Zybertowicz: Bo ludzie głupie są

Zybertowicz: Bo ludzie głupie są

prawda czy fałsz

Zybertowicz: Bo ludzie głupie są

Według profesora Zybertowicza część Polaków to ciemnota, którym żadna szkoła nie pomoże, bo genetycznie nie są zdolni do "wielopoziomowego myślenia" i autorefleksji. To mówi przedstawiciel władzy, która ma bronić interesów "zwykłych Polaków".
Sprawdzamy, co na to współczesna nauka

W wywiadzie dla „Teologii Politycznej Co Tydzień” (nr 74) społeczny doradca prezydenta Andrzeja Dudy powiedział, że powszechna edukacja, która przygotowuje obywateli do krytycznego myślenia, to utopia. Dlaczego? Bo część ludzi nie jest zdolna do głębszego myślenia z powodów biologicznych – takie mają geny, a część – z powodów społecznych – takie mają otoczenie.

Prof. Zybertowicz mówi: „Jednym z tych utopijnych wyobrażeń jest przekonanie, że poprzez masową edukację dobrej jakości prawie wszystkich możemy wychować na światłych obywateli. Obywateli w większości zdolnych do krytycznego, metapoziomowego myślenia, zdolnych do pogłębionej refleksji oraz do dystansowania się od własnych przedzałożeń religijnych czy filozoficznych. (…) Tymczasem jest to utopia, bo…


spora część ludzi, być może większość, albo nie posiada genetycznego uposażenia, które by dawało im szansę na wielopoziomowe myślenie oraz autorefleksję, albo uwięziona jest w kontekstach społecznych, które nie preferują takiego myślenia, nie premiują go.

Andrzej Zybertowicz, wywiad dla "Teologii Politycznej" - 01/09/2017


Fałsz. Współczesna nauka mówi co innego.


Andrzej Zybertowicz jest jednym ideologów PiS. To on inspirował pojęcia „układu polityczno-biznesowego”, którym przez lata posługiwał się PiS, czy koncepcję IV RP. Doradzał w sprawach bezpieczeństwa premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu (2007), a potem prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu (2008-2010). Od 2015 roku jest doradcą społecznym prezydenta Dudy. Brał udział w kolejnych konferencjach smoleńskich*.

Właśnie dlatego – choć jest profesorem socjologii, autorem m.in. cenionej pracy „Przemoc i poznanie: studium z nie-klasycznej socjologii wiedzy” – jego słowa nie są tylko (błędnym) opisem rzeczywistości, ale wskazówkami politycznymi.

Jest to o tyle ciekawe, że PiS i jego zwolennicy często przeciwstawiają dobrych Polaków i zwykłych ludzi złym elitom żywiącym się ośmiorniczkami. PiS ma występować w obronie i w imieniu mas. Właśnie tych żyjących w „kontekstach społecznych”, które nie premiują skomplikowanych konstrukcji myślowych.

Tymczasem według prof. Zybertowicza

część tych mas to ciemnota niezdolna do głębszego myślenia – i żadna szkoła im nie pomoże. Zadecydowały geny. Zybertowicz prezentuje skrajny elitaryzm motywowany genetycznie. Niezgodny z ludzką i społeczną twarzą PiS.

Jednak PiS nie raz posługiwał się wyjaśnieniami genetycznymi – była już mowa o genetycznym patriotyzmie czy genetycznej zdradzie. Jeśli miałeś dziadka komunistę, to przepadłeś – twoje geny są skażone. Pisaliśmy o tym, jak według prezydenta Dudy przeszłość rodziców obciąża dzieci.

Naukowcy, których zapytaliśmy, czy współczesna nauka potwierdza tezy prof. Zybertowicza, uważają, że profesor mówi bzdury.

Zybertowicz sam nie wychodzi poza swój kontekst

Czy prawdą jest, że większość ludzi genetycznie nie jest zdolna do „wielopoziomowego myślenia” i autorefleksji, jak twierdzi prof. Zybertowicz? „To nieprawda” – mówi OKO.press dr hab. Wojciech Dragan, psycholog i biolog, z Interdyscyplinarnego Centrum Genetyki Zachowania na Wydziale Psychologii UW.

„Zdolność do abstrakcyjnego myślenia, wychodzenia poza własną perspektywę czy zdolność abstrahowania od kontekstu pojawia w trakcie rozwoju u większości populacji – między 11 a 12 rokiem życia. Większość osób taką zdolność posiada”.

„To nie jest kwestia wyposażenia genetycznego” – podkreśla dr hab. Dragan. „Większość populacji ma zdolność wielowymiarowego myślenia na podstawowym poziomie”.

Różnimy się stopniem wykorzystania tej zdolności. „Niektórzy ludzie w ogóle nie są w stanie myśleć wielopoziomowo – ze względu na występujące u nich zaburzenia rozwojowe, np. ze spektrum autyzmu. W przypadku takich osób można się zastanawiać, czy częścią ich problemu nie są uwarunkowania genetyczne. Ale statystycznie to niewielki odsetek.

Oczywiście różnice są. Jedni częściej, inni rzadziej myślą wielowymiarowo. Za część tych różnic odpowiadają czynniki genetyczne. Badania z genetyki zachowania pokazują, że ok. 50 proc. różnic wyjaśniają czynniki genetyczne, ale chodzi o różnicę w poziomie zdolności, a nie o ich występowanie. To bardzo ważne rozróżnienie”.

„Inna sprawa, jak często nasze zdolności stosujemy w życiu codziennym. Czy rzeczywiście myślimy o problemach w wielowymiarowy sposób.

Profesor Zybertowicz w tym wywiadzie prezentuje taką postawę, jakby nie był do tego zdolny – jest przywiązany do swoich koncepcji, swoich idei i niekoniecznie wychodzi poza swoją perspektywę”.

To polska szkoła nie uczy krytycznego myślenia, a nie szkoła w ogóle

Co zatem z powszechną edukacją? Prof. Zybertowicz uważa, że to utopia, bo na przeszkodzie kształceniu stoją geny lub „społeczne konteksty”.

„Zdolność do wielowymiarowego myślenia można rozwijać” – odpowiada prof. Dragan. „Do tego powinna służyć powszechna edukacja i nie jest to utopia. Po prostu polska szkoła nie uczy rozwijania zdolności krytycznego myślenia czy wychodzenia poza własną perspektywę. Najpierw zacznijmy w sposób masowy rozwijać tego typu zdolności, które każdy z nas ma na podstawowym poziomie, potem możemy się zastanawiać, czy to utopia – czy nie”.

Czy środowisko społeczne, z którego się wywodzimy, sprawia, że przestajemy być zdolni do autorefleksji i w związku z tym edukacja nie ma sensu?

Zdecydowanie zaprzecza temu dr hab. Izabela Wagner, socjolożka zajmująca się badaniem m.in. elit naukowych. Autorka książki o skrzypkach „Producing Excellence” [Wytwarzanie doskonałości] mówi OKO.press, że ogromne znaczenie ma działanie tzw. windy społecznej i brak ograniczeń w dostępie do wiedzy:

„Np. pierwsze pokolenia elitarnej szkoły francuskiej Ecole Normale Supérieure wywodziły się z głębokich nizin społecznych, to były dzieci wyrobników wiejskich, którzy posyłali swe potomstwo do szkoły, aby nie zamarzło w zimie. Dzieci dostawały tam zupę.

Większość z pierwszych pokoleń naukowców i elity intelektualnej Francji to właśnie te dzieci. Najbiedniejsi uczyli się, bo obudzono w nich zainteresowanie dla wiedzy. O tym mówił często doradca prezydenta Mitteranda do spraw nauki, profesor w Collège de France, Pierre Joliot, wnuk Marii Skłodowskiej-Curie” – przypomina dr hab. Wagner.

Edukacja może wyrównywać szanse, ale nie musi

Światowe badania sukcesów edukacyjnych wskazują oczywiście na znaczny wpływ warunków wychowania w rodzinie, występuje np. korelacja z wykształceniem rodziców, a zwłaszcza matki, czy liczbą książek w domu rodzinnym. Ale są też dane o wcale nie mniejszym wpływie wyposażenia kulturowego rodzin… kolegów czy koleżanek z klasy, co wskazuje na to, że gdy dziecko znajdzie się w „lepszym” otoczeniu może nadrabiać zaległości.

W świecie edukacyjnym uważa się, że wprowadzenie gimnazjów w Polsce i tym samym wydłużenie edukacji o rok było sztandarowym przykładem tego, jak edukacja może wyrównywać szanse, bo największy postęp zanotowali uczniowie o najgorszych wynikach (w testach PISA). Teraz PiS skraca edukację ogólną o rok, co wywołuje obawy o zwiększenie nierówności szans edukacyjnych, zwłaszcza, że jednocześnie podniesiony zostaje wiek szkolny i korekta szkolnej edukacji zaczyna się o rok później. Gimnazja były też formą awansu społecznego dla uczniów ze wsi.

Z drugiej strony, jak zwraca uwagę irlandzka badaczka i edukatorka, a także ekspertka Unii Europejskiej Kathleen Lynch, „wyrównywanie szans” przez obecne szkolnictwo bywa przeceniane, a może działać nawet jak szkodliwy mit. Szkoły – takie jakie są, „zimne”, z naciskiem na rywalizację – mogą wręcz powiększać różnice, a zarazem udawać, że ich nie ma – różnice majątkowe czy genderowe są edukacyjnym tematem tabu. Ekspertka zwraca uwagę na proste efekty społeczne: uboższe dzieci nie są zapraszane na klasowe imprezy albo same  rezygnują, bo nie stać ich na odpowiedni prezent.

To wszystko oczywiście nie ma nic wspólnego z genetyką.

  • Zobacz wywiad z Kathleen Lynch

    Jaka szkoła? Mitologia równych szans

    Piotr Pacewicz: Pani krakowski wykład* podważa wiarę, silną także w Polsce, że edukacja w demokracji przełamuje bariery, daje nadzieję na awans ludziom z niższych pozycji, może zamieszać w tym społecznym kotle. Pani mówi, że polityka równych szans jedynie odtwarza nierówności. To by była straszna wiadomość.

    Prof. Kathleen Lynch: Trudno nam się z tym pogodzić, prawda? Bo i pan, i ja jesteśmy przyzwoitymi ludźmi, a zarazem należymy do wyższej klasy. Trudno odrzucić mit równości szans jako panaceum na niesprawiedliwość świata. Ale polityka równych szans, jaka dominuje dziś w Europie czy Ameryce, jako wyraz liberalnego spojrzenia na prawa jednostki, co najwyżej owocuje skromnym poziomem indywidualnej moblilności społecznej.

    Czyli najzdolniejszy biedak jednak się przebije i zrobi wielką karierę? 

    – Gorzej. Mobilność uzyskają tylko ci, którzy są względnie uprzywilejowani wśród dyskryminowanych. Jeśli obniżymy bariery patriarchalnego społeczeństwa, to skorzystają kobiety klasy średniej, a te z niższej – nie. Raporty z różnych krajów stwierdzają zwykle fiasko polityki równych szans. Ludzie ubożsi, osoby niepełnosprawne, kobiety, mniejszości narodowe czy seksualne – wszyscy pozostają dalej dyskryminowani i nie awansują na wyższe pozycje. Jeżeli chcemy coś poprawić, to musimy wyjść poza czysto liberalne podejście do kwestii równości, potrzebna jest interpretacja krytyczna. Nie wyrównamy szans, nie zmieniając warunków życia ludzi, zwłaszcza warunków ekonomicznych.

    Marksistowski determinizm ekonomiczny?

    – Wpływ na moje myślenie miał raczej Paolo Freire, brazylijski pedagog i działacz społeczny, który w słynnej „Pedagogice uciśnionych” opisał swe radykalne metody nauczania, dziś powiedzielibyśmy – aktywizujące. Łączył je z emancypacją polityczną – uświadamiał uczniom ich opresję. Owszem, cenię też Gramsciego. Ale to przecież znany fakt, że warunki, w jakich żyją uczniowie, decydują o ich wynikach.

    Z badań towarzyszących międzynarodowemu testowi kompetencji piętnastolatków PISA wyłania się silna korelacja między liczbą książek w domu i wynikiem uczniów w teście.

    – Pan ma pewnie dużo książek, ja też. Moje dzieci osiągają sukcesy w edukacji. Pewnie pana dzieci też.

    Też.

    – To oczywiste. Oboje rodzice wysoko wykształceni, mądre rozmowy, zwiedzanie świata, najlepsze muzea. Dlaczego mieliby nie mieć sukcesów? Dzieci robotników, samotnych matek urzędniczek albo rodzin z marginesu społecznego startują z gorszych pozycji, a wmawia im się, że mogą mieć podobne osiągnięcia. Już samo podkreślanie, że trzeba wyrównywać szanse zwraca uwagę, że te szanse nie są równe, że ci z „dołu” mają jakiś deficyt, a nawet są w czymś gorsi niż ci z „góry”.

    Co działa paradoksalnie jak samospełniająca się przepowiednia a rebours?

    – Taka głupia rzecz: dzieci gorzej urodzone, z biednych domów nie chodzą na birthday parties, bo nie stać ich na prezent. Nie mogą więc urządzić własnego przyjęcia urodzinowego, nawet gdyby rodzice byli w stanie raz w roku się wykosztować. I koło się zamyka, dodatkowo schodzą na margines. Im silniejszy mit równych szans, tym większe ich cierpienie. „Wszyscy chcą mi pomóc, to musi być moja wina, że się nie udało” – myślą. Boją się też kolejnych porażek. Zresztą w dzisiejszym kapitalizmie wszyscy się boją, bo nawet świetni uczniowie z bogatych domów drżą, że nie sprostają oczekiwaniom własnym i swoich rodziców. System operuje lękiem jako formą kontroli.

    Ale czasem się udaje. W Polsce wydłużenie edukacji ogólnokształcącej po wprowadzeniu gimnazjum radykalnie podniosło wyniki 15-latków w teście PISA. Przede wszystkim spadła liczba tych, którzy mają np. tak niski poziom rozumienia tekstów, że trudno im będzie funkcjonować w nowoczesnym świecie. Gdyby nie reforma, w wieku 14 lat poszliby do szkół zawodowych i zatrzymali się w rozwoju. A tak poszli krok dalej.

    – Zbyt wczesny tzw. tracking, podział ścieżek edukacyjnych, czyli segregowanie ludzi na tych przeznaczonych do względnie prostych zawodów i tych, którzy mają iść na studia, nasila efekty, o których mówimy. Tak się dzieje w Niemczech

    a jeszcze wyraźniej w Czechach 

    – ale fatum warunków życia działa we wszystkich systemach szkolnych. Robiłam ostatnio przegląd badań dla Komisji Europejskiej. Raport o dostępie do studiów wyższych w Niemczech i we Francji w latach 1980-2000 nie pozostawia złudzeń: pochodzenie społeczne w decydujący sposób wpływa na to, czy uczeń pójdzie na studia, a jeśli pójdzie, to na jaki kierunek. Konkluzja raportu: w ciągu 20 lat nie zanotowano postępu. Podobnie w Holandii: różnice klasowe wyznaczają wybór ścieżki edukacyjnej, a potem nierówności jeszcze się powiększają, bo uczniowie z wyższych klas robią większe postępy w każdym typie szkoły niż ci z niższych. Ogromne badania w USA na 9 tys. uczniów, których kariery śledzono od 1988 do 2000 roku, pokazują, że szanse na ukończenie college’u ucznia o wysokim statusie socjoekonomicznym są sześć razy większe niż ucznia o niskim statusie. Sześć razy!

    Badania w Stanach obalają przy okazji mit narodów mniej i bardziej zdolnych. Słabsze osiągnięcia dzieci Latynosów dadzą się wytłumaczyć wyższym poziomem ubóstwa, sięgającym 40 proc. w porównaniu z 15 proc. u białych dzieci, a świetne wyniki dzieci Azjatów to sprawa wysokiego statusu socjoekonomicznego ich rodzin, zarówno w kraju pochodzenia, jak i w USA.

    Nie cytuje pani wybiórczo? Nie ma dowodów, że różnice można zmniejszać?

    – Są, ale mało. Desegregacja w USA dała efekty i od 1965 do 1995 roku zmalała różnica między wynikami uczniów białych i czarnych. Akcja afirmatywna powiększyła liczbę czarnych studentów. W różnych krajach poprawiają się wyniki dziewcząt w zakresie matematyki.

    W Polsce 15-letnie dziewczynki w badaniu PISA 2009 dogoniły chłopców w matematyce, przegoniły ich w myśleniu naukowym, a w czytaniu i interpretacji tekstów powiększyły przewagę, która już wcześniej była gigantyczna. To zaczyna być społeczny problem – brak motywacji chłopców do nauki, ich malejące aspiracje. 

    – Na uniwersytetach jest coraz więcej kobiet.

    W Polsce blisko 60 proc.

    – W Irlandii nieco mniej.

    Coraz częściej słychać, że zbliża się era dominacji kobiet. Światowy kryzys finansów to przyspiesza, mówi się, że to nie recession lecz he-cession. Także w Polsce zawody kobiece są mniej zagrożone bezrobociem niż typowo męskie.

    – Ilekroć słyszę o nadciągającej dyskryminacji mężczyzn, mówię: spójrzcie na dane o zarobkach. O ile więcej mężczyźni zarabiają od kobiet na tych samych stanowiskach. I wtedy rozmawiajmy o równości. Mówię wtedy także o opiece. Zapytajmy, kto się troszczy

    o dzieci, o starych rodziców…

    – Szerzej. Kto się troszczy o losy społeczności lokalnych i globalnych, kto się angażuje w akcje pomocowe, wolontariat? Kto się troszczy o dom, kto sprząta, gotuje? Kobiety, zawsze kobiety, mężczyźni nigdy. Takie są realia nierówności płci. W dodatku społeczeństwo nie ceni opieki – prestiż pielęgniarek czy nauczycielek nie jest wysoki. W Irlandii nauczycielki przynajmniej nieźle zarabiają.

    U nas liczba studentów w porównaniu z czasami komunistycznymi wzrosła pięciokrotnie: z 300 tys. w 1988 roku do prawie dwóch milionów dziś. Z tego ponad połowa za studia płaci. Wśród płacących przeważają dzieci z uboższych rodzin i z mniejszych miejscowości. Bo zamożniejsi mają lepsze wyniki w szkole i dostają się na studia darmowe. 

    – To właśnie wyrównywanie szans (śmiech). Zróbcie takie badania jak w Grecji, gdzie okazało się, że wzrost liczby studentów i stworzenie nowych wydziałów umocniło segregację; pochodzenie studenta czy studentki jeszcze silniej wyznacza jego (jej) karierę.

    Jak wyrwać młodych z fatum złego urodzenia? Zachęcać rodziców do zaangażowania w edukację dzieci? 

    – Paradoksalnie to może zwiększać dysproporcję szans. Bo rodzice zamożniejsi będą inwestowali nadwyżki finansowe w pozaszkolne zajęcia czy korepetycje, a biednych na to nie stać. Im bardziej uczeń, o którego troszczą się rodzice wyróżnia się dodatkową wiedzą czy umiejętnościami, tym bardziej demotywuje to ucznia z gorszego środowiska. Ma poczucie klęski, czuje się winny i zmniejsza swe aspiracje, bo aspiracje wynikają zawsze z porównywania z innymi. Tak, troska rodziców może być społecznie szkodliwa. Powstaje „nowa szlachta”, razem ją tworzymy ze swymi dziećmi. One dziedziczą szlachectwo dzięki edukacji, która ma rzekomo wyrównywać szanse.

    Pani tak eksponuje wpływ domu rodzinnego. Ale z wielu badań wynika coś zaskakującego i optymistycznego: bardziej liczy się średni status socjoekonomiczny ogółu uczniów. Innymi słowy, ważniejsze od tego, kim są rodzice dziecka jest to, kim są rodzice kolegów i koleżanek! Jeżeli szkoły nie są posegregowane, to fatum złego urodzenia słabnie.

    – Ale one są posegregowane. W lepszych dzielnicach lepsze podstawówki. W najlepszych college’ach dzieci zamożnych ludzi, często absolwentów tych college’ów sprzed lat.

    Pani ideałem byłaby pełna równość jak w utopii komunistycznej? 

    – Powoli zaczyna docierać do ludzi Zachodu, że im nierówniej, tym gorzej się ludziom żyje. I to wszystkim, zamożniejszym też! Richard Wilkinson i Kate Picket w słynnej już książce „The spirit level. Why Equality is better for everyone?” porównują różne kraje. I okazuje się, że im większa nierówność dochodów, tym więcej takich patologii jak nerwice, otyłość, alkoholizm, narkomania, choroby somatyczne. Bo gdy różnice są duże, to z definicji dużo ludzi czuje się gorszych, bezwartościowych. W USA gigantyczne zróżnicowanie dochodów okupione jest najwyższym na świecie poziomem napięć, zaburzeń i problemów społecznych, niewiarygodną wręcz liczbą więźniów – ponad dwa miliony osób za kratami. I w tej bogatej przecież Ameryce, światowym mocarstwie nr 1, ludzie żyją tak samo długo czy raczej krótko jak na biedującej Kubie.

    Tylko nieco lepsza jest Wielka Brytania: wielkie zróżnicowanie dochodów i np. rekordowa otyłość dzieci. Na drugim końcu skali kraje skandynawskie, a także Holandia i Japonia – małe różnice majątkowe, mniej problemów, ludzie zdrowsi i bardziej zadowoleni.

    Praca Wilkinsona i Picket – u nas wydana jako „Poziomica” – budzi wątpliwości metodologiczne. Egalitarną edukację w Finlandii podziwiają wszyscy. Wpływ statusu rodziców na sukcesy ucznia – najniższy na świecie. Obowiązkowych egzaminów testowych – nie ma, więc słabsza jest – tak zawzięta w wielu krajach – rywalizacja i uczniów, i szkół. A zarazem fińscy uczniowie mają najlepsze wyniki w UE. Dorośli Finowie są niezwykle kreatywni.

    – Finlandia wydaje umiarkowane pieniądze na edukację, ale wydaje mądrze. Świetne przedszkola, uczniowie traktowani serio, nauczyciele cieszą się wysokim prestiżem, jest wielu chętnych do tego zawodu, ogromna konkurencja. Dbają też o mniejszości, np. mają dobrą opiekę nad niepełnosprawnymi – specjalnych asystentów.

    Ja, jako Irlandka, i pan, jako Polak – wychowani w katolickiej, patriarchalnej kulturze – wiemy, jak trudno przestawić się na traktowanie dzieci serio. Szkoły na całym świecie nie okazują dzieciom dość szacunku, już sam sposób zwracania się do siebie wzajemnie podkreśla przepaść między nauczycielem a uczniem.

    Parę lat temu robiłam duże badania w szkołach ponadgimnazjalnych pod hasłem „Równość i władza w szkołach” i okazało się, że to nie jest bezpieczne miejsce do wyrażania różnic, nawet do rozmowy o nich. Szkoła tworzy urazy, nie uczy tolerancji, raczej konformizmu. Nie ma praktycznie procedur odwoławczych dla uczniów. Nie pyta się ich o zdanie, nie rozmawia z nimi poważnie, bo nauczyciel uważa, że wie lepiej, czego im trzeba.

    Uczniowie często słyszą, że uczą się po to, by przygotować się do prawdziwego życia. A przecież to już jest ich życie, na edukację poświęcają nawet 20 lat swego życia. Jakby ktoś panu w wieku 30 lat powiedział, że musi pan 20 lat poczekać, bo prawdziwe życie zacznie się po pięćdziesiątce, to by się pan uśmiał.

    Krytykuje pani Kartezjusza. W czym nam zawinił ten odważny filozof z XVII wieku?

    – Kategorycznie głosił, że jesteśmy homo sapiens, a wolę mówić o homo sentiens, człowieku odczuwającym. Nie jesteśmy przecież takimi czysto racjonalnymi stworami. Jesteśmy pełni emocji, spełniamy się w relacjach. Tymczasem tradycja kartezjańska, rozwinięta przez Kanta, to człowiek autonomiczny, który sam stawia sobie cele i sam je realizuje. Samotny byt. To sprzeczne z moim doświadczeniem: wszystko robiłam zawsze z kimś, ktoś mi pomagał, ktoś mnie kochał, ktoś się o mnie troszczył, ktoś mnie namawiał do pisania tych książek, ktoś je ze mną pisał. Tymczasem liberalizm, który wyrasta z tej alienacji człowieka kartezjańskiego, wyklucza solidarność, która jest wyrazem naszej, ludzi, wzajemnej troski o siebie. System oczekuje, że będziemy mieć wyizolowanych obywateli i naprawdę ich mamy: uczniów i ich rodziców z obsesją edukacyjnej kariery dzieci. I mamy „rynek usług edukacyjnych”, na którym lepiej wypadają „konsumenci” zamożniejsi. A przecież edukacja to nie produkt na sprzedaż, ale podstawowe prawo człowieka.

    Mówi pani, że jesteśmy w stanie wojny, chce nas pani mobilizować do walki o równość i sprawiedliwość, a zarazem podkreśla, że edukacja nie pomaga. Nie ma sprzeczności?

    – Kapitalizm zawłaszczył pojęcie demokracji, równości, wolności. Trzeba je na nowo zdefiniować i zastanowić się, jakiego społeczeństwa chcemy. Trzeba walczyć, by edukacja i zdrowie nie były traktowane jak dobra rynkowe. Dwanaście lat temu Meryll Lynch – ten, który niedawno tak spektakularnie upadł – wydał raport „Księga wiedzy”, w którym stwierdza, że rosnąca konkurencja wymusi prywatyzację szkół i doradza, jak na tym biznesie zarobić. Pakistan uwierzył i sprywatyzował nawet edukację podstawową.

    Edukacja nie rozwiąże głębokich nierówności, które dyskryminują dzieci, ale na swoją miarę powinniśmy przeciwdziałać najgorszym skutkom nierówności, a w każdym razie ich nie powiększać. Trzeba unikać fałszywych obietnic, ożywiania mitu równych szans. Nie należy np. głosić, że internet ma potencjał urealnienia demokracji, zapominając, że nie każdego stać na dobrego laptopa i internet szerokopasmowy.

    Szkoła powinna dać uczniom język do opisywania dyskryminacji klasowych, majątkowych, genderowych, seksualności, niepełnosprawności. Oficjalny dyskurs zaprzecza, że nierówności istnieją, więc mówienie o nich ma potencjał wyzwalający. Dostrzeganie różnic nie wymaga wnikliwości. Ubóstwo widać od razu po tym, jaką ktoś ma skórę, zęby, dłonie. Jak się nie mówi w szkole np. o seksualności, to uczniom zostaje język ulicy – wulgarny słownik homofobiczny.

    Czyli jednak szkoła jako recepta na zło tego świata? 

    – A przynajmniej wzmacnia i współtworzy świadomość krytyczną. I proponuje inne podejście do ucznia.

    Pani mówi, że edukacja stała się dziś zimna. 

    – A powinna okazywać miłość, opiekę, życzliwość – to daje smak autentycznej równości. Powinna być miejscem troski, a nie jest. Bob, który ma 41 lat, jako dziecko wypadł z edukacji z powodu silnej dysleksji, i dopiero teraz, przy pomocy naszego wydziału, dokończył szkołę średnią. Powiedział, że decydujące było to, że chcieliśmy mu pomóc „z serca i z duszy” – tak to nazwał.

    Trzeba uważać z ocenianiem, żeby nie nasilać nierówności. Trzeba wspierać różne talenty, szanować zróżnicowanie zdolności dzieci. Unikać autorytaryzmu. Z dziećmi trzeba rozmawiać, pytać, co jest nie tak, co je boli, a nie zakładać, że to my wiemy, co dla nich jest najlepsze, a potem dziwić się, że uciekają ze szkoły. W Kanadzie było ostatnio kilka sądowych spraw przeciwko szkołom. Rodzice skarżyli placówki za to, że ich dzieci kończyły edukację z poczuciem porażki. Szkoła nie może dołować dzieci! Ma podnosić ich poczucie godności.

    Trzeba wyrywać dzieci z wyścigu po sukces, który powiększa nierówności. W Irlandii jest fajny zwyczaj, że na początku high school (naszego liceum – P.P.) uczniowie mają luźniejszy „rok przejścia” (transition year), bez egzaminów, bez stopni. Mogą postudiować z ciekawości, pasji, bez stresu. Wielu rodziców nie chce płacić za „pusty rok”, ale szkoły trzymają się tej tradycji.

    Jest pani współzałożycielką na uniwersytecie w Dublinie „Centrum Badań nad Równością”, jedynego takiego na świecie. 

    – Nie jestem tylko ekspertką od edukacji, jestem aktywistką. Przychodzą do nas socjologowie, pedagodzy, nauczyciele, ale też ekonomiści, inżynierowie, a my kształcimy – jak to nazywam – aktywistów zmiany społecznej. Mamy kursy ekonomiczne, feministyczne, zajęcia o mężczyznach i męskości, o seksualności. Oboje moi rodzice byli działaczami ruchu spółdzielczego, który niestety upadł po wejściu Irlandii do UE, gdy na pewien czas zostaliśmy „celtyckim tygrysem”.

    Współpraca: Alicja Pacewicz

    * Prof. Kathleen Lynch miała 17 kwietnia 2011 dwa wystąpienia na zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński w Krakowie konferencji „Jakość edukacji, jakość ewaluacji” 

    Prof. Kathleen Lynch, edukatorka, współzałożycielka na uniwersytecie w Dublinie Centrum Badań nad Równością, które kształci „aktywistów zmiany społecznej”.  Autorka i współautorka wielu książek o nierównościach w edukacji, m.in. zaliczonej do 100 książek roku przez „Irish Times” pracy pt. „Równość Dostępu do Uczuć: Miłość, Troska i Niesprawiedliwość” (2009). Działaczka społeczna, członkini rządowych agend pracujących nad poprawą zdrowia kobiet, zwalczaniem rasizmu, dostępem do edukacji osób niepełnosprawnych itp. Doradczyni i ekspertka Unii Europejskiej

Genetyka jako wytrych

Prof. Dragan zauważa, że ostatnio polscy badacze życia społecznego częściej odwołują się do genetyki. „Prof. Zybertowicz próbuje skomplikowane zjawiska społeczne wyjaśniać za pomocą prostej genetyki mendlowskiej: mamy cechę albo nie, jest gen albo go nie ma. A złożone zdolności – na przykład do krytycznego myślenia – są warunkowane wieloma różnymi genami mającymi wiele wariantów. Poza tym ludzkie zachowania nie są wynikiem wyłącznie wpływów genetycznych albo wyłącznie wpływów środowiska. Między genami i środowiskiem zachodzą skomplikowane zależności”.

Dlaczego genetyka stała się atrakcyjna? „Niektórzy przedstawiciele nauk społecznych zaczęli sięgać do takiej genetyki, jakiej nikt współcześnie nie uprawia. To genetyka, której uczyli się w szkole. Mogę tylko przypuszczać, że modele, które budują socjologowie, są zawodne, więc szukają prostszego rozwiązania. A genetyka to nie jest proste rozwiązanie. To nie jest wytrych”.

Niedawno pisaliśmy o innej wypowiedzi prof. Zybertowicza, który stwierdził, że lipcowe protesty w obronie niezależnych sądów PiS zagrażają „bezpieczeństwu kulturowemu” Polski. Organizatorzy tych protestów mieli być rzekomo inspirowani przez obce siły, które nie podzielają naszej tradycji i kultury. Przypomnieliśmy wówczas, że chrzest Polski to również był obcy wpływ.

*Edit: Wcześniejszej napisaliśmy, że prof. Zybertowicz brał udział w pracach kolejnych komisji smoleńskich, gdzie współpracował z Antonim Macierewiczem. Tymczasem profesor był członkiem komitetów naukowych II, III i IV konferencji smoleńskiej.


Dobry tekst. Dorzucam się do prawdy

lub wybierz tradycyjny przelew

Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym