oddać to, co mi dali. Byłam wściekła. Popłakałam się i zaczęłam myśleć, co można zrobić – opowiada.
ZUS rozliczył poprzedni rok i uznał, że Ewa przekroczyła limit przychodu, od którego renta z tytułu częściowej niezdolności do pracy jest zmniejszana. Kwota do zwrotu: ponad 2 800 zł. W piśmie – według relacji Ewy – nie było prostego wyjaśnienia, za które miesiące i o ile przekroczyła próg.
– Była jedna suma, jedna wartość do zapłaty – mówi Ewa. Dla samotnej matki i osoby niepełnosprawnej nie była to po prostu decyzja administracyjna.
Kwota do zwrotu była niemal równa dwóm miesięcznym rentom.
Kiedy zaczyna się ta historia, Ewa pobierała około 1,6 tys. zł renty netto. Utrzymywała z niej siebie i córkę, Katarzynę. – Trzeba było zapłacić za mieszkanie, światło, telefon, bilet. A wtedy nie starczało już na inne rzeczy, które też są potrzebne, ale można było je ograniczyć: jedzenie, ubranie, środki czystości. O wyjściach kulturalnych czy wyjazdach nie było mowy. Po prostu nie było za co – opowiada Ewa.
Po latach takiego życia Ewa zdecydowała się na pracę. Zatrudniła się jako pracownica sprzątająca. Umowa o pracę. Pełny etat. Pensja: zwykle 4,2-4,5 tys. zł miesięcznie do ręki. – Co ja mogę robić z moją niepełnosprawnością i z moim wykształceniem? Mam problemy z pamięcią, z nauką. Ja mogę tylko sprzątać – mówi.
Ewa ma rentę z tytułu częściowej niezdolności do pracy i orzeczenie o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Gdyby przedstawiła je pracodawcy, mogłaby korzystać z uprawnień przewidzianych dla osób z takimi orzeczeniami: siedmiogodzinnej dobowej normy czasu pracy i dodatkowego urlopu. Nie zrobiła tego. Innymi słowy, zrezygnowała z uprawnień, które miały chronić jej zdrowie.
– Bałam się powiedzieć, że jestem na rencie. Jak się później okazało – dobrze, bo niechętnie zatrudniają osoby z niepełnosprawnościami. Widziałam, jaka była rozmowa. Koleżankom i przełożonym przeszkadzało, że miałabym pracować godzinę krócej i mieć dłuższy urlop – wspomina Ewa.
O progach zarobkowych Ewa wiedziała ogólnie. – Szczerze mówiąc, nie przejmowałam się tym zbytnio. Liczyłam, że się nie załapię na przekroczenie. Okazało się, że przekroczyłam.
Nikt nie wytłumaczył jej dokładnie, jak działa system: co liczy się do przychodu, kiedy zmieniają się progi, jak rozliczać trzynastki, zapomogi i dodatki. – ZUS, pracodawca, ktoś inny – absolutnie nie. Sama musiałam się dowiedzieć – mówi Ewa.
Zwrotu w jednej kwocie nie była w stanie zapłacić. Wystąpiła do ZUS o raty. Zgoda przyszła: około 450 zł miesięcznie przez pół roku. – 1612 zł renty, odjąć 460 zł spłaty. To ile jest? Około 1150 zł na życie dla dwóch osób – mówi Ewa.
Pracy nie rzuciła. Uznała, że nawet po zwrocie ma trochę więcej niż gdyby wróciła do samej renty. Ale z domowego budżetu znikało wszystko, co dawało się ograniczyć: lepsze jedzenie, nowe ubrania, środki czystości kupowane bez kalkulacji, drobne wydatki bez poczucia winy. – To jest wybór: jeść szynkę czy jeść smalec i biały ser ciągle.
Były pożyczki od rodziny. Było szukanie promocji. Był ciucholand zamiast sklepu.
I była decyzja, której Ewa nie chciała podejmować: Katarzyna musiała ograniczyć studia i pójść do pracy.
Katarzyna dowiedziała się o piśmie z ZUS po kilku dniach. „Mama nie od razu powiedziała mi o swoim problemie – jak się później okazało, naszym problemie” – pisze w refleksji przekazanej autorom.
W tym czasie Katarzyna kończyła licencjat i planowała dalszą edukację. Chciała kontynuować rozpoczęty kierunek na drugim stopniu, ale też rozpocząć drugi, wymarzony kierunek, na który zdała trudne egzaminy wstępne.
„Wymagało to ode mnie dużo wysiłku, ale dostałam się i bardzo się cieszyłam. To była dla mnie szansa” – pisze Katarzyna. Miała nadzieję, że po wymarzonych studiach będzie mogła lepiej zarabiać i w przyszłości pomóc matce. „Tak, żeby mama nie musiała już pracować na pełen etat, tylko mogła podjąć jakąś lżejszą pracę”.
Początkowo matka i córka liczyły, że Ewa sama spłaci dług. Ale przy racie ponad 450 zł miesięcznie i przy budżecie mającym pokryć potrzeby dwóch osób szybko stało się jasne, że to niemożliwe.
„Źle się z tym czułam” – pisze Katarzyna. „Dla mnie to było bardzo silne poczucie niesprawiedliwości: dlaczego system karze osoby, które mimo wszystko starają się zarobić? Które nie chcą żyć tylko z zasiłków, ale wychodzą z inicjatywą, chcą się rozwijać i płacą podatki?”.
Najtrudniejszy moment przyszedł wtedy, gdy Ewa powiedziała córce, że prawdopodobnie nie da rady spłacić długu sama.
„Musiałam zrezygnować z drugiego, wymarzonego kierunku studiów. Było mi bardzo przykro. Czułam, że mój wysiłek nie został doceniony, a teraz muszę pomóc mamie w spłacaniu długu i poszukać pracy” – pisze Katarzyna.
Szukanie pracy trwało kilka miesięcy. Katarzyna studiowała dziennie, więc potrzebowała zajęcia, które da się pogodzić z uczelnią. Nie chciała pracy, po której będzie tak fizycznie zmęczona, że nie będzie mogła się uczyć. „Zmagałam się ze zniechęceniem, a jednocześnie z presją, że muszę pomóc mamie. Moje ambicje edukacyjne zeszły na dalszy plan”.
Gdy po kilku miesiącach znalazła pracę i była w stanie pomóc Ewie, poczucie absurdu pozostało. „Dla mnie ironiczne jest to, że państwo uważa, że praca jako sprzątaczka to już za wysokie pieniądze. Pułapka rentowa nie dotyczy tylko osoby z niepełnosprawnością. Odbija się na rodzinie takiego człowieka” – pisze Katarzyna.
To najważniejszy wymiar tej historii: decyzja ZUS nie uderzyła nie tylko w Ewę, która chciała po prostu dorobić do niskiej renty, ale także w Katarzynę, która miała właśnie wejść w dorosłość z większymi szansami.
Pułapka rentowa to konkretny mechanizm prawny. Rencista może dorabiać, ale tylko do określonych limitów przychodu. Progi są powiązane z przeciętnym wynagrodzeniem i zmieniają się co kwartał.
Od 1 marca 2026 r. obowiązują dwie granice:
Do limitu liczy się nie „to, co wpływa na konto”, lecz przychód w rozumieniu zasad ZUS – w praktyce kwota stanowiąca podstawę wymiaru składek emerytalnych i rentowych. Dlatego pensja „do ręki” może być myląca. W przypadku Ewy 4,2-4,5 tys. zł netto oznaczało przychód brutto zbliżony do dolnego limitu obowiązującego w 2025 roku. Dodatkowe składniki wynagrodzenia, np. trzynastka, zapomoga czy dodatek, mogły przesądzić o przekroczeniu.
System dzieli przychody rencisty na trzy strefy:
Najbardziej brutalny moment powstaje na granicy drugiej i trzeciej strefy. Po jednej stronie rencista zachowuje jeszcze część świadczenia. Po drugiej traci je w całości. Jedną sytuację od drugiej może dzielić złotówka przychodu.
Wszystkie poniższe kwoty są brutto i obowiązują od 1 marca 2026 r. To uproszczone przykłady pokazujące sam mechanizm gwałtownego spadku świadczenia. Podatki i składki wpływają na kwoty „do ręki”, ale nie zmieniają zasady: po przekroczeniu progu 130 proc. świadczenie może zniknąć nagle.
Przykład: osoba z najniższą rentą z tytułu całkowitej niezdolności do pracy zarabia dokładnie na granicy progu 130 proc. Zachowuje jeszcze rentę zmniejszoną maksymalnie, czyli około 989 zł brutto. Jeśli jej przychód przekroczy próg, świadczenie zostaje zawieszone.
Różnica wynosi prawie 1 tys. zł miesięcznie.
W przypadku renty z tytułu częściowej niezdolności, takiej jak u Ewy, maksymalny jednorazowy spadek świadczenia jest mniejszy – około 742 zł brutto. Ale historia Ewy pokazuje, że problemem nie jest tylko jeden miesiąc. Problemem jest też rozliczenie po czasie.
Rencista ma obowiązek poinformować ZUS o podjęciu pracy i o przychodzie. Co roku – do końca lutego – powinien dostarczyć zaświadczenie o przychodzie za poprzedni rok. ZUS ostatecznie rozlicza świadczenie po zakończeniu roku kalendarzowego. Może rozliczyć je rocznie albo miesięcznie i powinien wybrać wariant korzystniejszy dla świadczeniobiorcy, o ile ma dane miesięczne.
To ważne, bo w praktyce wiele osób rozumie system dopiero wtedy, gdy dostaje decyzję z kwotą do zwrotu. Ewa mówi, że pismo było dla niej ogólne. Nie wiedziała, które miesiące były problemem: czy decydowała pensja zasadnicza, trzynastka, zapomoga, czy suma kilku składników.
Prawo tworzy tu asymetrię. Rencista ma być czujny przez cały rok: śledzić kwartalne limity, rozumieć różnicę między netto a przychodem liczonym przez ZUS, pamiętać o dodatkach i jednorazowych wypłatach. System działa wolniej: ostateczny rachunek przychodzi dopiero po roku.
Jeżeli rencista poinformuje ZUS o przychodach, ZUS może żądać zwrotu świadczeń, które nie przysługiwały, za ostatni rok. Jeżeli nie poinformuje – za trzy lata wstecz.
W obu wariantach dla osoby żyjącej z niskiej renty skutkiem może być dług, który trzeba spłacać miesiącami albo latami.
Rzecznik Praw Obywatelskich interweniował już w sprawach rencistów socjalnych, od których ZUS żądał zwrotu świadczeń po przekroczeniu limitów. Skarżący nazywali ten mechanizm „pułapką rentową” i wskazywali, że staje się barierą w aktywizacji zawodowej osób z niepełnosprawnościami.
Ewa wpadła w łagodniejszą część systemu: nie przekroczyła progu zawieszenia renty, tylko próg zmniejszenia. Jej dług wyniósł niespełna 3 tys. zł. To i tak wystarczyło, żeby domowy budżet się załamał.
Od 2025 roku osoby uprawnione do renty socjalnej, które mają także orzeczenie o niezdolności do samodzielnej egzystencji, mogą otrzymywać dodatek dopełniający. To ważna zmiana dla osób z najcięższymi niepełnosprawnościami. Od 1 marca 2026 r. dodatek wynosi 2704,71 zł brutto i jest wypłacany razem z rentą socjalną.
Renta socjalna wynosi od 1 marca 2026 r. 1978,49 zł brutto. Razem daje to 4683,20 zł brutto miesięcznie.
Problem polega na tym, że według ZUS prawo do dodatku dopełniającego – podobnie jak w przypadku renty socjalnej – może zostać zawieszone albo dodatek może zostać zmniejszony w zależności od osiąganego przychodu.
To oznacza, że pułapka rentowa dotyczy także świadczenia przeznaczonego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji.
Przy przekroczeniu progu 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia ryzykiem jest zawieszenie nie tylko renty socjalnej, ale także dodatku. W skrajnym miesięcznym wariancie chodzi więc o 4683,20 zł brutto świadczeń. Gdyby taka sytuacja trwała 10 miesięcy, suma świadczeń do rozliczenia mogłaby wynieść 46 832 zł brutto; przy 12 miesiącach – 56 198,40 zł brutto.
Jedno jest jasne: świadczenie stworzone z myślą o osobach wymagających najwyższego poziomu wsparcia zostało włączone w ten sam system limitów. A to oznacza, że osoba z najcięższą niepełnosprawnością, która podejmie pracę, również musi pilnować progu.
Skala problemu jest większa niż pojedyncza historia Ewy. Organizacje działające na rzecz osób z niepełnosprawnościami szacują, że dylemat pracy i renty może dotyczyć nawet ponad miliona osób, jeśli uwzględnić różne rodzaje rent: z FUS, socjalne, rodzinne, rolnicze i mundurowe.
Twarde dane prezentowane przez inicjatywę społeczną są mniejsze, ale nadal znaczące. Według informacji przedstawionych przez organizacje w styczniu 2026 roku w każdym miesiącu 2024 roku ZUS zawieszał średnio około 6,6 tys. rent i zmniejszał kolejne 3,5 tys. z powodu przekroczenia limitów przychodu. Łącznie to ponad 10 tys. decyzji miesięcznie o obcięciu albo zatrzymaniu świadczenia. Według tych samych danych w budżecie pozostało z tego tytułu około 144 mln zł.
Widać tu mechanizm. Pułapka rentowa nie dotyczy wyłącznie osób, które rezygnują z pracy. Dotyczy także tych, którzy pracują i po doświadczeniu rozliczenia zaczynają sami ograniczać swoje zarobki. Nie chodzi o brak ambicji. Chodzi o dostosowanie się do systemu, który karze za wyższe zarobki. Każda dodatkowa godzina może po roku zamienić się w nowe pismo z ZUS.
Ewa mówi wprost: – Koleżankom powiedziałam, że jak będzie dodatkowa praca, to dziękuję. Nie podejmuję, bo muszę się pilnować pułapki rentowej.
Pułapka rentowa wystawia dwa rachunki. Pierwszy jest finansowy. Drugi – psychiczny i zdrowotny.
– Ciągle byłam w przewlekłym stresie. Nie mogłam zasnąć, a jak już zasnęłam, to budziłam się w nocy. Rano miałam problem, żeby wstać – mówi Ewa.
Praca sprzątaczki zaczyna się wcześnie i wymaga siły fizycznej. Ewa opowiada, że po nieprzespanych nocach „jechała na środkach pobudzających”: kawa, napoje energetyczne, wszystko po to, żeby rano dać radę pracować. – To, co zarobiłam, częściowo musiałam wydać, żeby móc pracować – mówi Ewa.
Wsparcie było ograniczone. Rodzina współczuła, czasem pożyczała pieniądze.
Na pomoc pracodawcy Ewa nawet nie liczyła.
Najtrwalsza zmiana była jednak zawodowa. Po doświadczeniu długu wobec ZUS Ewa nauczyła się nie zarabiać za dużo. Pilnuje progów w internecie, pyta córkę, odmawia dodatkowej pracy. – Co z tego, że będę miała wyższy dochód, skoro będę musiała więcej zwrócić? Równie dobrze mogę pracować w mniejszym wymiarze albo nie robić nic i prosić państwo o zapomogi – mówi Ewa.
Kiedy pytamy, ile musiałaby zarabiać, żeby zrezygnować z renty i utrzymywać się z samej pensji, odpowiada szybko: – Z 8 000. A gdzie ja zarobię ze swoim wykształceniem osiem tysięcy? Musiałabym się doszkolić, a z moją głową to by długo trwało.
To jest definicja pułapki. Między pensją, którą Ewa jest w stanie dostać w pracy fizycznej, a pensją, która realnie zastąpiłaby rentę i koszty życia z niepełnosprawnością, leży przepaść.
– W pierwszym odruchu odechciewa się w ogóle podejmować pracę. Nie dziwię się, że niektórzy ludzie w ogóle nie podejmują pracy albo kombinują z pracą na czarno. Nie dość, że się starasz, to jeszcze ci zabierają za to, że się starasz – mówi Ewa.
W debacie o osobach z niepełnosprawnościami często mówi się o luce zatrudnienia: ilu ludzi nie pracuje, choć mogłoby. Pułapka rentowa tworzy jeszcze inną lukę – płacową i awansową. To różnica między tym, ile osoba z niepełnosprawnością zarabia, a ile mogłaby zarabiać, gdyby system nie karał jej za przekroczenie progu.
Część rencistów nie rezygnuje z pracy. Rezygnuje z nadgodzin, premii, awansu, lepszego stanowiska albo drugiego zlecenia. Formalnie są aktywni zawodowo.
W statystykach wyglądają jak sukces aktywizacji. W praktyce sami pilnują, żeby nie zarobić za dużo.
Międzynarodowa Organizacja Pracy wyliczyła w 2024 roku, że pracujące osoby z niepełnosprawnościami zarabiają średnio o 12 proc. mniej za godzinę niż pozostali pracownicy, a większości tej różnicy nie da się wyjaśnić wykształceniem, wiekiem ani typem pracy. Polska nie publikuje analogicznej luki płacowej osób z niepełnosprawnościami.
Pułapka rentowa nie jest jedyną barierą. Są też stereotypy pracodawców, niedostępne miejsca pracy, brak elastycznych form zatrudnienia, wyższe koszty leczenia i rehabilitacji. Ale pułapka rentowa jest barierą szczególną: została zapisana wprost w prawie. I przerzuca ryzyko pomyłki na osobę z niepełnosprawnością.
Dla kobiet takich jak Ewa działa to podwójnie. Samotna matka nie ma drugiego dochodu w gospodarstwie domowym, który zamortyzuje decyzję ZUS. Gdy przychodzi pismo, konsekwencje ponosi dziecko. Katarzyna nie zrezygnowała ze studiów dlatego, że straciła ambicje. Zrezygnowała, bo domowy budżet dostał rachunek z ZUS.
Rozwiązania są znane. Różnią się kosztem i radykalnością, ale każde byłoby lepsze niż obecny gwałtowny spadek świadczenia.
Po pierwsze: znieść limity dorabiania do rent. Renta byłaby traktowana jako świadczenie związane z niepełnosprawnością i utratą zdrowia, a nie jako zastępnik wynagrodzenia.
Rencista mógłby pracować bez ryzyka, że dodatkowy przychód zmieni świadczenie w dług.
Po drugie: podnieść progi. Zamiast 70 i 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia można wprowadzić wyższe limity, np. 130 i 200 proc. To nie zlikwidowałoby pułapki, ale odsunęłoby ją od osób pracujących za przeciętne albo umiarkowane wynagrodzenia. Sprzątaczka, pracownik administracyjny czy specjalista na początku kariery nie musieliby co miesiąc sprawdzać, czy ich pensja nie znalazła się zbyt blisko granicy.
Po trzecie: wprowadzić stopniowe wygaszanie świadczenia. Zamiast progu, po którego przekroczeniu renta gwałtownie znika, świadczenie mogłoby maleć stopniowo wraz ze wzrostem przychodu. Najważniejsza zasada byłaby prosta: dochód z pracy zawsze powinien zwiększać łączny dochód człowieka, a nie go obniżać.
Do każdego wariantu potrzebna jest jeszcze jedna zmiana: bieżące informowanie. ZUS powinien ostrzegać rencistę, gdy przychód zbliża się do progu albo gdy próg się zmienia. Powinien też jasno wyjaśniać, jak liczyć premie, trzynastki, zapomogi i inne składniki wynagrodzenia. Dzisiejszy model wymaga od osoby z orzeczoną niezdolnością do pracy księgowej czujności, której często nie ma nawet w komunikacji między pracodawcą a urzędem.
Ewa formułuje jeszcze jeden postulat: do projektowania zmian dopuścić osoby, które naprawdę żyją z rentą i muszą pilnować progów. To zasada projektowania polityki społecznej: nie tworzyć rozwiązań dla osób z niepełnosprawnościami bez ich udziału.
– Niech wezmą do zarządzania ludzi, którzy też biorą rentę i muszą się pilnować tych pułapek. Niech ich wsadzą do komisji – pół na pół, a najlepiej trzy czwarte. Wtedy by to przeszło po ludzku – mówi Ewa.
Ewa nadal pracuje. I nadal sprawdza progi. Nie bierze dodatkowych zleceń, jeśli mogą podnieść przychód za wysoko. System ją nauczył, że trzeba ograniczyć ambicje.
Katarzyna studiuje i pracuje. Drugi kierunek, na który zdała egzaminy i który miał dać jej nowe życiowe szanse, został odłożony. Czas, w którym mogła się uczyć, a zamiast tego szukała pracy, został bezpowrotnie stracony.
„Renta z tytułu niezdolności do pracy powinna być świadczeniem niezależnym od tego, czy ktoś pracuje. Niepełnosprawność wiąże się z dodatkowymi kosztami, których nie mają osoby bez niepełnosprawności. Pułapka rentowa odbija się na rodzinie i nie motywuje osób z niepełnosprawnościami do podejmowania pracy” – pisze Katarzyna.
Ewa mówi ostrzej: – Niech ci, którzy decydują o tych przepisach, spróbują przeżyć za tę sumę pół roku. Albo niech im proporcjonalnie od wypłaty zabierają co miesiąc. Jak odczują finansowy deficyt i poczucie ograbienia, może wtedy zrozumieją.
Przypadek Ewy nie jest najgorszym możliwym scenariuszem. Jej dług wyniósł niespełna 3 tys. zł i dotyczył strefy zmniejszenia, nie zawieszenia. Ale właśnie dlatego jest tak ważny. Pokazuje, że do kryzysu nie trzeba spektakularnych zarobków. Wystarczy praca sprzątaczki, kilka dodatkowych składników wynagrodzenia, limit, którego nikt jasno nie wytłumaczył, i rozliczenie po roku.
Państwo mówi osobom z niepełnosprawnościami: pracujcie, aktywizujcie się, nie bądźcie zależni. Ten sam system mówi im jednak: tylko nie zarabiajcie za dużo. A jeśli się pomylicie, rachunek przyjdzie po czasie. Zapłacicie wy i wasza rodzina.
Imiona bohaterek zostały zmienione. Dla ochrony anonimowości usunęliśmy albo uogólniliśmy część szczegółów dotyczących miejsca pracy, edukacji i sytuacji rodzinnej.
Współautorka tekstu jest studentką, magistrantką studiów II stopnia Polityka publiczna na Uniwersytecie Warszawskim.
Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.
Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.
Komentarze